Minęła ponad dekada od tych chwil, kiedy odwiedziłem Poznań ponownie. Tym razem z Gabrielą, bo nikt inny nie chciał pojechać na weekend ze staruszkiem. Więc ruszyliśmy we dwójkę. Byłem ciekawy tych odwiedzin, bo świeżo po lekturze ciekawej książki o mieście i jego mieszkańcach - “Poznań. Miasto Grzechu”. Dawno nie czytałem tak stronniczej publikacji. Autor nie zostawił na Poznaniu suchej nitki, wyciągając wszystkie ułomności i brudy. Łącznie z pedofilią, niemieckością i arogancją. Nawet z wielkopolskiej skłonności do porządku zrobił przywarę, o co mam trochę pretensji. Bo co jak co, ale w Polsce, kraju, gdzie panuje zamiłowanie do słodkiego burdelu, byłoby warto wspólnym głosem pochwalać tych, którzy idą pod prąd większości. Chociaż, mam w domowym archiwum dowód na to, że i w Poznaniu bywa z tym różnie. Wspomniana już Warta grała niegdyś na stadionie im. Edmunda Szyca, który w 2007 roku wyglądał katastrofalnie, a i teraz pewnie nie lepiej. O ile jeszcze istnieje.
Próbowałem znaleźć mój poprzedni hostel, ale bez skutku. Co nie dziwi. W zamian wybrałem Merkurego, czy raczej, Mercure. Miejsce z historią. Był to pierwszy zbudowany po wojnie w Poznaniu hotel, specjalnie z myślą o gościach pobliskich targów. Budynek ma (miał?) ciekawą architekturę, którą kilkanaście lat temu co nieco przełamano współczesnością. Z racji swojej lokalizacji, był pełen biznesmenów. Nie oferował niestety nic szczególnie ciekawego, szczególnie jeżeli przypomnę sobie ile za niego zapłaciłem.
Trafiliśmy akurat na nieśmiały atak zimy. Padał gęsty, zimny i mokry śnieg, który szybko zamieniał się w urocze, rodzime błotko. Aura nam nie sprzyjała więc za bardzo. Gabriela mocno przeżywała to, że jej napadało za kołnierz i że zamieć smagała jej policzki, więc przez cały pobyt preferowała odpoczynek w naszym pokoju, ewentualnie wyprawę do hotelowej restauracji. Całkiem zresztą niezłej, chociaż na swój sposób smutnej. Wykorzystywano ją bowiem do szemranych procesów rekrutacyjnych, niemal za każdym razem, obok nas, przeprowadzano jakieś rozmowy z kandydatami. Szemranych, bo porządne firmy robią takie rzeczy we własnych biurach. Jak słuchałem jaki makaron na uszy nawija kolejnej osobie pulchny “dyrektor zarządzający perspektywicznej firmy z młodym, dynamicznym zespołem”, miałem niejeden raz ochotę wstać i coś dopowiedzieć. Coś w stylu “uciekaj, on kłamie”. Nie wiem w sumie czemu się powstrzymałem, mogłoby wyjść z tego coś zabawnego. Może bym nawet dostał w mordę, kto wie?
Weekend minął nam na leniwym odpoczynku. Poznań to chyba jedyne miasto, które ma dwa ZOO. Odwiedziliśmy oba. Najpierw Stare ZOO, które jest na swój sposób, bardzo ciekawym zabytkiem. Nadal można tam spotkać trochę zwierząt, np. świnie albo króliki. W stalowych, zdobnych klatkach od dekad nie żyją już ani lwy ani tygrysy. Gabriela na poważnie wzięła mój żart, że ich otwarte drzwi oznaczają, że zwierzaki te przed chwilą uciekły. Do końca wyjazdu oglądała się za sobą. Mieliśmy dopiero styczeń, a nagrodę “Ojca Roku” już można było uznać za rozdaną.

Nowe ZOO z kolei przytłoczyło nas swoim rozmiarem, no i tłumami. Pojechaliśmy tam rankiem i byliśmy dosłownie pierwszymi odwiedzającymi. I jednymi z nielicznych w ogóle. Wszystkie zwierzęta pochowały się w kryjówkach. Największą atrakcją była obserwacja basenu dla fok i nerwowe oczekiwanie na to, aż jedna z nich, chociaż na chwilę, wypłynie na powierzchnię. Ale czego mogłem się spodziewać po miejskim ZOO w styczniu?

Na Stare Miasto wpadaliśmy niestety rzadko. Święty Marcin był rozkopany i w ogóle, jakoś śródmieście straciło na atrakcyjności przez to błoto dookoła. Udało się jednak zawitać na Rynek, zobaczyć trykające koziołki oraz zapoznać się z nowym zabytkiem, czyli kontrowersyjnym Zamkiem Królewskim. Gabrieli się nawet podobało, zapamiętała kolorowe elewacje kamienic i uroczo przekręcała nazwę miasta, tytułując go Spotkaniem. Zabawne i logiczne. Tata był dumny.


