czwartek, 19 września 2013

19.09, Słońce świeci w Seattle

Wyspę opuszczam tak samo jak do niej dotarłem, czyli drogą morską. Niestety, zamiast przepastnego promu, do Seattle wracam „Victoria Clipper”, niewielkim, aczkolwiek nader szybkim statkiem z dwoma małymi pokładami. Jednostka była już amerykańska, co oznacza, że obsługa miała pokaźną nadwagę, a wszystko dookoła mnie było nie tylko wytarte czasem i używaniem, ale także po prostu brudne. Dostałem darmową kawę i przez całą drogę żałowałem, że nie było tam żadnego dużego zewnętrznego pokładu, gdzie mógłbym obserwować w spokoju piękno otoczenia. Siedziałem więc większość czasu w fotelu, zerkając smętnie zza pleksiglasowej szyby na majestat roztaczający się dookoła. A było co podziwiać – piękno wielkiej wody, łagodność linii brzegowej majaczącej w oddali, w końcu też Górę Rainier, której ośnieżony szczyt towarzyszył do samego końca podróży. Ostrzegano nas wielokrotnie przed … wymiotami, obsługa widać wprawiona w bojach, nie zamierzała kolejny raz wycierać wykładziny z czyjegoś śniadania. Statek ślizgał się przez większość czasu płynnie po tafli wody, ale gdy jeden raz, wpłynęliśmy w ślad pozostawiony po kontenerowcu, a naszą łupiną zaczęło rzucać w górę i dół, momentalnie zrozumiałem jakim ekstremalnym przeżyciem może być choroba morska.




Nerwy ściskały mi żołądek, bo kolejny przecież raz, miałem czelność przekraczać granicę z USA. Tak jak poprzednio, i teraz nie obyło się bez drobnych przygód. Miła Pani, nazwijmy ją Rosalita Sanchez, bo wyglądała na kogoś z głębokiego południa, najpierw stwierdziła, że nie mam elektronicznej wizy wjazdowej. Po pewnej dawce nerwów wspólnie doszliśmy do wniosku, że chyba pomyliła „Poland z Holland” i zadowoliła się tradycyjną wizą w paszporcie, uprawniającą mnie, obywatela trzeciego świata do SPRÓBOWANIA wjazdu do Stanów. Następnie zaczęła zadawać mi tradycyjne pytania – kim jestem, co robię, kogo znam w USA, dlaczego zamierzam tu pracować na czarno i do jakiej organizacji terrorystycznej należę. A jako, że odpowiadałem na nie dosyć sprawnie, zaczęła sprawdzać tezę czy przypadkiem nie nauczyłem się tego wszystkiego na pamięć. Tak więc, ja, osoba ponad trzydziestoletnia, mąż i przyszły ojciec, korporacyjna myszka po nocach prująca sobie żyły dla dwóch firm, z których jedna pochodzi z Atlanty, a druga z Chicago, znowu poczułem się jak głupi śmieć. Być może ową złość wyrażała moja mina, bo Rosalita momentalnie spasowała i spróbowała mnie dla odmiany rozbawić. Stwierdziła, że pora zmienić zestaw pytań i zadała, tym razem już żartobliwie, ostatnie – jaki jest Twój ulubiona drużyna baseballowa? Bardzo zabawne. Dla dociekliwych, gdybyście kiedyś Rosalitę w Seattle spotkali, polecam odpowiedzieć, że to San Diego Padres, bo z tego miasta pochodzi nasza dociekliwa profesjonalistka.

Wróciłem więc do Seattle. Miłe to uczucie, gdy z dala od domu przybywa się do miejsca, gdzie wie się jak się poruszać w plątaninie ulic i alei. Miasto wydawało się zarówno znajome, jak i zaskakująco nowe. Widziałem je jedynie w szarej, jesiennej pogodzie, tymczasem tego dnia świeciło piękne słońce, przez co dodatkowo zyskało niemało urody i wigoru.

Z przystani promowej ruszyłem przed siebie i bez zerkania na mapę dotarłem do hotelu, który zlokalizowany był w … Chinatown. To już kawałek drogi od Downtown i co ważne, by tam dotrzeć musiałem przemierzyć owe dziwne przestrzenie pełne bezdomnych i wariatów, które ledwie kilka dni temu mnie zniechęciły do dalszej eksploracji okolic. Sama chińska dzielnica należała do najskromniejszych ze wszystkich jakie widziałem do tej pory. Poza tradycyjną bramą wjazdową, było tam jeszcze tylko kilka przecznic dosyć lichej zabudowy, kilka szyldów upadających sklepów i restauracji. Tyle i nic więcej. Nawet Vancouver nocą prezentowało się energiczniej od tej upadłej dzielnicy. Sam hotel – podobnie jak wszystkie inne w tej podróży, do natychmiastowego wykasowania z pamięci. Po prostu był.

W pierwszej kolejności skierowałem swe kroki pod Smith Tower. Smukła sylwetka tego wiekowego wieżowca z daleka przyciąga wzrok. Budynek, na tle szklanej współczesności Seattle, wygląda dostojnie i oryginalnie – jego kształt przypomina zatemperowany ołówek wskazujący niebiosa. Budowę zakończono w 1914 roku i przez wiele lat był to „najwyższy wieżowiec na zachód od Chicago”, przynajmniej według książkowych mądrości.




Zdobna, archaiczna winda zawiozła mnie na 35 piętro, gdzie mieści się punkt widokowy. Na miejscu dosyć szybko przypomniałem sobie dlaczego zawsze dwa razy zastanawiam się zanim wjadę na podobne wysokości. Mój lęk dał o sobie znać, chociaż piękne miasto na dole, zatoka i otaczające Seattle góry, przez jakiś czas działały znieczulająco. Zrobiłem sobie spacer dookoła, chociaż nogi zaczynały uginać się pode mną, a bliskość lichej barierki i wąskość ścieżki działała na wyobraźnię. W takim akurat momencie musiałem przypomnieć sobie jeden z banalnych faktów odnośnie historii Smith Tower – budynek przeżył już niejedno trzęsienie ziemi. A ziemia w tej okolicy drga regularnie...




Spocony ze strachu wróciłem do wnętrza Penthouse'a. Było ono urządzone w chińskim stylu i jeżeli wierzyć oficjalnej historii, był to podarunek od samej Ostatniej Cesarzowej dla Pana Smitha.

Odpocząłem, przejrzałem kilka pamiątek, w tym stare gazety informujące o ukończeniu wieży sprzed niemal dokładnie wieku, po czym wróciłem szczęśliwy na ziemie. Gdy zadarłem głowę do góry... Smith Tower wcale nie prezentował się ani wysoko, ani groźnie, a jednak, na jego szczycie czułem się zdecydowanie niekomfortowo To ostatecznie przekreśliło mój ambitny plan, by wjechać na górę Seattle Tower, która jest przecież kilka (!) razy wyższa.

W słońcu Downtown prezentowało się imponująco. Z przyjemnością więc spacerowałem po niby sobie już znanych zakątkach, ale tak naprawdę, w tym anturażu odkrywałem je na nowo. W blasku dnia z pola widzenia zniknęli nawet bezdomni, włóczędzy i cała bieda, która jeszcze kilka dni temu tak silnie kontrastowała z bogactwem dookoła. Jak widać, moje oko zdążyło już wymazać te przykre obrazki ze świadomości, spychając je poza rejestr.






Po kilku ledwie dniach w Kanadzie, zacząłem też dostrzegać różnicę pomiędzy jedną stroną granicy, a drugą. Amerykanie byli więc zdecydowanie bardziej otyli, leniwi, głośni, wulgarni i prostaccy na swoistą, niewinną modłę. W porównaniu do Vancouver, w Seattle niewiele spotykałem osób o azjatyckich korzeniach, dużo za to murzynów, o przepraszam, afroamerykanów, których na północy było z kolei „jak na lekarstwo”. Kanadyjczycy, z tej perspektywy, wydawali mi się nieco bardziej wyrafinowani, anglosascy, po prostu, europejscy. Amerykanie – wręcz przeciwnie, stanowią odrębny gatunek człowieczy, radosny, wyszczerzony, oblany sadłem i przerośnięty konsumpcyjnym , bezrefleksyjnym rozpasaniem. W Seattle nie spotkałem ani jednej czytelni czy też biblioteki. W Vancouver mijałem je co chwila...

Zrobiłem zakupy w Macy's (w porównaniu do wspomnień z NYC było to jednak ogromne rozczarowanie), zawędrowałem do Pike Place. Poczułem się jak w domu! Niestety, o tej porze, moja ulubiona knajpa z Chowderem była już zamknięta.


Wzdłuż nabrzeża powędrowałem więc dalej, na południe, trafiając do Parku Rzeźb Olimpijskich. Był to sprytnie zaprojektowany kawałek zieleni, wciśnięty pomiędzy arterie metropolii. Na niewielkiej przestrzeni umieszczono kilka nowoczesnych dzieł sztuki. Mój prostacki zmysł estetyczny szybko się jednak nimi zmęczył, podziwiałem więc raczej piękno zachodzącego słońca, które oblało wszystko pomarańczową poświatą. Zza zabudowy wystawała wieża Seattle Needle, więc, chcąc nie chcąc, podreptałem w jej stronę.







Seattle Center, bo tak nazywa się okolica wokół wieży, to nader myląca nazwa. Nie jest to bowiem żadne centrum w rozumieniu urbanistycznym. Ten kawałek miasta leży co prawda niedaleko od prawowitego śródmieścia, ale panuje tu względny spokój i poza kilkoma atrakcjami, przeciętny John Smith nie ma tu po co przyjeżdżać. W 1962 roku odbyła się tu Wystawa Światowa, po której pozostała cała niemal zabudowa Seattle Center – kilka budynków mieszczących w sobie muzea czy też naukowe ośrodki. Ale najważniejszą pamiątką jest oczywiście sama wieża. Trzeba przyznać, że jej sylwetka na stałe weszła do kanonu współczesnej pop-kultury, chociaż zapewne niewiele osób ma pojęcie, że pochodzi właśnie stąd. Konstrukcja oparta jest na filarach, które, niczym spodnie dzwony, rozszerzają się na dole i samej górze, gdzie podtrzymują fantazyjny spodek. Budzi to pewne skojarzenia nie tylko z wieżą z Vancouver, ale także chociażby CN Tower z Toronto. Widać, w tamtej epoce, takie kształty były popularne. Wieża ma 184 metry, chociaż poprzez fakt, że wyrasta pośród pustki, wydaje się być znacznie wyższa. Dzisiaj Seattle Needle trąci nieco myszką, chociaż nadal należy do najważniejszych atrakcji miasta. Każdego dnia kilkanaście tysięcy osób odwiedza jej taras widokowy. Ja sobie odpuściłem. Już stojąc na dole przypomniałem sobie miękkość w kolanach sprzed kilku godzin.



Teren byłej Wystawy Światowej kusił jeszcze kilkoma ciekawostkami, ale to już nie tego wieczora. Do centrum wracam Monorail'em, czyli kolejną atrakcją sprzed kilku dekad. To nadziemna kolejka miejska. Wagoniki suną cicho na kaskadach zlokalizowanymi ponad ulicami. Trasa jest krótka, a szkoda, bo przejażdżka była nader przyjemna.





To także pozostałość po roku 1962 i w środku czułem się jakbym trafił na plan filmowy starego filmu Science-Fiction. Pomyśleć, że pół wieku temu wierzono, że technologia nie tylko zmieni nasze życie, ale połączy użyteczność z urodą. Mam nieodparte wrażenie, że dzisiejszą sztukę użytkową za bardzo skojarzono z ekologią i ekonomicznością. Współczesność jest plastikowa, przemyślana i monotonna. Czy cokolwiek co powstało w naszych czasach będzie wyglądać tak pięknie jak chociażby Monorail z Seattle? Śmiem wątpić.

Po drodze zrobiłem zakupy (w USA alkohol czeka na nabywców w zwykłych sklepach!) i zapamiętałem taką oto scenkę: przede mną w kasie piwo kupował włóczęga. Z wielkim trudem wysupłał kilka dolarów w drobniakach. Ale nadal miał dobry humor i szeroki gest – zostawił bowiem spory „napiwek”, za który mógłby sobie kupić drugie. Po pewnym czasie spotkałem go na ulicy, gdy upraszał wszystkich o datki. To się nazywa luźne podejście do domowych finansów! Mniej do śmiechu było mi gdy musiałem wrócić do hotelu. Okolice 2nd Avenue przeszedłem szybkim krokiem. Skwery, parki i zaułki były wyludnione, ciemne i nieprzyjemne. Znowu poczułem różnicę w porównaniu do Kanady. Tam bywało równie podle, ale nigdy nie miałem wrażenia, że zapuszczam się w niewłaściwe rewiry. Na północy Seattle to poczucie mnie z kolei nie opuszczało. Dziwne to uczucie, gdy z daleka widzi się miasto, żywe i świecące, natomiast dookoła siebie nikogo...


Szczęśliwie dotarłem jednak na miejsce. Pod hotelem byłem jeszcze świadkiem karczemnej awantury i rękoczynów. W pokoju wypiłem piwo z Alaski (względnie przyzwoite) i wsłuchiwałem się w sygnały przejeżdżających pociągów. Owe „dźwięki Ameryki” kusiły mnie wizją dalekich miast, pustych przestrzeni, przygód i z takimi oto myślami w głowie usnąłem snem sprawiedliwego