niedziela, 29 marca 2015

27-29.03, Płock, czyli mała rozprawa ze stereotypami

Płock. Jedno z tych miast, które nie kojarzyły mi się z niczym. Albo - z prawie niczym, bo chociaż tam nigdy nie byłem, na dźwięk tej nazwy w głowie automatycznie pojawiały mi się klisze, skojarzenia, stereotypy, które nabyłem gdzieś “przy okazji” i które skutecznie zniechęcały mnie do tego, by sprawdzić jak to jest z tym Płockiem naprawdę.

Moja pierwsza klisza to smutny, ogromny stadion piłkarski z poprzedniej epoki. Obecnie gra na nim lokalna Wisła, niegdyś z nazwą klubu różnie bywało - pamiętam na pewno Orlen, Petro, no i Petrochemię. Stadion był i jest prawie zawsze pusty, gdyż jego pojemność planowano chyba z myślą o dożynkach, a nie pojedynkach lokalnej drużyny piłkarskiej, która od dekad pałęta się pomiędzy ekstraklasą a jej zapleczem. Niegdyś były tam drewniane ławki, tudzież - goły beton. Pamiętam, że we wczesnych latach 90-tych przeszczepiono na tę tkankę plastikowe krzesełka, blado-niebieskie takie. Nowość wówczas niespotykana, ale płocka arena zyskała na tym tyle co podstarzała prostytutka na popsikaniu się perfumami. Nigdy na tym stadionie nie byłem, ale ilekroć widziałem go na ekranie telewizora, tylekroć czułem, że umiera cząstka mnie odpowiedzialna za poczucie estetyki.

Druga klisza to szczypiorniak, którego Płock, obok Kielc, jest akurat niekwestionowaną stolicą. Do piłki ręcznej nic nie mam - po prostu mnie ona zupełnie nie interesuje i mimo ostatnich sukcesów, kojarzy się z rozciągniętymi dresami, małymi, dusznymi halami na kilkadziesiąt osób i zapachem prowincji, bo to tam, nic nikomu nie ujmując, ów sport przez lata się rozwijał i wspinał na światowe szczyty.

Trzecia płocka klisza to rafineria, czyli Petrochemia. Ogromny konglomerat przemysłowy, którego symbolem są poskręcane rury i strzelające w niebo kominy. O ile ropa naftowa kojarzy się z bogactwem, zakład, który ją rafinuje to już wyłącznie brud, smród i znojna praca wykonywana w gumiakach i kufajce. Typowa “czarna robota” od której odwraca się wzrok.

Płock jak widać, miał więc u mnie od zawsze pod górkę...

… ale w bezpośrednim starciu okazał się jednak miłym miejscem. A nawet, bardzo miłym, tylko trochę zapomnianym przez współczesność, co w sumie trudno uważać za wadę. Śledząc jego dzieje, a te zaczynają się w X wieku, nie sposób nie odnieść wrażenia, że czas świetności miasto przeżywało … w średniowieczu i to wczesnym. Za rządów Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego była to nawet stolica państwa, potem rezydowali tam Książeta Mazowieccy. Do dalszego rozwoju przyczynił się Kazimierz Wielki. Z czasem jednak Płock tracił powoli prymat w środkowej części Polski na rzecz niedalekiej w końcu Warszawy. Przez kolejne wieki jego dzieje to zniszczenia wojenne, epidemie i stopniowe zapomnienie, a raczej, marginalizacja i dryft w stronę prowincjonalnego ośrodka, w którym czas płynie inaczej.

Po tej tysiącletniej historii zachowało się do dzisiaj na szczęście wiele pamiątek. Przede wszystkim, całe Wzgórze Tumskie, czyli wysoki brzeg Wisły na którym pyszni się Zamek Książąt Mazowieckich oraz Katedra. Początki tej drugiej sięgają dwunastego wieku i mimo, iż przez setki lat swojego istnienia wielokrotnie ją przerabiano, modernizowano, remontowano i ratowano od ruiny, zachowała ona swój nie tylko gotycki, ale i romański wręcz urok. Jest to zabytek unikalny nie tylko w skali Mazowsza, ale również zabytek utylitarny, bo używany na co dzień, o czym przekonałem się gdy w niedzielny poranek zawędrowałem na spacer w tamte rejony. Raz na godzinę okoliczne alejki i uliczki wypełniały się tłumami, które świątynia do siebie przyciągała, wypluwając jednocześnie ze swoich trzewi wcześniejsze fale wiernych. Poza tymi momentami miałem całe śródmieście dla siebie.


Odniosłem wrażenie, że majestat Wzgórza Tumskiego trochę nie pasuje do reszty miasta. Wzgórze to relikt średniowiecza i miejsce, gdzie można oddać się zadumie, szczególnie, że widoki na płynącą w dole Wisłę są przepiękne, a zabytki robią wrażenie. Cała reszta historycznego śródmieścia to już klasycyzm i neoklasycyzm “pełną gębą”, przez co ta część Płocka przypomina wiele innych mazowieckich miasteczek, które w swoim obecnym kształcie powstały głównie podczas zaborów.



Dla mnie to nic szczególnego, tym bardziej, że jak wspominałem o tym wiele razy, nie lubię tego okresu w architekturze. Chociażby za to, że “produkowano” wtedy zabudowę niemalże jednakową. Na ulicy Tumskiej, reprezentacyjnym deptaku, pełnym kebabów i siedzib banków, można się więc poczuć jak w Warszawie, Piasecznie czy Suwałkach. Jedyny budynek, który się wyróżnia to ten spod numeru dziewięć - z dwoma pseudo-wieżyczkami stojącymi u boków bramy zdobionej w stylu niemalże mauretańskim, wyglądał jakby znalazł się tam przypadkiem i nie za bardzo wiedział co ze sobą zrobić.


***

Podróżowanie po Polsce to dla mnie nie tylko poznawanie i odkrywanie samych miast, ale również odkrywanie nowych, fajnych hoteli. Zagranicą z noclegami różnie bywało. Często trafialiśmy na klimatyczne miejsca prowadzone przez wspaniałych gospodarzy, ale co do zasady, większość z nich była jednak na bakier z wygodą czy jakością. Odkąd jeździmy z dzieckiem sporo się w tej kwestii zmieniło. Można napisać, że nieco sobie odbijamy te wszystkie obskurne nory, które gościły nas w ciągu ostatnich lat. Wybieramy hotele, które wydają się być świeże i czyste, mają udogodnienia dla dzieci (i żon), a jeszcze najlepiej są położone w dobrym miejscu i kosztują tyle, że stosunek ceny do jakości wydaje się być rozsądny. Najlepsze hotele w jakich spałem - poza drobnymi wyjątkami, to te w Polsce. W Płocku mój wybór był jednak zdecydowanie nietrafiony. Nasz hotel był niby czterogwiazdkowy, ale od samego początku działał mi na nerwy. Po pierwsze, był niestety daleko od śródmieścia, gdzieś pośrodku płockiej nicości (a wiedzieć trzeba, że jest to nicość kompletna - z naszych okien nocą widać było podświetlone kominy rafinerii, które wyglądały niczym industrialny Manhattan). To akurat był nasz świadomy wybór, bo przybytek ów miał spa, a spa zostało uznane przez moją żonę za coś niezbędnego podczas tego wyjazdu. Po drugie i najbardziej denerwujące, miejscem rządziła nasza rodzima bylejakość. Miałem wrażenie, że wszystko jest w nim robione najmniejszym wysiłkiem, byleby “klient się odczepił”. Gdy przyjechaliśmy, w naszym pokoju było zimno jak w psiarni. Mimo rozlicznych prób, klimatyzacja nie chciała zacząć grzać. Dopiero po kilku telefonach na recepcję, ktoś się do nas łaskawie pofatygował. Koniec końców, okazało się, że obsługa nie włączyła jednego guzika w centralnym systemie, ale zanim to odkryto minęło kolejne kilkadziesiąt minut. Poszliśmy więc spać po pierwszej w nocy. My to my, ale przebywanie w temperaturze poniżej dziesięciu stopni dla małego dziecka mogło zakończyć się czymś poważniejszym. Potem też nie było lepiej. Śniadanie było byle jakie, co bolało mnie szczególnie, bo ja uwielbiam hotelowe śniadania i jest to jeden z powodów dla których w ogóle chce mi się wyjeżdżać z domu. Inni goście okazali się bydłem - byliśmy nielicznymi “cywilami” zatopionymi w oceanie specjalistów od sprzedaży bezpośredniej, którzy przez weekend szkolili swoje umiejętności we wciskaniu garnków za pięć tysięcy osobom w podeszłym wieku. Tak naprawdę, specjalizowali się w czymś innym, ale o ile każda praca ma mój szacunek, ich profesją się brzydzę i pogardzam, więc rozsadzała mnie agresja na widok tych wszystkich wypindowanych lalek i panów, którzy wyglądali jakby ledwie wczoraj zeszli z drzewa i zmienili swoje dresy na garnitury rodem z supermarketu. Druga noc też była nieprzespana, bo Państwo się bawili, tańcowali i gadali po pijaku. Ściany były cienkie, więc sporo usłyszeliśmy, chociaż wcale nie chcieliśmy - wiemy który dyrektor jest kutasem, kto komu daje i komu w tej firmie trzeba przypierdolić. Wiedza bezcenna. Obsługa hotelu, co nie dziwi, nie była w stanie nam pomóc, a nawet, nie wyrażała takiej chęci. Jeżeli do tego wszystkiego dodam to, że “oferta spa” polegała na kilku najprostszych zabiegach przygotowanych z myślą o okolicznych “księżniczkach dyskotek”, to domyśleć się można, że hotel zalicza się do tych do, których już nigdy, na pewno nie pojedziemy, a wszystkim znajomym, którzy będą się do Płocka wybierać, będziemy go odradzać. Nazwę przybytku, z litości, pomijam milczeniem.

A do samego miasta z chęcią jeszcze kiedyś przyjadę, najlepiej latem, bo mam wrażenie, że wczesna wiosna, mimo dobrej pogody, to jednak ten moment w roku, kiedy jego uroki najtrudniej było docenić.

poniedziałek, 16 marca 2015

16.03, Aram i Siergiej

Rano pada. Niemalże po raz pierwszy, więc nie mamy o to żadnych pretensji. Jak na początek marca, czyli zimę, mieliśmy ogromne wręcz szczęście do dobrej pogody. Ale zmiana aury nieco nas rozleniwiła, a raczej - stanowiła idealny pretekst do tego, by nigdzie się nie ruszać. Zebraliśmy się co prawda z postanowieniem, że jedziemy do Garni, gdzie mieści się starożytna świątynia pamiętająca epokę Imperium Rzymskiego, ale, gdy znowu zaczęło kropić … usiedliśmy na kawę w knajpie i zmieniliśmy plany (prawdę mówiąc, nie chciało nam się nigdzie jechać, bo wiedzieliśmy, że na miejscu czekać nas będzie mniejsze czy większe rozczarowanie. W Garni faktycznie znajduje się pogańska świątynia, inspirowana stylem greckim, ale w praktyce jest to sowiecka rekonstrukcja, o czym przewodniki zazwyczaj nie wspominają).


Szybko podjęliśmy decyzję, że ten dzień poświęcimy na odchamianie się w muzeach. W końcu, Armenia to kraj nauki, kultury i sztuki, a mapa miasta pełna była różnorakich placówek oferujących zastrzyk wiedzy. Niestety, to był poniedziałek, a w poniedziałki muzea szanujące się są zawsze nieczynne. Więc pozostały nam tylko te nieszanujące się. Pierwszym z nich, po dłuższych poszukiwaniach, okazało się niewielkie muzeum Chaczaturiana.

Aram Chaczaturian to obok Szostakiewicza i Prokofiejewa, najsłynniejszy kompozytor radziecki oraz bodajże najbardziej znany Ormianin na świecie (obok Andre Agassiego, Charlesa Aznavoura, Cher, Kirka Kerkoriana, Kim Kardashian, Davida Nalbandiana i tysiąca innych osób, których związek z Armenią mógłby czasem zadziwić ich samych. Czy wiecie, że wg wielu źródeł, nawet księżna Diana była Ormianką - co prawda w 1/64, ale zawsze?). Nawet ja, osoba, która co prawda lubi czasem posłuchać muzyki klasycznej, ale jest w tej materii zupełnym ignorantem, znam jego najsłynniejsze dzieła - “Taniec z Szablami”, Walc z Maskarady czy też Adadio z baletu “Gajane”, którym okraszono “Odyseję Kosmiczną” Kubricka.


Chaczaturian urodził się, jak przystało na Ormianina u progu XX wieku, w dzisiejszym Tbilisi. W młodym wieku wyjechał do Moskwy, gdzie z czasem ukończył konserwatorium, mimo iż, na początku nie znał rosyjskiego, a w materii muzyki był samoukiem bez formalnego wykształcenia. Zrobił karierę godną “Człowieka Sowieckiego” - tworzył, wykładał, jeździł po całym świecie pokazując, że ZSRR to nie tylko Sputnik, Gagarin i MiG-i, ale również miejsce, gdzie kwitnie kultura najwyższych lotów. Spacerując po muzeum zastanawiałem się jakim kompozytor był człowiekiem. Co w głębi duszy myślał o władzy radzieckiej? Bał się jej? Nienawidził? A może raczej kochał? Tudzież - miał ją gdzieś, bo liczyła się dla niego wyłącznie sztuka? Wystawa nie dała mi na to żadnej odpowiedzi. Skupiała się wyłącznie na jego życiu zawodowym. Pokazywała go pogrążonego na pracy twórczej, piszącego nuty albo stojącego z batutą, wyprostowanego na oficjalnych rautach, czy też przemawiającego na zebraniach Związku Kompozytorów. Wyglądało na to, że Chaczaturianowi żyło się dobrze i cieszył się zaufaniem władz, skoro pozwolono mu podróżować oraz spotykać się z ormiańską diasporą od Los Angeles po Hongkong. Wątpię, by bez głębokiej wiary w komunizm porwałby się na propagandę w postaci baletu “Gajane” czy też zaangażował się w skomponowanie hymnu Armeńskiej Republiki Radzieckiej. Co prawda w 1948 roku oskarżono go o grzech formalizmu (zarzucając, że tworzy muzykę tak skomplikowaną, że “nie idzie jej zrozumieć bez matury”, jak to sam czasem mawiam na rzeczy, których nie rozumiem) i na chwilę pogrążono w niełasce, ale szybko przywrócono go na świecznik, z którego nie zszedł do końca życia.

Najciekawszą częścią muzeum były prywatne pomieszczenia mieszkania, które należało do samego kompozytora. Kilka pokojów, ciepłych i bardzo przestronnych wyglądało jakby Chaczaturian dopiero co z nich wyszedł, być może z walizką w dłoni, w stronę lotniska. Było tam pianino (a może fortepian - już nie pamiętam), sypialnia, kilka szaf, kawiarniany stolik i atmosfera ciszy oraz skupienia, niezbędna w procesie twórczym. Znamienny był brak kuchni. Mimo, iż wizyta w tym przybytku była bardzo ciekawa, miałem po niej mieszane uczucia co do samego Chaczaturiana, człowieka bez wątpienia wybitnego pod względem talentu, ale nieco mniejszego formatu moralnego…

… dlatego uważam za ciekawe zrządzenie losu, że drugim muzeum jakie odwiedziliśmy tego dnia było to poświęcone pamięci Siergieja Paradżanowa. Był to bowiem człowiek i artysta, który całe życie spędził na przeciwległym konformizmowi biegunie - a jego dysydencka postawa w pewnym momencie uniemożliwiła mu jakąkolwiek pracę twórczą. Nieco się naszukaliśmy, bo na naszej mapie ktoś się pomylił i umiejscowił je w innym miejscu niż znajduje się naprawdę. Ale było warto, tym bardziej, że o tej postaci Grzegorz mówił od początku pobytu, zaś jego “Kolor Granatu” to film, który już zawsze będzie kojarzył nam się z tym wyjazdem (i vice versa).

Paradżamow (a tak naprawdę Sargis Paradżanian), jak przystało na Ormianina u progu XX wieku, urodził się w dzisiejszym Tbilisi. W Moskwie skończył szkołę filmową, z czasem przeniósł się do Kijowa i tam tworzył swoje kolejne dzieła. Jego filmy są dziwne, mistyczne, pełne symboliki ukrytej w muzyce, choreografii oraz warstwie wizualnej. Nie mają fabuły, nie mają dialogów. Według wielu, przypominają one prawosławne ikony. Są piękne i wysmakowane niczym malarstwo, ale również trudne w odbiorze i z całą pewnością, ciąży na nich “grzech” radykalnego wręcz formalizmu. W kinie światowym były one prawdziwą rewolucją. Gdy w 1964 roku premierę miał pierwsze “prawdziwe” dzieło Paradżamowa, czyli “Cienie zapomnianych przodków” krytycy na Zachodzie oszaleli. Nie widzieli wcześniej nic co wyglądałoby jakkolwiek podobnie. Trzeba też przyznać, że psychodeliczna maniera reżysera trafiła idealnie w rodzące się nastroje nadchodzącej kontr-kultury.

Dziś Paradżamowa określa się mianem jednego z najważniejszych ludzi kina w XX wieku, chociaż udało mu się zrobić ledwie kilka filmów, których nikt nie ogląda, a większość scenariuszy i pomysłów odbiło się od cenzury, która na artystę zagięła z czasem swój parol.

Reżysera władze sowieckie uznawały za wariata, i to niebezpiecznego. Nie rozumiano go i bano się jego nonkonformizmu. Na wszelki wypadek nie puszczano go na Zachód - nie wiadomo bowiem co, by wtedy powiedział, jakby się zachował. W jego dziełach doszukiwano się homoseksualizmu, nacjonalizmu, indywidualizmu i innych, zakazanych w ZSRR -izmów. Sam Paradżanow bywał nieprzejednany, np. wtedy gdy we wspomniamym już filmie nie zgodził się na zdubbingowanie języka łemkowskiego, bo uparł się, że wszystko ma być zgodne z realiami historycznymi, albo wtedy gdy próbował zekranizować opowieść o tatarach krymskich, czyli jednym z sowieckich tematów tabu. Na dłużej zaaresztowano go w 1973 roku, wypuszczono dopiero cztery lata później. Przylepiono mu łatkę osoby chorej psychicznie. To okres z którego pochodzą rozliczne kolaże, które reżyser tworzył z pasją nie mniejszą niż ta zarezerwowana dla kina. Dzieła te są dziwne, czasem przerażające, czasem dziecinne, ale oglądaliśmy je z niemałym zainteresowaniem. Moim zdaniem - to są dzieła umysłu, który nie był do końca normalny. O tym jak dziwna to sztuka niech świadczy to, że jednym z eksponatów była pewna konstrukcja zakryta płótnem. Patrzyliśmy się na nią przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad ukrytą symboliką i gdy już, prawie że odgadliśmy intencję, przyszła pani z obsługi, uśmiechnęła się przepraszająco i … zdjęła prześcieradło, którego jedynym zadaniem było chronienie przed kurzem ekspozycji. Uznaliśmy, że jest to tyleż zabawne, co symboliczne. Artysta taki jak Paradżanow, mający swoich wyznawców, oferujący artyzm oparty na wielowymiarowej symbolice, mógłby sobie ze świata robić nieustanne żarty. I kto wie, może tak właśnie było, bo gdy patrzy się na zdjęcia pokazujące jego brodatą twarz, widać że oczy śmieją mu się jakby ciągle były skore do żartów i kpin. Drugą możliwością jest to, że za tym spojrzeniem kryje się to, co ponoć kryje się za kącikami ust Mony Lizy, czyli choroba umysłowa.

Paradżamow i Chaczaturian żyli w tej samej epoce, przez wiele lat mieszkali niedaleko siebie, założyć można, że nie tylko wiedzieli o swoim istnieniu, ale i osobiście się znali. Podczas gdy ten pierwszy skazany był na wewnętrzną emigrację i życie w biedzie, ten drugi, jako pupilek władzy, podróżował po świecie, odbierając honory i reprezentując “ludzką twarz” systemu, który łamał ludziom życia w przenośni i dosłownie. Paradżamow umarł w 1990 roku - podupadł na zdrowiu jeszcze w latach 70-tych, gdy spędził cztery lata w odosobnieniu. Zagranicę nie jeździł, bo nie miał szans na paszport. Jedną z nielicznych podróży odbył kilka miesięcy przed śmiercią, gdy pojechał na festiwal filmowy do Stambułu.

***

Ciemną nocą taksówka zawiozła nas na lotnisko. Na nim odbył się ostatni, ale jakże wymowny epizod naszej podroży po Armenii. Grzegorz zostawił zakup pamiątek na ostatnią chwilę, bo był przekonany, że gdzie jak gdzie, ale na lotnisku na pewno znajdzie coś sensownego. Cóż, ceny i wybór w strefie bezcłowej szczerze go zaskoczyły. Oczywiście, negatywnie. Do tego nas przyzwyczaiła Armenia, aczkolwiek, uznaję ten wyjazd za bardzo ciekawy i udany. Niech zaświadczy o tym ten skromny film, który powstał w trakcie pobytu. Nie ukrywam, że inspirowałem się Paradżamowem:

niedziela, 15 marca 2015

15.03, Watykan

W Central Hostelu śniadania były raczej skromne. Ormiański chleb, trochę masła, ser i dżem. Do tego kawa i jajko. Oj, tutejsza kuchnia robiła naprawdę wiele, byśmy nigdy za nią nie tęsknili.

Po tym posiłku poszliśmy na lokalny pchli targ. Lubię takie miejsca, chociaż odwiedzam je wyłącznie zagranicą. Obawiam się, że z moją naturą zbieracza rupieci, częstsze wizyty mogłyby zakończyć się źle. Tłumaczę to sobie tym, że pasjonuje mnie historia zwykłych rzeczy. Gdybym był bogaty i mógł spełnić jedno ze swoich bezsensownych marzeń, to założyłbym muzeum kultury materialnej. A w nim, zbierał kolekcję przedmiotów, które pokazywałyby codzienność sprzed lat pięciu, dziesięciu i pięćdziesięciu. Wiem, wiem, dziwne.

W Erywaniu znaleźliśmy sporo chińszczyzny, ale pomiędzy nią znajdowały się stoiska z rękodzielnictwem (kupiłem jakieś drobne podarki dla żony), z ikonami, no i z tym co mnie najbardziej interesowało, czyli z różnymi post-sowieckimi szpargałami: a to jakaś zastawa i talerze, a to kolekcja medali, albo resztki bezcennej niegdyś biblioteczki myślicieli marksizmu-leninizmu. Wszystko mnie interesowało, wszystko bym kupił. Gdybym tylko miał muzeum, a nadal nie mam.

Po tych przygodach jemy libańskiego kebaba i jedziemy pod miasto, do Echmiadzynu, nazywanego również Eczmiadzynem. Jakoś nie mogliśmy znaleźć właściwego przystanku autobusowego, więc ładujemy się do taksówki, która za grosze zawozi nas na miejsce. Nasz kierowca uśmieca się od ucha do ucha, co oznacza zapewne, że zdrowo przepłacaliśmy. No trudno. Echmiadzyn to “ormiański Watykan”, siedziba Katolikosa Karekina II, najświętsze miejsce kraju, którego mapa roi się od miejsc uświęconych, w końcu, to miejsce, gdzie zobaczyć można najstarszą na świecie Katedrę - wybudowaną w IV wieku n.e. Wiele sobie po nim obiecywaliśmy. Nawet bardzo wiele. Ale na miejscu poczuliśmy znane już nam uczucie lekko tępawego rozczarowania.

Samo miasto wyglądało nijako, szaro i monotonnie, a sakralny kompleks znajdujący się w jego środku, przypominał nam pod względem atmosfery świąteczny odpust na rodzimej prowincji. Ludzi było dużo, w końcu to niedziela, przy czym, ku naszemu zaskoczeniu, wiele kobiet pozwalało sobie na odkrycie swoich walorów - bujne “katolikosy” atakowały nas z głębokich dekoltów, co zupełnie nie licowało z naszym nastawieniem. Liczyliśmy, że będziemy obcować z sacrum, a dookoła nas panowało radosne profanum.



Pod względem architektury - Grzegorz słusznie zauważył, że niektóre budynki wyglądały jak nasz rodzimy kampus UKSW. Inne z kolei - jak kampus UW. Nic szczególnie ciekawego - neoklasycyzm wymieszany ze “współczesnym budownictwem sakralnym”.



Sama Katedra była akurat w remoncie i nie zrobiła na mnie jakiegoś ogromnego wrażenia. Trudno było uwierzyć, że jest to zabytek, który powstał tak dawno temu i rości sobie słuszne prawa do bycia najstarszą zachowaną chrześcijańską świątynią. W jej wnętrzu znajduje się Włócznia Przeznaczenia, czyli, według podań, narzędzie, którym przebito ciało Chrystusa przed zdjęciem z krzyża. Jak to w chrześciaństwie już bywa, kilka innych kościołów również uważa, że ją posiada w swoich zbiorach, więc tej w Echmiadzynie nie traktowaliśmy zbyt nabożnie.


To miejsce nas rozczarowało. I chyba trochę zniechęciło. Może to była kwestia dnia, a może zmęczenia. Na pewno, liczyliśmy na coś bardziej mistycznego.

Po wyjściu z tego kompleksu, poszliśmy jeszcze do małego kościółka zlokalizowanego nieopodal. Tam podobało nam się bardziej, szczególnie we wnętrzu, które było spowite dymem z kadzideł oraz zawodzeniem kapłana.

Jednak chyba najciekawszym doznaniem był … powrót marszrutką do Erywania. Wsiedliśmy do pojazdu, zajęliśmy ostatnie miejsca i ruszyliśmy. Szybko zaczęliśmy żałować tego, że nie pojechaliśmy taksówką, bo pojazd stawał co chwila i wypełniał się kolejnymi pasażerami. Nieszczęśnicy ci stali w niewysokim pojeździe, a ich głowy oraz szyje zginały się niczym w religijnym pokłonie. Grzegorz, siędząc z przodu, miał pecha - co chwila ktoś się o niego ocierał i to do tego, różnymi częściami ciała. Ach, Ci Ormianie!

Już w Erywaniu poszliśmy na obiad do irańskiej knajpki. Zamówiliśmy dziwne, acz smaczne dania, zjedliśmy, popiliśmy, odpoczęliśmy i doszliśmy do wniosku, że już nam się nic nie chce. Pojawiło się głębokie zmęczenie materiału i sami nie wiedzieliśmy czy znajdziemy w sobie energię, by ostatni dzień spożytkować na coś konkretnego.

sobota, 14 marca 2015

14.03, Drugi powrót do stolicy

Plany naszej wędrówki po Armenii zmieniały się płynnie. To była dla mnie pewna nowość, bo zazwyczaj wyznaczam sobie marszrutę jeszcze w domu i twardo trzymam się jej realizacji “w terenie”. Tym razem jednak było inaczej i była to miła odmiana. Z Goris mieliśmy jechać dalej, w stronę dziczy, do Stepanakertu, czyli stolicy separastycznego Górskiego Karabachu, ale ostatecznie, postanowiliśmy, że wracamy do Erywania. Stolica to w sumie dobra baza wypadowa w okolice centralnej części kraju, a przynajmniej tak to sobie tłumaczyliśmy. Natomiast o ormiańskiej enklawie słyszeliśmy wiele dobrych rzeczy, tyle, że ponoć najciekawiej jest tam wiosną, gdy sezon w pełni, a zieleń zaczyna dominować nad szarościami. Obstawialiśmy, że skoro zimą Goris jest wyludnione, to w Stepanakercie będzie jeszcze gorzej i się tam zanudzimy. Tęskniliśmy trochę do rozrywek, kawiarni, dobrego jedzenia - a to wszystko, poza ostatnim, czekało na nas w stolicy.

Idąc do taksówki byliśmy ciekawi czy przyjdzie nam jechać z naszym dobrym znajomym, Alikiem. Ale szczęśliwie, tym razem naszym kierowcą okazał się … jego wujek. Starszy pan o siwych skroniach był dla nas gwarancją tego, że dotrzemy do celu w jednym kawałku i że obędzie się bez zbędnej brawury. Wsiedliśmy do Opla Vectry (swoją drogą, bardzo popularny tu model - jeszcze kilka lat temu często widywany w Polsce, obecnie coraz ich mniej) i ruszyliśmy na poszukiwanie kolejnych klientów. A to trochę trwało. Do tego stopnia, że pan zatrzymał się przy rynku i powiedział, że spokojnie możemy pójść na spacer i wrócić za pół godziny. Tak też zrobiliśmy, żegnając się z Goris.

Z czasem zebraliśmy brakujące dwie osoby. Jedną z nich okazał się młodszy brat kierowcy. Drugą - starsza pani, która z trudem upchała w aucie swoje rozliczne torby z zakupami. I ruszyliśmy. Pasażerowie ciągle ze sobą rozmawiali. Nie wiedziałem o czym, ale można się było domyśleć, że są to tematy ważne. Kręcili głowami, gestykulowali rękami, podnosili głosy, machali ze zrezygnowaniem. Polityka, bezrobocie, beznadzieja, no i Ci złodzieje z Erywania - tak bym obstawiał, bo wszystko to wyglądało dziwnie znajomo, chociaż dyskusja prowadzona była w języku absolutnie dla mnie niezrozumiałym.

Zatrzymaliśmy się kilka razy. Warto zapamiętać było na pewno postój na stacji benzynowej, czy raczej gazowej, bo na tym paliwie się tutaj głównie jeździ. Procedura jest taka, że na czas tankowania z samochodu trzeba wysiąść, a także się od niego oddalić na kilkanaście metrów. Samo tankowanie trwało zawsze koszmarnie długo, co zapewne oznacza, że mieliśmy do czynienia z gazem ziemnym. Przechodziliśmy tę procedurę kilka razy podczas całej podróży i kilka razy kierowcy zdążyli spokojnie pójść na obiad, zjeść, napić się jeszcze kawy i dopiero ruszyć dalej.


Nasza podróż trwała znowuż długo. Nie pamiętam czy było to godzin cztery, pięć czy może sześć - ale gdy wjeżdżaliśmy na teren przedmieść stolicy, miałem dosyć. Ruch na drodze gęstniał, a nasz kierowca uruchomił niewielkie urządzenie. Jak się domyśliłem, było to coś w rodzaju systemu namierzania policyjnych samochodów. Pudełeczko co pewien czas zaczynało intensywnie pikać, nasze auto wtedy nieco zwalniało, widać więc, że w Armenii nikomu nie uśmiecha się spotkanie z tutejszą drogówką. Za zabawne uznałem to, że któregoś razu pikanie przybrało na sile, gdy … mijaliśmy przydrożny salon uciech cielesnych. Cóż, policjant też człowiek!

Wróciliśmy więc do Erywania. “Nasz” Grigorij, czyli “Dżygit” przywitał nas z otwartymi rękami. Oczywiście, metaforycznie, bo jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, może poza chęcią zamordowania wszystkich dookoła. Wspaniały człowiek i wspaniałe miejsce! Moglibyśmy tam spędzić resztę dnia, ale byliśmy głodni więc ruszyliśmy w miasto. I znowu byliśmy miło zaskoczeni wielością rozrywek jakie ma ono do zaoferowania - w porównaniu do prowincji oczywiście. Znaleźliśmy miłą, nieco wystawną restaurację, gdzie ostatecznie przekonaliśmy się, że nie po drodze nam z ormiańską kuchnią. Porcje były niewielkie, ceny ambitne, a smak rozczarowujący, mimo, iż zamówiliśmy, wydawać by się mogło rarytasy - np. Grzegorz poprosił o baranie wnętrzności i zacierał ręce w oczekiwaniu na coś co zmieni jego dotychczasową opinię. Był rozczarowany. Ja nieco mniej, bo nie spodziewałem się niczego szczególnego. To się chyba nazywa realizm. A może fatalizm?

Włócząc się po tym kraju łatwo zapominałem, że jest to, bądź co bądź, jedno z tych miejsc na świecie, które śmiało nazwać można “kolebką cywilizacji”. Armenia ma ponad trzy tysiące lat historii, ale zwyczajowo oceniamy ją przez pryzmat ostatnich dekad. A tymczasem, na kartach jej przeszłości pojawia się skomplikowana siatka wzlotów i upadków, której kompleksowość musi szczerze imponować. Śledząc dzieje, jedynie pobieżnie, bo lektura monografii im poświęconych to dla mnie obecnie wyczyn poza moimi możliwościami, co rusz napotykałem na nazwy, które od wieków są używane jedynie w czasie przeszłym. Plemię Scytów. Huryci. Podbój przez Aleksandra Wielkiego. Persja. Bizancjum. Sobór Chalcedoński. Armenia Mniejsza. Wyprawy Krzyżowe. I tak dalej i tak dalej. Armenia przypomina skamielinę, która dziwnym trafem przetrwała aż do współczesności. Wielka więc szkoda, że po tym wszystkim przetrwało tak niewiele materialnych pamiątek - nie licząc monastyrów oczywiście.


Co więcej, również sami Ormianie, dzisiaj zmęczeni, wybiedzeni, ale na swój sposób, piękni i dostojni, w linii prostej, wywodzą swój rodowód ze starożytności. Nie muszą przy tym “kombinować”, nie muszą nic udowadniać, nikt im nie krzyczy, że podszywają się jedynie pod to ogromne dziedzictwo (tak jak można i należy w sumie robić to w stosunku do dzisiejszych Macedończyków, czy też Egipcjan, którzy z Egipcjanami starożytnymi wspólnego mają raczej niewiele). Dlatego tym bardziej było mi ich szkoda. Widok tych dumnych, przyjaznych ludzi, którym przyszło żyć na wysypisku wielkiej historii bywał smutny. To od zawsze naród rozmiłowany w nauce, naród, którego kasta duchowna rozkochała się wieki temu w sztuce przepisywania i tłumaczenia manuskryptów. Przez skryptoria tutejszych klasztorów przechodziły dzieła wszelakie. Od greckiej klasyki, przez teksty pisane przez uczonych arabskich czy perskich. Kopiowano dosłownie wszystko, z uporem i intensywnością przypominającą jakieś szaleństwo bądź chorobę. Przyszło się uznawać, ze to irlandzcy mnisi “uratowali Europę”, wykonując podobny wysiłek, dzięki którym udało ocalić się wiele unikalnych publikacji, ale Ormianie w niczym im nie ustępowali. Oni również uchronili część naszego wspólnego dziedzictwa od zapomnienia. Oczywiście, rozliczne wojny i pożogi sprawiły, że zbiory te skurczyły się znacząco, nadal jednak ich największa kolekcja znajduje się właśnie w Erywaniu, w Matenadaran - muzeum rękopisów staroormiańskich.

Gmach, który mieści te unikatowe zbiory robi wrażenie już z daleka. Nie jest to oczywiście budowla stara, bo pochodzi z lat 50-tych XX wieku, ale przyznać trzeba, że spełnia swoją funkcję i jest godna swej “zawartości”. Gdy idzie się w jej kierunku czuć, że zmierza się w stronę matecznika wiedzy, a zostawia za sobą smog, hałas i świat rzeczy pospolitych. Prosta droga dłuży się, fasada rośnie i rośnie, w końcu, człowiek staje przed wielkimi drzwiami i jest gotowy na spotkanie z Historią - przez bardzo duże “H”...

...chyba, że jest tak nieporadny jak my i przyjdzie za późno. Kiedy bowiem tam dotarliśmy, po obiedzie i piwie oraz długich momentach szwędania się bez celu po mieście, podwoje muzeum właśnie się zamykały. A co gorsze, okazało się, że przez dwa następne dni, nie otworzą się, bo placówka ma przerwę w funkcjonowaniu. Wyszło więc na to, że Matenadaran nie był dla nas - ponieważ w Armenii mieliśmy być jeszcze tylko jutro i pojutrze. Cóż, może następnym razem?

Niepyszni powędrowaliśmy na piwo. Zalegliśmy w miłym, nowoczesnym pubie niedaleko Opery, gdzie sączyliśmy kolejne “Kilikany”, rozmawialiśmy o bzdurach i obserwowaliśmy otoczenie. Wieczorem w miejscach publicznych byli praktycznie sami mężczyźni. Co nas trochę zdziwiło, nie na każdym stoliku pojawiało się piwo. W wielu przypadkach raczono się kawą, herbatą. A przede wszystkim, papierosami, które pali się tu wciąż na potęgę. Wnętrze szybko więc wypełniło się gryzącym dymem, który najlepiej było zapić “jeszcze jednym” kufelkiem.

piątek, 13 marca 2015

13.03, Skrzydła Tatewu

Cienkie ściany przez noc skutecznie wychłodziły nasze lokum, zamieniając je w lodówkę. Dzięki temu jednak spało się dobrze i Tutowka oraz radykalny Putinizm szybko z nas wyparowały. Nie zostawiły po sobie nawet odrobiny kaca. W sumie, nie wypiliśmy zbyt dużo, bo ze mnie od dawna słaby kompan do biesiadowania. Połowę butelki zabrała nasza gospodyni jeszcze wieczorem. Tak w ogóle, pani ta szczególnie upodobała sobie Grzegorza. Ze mną nie za bardzo chciała i miała o czym rozmawiać. Mój rosyjski zresztą nie pozwalał na zaawansowane interakcje społeczne. Bez głębszego zastanowienia byłem nadal w stanie jedynie poprosić o papier toaletowy. Gdy mnie widziała, np. przychodząc zabrać naczynia, pytała się tylko “gdzie Griszka”, a na jego widok cała rozpromieniała. Chyba miała wobec niego jakieś ambitniejsze plany, bo rano przyszła w towarzystwie swojej młodszej koleżanki, która niby jej pomagała przy śniadaniu, a w rzeczywistości zerkała z ciekawości to na mojego kompana, to na mnie. Aczkolwiek na mnie rzadziej. Szczęściarz!

Jak już się pozbyliśmy kobiet, ruszyliśmy w stronę monastyru Tatew. To był cel naszej całej podróży na głębokie południe. To ponoć jedna z najpiękniejszych świątyń Armenii i choć wydawało nam się,że to samo słyszeliśmy już wcześniej o kilku innych miejscach, z ciekawością wyczekiwaliśmy jej ujrzenia na własne oczy. Dotarcie na miejsce nie było trudne, bo transport zorganizowała nam nasza gospodyni. Tym razem kierowcą okazał się nie kuzyn, a sąsiad. Wymiętoszony pan zaprosił nas do swojego wysłużonego Opla i pojechaliśmy. Trasa wiodła przez bezdroża, zza oknem przesuwały się majestatyczne górskie masywy, dookoła nas była pustka, z rzadka przerywana przez ślady ludzkiej bytności. Czy raczej - ludzkiej beznadziei i zapomnienia. Najczęściej widzieliśmy bowiem liche zabudowania i porzucone żelastwo, które w przewrotny sposób, ale idealnie komponowało się ze spektaklem Matki Natury…


...dlatego widok tego, co zastaliśmy po dojechaniu na miejsce, zaskoczył nas bardziej niż powinien. We wsi Halidzor znajduje się bowiem stacja startowa najprawdziwszej, nowoczesnej kolejki linowej, która transportuje chętnych prosto do Tatewu. Łączy ona dwie krawędzie ogromnego kanionu, który dzieli oba punkty na mapie. Kolejka jest duża, lśniąca i pachnie świeżością - połączenie otwarto pięć lat temu. Dzierży ono kilka rekordów, np. jest to najdłuższa trasa tego typu na świecie - ma prawie sześć kilometrów, co oznacza kilkanaście minut podróży w jedną stronę. Znacząco skróciło to czas potrzebny by dotrzeć na miejsce drogą lądową. W zestawieniu z biedą i zacofaniem, które widzieliśmy przez ostatnie dni, “Skrzydła Tatewu” prezentowały się irracjonalnie, zupełnie bowiem nie pasowały do otoczenia. Projekt ujrzał światło dzienne dzięki pomocy diaspory i niewątpliwie, są to mądrzej wydane pieniądze niż te, które poszły na dokończenie erywańskiej Kaskady. Szczególnie, że miejscowa ludność podróżuje za darmo.

Kupiliśmy bilety i wsiedliśmy do wagoników. Maszyneria ruszyła, oderwaliśmy się od podłoża, a mój błędnik oszalał. Sam już nie wiem czy bardziej denerwowałem się chodząc wąskimi ścieżkami w okolicach Sanahinu, czy siedząc w teoretycznie bezpiecznym pudełku, które unosiło się nawet ponad trzysta metrów nad ziemią. Widoki dookoła były przerażające, przestrzeń otwarta i nieskończona, każdy podmuch wiatru - odczuwalny po stokroć. Ale nawet ja byłem w stanie docenić piękno tego co widziałem. Pod nami wolno (za wolno!) przetaczały się zielone pola dwóch kotlin, które dzieliły nas od Tatewu. W dole majaczyły niewielkie zabudowania, z dalszej perspektywie lśniły wciąż białe wierzchołki. Spokojny głos Leonarda Nimoya dobywający się z głośników w asyście muzyki, co nieco koił moje skołatane nerwy, ale kiedy wagonik dotarł do celu, miałem ochotę uklęknąć i ucałować ziemię.

Tatew był jednak godzien tych męczarni. Monastyr prezentował się bowiem imponująco. Jego architektura przypominała oczywiście podobne kompleksy w Sanahinie czy Haghpat. Najstarsze budynki również pochodzą z IX / X wieku, reprezentują więc tę samą epokę. W czasach prosperity, Tatew zamieszkiwało przeszło tysiąc mnichów. Był to wtedy ośrodek znaczącej władzy, tak duchowej, jak i świeckiej. Obecnie jest to unikalny zabytek, w sezonie, z tego co wyczytałem, wręcz oblepiony cepeliadą i tłumami.


Z daleka widać było dwie kopulaste wieże otoczone murami, co sugerować mogło funkcje obronne. Tatew wielokrotnie najeżdżano i plądrowano - zapuścił się tu nawet “dawny znajomy” z Samarkandy, Tamerlan. Mimo podobieństwa do innych świątyń - był od nich jednocześnie zupełnie inny. Zabudowania były oddalone od wsi, a ich położenie na skraju ogromnego urwiska sprawiały, że całość wyglądała dostojniej, poważniej i bardziej wzniośle.


Tu również byliśmy sami. Gdzieś mignęli nam inni zwiedzający, ale po chwili zniknęli, a my mogliśmy delektować się ciszą i spokojem, które dodatkowo podkreślały charakter tego miejsca. Szczególnie klimatycznie było we wnętrzach świątyń, gdzie paliły się świeczki, a mrok średniowiecznych murów rozświetlały promienie nieśmiało przenikające przez półzamknięte drzwi czy niewielkie okiennice. Żartobliwie powtarzaliśmy, że zwiedzamy Armenię w poszukiwaniu wczesnochrześcijańskiej mistyki, a w Tatewie z całą pewnością to właśnie znaleźliśmy. To było ogromne wrażenie, ot tak, obcować sobie z miejscem, które powstało na wiele lat przed … Chrztem Mieszka Pierwszego, które to wydarzenie przecież ginie w pomroce naszych dziejów, jest czymś na poły legendarnym, nie ma po nim żadnych materialnych śladów. A tutaj - mamy mury, które są niemym świadkiem historii sięgającej wieków wstecz i z punktu widzenia Armenii, krainy starożytnej, nie ma w tym nic dziwnego.




Wspięliśmy się na jedno ze wzgórz żeby popatrzeć na monastyr z innej perspektywy. Dopiero z daleka naprawdę można docenić jego niesamowite położenie - i widoki jakie się dookoła niego roztaczają. W tym, że świątynia “patrzy z góry” na kotlinę i jej mieszkańców, było coś symbolicznego. Przez wieku, duchowni z Tatewu byli właścicielami tej ziemi, a okoliczna ludność była ich poddanymi. Patrząc na wysoki masyw górski, można też uwierzyć, że jest się na końcu świata. Nie pierwszy raz w Armenii krajobraz zachwycił nas, sprawiając, że przez dłuższą chwilę patrzyliśmy się w bezkres, dumając nad sprawami doczesności.







Powrót na dół okazał się chyba jeszcze bardziej stresujący, bo wiedziałem już ile to trwa i jak wysoko nad ziemią będziemy. Ale znowu się udało. Nasz kierowca czekał na nas w samochodzie. Przez kilka godzin nie ruszył się z parkingu, wydawało nam się, że robi wiele, byleby tylko nie pracować, tudzież, by nie siedzieć w domu. Zapewne opłata za kurs stanowiła dla niego wystarczającą kwotę, by już nie trudzić się szukaniem kolejnych okazji. Zawiózł nas na naszą prośbę na rozstaje dróg, skąd zamiast do Goris powędrowaliśmy do niewielkiej wioski o dźwięcznej nazwie Verishen.


Tam wdrapaliśmy się na wzgórze, gdzie znajdowała się niewielka świątynia oraz modernistyczny pomnik upamiętniający zapewne rocznicę jakiegoś wydarzenia natury militarnej. Odpoczęliśmy tam chwilę, napiliśmy się, pogadaliśmy. Panorama znowu chwytała za serce - który to już raz w tym pięknym kraju?




Powoli i umiarkowanie chętnie wróciliśmy do miasta, po drodze przekonując się, że w Goris znaleźć można jeszcze co najmniej jeden, całkiem dobrze wyposażony sklep spożywczy. I sporo paskudnych bloków. Bezskutecznie szukaliśmy jakiejś knajpy. O tej porze roku - w Goris naprawdę nie ma jednak prawie nic. Pokręciliśmy się co nieco po śródmieściu, a późnym popołudniem wróciliśmy do mieszkania, wyczekując godziny dwudziestej, kiedy nasza gospodyni przyniosła nam mocno “fasolową” kolację, no i kolejną butelkę Tutowki, którą wypiliśmy mniej chętnie niż dzień wcześniej.