Koniec roku to czas różnych podsumowań. Jako że blog traktuje jedynie o moich wojażach, a nie, na szczęście, o innych aspektach życia osobistego, napisać takowe nie będzie ciężko. Bo raz, że jest o czym, a dwa, że można wyjątkowo powiedzieć wtedy: to był dobry rok. A nawet bardzo dobry.
Szaleństwo podróży trwało w najlepsze. Myślałem, szczerze, że mijające dwanaście miesięcy takie nie będzie. Okazało się jednak, że rok 2008 został pobity i pozostawiony w polu, chociaż poprzeczka została postawiona bardzo wysoko. Idąc po kolei, na moje wojaże składały się:
1) Nowy Jork & Nowy Orlean & Nowy Jork
2) Budapeszt
3) Czarnogóra & godzina spędzona w Dubrowniku
4) Trynidad & Tobago & Nowy Jork
5) Stambuł
Czyli mniej wałęsania się po Starym Kontynencie, za to więcej podróży o charakterze, nie bójmy się tego słowa, interkontynentalnym. Takie zresztą było założenie. Po pierwsze, ekonomia, bo co to bliżej, bywa zaskakująco drogie, po drugie, po Tajlandii pojawiła się głęboka potrzeba wizytowania, miejsc dalekich i egzotycznych.
Gdybym miał to jakoś podsumować, to poza suchymi liczbami, przydałoby się coś więcej. Cyferkowo jednak:
- 22 loty samolotem, co daje 2 dni i 7/10 trzeciego spędzone w powietrzu
- okrążyłem ziemię dookoła, albowiem przeleciałem 45 tysięcy kilometrów
- byłem na 13 lotniskach
- mój tyłek zaszczycił swoją obecnością 6 państw, a licząc tranzyty to aż 9
- nie powiem ile pieniędzy na to wydałem, bo wolę się nie denerwować
A wspomnienia są bezcenne.
Pierwszy raz zobaczyłem na własne oczy Nowy Jork. By po kilku miesiącach do niego powrócić niemal z łzami radości w oczach. Byłem w Nowym Orleanie i oddychałem wilgotnym powietrzem stolicy grzechu, jazzu i występku. Płynąłem po wielkiej Mississippi River. Ba, z okna samolotu widziałem panoramę Chicago, a nawet robiłem siku w samolocie stojącym na wielkim O’Hara Airport. Jeździłem budapesztańskim metrem pamiętającym XIX wiek i spacerowałem po klimatycznych uliczkach stolicy Węgier. Błądziłem pod stadionem w Podgoricy, jadłem kolacje na promenadzie w Herzeg Novi, rozczarowałem się tłokiem panującym w Dubrowniku. W końcu odbyłem najdłuższą podróż lotniczą cywilizowanego świata i po ledwie ponad dobie, zameldowałem się via Dublin i NYC w pięknym karaibskim Tobago. I w ten sposób trafiłem do miejsca, które zawsze chciałem zobaczyć. Siedziałem na plaży, widząc jak Morze Karaibskie zlewa się z Atlantykiem, słuchałem soca, oddawałem hołd kurlandzkiej przeszłości wyspy. Unikałem niebezpieczeństw Port-of-Spain, zachwycałem się wybrzeżem Trynidadu, podróżowałem po jego bezdrożach z etiopskim taksówkarzem. Ponownie ucałowałem nowojorską ziemię, odwiedzając dobrze znane, kochane miejsca. A na koniec, po drugiej próbie, zobaczyłem Stambuł, czyli najbardziej bodaj egzotyczne miasto nowoczesnej Europy.
Brzmi to fajnie i tak właśnie było. Chociaż, mam takie wrażenie, że jednak ciągle Tajlandia jest najpiękniejszą wyprawą jaką podjąłem. Ale to z kolei Trynindad & Tobago jest tą najbardziej szaloną.
Jaki będzie przyszły rok to nie wiem. Jako osoba pokorna, nie będę rozwodził się nad planami. Jako osoba zdroworozsądkowa wiem doskonale, że dawno temu przegrałem już walkę z nałogiem, więc nie będę się oszukiwał, że już nigdzie nie pojadę. Bo pojadę, niezależnie od budżetów jakimi będę dysponował. Najwyżej będzie to po prostu coś taniego i blisko. Ot, kolejny rok z nałogiem.
piątek, 18 grudnia 2009
środa, 16 grudnia 2009
3-6.12 Stambuł
Widziałem już Kair, Ateny oraz Rzym. Za drugim podejściem udało się zaliczyć kolejne centrum starożytnej cywilizacji, czyli Konstantynopol. Największe miasto Europy, więc i wrażenia powinny być co najmniej duże. No i takie właśnie są.
Majestatyczne zabytki budzą uznanie. Pierwsze skojarzenie ze Stambułem to chyba Hagia Sofia.

Z zewnątrz, bądźmy szczerzy, przynosi głównie rozczarowanie. Bryła budynku może i duża, czy nawet ogromna, ale chaos „podolepianych” przybudówek i zmian jakie wprowadzano do wyglądu świątyni przez półtora tysiąclecia, sprawia, że całość sprawia wrażenie pokraczne i nijakie. Tym bardziej, że po drugiej stronie placu pręży się majestatycznie Błękitny Meczet. Jego twórcy udało się to co planował – Hagia Sofia przypomina przy nim, może i starszą, ale zdecydowanie brzydszą siostrę, która w rywalizacji o względy gapiów zdaje się być bez szans. Ale pozory czasem mylą. I tak jest w tym przypadku.

Po wejściu do Sofii naszym oczom ukazuje się jej wnętrze. I trudno wtedy nie wydać z siebie jęku zachwytu i zdziwienia. Bo wszystko jest ogromne, na tyle zaskakująco duże, że niekiedy zapewne turyści wychodzą jeszcze raz na zewnątrz, by sprawdzić czy aby na pewno owe brzydkie kaczątko naprawdę kryję w sobie taką potęgę.
Losy świątyni to wypadkowa skomplikowanych dziejów miasta, które na przestrzeni wieków zmieniało nazwę, władców i religię panującą.

Niegdyś był to kościół chrześcijański, potem oczywiście meczet, obecnie po prostu Zabytek. Muzułmanie są jacy są, obecnie lubią się wysadzać w powietrze, słabo pilotują samoloty i budują silosy atomowe. Ale przynajmniej w zamierzchłej przeszłości nie sposób im było odmówić swoistej tolerancji dla tego co obce. Dlatego też po dziś dzień można podziwiać starochrześcijańskie freski i elementy wystroju wnętrza.
Do Błękitnego Meczetu wejsć podczas modlitw oczywiście nie można. Trzeba było swoje odczekać. Więc dłużej można popatrzeć się na sam budynek. Z zewnątrz, jak wspominałem, to budowla po prostu piękna, potężne minarety, ogromny dziedziniec, wysokie mury.

Za to środek rozczarowuje. Chociaż może to złe słowo – po prostu po przepastnym wnętrzu wielkiej sąsiadki, ten meczet nie może już robić podobnego wrażenia. Jest piękny, ale moje pokłony należą się głównie dla Hagia Sofia.
Niespodzianka to żadna, że w mieście pełno kolejnych meczetów. Starych i wielkich, małych i nowych, takich widocznych z daleka i takich, które trudno zauważyć nawet stojąc koło drzwi wejściowych. Nasi rodzimi obrońcy przed zalewem faszyzującego klerykalizmu powinni karnie wybrać się chociażby do Stambułu, by przekonać się jak nam daleko do religijnych standardów. Kilka razy w ciągu dnia słyszymy nawoływania do modlitw. Przypomina się nieco Bangkok i mój hotelik zagubiony wśród islamskiej mniejszości. Wtedy to przecież, jeszcze ciemną nocą budziła mnie modlitwa. Piękna ale i straszna, w ciemności zawsze cierpła mi skóra. Myślę sobie, że stambulskie wykonanie jest jednak znacznie, znacznie gorsze od tamtego.
Trzeci symbol, Pałac Topkapi rozczarował. Jest duży, w salach znajdzie się sporo zabytków, ale ogólna refleksja po zwiedzaniu była taka, że albo daliśmy ciała i nie zobaczyliśmy nawet 1/10 całości, albo przewodniki gówno o świecie wiedzą. A reklamowano, że spędzić tam tydzień to za mało.
My po godzinie myśleliśmy już tylko o kebabie, a bezcenne artefakty eksponowane w gablotach mijaliśmy ziewając. Jednym słowem - się zaczęliśmy nudzić.

Cóż, prostaki z nas. A prostaki lubią zakupy.
Część z nich robiliśmy na Grand Bazaar. W latach 70-tych pół Polski jeździło w to miejsce, by w zamian za przywożone kurtki skórzane (po dziś dzień obowiązkowe odzienie dla Turków płci obojga), sprowadzać kożuchy, złoto, mięso, mydło i inne dobra luksusowe, których gospodarka ludowa nie miała czasu produkować. Słynna złota ulica, bądźmy szczerzy, naszego pokolenia już tak nie rajcuje. Owszem, coś tam się świeciło, ale nie było w stanie przykuć naszej uwagi na dłużej. Inne stoiska to co innego, na Spice Bazaar podziwialiśmy kolorowe stożki ułożonych przypraw (które jeden z nas miał ochotę zdmuchnąć), kawałek dalej zastanawialiśmy się jakie słodycze kupić spośród tysiąca wystawionych. Były też, jak wszędzie, tandetne pamiątki, które po odpakowaniu w domu zawsze są witane standardowym „po chuja to kupiłem”. Były tkaniny tak kolorowe, że jako daltonista dostawałem drgawek i prosiłem, by sprzedawca razem z Robertem znaleźli mi coś w kolorze „pink”.

Dodajmy do tego tłok, harmider i ogromną przestrzeń plątaniny malutkich uliczek, by zdać sobie sprawę, że w tym wszystkim trzeba się było zgubić. Nie tym razem jednak. Jakbyśmy nie szli i tak za każdym razem trafialiśmy do tego samego wyjścia, które było najbliżej naszego „hotelu”. Dziwy, stambulskie dziwy.

Jedzenie to osobna karta. Co prawda, posiłki były dwa. Albo kebab w raczej nudnej knajpie, albo coś na słodko. To drugie – gdziekolwiek i kiedykolwiek, albowiem Stambuł słodyczami stoi. Nie sposób się było oprzeć słodkiej baklawie, która zerkała na nas z niemal każdej witryny sklepowej, mówiąc „włóż mnie do buzi, polska szmato”. W efekcie wróciłem pierwszy raz z wyjazdu grubszy. Przywiozłem więc więcej obywatela z wyższym wykształceniem.
Codziennym rytuałem była także wizyta w miłej knajpce, gdzie piliśmy piwo i paliliśmy jabłkową siszę siedząc na wygodnych poduchach na zewnątrz i patrząc na leniwe życie stambulskiej uliczki.

Mili właściciele przybytku byli ze Słowenii, która, jeżeli wierzyć ich opowieściom, jest krajem sąsiadującym z każdym innym krajem, z którego pochodzą akurat ich aktualni klienci. Byliśmy także świadkami jak rodzi się legenda, albowiem lokal został ozdobiony nowym neonem, na który właściciele gapili się przez cały czas, cmokając z zachwytu. Niestety, zapomnieliśmy uwiecznić to dzieło na zdjęciu, mimo solennych obietnic, że to uczynimy. Następnym razem.
Ogólnie to był dobry, męski wyjazd. Pogoda nam sprzyjała, dopiero ostatniego dnia, podczas naszej wyprawy do Zachodniej Dzielnicy zaczęło padać, a my sobie przypomnieliśmy, że to jednak grudzień, a nie wiosna. O ile przez większość wyjazdu można było odnieść wrażenie, że Stambuł to jednak stolica nowoczesna, może nieco odmienna od Europy, ale jednak z nią ściśle związana, o tyle ostatni dzień pokazał nam jej inne oblicze. Krążąc po zaniedbanych uliczkach, widzieliśmy niemal wyłącznie kobiety w czadorach i mężczyzn w tradycyjnych strojach. To już inny świat. Świat, w którym reguły życia są jasne i proste, tak jak w filmie poniżej.
Na większość wyjazdów udawałem się sam. Tym razem miałem kompana w postaci Roberta i dlatego też wyprawa różniła się od poprzednich. Było więcej szlajania się po knajpkach, więcej śmiechu i wygłupów. Mniej za to wędrówek po dziwnych miejscach i kontemplacji. Zawsze mam jakieś swoje ulubione miejsce, do którego wieczorem przychodziłem, by sobie pomyśleć o różnych rzeczach. Tutaj bazowaliśmy raczej na śmiechu i komentowaniu rzeczywistości. Nawet na morze się porządnie nie popatrzyłem, a wiadomo, że co jak co, ale gapić się na morze to ja akurat mogę długo.

Po Stambule pomyślałem sobie, że jednak muzułmański kawałek świata ma w sobie coś pociągającego i z chęcią bym jeszcze z nią poobcował. A może raczej w końcu poobcowal, bo co jak co ale Stambuł to jednak kosmpolityczna stolica kraju, któremu Kemal Ataturk kazał zdjać ciuszki i założyć garnitury. Robert już zakupił bilety do Damaszku, a ja... A ja, cóż, za miesiac z hakiem lecę do Rzymu. Już drugi raz i znowu nie sam. Do stolicy Turcji też wrócę z wielką chęcią, bo być może, jest to miesjce, które w Europie spodobało mi się najbardziej. Poza oczywiście bezkonkurencyjnym Dublinem :-)
Majestatyczne zabytki budzą uznanie. Pierwsze skojarzenie ze Stambułem to chyba Hagia Sofia.

Z zewnątrz, bądźmy szczerzy, przynosi głównie rozczarowanie. Bryła budynku może i duża, czy nawet ogromna, ale chaos „podolepianych” przybudówek i zmian jakie wprowadzano do wyglądu świątyni przez półtora tysiąclecia, sprawia, że całość sprawia wrażenie pokraczne i nijakie. Tym bardziej, że po drugiej stronie placu pręży się majestatycznie Błękitny Meczet. Jego twórcy udało się to co planował – Hagia Sofia przypomina przy nim, może i starszą, ale zdecydowanie brzydszą siostrę, która w rywalizacji o względy gapiów zdaje się być bez szans. Ale pozory czasem mylą. I tak jest w tym przypadku.

Po wejściu do Sofii naszym oczom ukazuje się jej wnętrze. I trudno wtedy nie wydać z siebie jęku zachwytu i zdziwienia. Bo wszystko jest ogromne, na tyle zaskakująco duże, że niekiedy zapewne turyści wychodzą jeszcze raz na zewnątrz, by sprawdzić czy aby na pewno owe brzydkie kaczątko naprawdę kryję w sobie taką potęgę.
Losy świątyni to wypadkowa skomplikowanych dziejów miasta, które na przestrzeni wieków zmieniało nazwę, władców i religię panującą.

Niegdyś był to kościół chrześcijański, potem oczywiście meczet, obecnie po prostu Zabytek. Muzułmanie są jacy są, obecnie lubią się wysadzać w powietrze, słabo pilotują samoloty i budują silosy atomowe. Ale przynajmniej w zamierzchłej przeszłości nie sposób im było odmówić swoistej tolerancji dla tego co obce. Dlatego też po dziś dzień można podziwiać starochrześcijańskie freski i elementy wystroju wnętrza.
Do Błękitnego Meczetu wejsć podczas modlitw oczywiście nie można. Trzeba było swoje odczekać. Więc dłużej można popatrzeć się na sam budynek. Z zewnątrz, jak wspominałem, to budowla po prostu piękna, potężne minarety, ogromny dziedziniec, wysokie mury.

Za to środek rozczarowuje. Chociaż może to złe słowo – po prostu po przepastnym wnętrzu wielkiej sąsiadki, ten meczet nie może już robić podobnego wrażenia. Jest piękny, ale moje pokłony należą się głównie dla Hagia Sofia.
Niespodzianka to żadna, że w mieście pełno kolejnych meczetów. Starych i wielkich, małych i nowych, takich widocznych z daleka i takich, które trudno zauważyć nawet stojąc koło drzwi wejściowych. Nasi rodzimi obrońcy przed zalewem faszyzującego klerykalizmu powinni karnie wybrać się chociażby do Stambułu, by przekonać się jak nam daleko do religijnych standardów. Kilka razy w ciągu dnia słyszymy nawoływania do modlitw. Przypomina się nieco Bangkok i mój hotelik zagubiony wśród islamskiej mniejszości. Wtedy to przecież, jeszcze ciemną nocą budziła mnie modlitwa. Piękna ale i straszna, w ciemności zawsze cierpła mi skóra. Myślę sobie, że stambulskie wykonanie jest jednak znacznie, znacznie gorsze od tamtego.
Trzeci symbol, Pałac Topkapi rozczarował. Jest duży, w salach znajdzie się sporo zabytków, ale ogólna refleksja po zwiedzaniu była taka, że albo daliśmy ciała i nie zobaczyliśmy nawet 1/10 całości, albo przewodniki gówno o świecie wiedzą. A reklamowano, że spędzić tam tydzień to za mało.
My po godzinie myśleliśmy już tylko o kebabie, a bezcenne artefakty eksponowane w gablotach mijaliśmy ziewając. Jednym słowem - się zaczęliśmy nudzić.

Cóż, prostaki z nas. A prostaki lubią zakupy.
Część z nich robiliśmy na Grand Bazaar. W latach 70-tych pół Polski jeździło w to miejsce, by w zamian za przywożone kurtki skórzane (po dziś dzień obowiązkowe odzienie dla Turków płci obojga), sprowadzać kożuchy, złoto, mięso, mydło i inne dobra luksusowe, których gospodarka ludowa nie miała czasu produkować. Słynna złota ulica, bądźmy szczerzy, naszego pokolenia już tak nie rajcuje. Owszem, coś tam się świeciło, ale nie było w stanie przykuć naszej uwagi na dłużej. Inne stoiska to co innego, na Spice Bazaar podziwialiśmy kolorowe stożki ułożonych przypraw (które jeden z nas miał ochotę zdmuchnąć), kawałek dalej zastanawialiśmy się jakie słodycze kupić spośród tysiąca wystawionych. Były też, jak wszędzie, tandetne pamiątki, które po odpakowaniu w domu zawsze są witane standardowym „po chuja to kupiłem”. Były tkaniny tak kolorowe, że jako daltonista dostawałem drgawek i prosiłem, by sprzedawca razem z Robertem znaleźli mi coś w kolorze „pink”.

Dodajmy do tego tłok, harmider i ogromną przestrzeń plątaniny malutkich uliczek, by zdać sobie sprawę, że w tym wszystkim trzeba się było zgubić. Nie tym razem jednak. Jakbyśmy nie szli i tak za każdym razem trafialiśmy do tego samego wyjścia, które było najbliżej naszego „hotelu”. Dziwy, stambulskie dziwy.

Jedzenie to osobna karta. Co prawda, posiłki były dwa. Albo kebab w raczej nudnej knajpie, albo coś na słodko. To drugie – gdziekolwiek i kiedykolwiek, albowiem Stambuł słodyczami stoi. Nie sposób się było oprzeć słodkiej baklawie, która zerkała na nas z niemal każdej witryny sklepowej, mówiąc „włóż mnie do buzi, polska szmato”. W efekcie wróciłem pierwszy raz z wyjazdu grubszy. Przywiozłem więc więcej obywatela z wyższym wykształceniem.
Codziennym rytuałem była także wizyta w miłej knajpce, gdzie piliśmy piwo i paliliśmy jabłkową siszę siedząc na wygodnych poduchach na zewnątrz i patrząc na leniwe życie stambulskiej uliczki.

Mili właściciele przybytku byli ze Słowenii, która, jeżeli wierzyć ich opowieściom, jest krajem sąsiadującym z każdym innym krajem, z którego pochodzą akurat ich aktualni klienci. Byliśmy także świadkami jak rodzi się legenda, albowiem lokal został ozdobiony nowym neonem, na który właściciele gapili się przez cały czas, cmokając z zachwytu. Niestety, zapomnieliśmy uwiecznić to dzieło na zdjęciu, mimo solennych obietnic, że to uczynimy. Następnym razem.
Ogólnie to był dobry, męski wyjazd. Pogoda nam sprzyjała, dopiero ostatniego dnia, podczas naszej wyprawy do Zachodniej Dzielnicy zaczęło padać, a my sobie przypomnieliśmy, że to jednak grudzień, a nie wiosna. O ile przez większość wyjazdu można było odnieść wrażenie, że Stambuł to jednak stolica nowoczesna, może nieco odmienna od Europy, ale jednak z nią ściśle związana, o tyle ostatni dzień pokazał nam jej inne oblicze. Krążąc po zaniedbanych uliczkach, widzieliśmy niemal wyłącznie kobiety w czadorach i mężczyzn w tradycyjnych strojach. To już inny świat. Świat, w którym reguły życia są jasne i proste, tak jak w filmie poniżej.
Na większość wyjazdów udawałem się sam. Tym razem miałem kompana w postaci Roberta i dlatego też wyprawa różniła się od poprzednich. Było więcej szlajania się po knajpkach, więcej śmiechu i wygłupów. Mniej za to wędrówek po dziwnych miejscach i kontemplacji. Zawsze mam jakieś swoje ulubione miejsce, do którego wieczorem przychodziłem, by sobie pomyśleć o różnych rzeczach. Tutaj bazowaliśmy raczej na śmiechu i komentowaniu rzeczywistości. Nawet na morze się porządnie nie popatrzyłem, a wiadomo, że co jak co, ale gapić się na morze to ja akurat mogę długo.

Po Stambule pomyślałem sobie, że jednak muzułmański kawałek świata ma w sobie coś pociągającego i z chęcią bym jeszcze z nią poobcował. A może raczej w końcu poobcowal, bo co jak co ale Stambuł to jednak kosmpolityczna stolica kraju, któremu Kemal Ataturk kazał zdjać ciuszki i założyć garnitury. Robert już zakupił bilety do Damaszku, a ja... A ja, cóż, za miesiac z hakiem lecę do Rzymu. Już drugi raz i znowu nie sam. Do stolicy Turcji też wrócę z wielką chęcią, bo być może, jest to miesjce, które w Europie spodobało mi się najbardziej. Poza oczywiście bezkonkurencyjnym Dublinem :-)
środa, 2 grudnia 2009
Stambuł - już jutro
Jutro do Stambułu. Cieszyć się czy nie? Nie wiem.
Jeszcze niedawno pisałem, że koniec z podróżami. Że choć to przecież fajne hobby, to jednak niewiele dające. Człowiek odrywa się od problemów na jakiś czas, ale gdy wraca, to one witają go z radością na Okęciu, a do tego są z nimi nowe tabuny, bo problemy mają to do siebie, że gdy je pozostawić same sobie, rozmnażają się jak króliki.
Ale pewnego dnia, był to zapewne piękny dzień, pomyślałem sobie, że przecież gdyby nie te podróże, to o ostatnich dwóch latach mojego życia mógłbym powiedzieć jedynie, że były i się wydarzyły. A tak jest przynajmniej o czym opowiadać. A może byłoby o czym opowiadać, bo jakoś staram się nie chwalić tym, że w tym roku widziałem potęgę Nowego Jorku, jazz Nowego Orleanu, splendor Budapesztu, górskie serpentyny Czarnogórskich dróg, tłok atakujący Dubrownik, ciszę plaż Tobago czy w końcu szaleństwo Port-of-Spain. Mógłbym zanudzać tym wszystkich dookoła, ale nie chce mi się nikogo denerwować.
A tak, już za dobę z hakiem będę siedział na Okęciu, jak zawsze, bo mam to w zwyczaju, pójdę do tej samej toalety w Terminalu 1, pokręcę się po bezcłówce, a potem wsiądę grzecznie do samolotu i z zachwytem będę patrzył jak ziemia się ode mnie oddala. A potem lądowanie na nowym lotnisku, na obcej ziemi i te same motylki w żołądku, gdy będę się zastanawiał gdzie iść i jak przeżyć w tym dzikim miejscu. Może o tyle będzie inaczej, że zazwyczaj mam takie dylematy samotnie, a teraz będę miał towarzysza niedoli. Ale ja i Robert to półgłówki, więc nie spodziewałbym się, że towarzystwo moje jak i jego, wiele wniesie do naszego stylu podróżowania „po omacku i na głupka”.
I trzeci rok z rzędu, jest przynajmniej na to szansa, postawię stopy swoje na ziemi, azjatyckiej ziemi. Więc sobie myślę, że mimo wszystko, trzeba się cieszyć z tego wyjazdu.
A tak swoją drogą, to chyba wróciłem do dawnej formy, bo za półtora miesiąca lecę do Rzymu. Co prawda już tam byłem i to nie tak dawno temu, ale tym razem nie lecę sam i będę mógł strugać moją ulubioną rolę społeczną, czyli „ja wiem wszystko, bo już tu byłem”. Za chwilę zacznę odliczać i do tego wydarzenia :-)
Jeszcze niedawno pisałem, że koniec z podróżami. Że choć to przecież fajne hobby, to jednak niewiele dające. Człowiek odrywa się od problemów na jakiś czas, ale gdy wraca, to one witają go z radością na Okęciu, a do tego są z nimi nowe tabuny, bo problemy mają to do siebie, że gdy je pozostawić same sobie, rozmnażają się jak króliki.
Ale pewnego dnia, był to zapewne piękny dzień, pomyślałem sobie, że przecież gdyby nie te podróże, to o ostatnich dwóch latach mojego życia mógłbym powiedzieć jedynie, że były i się wydarzyły. A tak jest przynajmniej o czym opowiadać. A może byłoby o czym opowiadać, bo jakoś staram się nie chwalić tym, że w tym roku widziałem potęgę Nowego Jorku, jazz Nowego Orleanu, splendor Budapesztu, górskie serpentyny Czarnogórskich dróg, tłok atakujący Dubrownik, ciszę plaż Tobago czy w końcu szaleństwo Port-of-Spain. Mógłbym zanudzać tym wszystkich dookoła, ale nie chce mi się nikogo denerwować.
A tak, już za dobę z hakiem będę siedział na Okęciu, jak zawsze, bo mam to w zwyczaju, pójdę do tej samej toalety w Terminalu 1, pokręcę się po bezcłówce, a potem wsiądę grzecznie do samolotu i z zachwytem będę patrzył jak ziemia się ode mnie oddala. A potem lądowanie na nowym lotnisku, na obcej ziemi i te same motylki w żołądku, gdy będę się zastanawiał gdzie iść i jak przeżyć w tym dzikim miejscu. Może o tyle będzie inaczej, że zazwyczaj mam takie dylematy samotnie, a teraz będę miał towarzysza niedoli. Ale ja i Robert to półgłówki, więc nie spodziewałbym się, że towarzystwo moje jak i jego, wiele wniesie do naszego stylu podróżowania „po omacku i na głupka”.
I trzeci rok z rzędu, jest przynajmniej na to szansa, postawię stopy swoje na ziemi, azjatyckiej ziemi. Więc sobie myślę, że mimo wszystko, trzeba się cieszyć z tego wyjazdu.
A tak swoją drogą, to chyba wróciłem do dawnej formy, bo za półtora miesiąca lecę do Rzymu. Co prawda już tam byłem i to nie tak dawno temu, ale tym razem nie lecę sam i będę mógł strugać moją ulubioną rolę społeczną, czyli „ja wiem wszystko, bo już tu byłem”. Za chwilę zacznę odliczać i do tego wydarzenia :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
