sobota, 20 maja 2017

20.05, Doliny ciąg dalszy

W sobotę miało przyjść załamanie pogody. No i przyszło. Niebo zmieniło barwę z błękitu na stal, obniżając znacząco swój pułap. W chmurach zniknęła Śnieżka, zrobiło się też chłodniej. W takim anturażu szczególnie docenić wypada jeszcze raz Karpacz oraz jego atrakcje. Nawet gdyby cały dzień padało, i tak mielibyśmy bowiem co robić.

Trzymaliśmy się zasady “ranek dla dziecka, popołudnie dla ojca”. To było z mojej strony lisio sprytne zagranie. Wiadomo bowiem, że poranek kończy się najpóźniej o 12:00, a kiedy kończy się popołudnie? Ha! Tego nikt nie wie. A już na pewno nie wie tego trzylatka. 1:0 dla mnie.

Najpierw pojechaliśmy do Muzeum Lalek, zlokalizowanego w budynku dawnego dworca. Wystawa była fajna i pouczająca, nawet dla dorosłego ramola. Zabawek było dużo i reprezentowały różne kraje oraz epoki. Najbardziej spodobał mi się poszukiwacz opali, sympatyczny brodacz rodem z Australii. Przypomniało mi się, że będąc dzieckiem oglądałem film o takowym. I za cholerę nie mogę znaleźć jego tytułu, chociaż jestem prawie pewien, że maczał w nim ręce sam Jim Henson. Na widok wielu innych eksponatów robiło mi się jednak nieswojo. Ważne, że Gabie się podobało wszystko i nie miała wątpliwości na widok świdrujących oczu oraz ząbków tego potwora:

Oglądaliśmy też klocki LEGO i oczywiście, byliśmy w Parku Bajek. Wstąpiliśmy na ciastko i do księgarni, którą prowadził “pan nienawidzący Żydów oraz komuchów”. Zabawne, że z jednej strony pomstował, a z drugiej sprzedawał komuś biblię na pierwszą komunię. A przecież Ci co biorą komunię to komuniści. Chciałem mu to wyjaśnić, ale dałem sobie spokój, bo wątpię, by zrozumiał tak głęboki żart.

***

A potem znowu wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy w stronę Doliny. Tym razem, w pierwszej kolejności, zobaczyć Mysłakowice. To akurat pałac, który miał trochę więcej pecha niż szczęścia. W przeciwieństwie do tych oglądanych wczoraj, jest bowiem w umiarkowanym stanie. Na co dzień pełni funkcję szkoły, jego nobliwa elewacja nie ma więc pewnie lekko. No bo przecież trzeba jakoś światu ogłosić, że Elka to lampucera, a Krzysiek to konfitura. A wiadomo, że szkolne mury i scyzoryk nadają się do tego najlepiej.




Ciekawe, jak to jest być uczniem i chodzić do szkoły zlokalizowanej w dawnym pałacu? Brzmi to trochę ekscentrycznie i brytyjsko. Chociaż współczesne dzieciaki pewnie mają to w nosie. W czasach swojej świetności była to rezydencja Króla Prus, Fryderyka Wilhelma IV. To ten, który pod koniec życia zwariował, a i wcześniej zachowywał się dziwnie. Dzisiaj jego dawna włość prezentuje się może nieco mniej nobliwie, ale już sam nie wiem co gorsze - bycie szkołą czy też luksusowym hotelem dla snobów?

Kawałek dalej, w zachowanej resztce dawnego założenia parkowego, znaleźć można było inne ciekawostki. Takie jak “brama” zbudowana z … żuchwy wieloryba grenlandzkiego (obecnie jego imitacji, ponieważ oryginał znajduje się w muzeum). Czy też klasycystyczny kościół, którego elementem wyposażenia są kolumny sprowadzone z Pompejów. We wsi nieopodal ludzie nadal mieszkają w domkach, które jak żywo przypominają Tyrol. Sporo tych atrakcji jak na zapadłą wioskę, gdzieś z dala od utartych szlaków. To mi się podobało!

Następnie pojechaliśmy do Wojanowa. Gabriela jak usnęła, tak nadal spała, więc podobnie jak w Mysłakowicach, miałem czas dla siebie. Wystarczyło ją przełożyć z samochodu do wózka i można było chodzić godzinami w ciszy oraz spokoju. Wspaniała sprawa!

Ten Pałac był z kolei aż przesadnie wypielęgnowany. Dziś mieści się w nim hotel i to taki, że nadal mnie na niego nie stać. O czym świadczyły chociażby zaparkowane samochody, jak i szybki przegląd cen. Noc za tysiąc złotych? Dziękuję, ja wysiadam.

Wojanów miał w swojej historii trochę szczęścia i sporo pecha. Tyle, że tego pierwszego jednak więcej niż mniej. Podobnie jak wcześniejszy obiekt, ten również należał do pruskiej rodziny królewskiej. Po wojnie zaś stał się PGR-em. Potem budynek strawił pożar i dopiero niedawno, powstał on z kolan. Cały kompleks jest obecnie otwarty dla gości i przyznać trzeba, że prezentuje się znakomicie. Chyba najlepiej ze wszystkich obejrzanych przeze mnie miejsc, chociaż w prywatnym rankingu stawiam wyżej samotność Bukowca nad splendor Wojanowa. Do obu jednak z chęcią bym wrócił, szczególnie, że Dolinę Pałaców i Ogrodów należy uznać za ledwo, ledwo przez nas liźniętą.

piątek, 19 maja 2017

19.05, Śląskie Elizjum

Pobudka o 6:40. Jemy śniadanie i idziemy na spacer “do miasta”. Jako, że mieszkamy na górze, czyli w Wilczej Porębie, do śródmieścia mamy kawałek. Błąd, że nie wziąłem wózka, bo Gabrysia szybko się zmęczyła i musiałem ją nieść na rękach. Przez co spociłem się jak świnia, ale parafrazując - lepiej się spocić i śmierdzieć jak świnia w Karkonoszach, niż pachnieć fiołkami siedząc w biurze na Domaniewskiej.

Karpacz naprawdę mi się podobał. Architektonicznie może szału nie ma, ale miasto ma swój klimat i trzyma poziom. Jest w nim dużo zieleni, zabudowa jest z reguły zwarta i w miarę jednorodna. Poza Świątynią Wang (do której nie dotarliśmy), jest w niej jeszcze kilka pomniejszych zabytków, ale najpiękniejsze są zdecydowanie widoki dookoła. Szczególnie, że część szczytów była jeszcze biała, co z perspektywy gorącej ulicy, dodawało tej panoramie dodatkowego, onirycznego wymiaru.



Co ważne, Karpacz ma wiele atrakcji dla dzieci. Dlatego zresztą wybrałem to miejsce. Jest tam chociażby “muzeum” klocków LEGO. A nawet, dwie tego typu placówki, które zresztą ze sobą dosyć bezceremonialnie rywalizują. Odwiedziliśmy oba z nich. Gabrieli się podobało, mieliśmy sporo radości, chociaż cała ekspozycja nie jest duża, podobnie jak powierzchnie obu przybytków. W sezonie musi tam fatalnie i tłoczno, ale my nie mieliśmy problemu, bo byliśmy jedynymi gośćmi. Tak to można zwiedzać!

Obok naszego hotelu był z kolei “Park Bajek”. Który również odwiedziliśmy i to niejeden raz. Teren był nawet spory, a na nim ustawiono gabloty z lalkami, które po naciśnięciu przycisku zaczynały się poruszać w rytm czytanej przez lektora opowieści. Gabriela z zainteresowaniem słuchała wszystkich ekspozycji. Niektóre kazała sobie włączać kilka razy. Ja słuchałem ich z przerażeniem, bo zdałem sobie sprawę, że tzw. “klasyka”, czyli Jaś i Małgosia, Siedmiu Krasnoludków czy Roszpunka to opowieści ociekające krwią, przemocą i brutalnością wobec najmłodszych. Ciekawe kiedy jakiś nawiedzony postępowiec wpadnie na oczywisty pomysł, że trzeba je zdelegalizować albo przynajmniej, napisać od nowa. Szczególnie, że wywołują one wiele pytań, np. o to czy wilki naprawdę jedzą dzieci, albo dlaczego sierotka Marysia nie ma rodziców. Z drugiej strony, bajki są odzwierciedleniem rzeczywistości w jakiej powstawały i z pobieżnej analizy ich treści wynika, że przed wiekami, życie musiało być naprawdę ogromną udręką i bólem. Często o tym zupełnie zapominamy.


***

Po obiedzie wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy zwiedzać Dolinę Ogrodów i Pałaców. To umowna nazwa obszaru o powierzchni około 100 km2, który geograficznie, mniej więcej, pokrywa terytorium Kotliny Jeleniogórskiej. A tam, pośród gęstych lasów, licznych pagórków i jezior, znajduje się około trzydziestu historycznych obiektów, będących pamiątką po nobliwej przeszłości tych ziem oraz ich dawnych właścicielach. Do których zaliczyć można pruską rodzinę królewską, ale również - naszą rodzimą szlachtę. Stan poszczególnych obiektów jest różny. Niektóre są wyremontowane, innym bliżej do miana ruiny. Podobnie rzecz ma się z ich stylami - znaleźć można zarówno gotyk, jak i bardziej współczesne formy. Szczególnie, że wiele rezydencji przebudowywano w XIX wieku, kiedy Dolina była popularna wśród europejskich elit jako miejsce wypoczynku i kuracji. Przyjeżdżał tu m.in. sam Goethe. Dziś, obszar ten dopiero odzyskuje swój dawny blask i rozpoznawalność, chociaż przeciętny turystyka w klapkach z pewnością woli zjeść lody-kręciołki w Karpaczu, niż oglądać zabytki, więc o przyszłość i “niezadeptanie” można chyba być spokojnym.

W takim miejscu pojawia się problem, gdzie pojechać. To się nazywa paradoks wyboru - im większy wybór, tym często trudniej o decyzję. Po namysłach, najpierw ruszyliśmy do Bukowca. To znaczy, ja ruszyłem, a Gaba poszła oczywiście spać. Jechałem więc powoli, starając się cieszyć chwilą, chłonąć otoczenie i dawkować sobie podniecenie jakie zazwyczaj mi się udziela podczas takich przejażdżek po Dolnym Śląsku. Miejsce docelowo okazało się być zapomnianą wioską, z wielkimi spichlerzami zlokalizowanymi tuż obok drogi, ale i widokiem na pobliski pagórek, gdzie pyszniła się biała jak śnieg, Świątynia Ateny. Cytując klasyka - “nikt nie spodziewa się Świątyni Ateny w takim miejscu jak to”.


Dawny zespół pałacowy oferował naprawdę wiele ciekawostek. Które docenialiśmy szczególnie, ponieważ byliśmy tam zupełnie sami, nie licząc pani pracującej w pobliskiej kawiarnii (sic!). “Nikt nie spodziewał się kawiarnii w miejscu tak pustym jak Bukowiec”.

Najpierw wspięliśmy się na rzeczone wzniesienie, potem wąchaliśmy kwitnące kwiatki, zerknęliśmy w stronę innych pawilonów parkowych, a następnie poszliśmy nad brzeg jeziora. W tle majaczył nas masyw Karkonoszy. W powietrzu słychać było świerszcze i ptaki. Nie chce razić słownictwem, ale znowuż wypadało wypowiedzieć sakramentalne: O KURWA JAK TU PIĘKNIE. Można się silić na elegancki język, ale prawda jest taka, że żadne słowa nie są w stanie oddać moich wewnętrznych emocji lepiej niż taka prostacka wiązanka.

Wsiedliśmy niespiesznie w samochód i ruszyliśmy dalej, do Łomnicy. Tam z kolei było już więcej ludzi, w tym głośna teutońska wycieczka. A szkoda, bo tamtejszy Pałac naprawdę robił wrażenie. Niestety, nasi zachodni sąsiedzi skutecznie utrudniali mi kontemplację, a Gabriela zaczynała coś wspominać o kolacji, więc wróciliśmy do Karpacza. Chcieliśmy coś zjeść w folwarku zlokalizowanym naprzeciwko Pałacu, ale pani z obsługi stwierdziła, że zanim nakarmi wspomnianą już gromadkę, dla nas nic nie zostanie.

Zabawne jest to, że byliśmy oddaleni od naszego hotelu o piętnaście kilometrów, a przez większą część “wyprawy” w Dolinę orbitowaliśmy wokół granic administracyjnych Jeleniej Góry. Takie zagubienie w czasie i przestrzeni lubię szczególnie.

czwartek, 18 maja 2017

18.05, Droga do Karpacza

Przez te kilka lat jeżdżenia po Polsce zrobiłem “w trasie” blisko sto tysięcy kilometrów. Nic więc dziwnego, że mam takie drogi, które lubię szczególnie. A pośród nich, prym wiedzie ekspresówka na Wrocław. Przede wszystkim dlatego, że prowadzi ona do serca Dolnego Śląska (czyli również do mojego serca, a przynajmniej, tej jego części, która odpowiada za uniesienia natury turystycznej). Jest również nowa, no i co równie ważne, zazwyczaj pusta. Zdarza się i tak, że w promieniu wzroku widać jeden samochód, a czasem nawet nie ma nawet tego. Cisza, spokój. Do tego, okolice i widoki dookoła trasy są miłe dla oka. Lasy, pola, z czasem nawet lekkie pagórki. Żadnych przedmieść, kominów, fabryk czy ruder, które psułyby ogólną percepcję. Dodatkowego uroku dodają specjalne “przejścia” dla zwierząt, dzięki którym mogą one swobodnie przemieszczać się po terenie, nie wchodząc “w paradę” rozpędzonym autom. Szanuję to.

A gdy kończy się ekspresówka robi się jeszcze ciekawiej, bo lokalnej “piątce” i “trójce” też urody nie można odmówić. Jechaliśmy nimi tego dnia z Gabrielą na nasz wspólny weekend do Karpacza i po drodze, gdy córka spała, pozwalałem sobie na głośne komentarze. Które można podsumować jednym zdaniem: JAK TU JEST KURWA PIĘKNIE. Był maj, wiosna w końcu pokonała ostatnie bastiony zimy. Przyroda wyglądała jakby ze wszystkich sił starała się nadrobić późny start w tym roku, wyciągając z rękawa wszystkie swoje “asy”. Na polach kwitł rzepak, na pagórkach fioletem kusiła lawenda, zieleń drzew i lasów mieniła się w słońcu, a niebo aż raziło błękitem.

Po drodze zatrzymaliśmy się w ludycznej knajpie na obiedzie. Nie lubię takich miejsc, ale zjeść przecież trzeba, szczególnie, że trasa z Warszawy do Karpacza to de facto blisko sześć godzin w drodze (wersja dla rodziców z dziećmi). Zazwyczaj takie przybytki są pretensjonalne, zatłoczone, głośne, a kulinarna oferta urąga godności. Tym razem, spełniło się tylko to drugie. Nasze spaghetti bolognese było tak złe, że czułem jego obecność w żołądku do samego wieczora. Wśród rozczarowanych gości spotkałem Macieja Miszkińa - ex boksera, którego pamiętam z niezliczonych gal, na których z reguły obijał kotlety, bredząc coś o swoich ambicjach sięgających mistrzostwa świata. Ale to tak naprawdę ciekawy i mądry człowiek. Zawiesił rękawice na kołku dokładnie wtedy, gdy zrozumiał, że nie ma szans na nic więcej. Zajął się komentatorką, biznesem i... karierą w strukturach Świadków Jehowy.

Do Karpacza dotarliśmy bezpiecznie, z piosenką na ustach. Zostawiliśmy nasze rzeczy w pokoju i pognaliśmy do centrum. A ja cały czas gapiłem się na masyw Śnieżki, który mnie swoją bliskością oraz skalą hipnotyzował. Bądź co bądź, kilka lat temu “wspinałem się” na Szczyt Świata, czyli ekwadorski Chimborazo i nie powiem, nabrałem ochoty, by “wrócić w góry”. Ale to innym razem.

Gabriela trochę poskakała po placu zabaw, a ja sumiennie zapisałem w swoim dzienniczku, że miasto “ma w sobie coś”. W sezonie jest tu pewnie beznadziejnie, ale my przyjechaliśmy na długo przed jego rozpoczęciem. Główny deptak był więc pustawy, a w każdej knajpce czekało na nas miejsce. Usiedliśmy w jednej z nich, a ja popijając kawę na tarasie, pomyślałem sobie, że się z tym Karpaczem chyba polubimy. Gaba jedząca lody zaś grzecznie się z tą tezę zgadzała, a przynajmniej, takie sprawiała wrażenie.

wtorek, 2 maja 2017

28.04-02.05, Golub - tak, Dobrzyń - niekoniecznie

Golub-Dobrzyń. Pierwsze skojarzenie - zamek. Drugie - moje wujostwo, które tam od lat mieszka. Nigdy ich nie odwiedziłem, chociaż raz jeden, było nawet blisko. To był chyba 1991 rok, miałem wtedy dziesięć lat i myśl o tym, że spędzę kilka dni wakacji w okolicy Zamku Krzyżackiego, z dala od domu i nudy, rozbudzała moją wyobraźnię. Tak, tak, już wtedy było ze mną coś nie tak. To i tak wszystko wina Zbigniewa Nienackiego i “Pana Samochodzika”, w którym zaczytywałem się jak szalony. Niestety, nic z tego wyjazdu nie wyszło. To ogromne rozczarowanie pamiętam, jak widać, do dzisiaj.

Teraz, cóż, mam lat trzydzieści sześć i sam decyduje gdzie i kiedy jadę. Postanowiłem więc spędzić majówkę właśnie w Golubiu-Dobrzyniu, szczególnie, że nie jest tam daleko, a tegoroczny kalendarz aż zachęcał do tego, by skorzystać z “długiego weekendu”.

***

Mieszkaliśmy w zupełnie nowym hotelu. Nazywał się “Dwór Fijewo”. Jeszcze pachniał nowością, a dokładniej pisząc, słodko-kwaśnymi nutami robotników oraz brutalnością ostatnich maźnięć szpadlem. Wystrój wnętrz jasno wskazywał, że turystyka indywidualna jest jedynie “przy okazji”, głównego przeznaczenia miejsca jakim będą wesela, stypy oraz urodziny. Nie nasz styl, ale zakładamy, że innym się podoba. A nam nie musi.

Z kolei personel składał się z branżowych nuworyszy. Ich brak doświadczenia był jednak bardziej słodki niż irytujący. Pani w recepcji nie do końca wiedziała czy na nasz widok ma wstawać czy też może niekoniecznie (a to miły, acz zapomniany obecnie zwyczaj, który mówi wiele o miejscu i jego właścicielach). Największy problem był z nami na śniadaniu. Mieszkaliśmy w apartamencie, który teoretycznie mógł pomieścić czwórkę dorosłych. A skoro tak, przyniesiono nam śniadanie dla takiej liczby osób. Na widok góry jajek i kilograma wędliny zrobiło nam się słabo, szczególnie, że oboje z żoną mamy zaszczepiony szacunek do jedzenia. Jak dają, to wypada zjeść. Tego jednak nie daliśmy radę.

Do Zamku mieliśmy dosłownie kilka kroków, odwiedzaliśmy go więc regularnie. Nie jest co prawda duży, ale swoje niewielkie rozmiary skutecznie nadrabia położeniem: na wysokim, morenowym wzniesieniu góruje on nad okolicznymi zabudowaniami, dzięki czemu, widać go z daleka. Jest także świetnie utrzymany, przez co miał i nadal ma ogromną wartość dla historyków, szczególnie, że zalicza się do grupy najstarszych kaszteli krzyżackich. Chociaż na przestrzeni dziejów, przeszedł on wiele “poprawek”, które co nieco stępiły jego gotycki i militarny charakter. Do takich ulepszeń zaliczyć wypada chociażby renesansowe attyki, które wieńczą mury zamku od mniej więcej XVII wieku i które są zresztą typowe dla ówczesnej architektury Rzeczpospolitej. Podobnie jak wszystkie budowle krzyżackie, i Zamek w Golubiu był w swoim czasie składowiskiem rupieci, ruiną czy lazaretem. Dziś jest zaś hotelem. Drogim, zapchanym, no i raczej słabo ocenianym, co jest zresztą regułą w tego typu przybytkach. Albo mieszkają w nim goście wymagający i skorzy do narzekań, albo po prostu, jak się ma świadomość, że ludzie i tak będą przyjeżdżać, to właściciele specjalnie obniżają standard, podnosząc sobie marże.



U podnóża zamku rozciąga się miasto. A dokładnie, Golub, bo dzisiejszy Golub-Dobrzyń składa się przecież z dwóch miejskich organizmów połączonych dopiero w 1951 roku. Obie części rozdziela rzeka Drwęca, jak również, historia. W Golubiu jest Stare Miasto, a dokładniej pisząc, rynek i kilka odchodzących od niego uliczek, które ograniczone są resztkami miejskich murów. Szczególnie uroczo prezentują się one z zamkowego wzniesienia. Ten dystans nadaje im trochę tajemniczości, trochę też oszukuje skalę, no i maskuje rozliczne wady, o których za chwilę.

“Stary” Golub nie jest duży. Jego teren od współczesności odgradza resztka zachowanych miejskich murów. Ale kryje on w sobie trochę miłych dla oka widoków. Takich chociażby jak miejskie kamieniczki pochodzące z kilkuset ostatnich lat, czy też dom podcieniowy z 1771 roku. Kawałek dalej znajduje się również gotycki kościół z przełomu XIII i XIV wieku. Oraz bardziej współczesny, który obecnie jest szkołą - być może, najładniejszą szkołą jaką do tej pory widziałem.




Nie jest to może architektoniczne arcydzieło, ale lubię takie małomiasteczkowe klimaty i ten również przypadł mi do gustu. Szczególnie, gdy pogoda zrobiła się dla nas łaskawa. Bo przez pierwsze dni, majówka była chłodna i pochmurna. Co mocno rzutowało na to w jaki sposób postrzegałem tę okolicę. “Strefa cienia” była wtedy wyczuwalna na każdym kroku i reprezentowana przez chociażby: odrapane mury, pranie suszące się tuż nad jeziorami błota, zakątki śmierdzące uryną, żuli wystających w walących się bramach, przepite ocza przechodniów obu płci, no i dresiarzów z kapturami na niedomytych łbach. Niby nic nowego, ale po kilku miesiącach słoty, takie widoki w maju zaczynały być męczące dla moich oczu oraz duszy. Kiedy ich zabrakło, a zza chmur wyjrzało słońce, poczułem radość. Chyba robię się stary, kiedyś takie rzeczy w ogóle mnie nie “ruszały”...


O ile Golub jest leciwy i poniekąd dostojny, Dobrzyń to w praktyce ahistoryczne przedmieście, którego głównym zabytkiem jest kościół z drugiej połowy XIX wieku. Poza tym, same bloki, domki jednorodzinne, kilka sklepów i restauracji, czy raczej, miejsc, gdzie można coś zjeść, bo “restauracja” to jednak byłby za duży komplement. Nic ciekawego niestety. Takie miejsca zwykłem określać jednym słowem - “Piaseczno”. Nic do Piaseczna oczywiście nie mam, ale z całym szacunkiem, jest dla mnie symbolem miejskiej nieciekawości, która udzieliła się również Dobrzyniowi.

***

Zaletą miasta jest również jego dogodne położenie. Korzystaliśmy z tego i przez nasz pobyt, podróżowaliśmy po okolicach. Odwiedziliśmy Osadę Karbówko, ciekawe miejsce, położone w oddali od cywilizacji, gdzie zjedliśmy świetny obiad i zajęliśmy dziećmi różnymi rozrywkami. Popełniłem również błąd i innego dnia, pojechałem do Torunia. Okazało się, że odbywa się wtedy uliczny bieg, wszystko więc było zakorkowane. Zanim znalazłem miejsce parkingowe, wszyscy w samochodzie, łącznie ze mną, mieli już dosyć. Trochę szkoda. Zupełnie inne wspomnienia za to mieć będziemy z Sierpca. Tamtejszy skansen okazał się świetnym, zaskakująco nowoczesnym miejscem, do którego na pewno chciałbym wrócić.