Do pierwszego jesiennego wyjazdu jeszcze prawie dwa miesiące. LOT zrobił niemiłą niespodziankę i anulował ze swojego rozkładu mój lot powrotny z Lwowa. Muszę przebukować na wcześniejszą godzinę, różnica niby żadna, ale ile razy dzwonię w tej sprawie, tyle razy spotyka mnie słuchanie melodyjki, która oznacza, że nikt nie ma czasu się zająć moim problemem.
Tajlandia zaczyna majaczyć tylko nieco wyraźniej na horyzoncie. Póki co, zerknąłem na hostelbookers.com i jest to zerkanie z gatunku tych miłych. Kocham azjatyckie ceny. Za dobre warunki, pokój z klimatyzacją i własną łazienką należy się góra 10 euro od osoby – a i tak, płacąc tyle trzeba mieć świadomość, że się jest frajerskim farangiem, bo można znacznie taniej. I takie wyjazdy to ja lubię najbardziej.
Pora w końcu przyznać się do jeszcze jednych planów. Nawet już całkiem konkretnych, bo popartych biletami kupionymi ładnych kilkanaście tygodni temu.

W lutym 2011 będę miał okazję zacząć realizować mój przebiegły plan zaliczania kolejnych państw powstałych po rozpadzie ZSRR. Lecę bowiem do Tbilisi.

Gruzja zaliczana jest do najbardziej niebezpiecznych miejsc na świecie – gdzieś w towarzystwie Iraku czy Afganistanu. To oczywiście efekt raz, że niewiedzy piszących, a dwa, wrażenia jakie wywołała na całym świecie krótka zbrojna interwencja wojsk rosyjskich w 2008 roku. Tak czy owak, jest to ponoć piękny kraj, pełen gościnnych ludzi, długich toastów wznoszonych winem, pięknych gór, starożytnych zabytków chrześcijańskiej architektury i... rozlicznych problemów. Tych ostatnich jest ponoć więcej niż w Azji Centralnej, w co nie do końca chce mi się wierzyć. To także kraj, z którym łączy Polskę symboliczną więź przyjaźni i zrozumienia, powstałych na bazie wydarzeń sprzed ponad dwóch lat.
Na miejscu nie będę długo, ale akurat tyle, by spokojnie zobaczyć Tbilisi i zapuścić się w bezpośrednie okolice miasta. Tak się bowiem składa, że w tym regionie jest ponoć co robić i co podziwiać. Stamtąd blisko do pierwszych gór, opuszczonych świątyń porzuconych gdzieś na końcu świata, miast i miasteczek, które okres swojej świetności miały wtedy, gdy w Polsce zastanawialiśmy się czy Niemców walić kamieniem czy może maczugą. To będzie znowu obcowanie z krajem o bogatej historii, wspaniałej przeszłości i teraźniejszości usianej przeszkodami.
Zawsze kusiło mnie by zobaczyć Batumi, ale na to czasu nie starczy. Jak mi się Gruzja spodoba to kto wie, może do niej wrócę ponownie, by zobaczyć „herbaciane pola Batumi”?




Potencjalna wada tego wyjazdu to drobny fakt, iż w lutym będzie tam prawdziwa kaukaska zima. A to może oznaczać śnieg i siarczysty mróz albo deszcz i błoto po kolana (również siarczyste). I tak i tak niedobrze. Do tego dochodzą do mnie pogłoski jakoby stołeczne hotele słabo radziły sobie z ogrzewaniem, a mówiąc wprost – w ogóle sobie z nim nie radzą, bo im ono nie działa. Nie mowa oczywiście o tych luksusowych, bo i takie w Tbilisi są.
Miejsc bardziej podłych, czyli takich na moją kieszeń jest raz, że niewiele, a dwa, że ciężko je zlokalizować w internecie. Dlatego, póki pamiętam, wklejam sobie poniżej informację o jednym, który wydaje się być w porządku. Być może przyda się za te drobne 169 dni jakie pozostały mi do tego wyjazdu.
