Pod względem “podróżniczym” rok 2015 był rokiem “przesuwania wajchy”. Czyli - zmiany podejścia. Mniej było podróży zagranicznych (trzy eskapady, łącznie dziewięć lotów), więcej za to jeżdżenia po Polsce z rodziną (tysiące kilometrów!). W sumie, praktycznie co miesiąc odwiedzaliśmy jakieś nowe miejsce! Wszystko zresztą naturalnie się zgrało i ewolucja ta bardzo mi pasowała. Także dlatego, że zaczęła we mnie rosnąć ciekawość poznawania tego co bliskie, z kolei, to co dalekie trochę straciło na swojej atrakcyjności. Planowanie wyjazdów “w Polskę” sprawiało mi zresztą mnóstwo radości. Każdy kolejny wyjazd odkrywał przede mną coś nowego, ale budował we mnie również przekonanie, że coraz więcej rzeczy czeka na odkrycie. Nie mogłem się doczekać każdego kolejnego wyjazdu, także dlatego, że była to zawsze okazja do chwilowej ucieczki od pracy. Myślę, że ta erupcja miłości do tego co swojskie i bliskie, jest poniekąd naturalnym porządkiem rzeczy, co zresztą, bardzo cieszy moją konserwatywną duszę. Myślę też, że gdy przyjdzie pora na powrót do podróży na koniec globu, to wsiadając do samolotu znowu będę odczuwał ową dziką radość, taką jak ta, gdy leciałem pierwszy raz do Tajlandii i taką, której mi ostatnio brakowało.
W roku 2015 odwiedziłem:
W styczniu pojechaliśmy do Olsztyna. Mieszkaliśmy w eleganckim hotelu, który chwilę potem stał się jednym z najbardziej obleganych miejsc w Polsce. Mi osobiście nie przypadł on do gustu, podobnie zresztą jak samo miasto. Tu mam pewien zgrzyt, wydaje mi się bowiem, że Olsztyn nie zasłużył na tak brutalną ocenę jaką mu wystawiłem. Więc chciałbym tam pojechać ponownie i dać mu “drugą szansę”, najlepiej wtedy, gdy jest ciepło, a niebo nie jest stalowo szare. W lutym polecieliśmy na kilka dni do Aten. To była dla nas bardzo emocjonująca wyprawa, przede wszystkim ze względu na to, że pierwszy raz lecieliśmy z Gabrielą. Martwiliśmy się niepotrzebnie, bo zniosła wszystko idealnie. Ateny to dla mnie szczególne miejsce, byłem tam wiele lat temu i po powrocie okazało się, że miasto to godnie zniosło konfrontację wspomnień z rzeczywistością. Być może dla wielu osób to betonowy moloch, pełen brudu i rupieci, ale dla mnie to miejsce pełne miejskiej magii, kuszące zaułkami i zabytkami. Z chęcią tam kiedyś wrócę. W marcu poleciałem do Gruzji i Armenii. Bez rodziny, za to z Grzegorzem, moim kompanem i bratnią duszą. Mieliśmy co prawda lecieć do Iranu, ale nie wyszło. Była za to okazja, by ponownie zobaczyć Tbilisi oraz poznać Armenię. Bardzo to był dobry wyjazd, pełen śmiechu, emocji i mistycznych rozważań. Sama Armenia nas zarówno oczarowała, jak i pewnie nieco rozczarowała, przede wszystkim - kulinariami, co jednak zwalamy na karb tego, że byliśmy tam w najmniej turystycznym okresie w roku. Również w marcu pojechaliśmy do Płocka. Mieszkaliśmy w najgorszym hotelu jaki do tej pory odwiedziliśmy w Polsce. Samo miasto było w sumie ciekawe, ale raczej nieprędko do niego zawitam ponownie, chyba, że będziemy chcieli wyjechać gdzieś blisko Warszawy. W czerwcu pojechaliśmy na Mazury, w okolice Węgorzewa. To była rodzinna sielanka, mieliśmy okazję do tego, by trochę odpocząć i to jeszcze przed startem sezonu, co oznaczało, że drogi były puste, a nad jeziorami byliśmy (prawie) sami. Ja zaś odwiedziłem kilka monumentalnych pozostałości po wojennej przeszłości tych ziem, co nie ukrywam, obudziło we mnie dziecko (o ile pamiątki po naziźmie mogą “obudzić dziecko” w kimkolwiek!). Również w czerwcu pojechałem na Dolny Śląsk. To był mój samotny wyjazd, dostałem bowiem “pozwolenie” od żony. Zwiedziłem Świdnicę, Paczków, Ziębice, Otmuchów i Brzeg. No i zakochałem się w tym regionie Polski bez pamięci. W lipcu rozpoczęliśmy nasze drugie, wielkie Tour de Pologne. To był wspaniały wyjazd, podczas którego odwiedziliśmy wiele fajnych miejsc. O większości z nich do niedawna nie miałem pojęcia, że istnieją, a jeżeli nawet o nich wiedziałem, to nie miałem świadomości, że tak będą mi się podobać. Każdy dzień tych wakacji był wyjątkowy i wracam często do nich myślą oraz tęsknotą. W sumie, z chęcią bym przejechał całą trasę raz jeszcze... W sierpniu odwiedziliśmy Suwałki. Samo miasto okazało się sympatyczne, ale nie oferowało wiele. Okolice były zdecydowanie przyjemniejsze, ale jednak, nie wytrzymały porównania z pobliskimi Mazurami. Udana była na pewno pogoda, do której ogólnie mieliśmy spore szczęście również wcześniej. We wrześniu poleciałem do Hamburga i Lubeki. To był jedyny służbowy wyjazd w tym roku (powiedzenie, że “raz na rok to i kura puści bąka” kolejny raz się potwierdziło). W Hamburgu już kiedyś byłem, za to w Lubece byłem po raz pierwszy i poczułem tam trochę “ducha Hanzy”. Jednak ogólnie, wychodzi mi, że zdecydowanie bardziej wolę miasta i miasteczka południowych Niemiec. W październiku poznałem w końcu Łódź. Miasto to ujęło mnie swoim klimatem. Zdaję sobie sprawę, że Piotrkowska i okolice to jedynie enklawa zatopiona w morzu betonowej szarości, ale jest to enklawa o urodzie wybitnej i z chęcią bym jeszcze do Łodzi pojechał ponownie. W listopadzie odpoczywaliśmy w Sopocie. To było spełnienie jednego z moich marzeń: o kilku dniach nad morzem, poza sezonem, bez tłumów i tandety dookoła. Udało się!
***
Łącznie wychodzi na to, że w 2015 roku aż 62 dni spędziliśmy poza domem, na różnego rodzaju wyjazdach. Niby dużo, ale pamiętać należy, że gros z nich to soboty oraz niedziele, a także tzw. “dni ustawowo wolne”. Samych dni urlopowych zostało mi sporo niewykorzystanych i wnosząc taki aport do roku 2016 z nadzieją spoglądałem na to w jaki sposób dalej tlić się będzie moja, jak widać odporna na życie, pasja do podróżowania daleko i blisko.
Kiedy poznawałem moją obecną małżonkę ująłem ją ponoć tym, że opowiadając o planach podróżniczych, stwierdziłem, że najbardziej w życiu chciałbym kiedyś pojechać nad Bałtyk po sezonie i zobaczyć typowo wakacyjny resort bez tłumów i całej tandety, która latem jest tam wszechobecna. Była to (i jest!) szczera prawda, chociaż wtedy mogła brzmieć nieco fałszywie. Jesienią 2009 roku akurat wróciłem z Trynidadu i Tobago, po drodze wpadając do Nowego Jorku, zresztą, po raz drugi w przeciągu ledwie kilku miesięcy, ale nie miałem czasu żyć tymi wspomnieniami, bo szykowałem się z kolei na podróż do Stambułu. Prowadziłem więc DOSYĆ urozmaicone życie, które z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się wręcz nierealne i do którego, z całym szacunkiem, wizyta w takim Władysławowie umiarkowanie by pasowała.
Po siedmiu latach… Cóż, trochę się zmieniło i gdy tylko Ania przypomniała mi wspomniane wyżej słowa, doszedłem do wniosku, że to wspaniały pomysł i idealny czas, by je zrealizować. Po poszukiwaniach stanęło na tym, że pojechaliśmy na niemalże tydzień do Sopotu. Bardzo chciałem zadekować się w jakiejś mniejszej mieścinie, ale wygrał pragmatyzm - Sopot oferował bowiem względny spokój i ciszę, ale jednocześnie również mnóstwo restauracji i wiele innych rozrywek. A jako, że mieszkamy niby w stolicy, ale jednak, w takiej dzielnicy, w której atrakcją jest kebab i sezonowo otwierana budka z salmonellą w formie lodów włoskich, to jednak trochę ich też łaknęliśmy. Atrakcji znaczy się.
***
Wakacyjna, nadmorska miejscowość turystyczna po sezonie to idealny temat na film, książkę, albo przynajmniej - serię sentymentalnych zdjęć do albumu obrazującego melancholijne podróże w czasie i przestrzeni. W lecie nad morzem jest rubasznie, głośno i w większości przypadków, paskudnie. Piszę to na podstawie wizyty we Władysławowie, którą wspominam do dzisiaj jako traumę i rozczarowanie. Zawsze mnie jednak ciekawiło to jak takie miasteczko wygląda, wtedy, gdy znikają ostatni letnicy, zamykają się budki, a właściciele turystycznych biznesów znikają w domach, zajęci liczeniem zarobionych pieniędzy. Nadmorskie resorty wiodą w końcu podwójne życie. Mają dwie twarze, z czego, większość z nas, zna tylko jedną z nich. A co z drugą?
Sopot to co prawda dużo większy kaliber niż wspomniane już Władysławowo, ale i to miasto rządzi się prawami typowymi dla miejscowości turystycznych. W lecie nigdy bym się nie odważył tam pojechać, już sobie wyobrażam te tłumy na Monciaku i na miejskich plażach. Zresztą, nie trzeba sobie nic wyobrażać, bo w sezonie media karmią nas obrazkami z Sopotu właśnie. Chociaż nigdy tam nie byłem, już po pierwszym spacerze poczułem się jakbym wrócił na “stare śmieci”. Tak jest w wakacje, ale pod koniec listopada i w Sopocie było pusto. No, pustawo, bo w okolicy weekendu trochę się zagęściło, nie na tyle jednak, by poczuć się z tym dyskomfortowo. Naprawdę czuliśmy, że mamy całe miasto dla siebie. W każdej restauracji do której poszliśmy, byliśmy praktycznie jedynymi gośćmi (często - naprawdę jedynymi). Na molo nigdy nie było tłumów, na plaży najczęściej nikogo. Cisza i spokój. Można było odpocząć i poobcować z miastem, poznając jego architekturę, smaczki, przeszłość oraz podumać nad przyszłością.
To z pewnością jedno z najpiękniejszych miast na polskim wybrzeżu. Czuć w nim nadal klimat przedwojennego, pruskiego “kurhausu”, głównie dzięki temu, że zachowało się w nim dużo zabudowy z czasów, gdy ówczesny Zoppot nazywano “Monte Carlo północy” - oprócz bowiem funkcji kuracyjnej, było to również miasto kasyn i rozrywek, w którym kończyła się niejedna rodzinna fortuna. To również zasługa tego, że w czasach PRL, ówczesna władza obchodziła się z Sopotem łagodnie, być może dlatego, że wierchuszka PZPR sama lubiła tam wypoczywać. Od 1961 roku w Operze Leśnej odbywa się przecież Międzynarodowy Festiwal Piosenki, niegdyś - było to prawdziwe “okno na świat” i takie właśnie mam pierwsze skojarzenie z tym miastem. Do dzisiaj jest w nim międzynarodowo i trochę snobistycznie, ale co do zasady, jest to snobizm w Polsce rzadko spotykany, bo stylowy i wyważony. W sumie tylko dwa budynki zaprzeczają tej teorii. Pierwszym z nich jest Hotel Sheraton, położony tuż obok dostojnego Grand Hotelu. Takie sąsiedztwo tylko uwypukla jego brzydotę. Drugim jest słynny “Krzywy Domek” na Monciaku. To obowiązkowe tło dla zdjęcia każdego szanującego się turysty. Powstał jako wariacja na temat wiedeńskiego Hundertwasserhaus, ale sporo mu brakuje do oryginału.
Okolice “Monciaka” i Placu Zdrojowego są nie tylko bardzo reprezentacyjne ale też pełne różnej maści atrakcji, na które, jak już wspomniałem, byliśmy wyjątkowo łasi. Nasze spacery regularnie więc przerywaliśmy posiedzeniami w sklepach, kawiarniach i różnych jadłodajniach. Pierwszego dnia dla przykładu poszliśmy do gruzińskiej knajpki, w której zatęskniłem za moim kompanem Grzegorzem, z którym jeszcze niedawno zajadaliśmy się chinkali w Tbilisi. Innego dnia, wpadliśmy do “Śliwki”, potem byliśmy w “Morskiej” (drogo, porcje małe, nic dziwnego, że byliśmy tam sami), potem w knajpie z BBQ, naleśnikarni… Wiem, że to małostkowe, ale te kilka dni było dla mnie oderwaniem od pracy, a dla mojej Ani - odpoczynkiem od bycia mamą na wyłączność przez okrągłą dobę. Więc korzystaliśmy z tego, mając świadomość, że za chwilę wszystko wróci do normy. Kulinarnie Sopot dawał radę, większość miejsc była otwarta, więc wybór był spory, a poziom - w sumie wysoki. Podobnie jak niestety ceny. Zanotowałem w pamięci, że na Monciaku nadal stali “naganiacze”, których rola poza sezonem jest chyba jeszcze ważniejsza niż w trakcie. Na szczęście, nie byli zbyt namolni.
Każdego dnia spędzaliśmy długie godziny na dworzu. Gabriela szalała, a potem wyczerpana udawała się na drzemkę, a my mieliśmy możliwość złapania chwili oddechu. Aura może nam nie sprzyjała, ale w sumie, nie było źle, bo padało i wiało mało, tudzież wcale. Jak się robiło nam za zimno, to wchodziliśmy gdzieś na kawę czy herbatę. Stałem się miłośnikiem piernikowej latte. Wiem, wiem, strasznie płytkie, ale ten wyjazd składał się właśnie z takich małych, prozaicznych radości, których na codzień po prostu brak.
Najczęściej kręciliśmy się po okolicach plaży. Tras spacerowych w Sopocie nie brakuje. To też mi się spodobało w tym mieście. Wydaje się być dobrze dopasowane do potrzeb typowej rodziny z małym dzieckiem. Mieszkaliśmy niedaleko Monciaka, wszędzie mieliśmy blisko, a jednocześnie, gdy chcieliśmy pójść na długi spacer, to mieliśmy sporo różnych możliwości. W to mi graj. Podczas wędrówek często mijaliśmy “chiński hotel”, czyli Zhong Hua Hotel. Mieści się on w drewnianym budynku dawnych łazienek i oprócz oryginalnej architektury, wyróżnia się on swoim położeniem - jest tuż przy plaży. Z chęcią bym kiedyś do niego przyjechał, niestety, słyszałem, że wysokie ceny nie idą w parze ze standardem. A szkoda.
Trochę się zdziwiłem tym jak spokojny był Bałtyk. Spodziewałem się, że będą na nim bałwany, fale, tymczasem, przez cały pobyt, morze było ciche i nie szumiało wcale. Jego stalowa barwa mieszała się na horyzoncie z niebem, z czasem, zlewając się w jedną całość. Molo pokryte było szronem. Chodziliśmy po nim wte i wewte. Dobrze, że wejście było za darmo, podobno w sezonie się za to płaci. W ten sposób, oszczędziliśmy pewnie sporo pieniędzy. Piasek na plaży był z kolei twardy jak skała, co pozwoliło po nim spacerować, tyle, że zagrożenie pojawiało się z zupełnie nieoczekiwanej strony. Atakowały nas bowiem łabędzie, wpędzając Gabrielę (i mnie również) w dziką panikę.
Myślę sobie, że dokładnie tego oczekiwałem od resortu nadmorskiego poza sezonem. Sopot ujął mnie od strony z jakiej nie jest znany - ciszą i spokojem. Przez kilka dni odpoczęliśmy, pojedliśmy i pobyliśmy razem. Udało mi się przeczytać książkę (wspominam o tym, bo to spore wydarzenie w życiu młodego rodzica). Był to również nasz ostatni wyjazd “tylko” w trójkę i mieliśmy świadomość, że jest to pożegnanie pewnej formuły urlopowej, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić.
Moje pierwsze (i ostatnie…) skojarzenie z Łodzią to piłka nożna. W sumie, nic dziwnego, bo pacholęciem będąc wiedzę o Polsce zdobywałem śledząc głównie rozgrywki ligowe. Oglądałem mecze (tak, tak, kiedyś transmitowano je w ogólnodostępnej telewizji), czytałem regularnie “Przegląd” i “Piłkę Nożną” oraz nieustannie wertowałem kolejne “Skarby Kibica”. Wtedy też wyrabiałem swoje pierwsze sympatie i antypatie, z których wiele żyje we mnie do dzisiaj. Pewne kluby i miasta od razu mi się podobały - Hetman Zamość, Odra Opole, Bałtyk Gdynia, a nawet milicyjna Olimpia Poznań miały nazwy intrygujące i “światowe”, które budziły zrazu moją sympatię (najpiękniejsza oczywiście była ONA - Polonia Warszawa). Inne zaś mnie zniechęcały i budziły złe skojarzenia. Do tej drugiej grupy należał i Widzew i ŁKS. Oba łódzkie kluby prezentowały się jakoś niezbyt ciekawie. Miały nijakie nazwy (co to w ogóle znaczy “Widzew”?) i sprawiały wrażenie mocno “niereprezentacyjnych” pod niemal każdym względem. I to nawet na tle ówczesnej ligowej rzeczywistości, która wyglądała jakby przeszło przez nie tornado, potem Wehrmacht, a na końcu jeszcze Armia Czerwona. I ŁKS i Widzem grały na okropnych stadionach, w sumie to były to nawet nie stadiony, a ich ruiny: betonowe, niezadaszone owale, w latach 90-tych “ozdobione” kolorowymi reklamami, co jedynie dodawało im niewyjściowego wyglądu. Ale to nikomu w sumie nie przeszkadzało,bo na takie obiekty w tamtych czasach przychodzili nie miłośnicy dobrej architektury, a głównie poszukiwacze mocniejszych wrażeń. Łódzcy kibice od zawsze zaliczali się do ścisłej kibolskiej czołówki, a ich wygląd, cóż, powiedzmy, że dobrze pasował do reszty. Spójrzmy tylko na zdjęcie na dole - właścicielem zaciśniętej pięści jest zresztą Pan Wiechecki, czyli niedawny Minister Gospodarki Morskiej, w latach młodości, sympatyk Widzewa, idealnie zresztą reprezentujący ówczesny styl dominujący na stadionach i poza nimi. Można go nazwać zresztą stylem psychologiczno-homoseksualnym, bo standardowo kontakt z kibicami zaczynało pytanie “czy masz jakiś kurwa problem, pedale?”
Sami piłkarze (oraz trenerzy) też piękni nie byli, ale w Łodzi dodatkowo “zyskiwali” na wątpliwej urodzie. Czego przykładem niech będzie te oto zdjęcie Franciszka Smudy (w pozie iskającej się małpy) stojącego obok eleganckiego Pawła Janasa. Pokazuje to chyba idealnie jaka odległość dzieliła wtedy Łódź od Warszawy:
Nie żeby początek lat 90-tych wyglądał inaczej poza Łodzią. Wszędzie było równie brzydko i smutno, ale miałem wtedy wrażenie, że w Łodzi wszystko było “bardziej” - szare, smutne, trudne, brutalne, zabłocone. Nie bez znaczenia było to, że w powszechnej świadomości to miasto jawiło się jako aglomeracja upadła, pozbawiona energii, no i niebezpieczna. W Łodzi szczególnie mocno odczuto transformację, po przełomie upadły rozliczne zakłady produkcyjne, wzrosło bezrobocie i przestępczość, a “nowy biznes” omijał to wszystko z daleka, szczególnie, że niedaleko była przecież stolica, dynamiczna, pozbawiona większości bolączek trapiących “Miasto Włókniarzy”. Tak chociażby wyglądała sytuacja w roku 1993, ten materiał Kroniki Filmowej ma zresztą wielce wymowną nazwę - “S.O.S z Łodzi”:
To wszystko sprawiło, że nigdy się szczególnie tym miastem nie interesowałem i swojej skromnej wiedzy na jego temat nigdy nie powiększyłem poza ww. zbiór frazesów. Byłem w nim raz, na meczu wyjazdowym, na stadionie Widzewa. Zapamiętałem tylko blokowiska i irracjonalnie dużo pustej przestrzeni, przetykanej zielenią i różnymi ruinami. No i sympatyków drużyny przeciwnej, którzy pokazali, że od czasów Pana Wiecheckiego niewiele się u nich zmieniło. Potem raz przez nie przejeżdżałem w drodze na Dolny Śląsk, no i wtedy to właśnie, zainteresowało mnie to, co zobaczyłem za oknem. Okazało się co prawda, że jest ono fatalnie wręcz rozkopane i rozwlekłe, ale również - inne niż wszystkie inne. Więc, korzystając z przedłużonego weekendu, pojechaliśmy poznać się z tą Łodzią bliżej i skonfrontować moje głupie uprzedzenia z rzeczywistością.
***
Droga z Warszawy do Łodzi zrobiła się wygodna, bo większość trasy pokonuje się autostradą. Kiedy się jednak wjeżdża do miasta, robi się już mniej przyjemnie. Przede wszystkim przez remonty. Kluczyłem po ulicach dobrych kilkadziesiąt minut, próbując dotrzeć do hotelu. Co chwila trafiałem na kolejne rozkopy i objazdy, które oddalały mnie od miejsca docelowego. Front remontowy dobrze wróży na przyszłość (Łódź w końcu będzie miała poprawioną infrastrukturę), ale fatalnie świadczy o przeszłości, bo pokazuje lata zaniedbań, które teraz się hurtowo próbuje nadrobić.
Nasz hotel, mniejsza o nazwę, też był fatalny. Miał niby cztery gwiazdki i spełniał ich wymogi od strony formalnej, ale w praktyce, było to miejsce dosyć mocno wytarte przez czas, z niemiłą obsługą i zakamarkami, gdzie składowano brud. Zza okien mieliśmy typowo łódzki widok: w pokoju - na blokowiska, z restauracji - niespodzianka, na rozkopaną ulicę, po której, wte i wewte krążyły walce oraz wywrotki. Na całe szczęście, to koniec narzekania, bo sama Łódź okazała się miejscem iście magicznym.
Przede wszystkim, jest ona monumentalna. A monumentalności właśnie często mi brakuje w rodzimych miastach. Kamienice na ulicy Piotrowskiej są duże, zdobne i reprezentacyjne. Stanowią one zwartą całość, bez poważnych wyrw, bez nadmiaru współczesnych plomb. Dawne fabryki są z kolei rozległe, masywne i dobrze pokazują skalę niegdyś w nich prowadzonej produkcji. Po drugie, jest ona zupełnie inna, bo jej historyczna tkanka powstała w inny sposób niż w większości naszych miast. Nie ma tu wcale, typowej dla Kongresówki, architektury klasycystycznej, której, jak wiadomo, szczerze nieznoszę. Łodzi trochę bliżej jest do terenów “Ziem Odzyskanych”, ale i od nich się różni znacząco. Ma po prostu swój własny styl, styl przemysłowej, ale i kosmopolitycznej aglomeracji rodem z XIX wieku, w której nagle rodziły się bajeczne fortuny i w której rozmawiano na ulicach w wielu językach świata. Często się mówi, że jest to pierwsze, nowoczesne miasto w Polsce i jest w tym dużo racji, bo większość zabudowy powstała w XIX i na początku XX wieku, dlatego też, z zachowaniem proporcji, Łódź może przypominać … miasta Ameryki Północnej. Po trzecie, wyszła z wojny bez szwanku. Złośliwi dodają, że tylko dlatego, iż Niemcom wydawało się, że już je zrównali z ziemią.
Łódź ma wiele oblicz. To też dodaje jej uroku. Można by w niej nakręcić zarówno film w anturażu post-apokalipsy, jak również, udawać, że akcja dzieje się w sercu Paryża, tudzież innego, wielkiego europejskiego miasta. Przedmieścia są fatalne i tu się chyba niewiele zmieniło od lat 90-tych. W śródmieściu jest różnie, przede wszystkim, chaotycznie. Ale na Piotrkowskiej i w jej bezpośrednim otoczeniu, Łódź prezentuje się zjawiskowo i nader przyjemnie dla wszystkich zmysłów. “Pietryga” jak nazywają ją mieszkańcy, ma ponad 4 kilometry długości, z czego połowa tego dystansu (od zbiegu z ulicą Piłsudskiego do Placu Wolności) to prawdziwa wizytówka miasta, pełna pięknych kamienic, restauracji, barów, sklepów i ogólnie, wielkomiejskiego życia. Przez trzy dni spacerowaliśmy po tej okolicy i codziennie odkrywaliśmy coś nowego: a to jakieś ciekawe podwórko z oryginalną knajpą, a to jakieś zdobienia frontów budynków, a to pomniki, zaułki i różne, często drobne, smaczki.
Pierwszego dnia trafiliśmy na festiwal ulicznego żarcia. Odbywał on się w dawnej fabryce, takiej, która jeszcze nie przeszła porządnego remontu i w której nadal panował dzięki temu unikalny, industrialny klimat. Tłum był spory, ale moja wrodzona niechęć do nadmiaru ludzi przegrała z miłością do jedzenia. Szczególnie, że znalazłem miejsce, w którym serwowano burgery z mortadelą. Ania z kolei, jak to Ania, spotkała na miejscu koleżankę, która założyła food trucka z … czeskimi przysmakami (sama jest zresztą właśnie z Czech).
Strasznie mi się to wszystko spodobało, zresztą, w Łodzi mieliśmy szczęście do dobrej kuchni. Na terenie dawnej fabryki bawełny niejakiego Franciszka Ramischa, powstała “Piotrkowska Off”, miejsce, w którym zlokalizowane są różne restauracje, sklepy z ciuchami, biura “alternatywnych” biznesmenów i inne dziwne przedsięwzięcia. Zjedliśmy tam kilka dobrych posiłków i spędziliśmy trochę czasu obserwując Łódź… jakiej się nie spodziewałem zobaczyć.
Drugiego dnia odwiedziliśmy z kolei Manufakturę. To jeden z najsłynniejszych, nie tylko w Polsce, przykładów na rewitalizację terenów przemysłowych. Na ogromnym terenie znajduje się mnóstwo sklepów, knajp, jak i innych atrakcji, takich jak kino czy też muzeum. O ile “Piotrkowska Off” mnie ujęła, tak to miejsce trochę mnie wymęczyło swoją komercją, rozmiarami, no i tłumami. Za dużo, za głośno, za drogo!
Ale wybrać się tam było warto, szczególnie, że niedaleko tego kompleksu znajduje się piękny Pałac Izraela Poznańskiego, zwany też Łódzkim Luwrem, co nie powinno dziwić, albowiem jego uroda faktycznie przywodzi na myśl Paryż. Szkoda jedynie, że obecnie ciężko jest ten budynek dobrze uchwycić na zdjęciu, w czym przeszkadza ruchliwa ulica, pełna samochodów i tramwajów.
Bogusław Linda jakiś czas temu stwierdził, że “Łódź to miasto umarłe, miasto meneli”. Wypowiedź odnosiła się akurat do upadku lokalnego przemysłu filmowego, ale zabolała mieszkańców, szczególnie, że ostatnie lata to jednak okres odbudowy i nowej nadziei na lepsze jutro. Nie mnie oceniać czy Linda przesadził, czy też powiedział prawdę (aczkolwiek - uważam, że akurat temu człowiekowi zdarza się dosyć często mówić sensowne, acz nieprzyjemne rzeczy), ale fakt jest taki, że przez weekend wielokrotnie napotykaliśmy na menelstwo. I to takie naprawdę zaawansowane, leżące pokotem, obszczane, śpiące albo dla odmiany, wulgarne i sprawiające wrażenie dzikiego. Może w Warszawie chodzę nie tam, gdzie trzeba, ale odniosłem wrażenie, że u nas takie obrazki od pewnego czasu zniknęły z codziennej agendy, podczas gdy w Łodzi nadal wydają się być standardem. Szczególnie widocznym, gdy weźmie się pod uwagę to, że wszystko dzieje się na Piotrkowskiej, w cieniu potężnych kamienic i w świetle eleganckich wystaw. Podczas któregoś ze spaceru zaczepił nas dla przykładu pewien dżentelmen z doszczętnie obitą gębą, który zapytał nas - “bardzo widać, że dostałem w mordę?”. Pewnie się gdzieś spieszył, gdzieś, gdzie jego fioletowo-śliwkowe oblicze, mogło być problemem. Wydawał się przejęty odpowiedzią jaką usłyszał. Cała sytuacja była irracjonalna, ale oczywiście, zupełnie bezpieczna.
Do Łodzi z chęcią bym wrócił i pewnie wcześniej czy później, to nastąpi. To idealne miasto na weekend, również na taki zimą albo jesienią (my akurat mieliśmy dobrą pogodę, ale na wypadek deszczu i tak byłoby co tam robić). Nawet jeżeli uroda tego miejsca ogranicza się do jednej ulicy (czasami wystarczy ledwie skręcić w bok i po kilkunastu metrach cały czar “Pietrygi” znika), to jest to ulica wyjątkowa i godna częstszych odwiedzin. Jej splendor, z pozycji Warszawiaka, zawstydza stolicę, czy raczej - pozostałości po stolicy jakie ostały się po wojnie. Łódź ma oczywiście janusowe oblicze, ale tak jak już pisałem - jej schizofrenia dodaje tylko dodatkowego uroku. Ruiny są klimatyczne, oczywiście, jeżeli nie trzeba na co dzień wśród nich żyć. Gdzieś w trzewiach tej aglomeracji są jeszcze m.in. ZOO (w końcu mam zamiar odwiedzić wszystkie tego typu placówki w Polsce, więc to również!) Muzeum Animacji Se-ma-for i pewnie jeszcze sporo ex-fabryk, które z czasem zamienią się w kolejne modne miejsca i nie mogę się doczekać okazji, kiedy będę mógł poznać przynajmniej część z nich osobiście. Wypada mi również trochę przeprosić Łódź i przyznać, że przez lata żyłem w błędzie, nie doceniając tego, że to naprawdę ciekawe miasto.