czwartek, 7 listopada 2013

06/07.11, In Dublin's Fair City...

Moje podróżowanie ledwo co się oficjalnie zakończyło, a jakiś czas potem znowu wsiadłem na pokład samolotu i poleciałem w świat. Tak to już bywa z solennymi postanowieniami – wyglądają dobrze tylko na papierze. Mam jednak wytłumaczenie. Poleciałem raz, że służbowo, dwa, że na krótko, a trzy, do miejsca względnie bliskiego, takiego które znam i za którym czasem tęsknie. Cel – Dublin.

Kocham to miasto miłością prawdziwą, czyli irracjonalną, ślepą na argumenty, opierającą się zdrowemu rozsądkowi i temu co obserwują oczy, a „dusza widzieć nie chce”. Dublin, napisać to trzeba otwarcie, jest prowincjonalnym miasteczkiem na krańcu Europy, szarym, zimnym, trochę nudnym i pozbawionym sensownych atrakcji. Gdyby nie „Cud Zielonej Wyspy” i trwający kilkanaście lat „Pomruk Celtyckiego Tygrysa”, Irlandia nadal byłaby postrzegana tak jak była wcześniej, czyli jako anonimowa, pełna piwa i dewotów wysepka u boku potężnej Brytanii. Ekonomiczna prosperita wywróciła ten odwieczny porządek do góry nogami, a sam Dublin został domem dla tysięcy Polaków. O ich drugiej ojczyźnie stało się u nas bardzo głośno. Gdyby dobrze policzyć, być może, okazałoby się, że w polskich mediach, słowo „Irlandia” częstotliwością wymawiania ustępuje jedynie takim państwom jak USA, Rosja, może Niemcy i Zjednoczone Królestwo. Dzięki napływającym do Łomż, Pasłęków czy Ostrołęk euro-podarunkom od rodzin zagranicą, jej wizerunek oscyluje gdzieś wokół krainy szczęśliwości, gdzie człowiek się nie narobi, a swoje zarobi (i jeszcze odłoży oraz wyśle do domu). W latach 80-tych tak mówiło się o RFN, do którego ciągnęły pielgrzymki wierzących w to, że gdzieś jest lepsze życie. Dzisiaj to na lotnisku w Dublinie pojawiają się (nadal) strudzeni wędrowcy w poszukiwaniu odmiany i poprawy swoich losów. Nawet jeżeli w ostatnich latach wielu wróciło na tarczy, ów arkadyjski wizerunek ma się dobrze i na trwałe wpisał się w nasze wyobrażenie o Irlandii.



Nie będę opisywał formalnej części pobytu. Niestety, spędziłem w klimatyzowanych biurach większość czasu i strasznie żałowałem, że nie mogłem po prostu pospacerować po mieście. Na takie przyjemności miałem czas wyłącznie porankami i to takimi bladymi, nowonarodzonymi, dopiero co wyciągniętymi z odmętów mroku. Wtedy wędrowałem ścieżkami, które budziły we mnie falę wspomnień sprzed, jak ten czas leci, dziewięciu ponad lat, kiedy zawitałem do Dublina po raz pierwszy. Byłem wtenczas młodym, świeżo upieczonym emigrantem „wakacyjnym”, miałem swoją pierwszą, poważną pracę w globalnej korporacji, zarabiałem ogromne pieniądze, żyłem na własną rękę i cieszyłem się wolnością jaką daje samodzielność finansowa. To były wspaniałe miesiące, cudowne lato, które wiele mnie nauczyło i które zaliczam do najważniejszych momentów życia. Był to również koniec beztroskiej młodości, w Dublinie wkroczyłem, zupełnie nieświadomie, w dorosłość. Własna pensja tak mi się spodobała, że kilka miesięcy później rozpocząłem już regularną „karierę” zawodową, podczas gdy moi znajomi cieszyli się jeszcze chwilę statusem żyjących „nie wiadomo jak, nie wiadomo za co” studentów. Dziwne może wydawać się więc to, że tak rzadko wracam na scenę tych wiekopomnych wydarzeń. W czasach tanich biletów nie jest to wielki problem, ale od 2003 roku byłem tam ledwie raz, na weekend i dopiero teraz przyszła kolej na ponowną, równie krótką wizytę. Wytłumaczenie jest tylko jedno – o wspomnienia trzeba dbać i starać się nie zadeptać ich zbyt częstym wyciąganiem z szuflady. Dobre wspomnienia pachną molami i kurzem!




Dublin niewiele się zmienił. Owszem, okolice Grand Canal , Dockyards czy też dzielnica biznesowa wyglądały obco, ale Temple Bar, Grafton Street i rzeka Liffey od razu przywowały obrazy sprzed dekady. Zabawne, że dopiero na miejscu zacząłem przypominać sobie różne, drobne rzeczy, które wyleciały mi z głowy przez ten czas. Chociażby, kwestia wszechobecnych wtedy kawiarenek internetowych. W kilku z nich spędzałem sporo czasu, miałem nawet wykupiony „abonament”, ale dziś nie ma już po nich śladu. Ich miejsce zajęły sklepy, restauracje... Nie ma też już chyba wszechobecnych dziupli skąd dzwoniłem do domu i opowiadałem o życiu w tym dziwnym, wspaniałym miejscu... Swojego położenia nie zmienił za to „mój” oddział banku AIB, którego widok przypomniał mi, że od dziesięciu prawie lat mam tam konto, kartę i zapewne, zaległe opłaty. Znalazłem też sklep z pakistańskim (?) jedzeniem, gdzie nabyłem kiedyś najostrzejsze papryczki świata, zlokalizowałem także kilka antykwariatów do których zachodziłem regularnie przeszukując półki w poszukiwaniu starych wydań książek o Świętym autorstwa Leslie Charterisa. Chociaż próbowałem, nie zdążyłem zapuścić się głębiej na północ od rzeki, a chciałem odwiedzić okolice, w których mieszkałem. Może następnym razem?





Przez dwa dni zdążyłem też wypić kilka pint w tamtejszych pubach. Popołudniami i wieczorami nie było za bardzo możliwości, by pobyć samemu, więc rezygnowałem z sentymentalnych wędrówek na rzecz integracji „biznesowej”. A to oznacza zawsze to samo, czyli alkohol i jedzenie. Z tym drugim trafialiśmy różnie, np. pierwszego dnia poszliśmy na wyjątkowo paskudną rybę z frytkami. Nie przypominam sobie bym jadł ją wcześniej. Porcja była ogromna i tłusta. Chociaż kosztowała około 10 euro, nawet taki sknera jak ja musiał ją zostawić niedojedzoną w połowie. Typowe pijackie danie, w końcu podchmieleni klienci zazwyczaj nie zwracają uwagi na takie rzeczy jak smak czy aspekty zdrowotne.
Na Temple Bar panowały oczywiście mocno turystyczne klimaty, ale kawałek od naszego hotelu trafiliśmy do fajnego, lekko zapuszczonego miejsca, gdzie stołowali się głównie lokalni mieszkańcy. Guinness nigdzie nie smakuje tak dobrze jak w swojej ojczyźnie, to trzeba przyznać. Czasem kupuję sobie butelkę do domu, ale to nie to samo. Pojechaliśmy także za Dublin, do słynnego „Johnnie Fox's Pub”. Ten założony w 1798 roku przybytek (sic!) nosi dumny tytuł … najwyżej położonego baru w całej Irlandii. Cieszy się on ogromną popularnością i na miejscu można zrozumieć dlaczego.



W kilku klimatycznych salach pełno było historycznych bibelotów, przepraszam, historycznych ARTEFAKTÓW, pokazujących jak wyglądało codzienne życie przed latami, dekadami, wiekami. Rozliczne zdjęcia ukazywały znamienitych gości, którzy odwiedzili przyjazne progi tego pubu. Zjedliśmy tam klasyczne irlandzkie potrawy, zobaczyliśmy imponujący występ irlandzkich tancerzy, posłuchaliśmy niejednej rzewnej melodii, a ja nawet zapomniałem, że dookoła nas siedzieli tylko i wyłącznie turyści. Obok mnie świetnie bawił się pewien ryży Australijczyk, który niemal płakał przy każdym kolejnym utworze. Zapewne odwiedzał ziemię przodków, a ja, wyjątkowo rozumiałem co czuje, bo i mnie sentyment ścisnął co nieco za serce. Kiedy tak dumałem na wytartej ławie pamiętającej pewnie jeszcze epokę Wielkiej Zarazy, kiwając się w rytm kolejnych interpretacji „Molly Malone”, pomyślałem, że warto byłoby kiedyś do tego Dublina wpaść na kilka dni dłużej, by nacieszyć się smakiem Guinnessa w jego naturalnym środowisku. Ale potem przypomniałem sobie, że przecież z podróżowaniem (chwilowo) koniec, więc zapewne znowu zawitam tam za kilka lat i uronię melancholijną łezkę dumając nad tym jak ten czas leci.

niedziela, 22 września 2013

22.09, Przystanek Amsterdam

Rzeczony samolot, po przebyciu tysięcy kilometrów, wylądował w Amsterdamie, gdzie miałem kilku godzinną przesiadkę.

Taki długi postój pozwalał zobaczyć miasto „przy okazji” i „za darmo”, co zawsze brzmi świetnie, szczególnie gdy siedzi się wygodnie w fotelu w domu i planuje podróż z palcem na mapie. W rzeczywistości jest to zawsze spora mordęga – w ten sposób odwiedziłem Helsinki czy Dubaj i choć teraz wspominam to jako sympatyczne przygody, na miejscu miałem dość. W obu przypadkach jedyne o czym marzyłem to po prostu pójść spać, wrócić do Warszawy jak najszybciej się da. Nie inaczej było w Amsterdamie, po którym snułem się w sennej maglinie, wdychając opary z Coffee Shopów i uciekając przed wszędobylskimi rowerami.


Do Holandii miałem zresztą wybrać się w lutym. Kupiłem nawet bilet, zabukowałem hotel, starannie przejrzałem przewodnik, ale koniec końców, uziemiła mnie praca i poczucie obowiązku. Trochę żałowałem, bo zimowy Amsterdam prezentuje się zapewne magicznie i mógłbym się w tym mieście zakochać bez pamięci. To w końcu aglomeracja pełna zabytków, ciekawostek, wielkiej i małej historii. Tymczasem, ta krótka wizyta po kilkunastu godzinach spędzonych w samolocie i dobie bez snu, była traumatyczna, a do samego miasta nieco się zraziłem.

Nie wiem co mnie drażniło najbardziej. Znając siebie, zapewne tłumy dookoła. To była niedziela, czas rodzinnych spacerów i nadrabiania zaległości w kontaktach z najbliższymi. W dodatku w centrum odbywały się różne plenerowe imprezy, łącznie ze świeżo zakończonym masowym biegiem. Ulice były więc pełne, gwar rozlewał się wszędzie, konkurując z dzwonkami cholernych rowerów. Co chwila obijałem się o kogoś, a ktoś obijał się o mnie. Często nie były to specjalnie przyjemne doświadczenia, bo oprócz tubylców spotykałem mnóstwo weekendowych turystów, najczęściej anglojęzycznych, skacowanych troglodytów o posturze niewyrośniętych, acz bojowych kurczaków. Takimi brzydzę się już wybitnie, a gdzie się nie spojrzałem widziałem ich parszywe oblicza.

Szkoda mojego podłego nastroju, bo Amsterdam nie zasłużył na takie negatywne emocje. Gdyby tylko można by było go zobaczyć bez tych wszystkich ludzi! Zapewne w ciągu tygodnia jest tu nieco inaczej. Nawet moje niewyspane oczy były w stanie dostrzec, że jest to miasto wyjątkowej urody. Po kanałach pływały statki, barki, łódki. Na niektórych z nich znajomi i rodziny spożywały wspólne posiłki, pito wino i odpoczywano w otoczeniu zwartej zabudowy sprzed wieków. Kamienice były piękne, zdobne, często z charakterystycznymi białymi elementami na elewacjach.




Tysiące mostów oblepionych było rowerami, a na każdym kroku trafić można było na rozliczne zabytki, które poświadczały o tym, że mieszczaństwo ma się tutaj nadzwyczaj dobrze od setek lat. Zapach marihuany rozlewał się po skwerach i placach – tego osobiście nie popieram, ale uznałem, że przystanek Amsterdam doskonale wieńczy wyjazd do Seattle i Vancouver, ponieważ każde z tych miast miało swój ładunek szaleństwa, narkomanii i nihilizmu. Spacerując po uliczkach zastanawiałem się gdzie też zmierza nasza „europejska” cywilizacja i obawiam się, że otumanieni trawą, skrępowani euro-przykazaniami, rozkochani w tolerancji i wyrównaniu krzywd, wcale nie podążamy w dobrym kierunku. Ale kogo to obchodzi, gdy zabawa trwa w najlepsze?

sobota, 21 września 2013

21.09, Wszystko to co dobre...

… kiedyś ma swój koniec. Pora do domu. Ten wyjazd był wyjątkowo krótki, ale te kilka dni w zupełności wystarczyło, by oderwać się na chwilę od rzeczywistości i zobaczyć, chociażby przelotnie, zachodnie rubieże Ameryki Północnej. Z chęcią bym tu jeszcze wrócił, a Seattle i Vancouver na pewno dołączą do miast, które będę wspominał z ogromnym sentymentem. Ale tak mówię o każdym miejscu w jakim byłem. Z drugiej strony, nie sposób przyznać, że tutejsza atmosfera działała wyjątkowo negatywnie na moje zdolności poznawcze i zmysł obserwacji. Pół roku wcześniej ze Sri Lanki wróciłem z notesem pełnym wspomnień i dygresji. Ten wojaż zapisał się zaś banalnymi refleksjami i bezpłciowymi opisami pozbawionymi jakiejkolwiek wartości, poza rzeczonym sentymentem, który wywołają za jakiś czas.

Ameryka ogłupia, rozleniwia, tak fizycznie, jak i psychicznie, a jednocześnie pociąga swoim bezpretensjonalnym podejściem do życia – odkryłem to, gdy któregoś poranka zorientowałem się, że podobnie jak wszyscy dookoła mnie, spaceruję z kubkiem kawy i brownie w ręku, a moje myśli krążą wokół tego co zjeść, co kupić. Dałem się wciągnąć w ten tygiel, co więcej, podobało mi się to i żałowałem, że to co tutaj naturalne, u nas byłoby małostkowym, prowincjonalnym naśladownictwem wielkiego świata. Dziki konsumpcjonizm, w ojczyźnie najczęściej uśpiony, tutaj mocno dawał się we znaki. Powstrzymywała mnie jedynie zawartość portfela, a raczej jej brak. Gdyby było inaczej, wróciłbym z pięcioma walizkami wypchanymi przedmiotami na których nabycie miałem ochotę. Rozumiem jeszcze książki i filmy, ale koszulki, czapki, bluzy, breloczki, żartobliwy spray sprawiający, że popsikany nim będzie mówił z irlandzkim akcentem? Szaleństwo. Niemało wydawałem też na jedzenie, napoje, słodycze... Zazwyczaj jestem oporny na takie pokusy, ale w Ameryce śliniłem się na widok niemal wszystkiego dookoła co miało metkę z ceną, a wszystko co można było zjeść i kosztowało mniej niż trzydzieści dolarów, chciałem zjeść.


Ostatni spacer był długi. Gdyby nie te wszystkie kilometry wydreptane na własnych nogach, wróciłbym jeszcze krąglejszy niż jestem na co dzień. Samolot miałem dopiero wieczorem, cały dzień więc przed sobą. Można by było wsiąść do promu (jest tu ich niemało) i popłynąć na jedną z okolicznych wysepek. Ale ja wolałem powałęsać się po znajomych kątach. W sobotnie poranki dookoła marketu rozstawiają się dodatkowe stanowiska, gdzie nabyć (lub chociaż zobaczyć) można różne wytwory rodem z prowincji. Wtedy, i tak to miejsce pełne życia, zyskuje dodatkowo na witalności. Piękne owoce, warzywa, kwiaty, miody czy też wina – wybór był duży, zainteresowanie spacerowiczów nie mniejsze. Dobrze, że wieczór wcześniej zdążyłem się nacieszyć tym miejscem w samotności, bo tego dnia byłem już tylko punkcikiem w gęstym tłumie, gdzieś pośród kapust, kabaczków, marchewek, brukselek...




Jak na zawołanie w okolicy pojawili się też niemal wszyscy dziwacy jakich widziałem tu wcześniej. Był brodaty dżentelmen z papugą na ramieniu, był skośnooki lump palący papierosy koło wielkiego znaku … zakazującego palenia. Kawałek dalej koncert na żywo dawał wielki, biały kurczak (w cywilu – przećpany punk z tatuażami na twarzy), a po ulicach krążył sam Davy Crocket w futrzanej czapie z … kotem siedzącym na głowie. W okolicach Pioneer Square czatował zaś dziwny człowieczek w puchowej kurtce. Zza kaptura wystawała mu jedynie wielka, biała broda. Czyżby krasnal? Seattle zapamiętam na pewno jako miasto wariatów!








Po kilku godzinach bezcelowego łażenia tu i tam, zapakowałem się do tramwaju i pojechałem na lotnisko. Ostatnia wielka podróż Sadata w ten oto prozaiczny sposób dobiegła finału. Chciałoby się napisać kilka słów podsumowania, zebrać w całość szereg wspomnień, zakończyć to celną puentą, a może nawet podeprzeć się cytatem kogoś mądrzejszego... Ale na sam koniec okazuje się, że napisać mogę jedną tylko rzecz – kurwa, ale było fajnie tak jeździć po świecie!

piątek, 20 września 2013

20.09, Smells like Hey Joe

W nocy do pociągów dołączyły i inne „dźwięki Ameryki”: śmieciarki z uporem maniaka zbierające śmiecie co pół godziny, sygnały policyjnych wozów, krzyki pijaków... Późno więc zwlokłem się z łóżka, chociaż to pojęcie względne. Hotel bowiem opuściłem jeszcze przed 9-tą. Powędrowałem przez South Jackson Street, Main Street, Yesler Way w okolice Pioneer Square, a potem dalej, wprost do Pike Place, jak można się domyśleć. Po drodze kupiłem kawę, zjadłem kanapkę z „7 Eleven” i poczułem się w pełni „amerykańsko”.









Po kilku chwilach spędzonych pośród ryb i ich zapachu, przeszedłem się znowu do Seattle Center, tym razem z zamiarem wstąpienia do kilku z tamtejszych muzeów. Na pierwszy (i w sumie ostatni) ogień wybrałem masywne Experience Music Center, czyli miejsce, gdzie zebrano pamiątki po najbardziej znanych synach Seattle. Kurt Cobain i Jimi Hendrix zakończyli swoje krótkie życia z przysłowiową igłą w żyle (ten drugi się udusił własnymi rzygami, tak umierają wybitni!), ale na trwałe wpisali się w annały kultury popularnej. Łączyli ze sobą pozornie dwa różne światy - obaj byli tak pionierskimi geniuszami, jak i wyjątkowymi degeneratami. Anioły muzyki rodem ze śmietnika Seattle. Zniknęli zanim na dobre rozwinęli swoje talenty. Ale dzięki temu są też postaciami z innej bajki. Ich nadal żyjący koledzy po fachu najczęściej stracili wszystko ze swego młodzieńczego nimbu, a oni będą niepokorni i szaleni już na zawsze. Tyle moich chodnikowych rozmyślań. Nie ukrywam, że i jeden i drugi znaczyli dla mnie sporo w swoim czasie. Hendrixa cenię nadal, Cobaina jak i całej Nirvany nie znoszę, głównie dlatego, że „Smells like teen spirit” był katowany niegdyś przez stacje radiowe do przesady i mi się przejadło.




Wejście kosztowało 20 dolarów, czyli dużo. Z zewnątrz bryła muzeum robi wrażenie swoimi pogiętymi kształtami. W środku jest równie nowocześnie, ale szczerze, to spodziewałem się więcej po samych wystawach, ich liczbie, eksponatach...


W pierwszej kolejności starannie zwiedziłem część poświęconą Nirvanie – przyświecało jej hasło, że zespół ten zaniósł Punk Rocka do mas. Niezależnie od sympatii (czy raczej, antypatii), przyznać trzeba, że tak właśnie było. „Nevermind” to najlepiej sprzedający się punkowy album w historii. Przebił wszystko, nawet Sex Pistols, Ramonesów czy The Clash. Od grunge'owej rewolucji minęło ponad dwadzieścia lat i zapomina się często jak różnorodne to było środowisko. Nirvana była głośna i garażowa, Pearl Jam rzewny i balladowy, Soundgarden psychodeliczny, a Alice in Chains po prostu rockowe. Cała czwórka pochodziła z Seattle i na początku lat 90-tych wyznaczała trendy tak swoim graniem, jak i zachowaniem oraz oczywiście ubraniami, gdzie dominowały za duże koszule flanelowe. Trudno chyba o bardziej podzielone środowisko, które w rzeczywistości było sztucznym tworem spinającym pod jedną nazwą odmienne muzyczne nurty. Nic dziwnego, że po kilku latach wszystko to zniknęło z powierzchni ziemi. Dzisiaj nikt nie gra grunge'a!



Oglądałem eksponaty i pogrążałem się jednocześnie we własnych, wypartych zupełnie, wspomnieniach. Mając jedenaście lat słuchałem przecież tego całego jazgotu, kochałem Nirvanę, miałem ich kasety kupowane w bazarowych szczękach i chciałem brać twarde narkotyki tak jak Kurt. Czy tego chcę czy nie, był to mój pierwszy ulubiony zespół – ulubiony do tego stopnia, że miałem ich wszystkie nagrania, łącznie z tymi, których nie dało się słuchać. Tymczasem w muzeum, na zebranych zdjęciach widać było doskonale jakim człowiekiem był mój ówczesny idol. Pal licho pseudo-artystyczne bohomazy z czasów szkolnych, one wskazywać mogą co najwyżej na trudne dzieciństwo, pijącego ojca i puszczalską matkę. Ale pamiątki z tras koncertowych pokazywały człowieka, który nie różnił się w wyglądzie niczym od pierwszego lepszego włóczęgi w Seattle. Zupełnie jakby Fortuna zakpiła sobie ze wszystkich dając talent przypadkowemu lumpowi, który wyraźnie sobie z tym darem nie poradził.



Hendrix wiele lepszy nie był. Dość powiedzieć,że bodaj nigdy nie zagrał koncertu będąc trzeźwym. Na wystawie można było zobaczyć takie ciekawostki jak jego zniszczone gitary (chodzą słuchy, że grał na nich nie tylko dłońmi...), paradne stroje czy artykuły z brytyjskiej prasy, które porównywały tournée jego zespołu do epidemii śmiertelnej choroby.


Muzyczna część muzeum okazała się jednak rozczarowująca. Po godzinie zobaczyłem już wszystko, nawet wystawę o kobietach w muzyce rockowej. Pograłem też na kilku instrumentach w specjalnie do tego przygotowanych salach prób, a jeden chyba nawet zepsułem. Na szczęście ten sam bilet uprawniał jeszcze do obejrzenia Muzeum Filmów Science Fiction. Najbardziej utkwił mi w pamięci oryginalny fotel kapitana Kirka z pierwszej serii „Star Trek”. Był on otoczony futrzanymi kulkami, czyli bohaterami jednego z odcinków.



Gdy urlop się kończy, pora na zakupy. Po przygodach w muzeum spędziłem kilka godzin w „czarnej dziurze”, zajmując się wybieraniem bluzek, pajacyków, ubranek rozmiar 56. Niestety, centrum Seattle to nie jest dobre miejsce na tego typu rozrywki. Sklepów było jak na lekarstwo, przynajmniej takich, gdzie ceny były sensowne. Na obrzeżach miasta zlokalizowane są wielkie centra pełne dyskontów, które skutecznie „wysysają” życie z Downtown, ale bez własnego samochodu nie sposób tam się dostać.

Wieczorem pożegnałem się z Pike Place. Złapał mnie deszcz, więc spędziłem tam sporo czasu, spacerując po trzeszczących alejkach wyłożonych świecącą się wykładziną. Byłem tu na tyle częstym gościem, że poznawałem z daleka lokalnych wariatów. Jeszcze chwila a zaczęlibyśmy się chyba ze sobą witać. Wszystkie niemal sklepy były już nieczynne, ale swoje zaskórniaki już tam i tak wydałem wcześniej. Rano kupiłem dwie książki opisujące amerykańską psyche od dwóch odmiennych stron – z jednej strony John Steinbeck, z drugiej Bill Bryson. W obu przypadkach refleksja autorów jest podobna: tego kraju, tych ludzi, nie sposób zrozumieć. W pełni się z tym zgadzam!