piątek, 20 września 2013

20.09, Smells like Hey Joe

W nocy do pociągów dołączyły i inne „dźwięki Ameryki”: śmieciarki z uporem maniaka zbierające śmiecie co pół godziny, sygnały policyjnych wozów, krzyki pijaków... Późno więc zwlokłem się z łóżka, chociaż to pojęcie względne. Hotel bowiem opuściłem jeszcze przed 9-tą. Powędrowałem przez South Jackson Street, Main Street, Yesler Way w okolice Pioneer Square, a potem dalej, wprost do Pike Place, jak można się domyśleć. Po drodze kupiłem kawę, zjadłem kanapkę z „7 Eleven” i poczułem się w pełni „amerykańsko”.









Po kilku chwilach spędzonych pośród ryb i ich zapachu, przeszedłem się znowu do Seattle Center, tym razem z zamiarem wstąpienia do kilku z tamtejszych muzeów. Na pierwszy (i w sumie ostatni) ogień wybrałem masywne Experience Music Center, czyli miejsce, gdzie zebrano pamiątki po najbardziej znanych synach Seattle. Kurt Cobain i Jimi Hendrix zakończyli swoje krótkie życia z przysłowiową igłą w żyle (ten drugi się udusił własnymi rzygami, tak umierają wybitni!), ale na trwałe wpisali się w annały kultury popularnej. Łączyli ze sobą pozornie dwa różne światy - obaj byli tak pionierskimi geniuszami, jak i wyjątkowymi degeneratami. Anioły muzyki rodem ze śmietnika Seattle. Zniknęli zanim na dobre rozwinęli swoje talenty. Ale dzięki temu są też postaciami z innej bajki. Ich nadal żyjący koledzy po fachu najczęściej stracili wszystko ze swego młodzieńczego nimbu, a oni będą niepokorni i szaleni już na zawsze. Tyle moich chodnikowych rozmyślań. Nie ukrywam, że i jeden i drugi znaczyli dla mnie sporo w swoim czasie. Hendrixa cenię nadal, Cobaina jak i całej Nirvany nie znoszę, głównie dlatego, że „Smells like teen spirit” był katowany niegdyś przez stacje radiowe do przesady i mi się przejadło.




Wejście kosztowało 20 dolarów, czyli dużo. Z zewnątrz bryła muzeum robi wrażenie swoimi pogiętymi kształtami. W środku jest równie nowocześnie, ale szczerze, to spodziewałem się więcej po samych wystawach, ich liczbie, eksponatach...


W pierwszej kolejności starannie zwiedziłem część poświęconą Nirvanie – przyświecało jej hasło, że zespół ten zaniósł Punk Rocka do mas. Niezależnie od sympatii (czy raczej, antypatii), przyznać trzeba, że tak właśnie było. „Nevermind” to najlepiej sprzedający się punkowy album w historii. Przebił wszystko, nawet Sex Pistols, Ramonesów czy The Clash. Od grunge'owej rewolucji minęło ponad dwadzieścia lat i zapomina się często jak różnorodne to było środowisko. Nirvana była głośna i garażowa, Pearl Jam rzewny i balladowy, Soundgarden psychodeliczny, a Alice in Chains po prostu rockowe. Cała czwórka pochodziła z Seattle i na początku lat 90-tych wyznaczała trendy tak swoim graniem, jak i zachowaniem oraz oczywiście ubraniami, gdzie dominowały za duże koszule flanelowe. Trudno chyba o bardziej podzielone środowisko, które w rzeczywistości było sztucznym tworem spinającym pod jedną nazwą odmienne muzyczne nurty. Nic dziwnego, że po kilku latach wszystko to zniknęło z powierzchni ziemi. Dzisiaj nikt nie gra grunge'a!



Oglądałem eksponaty i pogrążałem się jednocześnie we własnych, wypartych zupełnie, wspomnieniach. Mając jedenaście lat słuchałem przecież tego całego jazgotu, kochałem Nirvanę, miałem ich kasety kupowane w bazarowych szczękach i chciałem brać twarde narkotyki tak jak Kurt. Czy tego chcę czy nie, był to mój pierwszy ulubiony zespół – ulubiony do tego stopnia, że miałem ich wszystkie nagrania, łącznie z tymi, których nie dało się słuchać. Tymczasem w muzeum, na zebranych zdjęciach widać było doskonale jakim człowiekiem był mój ówczesny idol. Pal licho pseudo-artystyczne bohomazy z czasów szkolnych, one wskazywać mogą co najwyżej na trudne dzieciństwo, pijącego ojca i puszczalską matkę. Ale pamiątki z tras koncertowych pokazywały człowieka, który nie różnił się w wyglądzie niczym od pierwszego lepszego włóczęgi w Seattle. Zupełnie jakby Fortuna zakpiła sobie ze wszystkich dając talent przypadkowemu lumpowi, który wyraźnie sobie z tym darem nie poradził.



Hendrix wiele lepszy nie był. Dość powiedzieć,że bodaj nigdy nie zagrał koncertu będąc trzeźwym. Na wystawie można było zobaczyć takie ciekawostki jak jego zniszczone gitary (chodzą słuchy, że grał na nich nie tylko dłońmi...), paradne stroje czy artykuły z brytyjskiej prasy, które porównywały tournée jego zespołu do epidemii śmiertelnej choroby.


Muzyczna część muzeum okazała się jednak rozczarowująca. Po godzinie zobaczyłem już wszystko, nawet wystawę o kobietach w muzyce rockowej. Pograłem też na kilku instrumentach w specjalnie do tego przygotowanych salach prób, a jeden chyba nawet zepsułem. Na szczęście ten sam bilet uprawniał jeszcze do obejrzenia Muzeum Filmów Science Fiction. Najbardziej utkwił mi w pamięci oryginalny fotel kapitana Kirka z pierwszej serii „Star Trek”. Był on otoczony futrzanymi kulkami, czyli bohaterami jednego z odcinków.



Gdy urlop się kończy, pora na zakupy. Po przygodach w muzeum spędziłem kilka godzin w „czarnej dziurze”, zajmując się wybieraniem bluzek, pajacyków, ubranek rozmiar 56. Niestety, centrum Seattle to nie jest dobre miejsce na tego typu rozrywki. Sklepów było jak na lekarstwo, przynajmniej takich, gdzie ceny były sensowne. Na obrzeżach miasta zlokalizowane są wielkie centra pełne dyskontów, które skutecznie „wysysają” życie z Downtown, ale bez własnego samochodu nie sposób tam się dostać.

Wieczorem pożegnałem się z Pike Place. Złapał mnie deszcz, więc spędziłem tam sporo czasu, spacerując po trzeszczących alejkach wyłożonych świecącą się wykładziną. Byłem tu na tyle częstym gościem, że poznawałem z daleka lokalnych wariatów. Jeszcze chwila a zaczęlibyśmy się chyba ze sobą witać. Wszystkie niemal sklepy były już nieczynne, ale swoje zaskórniaki już tam i tak wydałem wcześniej. Rano kupiłem dwie książki opisujące amerykańską psyche od dwóch odmiennych stron – z jednej strony John Steinbeck, z drugiej Bill Bryson. W obu przypadkach refleksja autorów jest podobna: tego kraju, tych ludzi, nie sposób zrozumieć. W pełni się z tym zgadzam!