niedziela, 28 marca 2010

28.03 Każda historia ma swój koniec

28.03

Taksówka z hotelu na lotnisko. Ostatnie spojrzenia na Hanoi. Mimo, że jest wczesny, blady świt, miasto już żyje. W parku, dookoła bliżej nam nieznanego pomnika (pierwsze skojarzenia – „chwała obrońcom socjalistycznej ojczyzny”) ludzie rozciągają się, ćwiczą grupowo jogę albo grają w badmingtona. Czy Wy naprawdę nie macie co robić w domach?

Na Noi Bai odprawiamy się grzecznie, a następnie idziemy się pożegnać z pierwszą knajpą do jakiej trafiliśmy przed niemal dwoma tygodniami. Gold Lotus okazuje się jednak znowu miejscem co najmniej dziwnym. Najpierw nie mogliśmy się doczekać obsługi. Potem gdy ktoś do nas łaskawie podszedł, odpowiedział na jedno nasze pytanie i zamiast przyjąć zamówienie... sobie najzwyczajniej poszedł w restauracyjną dal, olewając nas doszczętnie. Zdecydowanie więc Gold Lotusa nie polecamy, chyba, że ktoś chce sobie darmowo przekimać kilka godzin. Można mieć pewność, że nikt Wam w tym nie zawadzi.

Lot do Moskwy trwał ponad 10 godzin, czyli ciut więcej niż wynosi moja tolerancja. Podróż znojna, dookoła typowy chaos generowany przez żółtych mieszkańców naszej planety. Obok nas pani wiezie pod nogami ogromne naczynie, może jakiś samowar. Gdzie indziej by jej nie wpuścili na pokład, ale Aeroflot chyba pogodził się z tym co biorą ze sobą wietnamczycy. Pani co chwila wyciąga z wielkiego pudła kolejne egzotycznie wyglądające owoce, które zajada z typową dla Azji swobodą. Wypluwanie pestek, dłubanie w zębach, siorbanie, to wszystko jest obok nas.

Szeremietowo oznaczało tym razem nieco nerwów. W związku ze zmianą czasu i opóźnieniem samolotu z Hanoi, mamy chwilkę na przesiadkę. A w środku terminala obrazki w typie dawno już nie spotykanym nawet u nas. Jedna leniwa i obrażona na cały świat Pani sprawdza bilety setki kotłujących się transferowych pasażerów. Nasz boarding do Warszawy już się zaczyna, tymczasem stoimy w wielkiej kolejce. Summa summarum, wszystko kończy się szczęśliwie, ale pojawiające się nerwy wskazują jednoznacznie, że urlop ze swoimi błogosławieństwami dobiega właśnie końca. Pora wracać do własnego, smutnego i zdenerwowanego świata.

Następnego dnia rano słyszę w porannych serwisach telewizyjnych, że w moskiewskim metrze miały miejsce zamachy terrorystyczne. Straszne, a do tego w pewnym sensie byliśmy blisko tego wszystkiego. Mając na uwadze jak wygląda kontrola bagażu na transferze (jedna pani zerkająca na monitorek od czasu do czasu) nieco mnie zmroziło.

Podsumowanie? Trudno napisać coś by uniknąć i tak wzechobecnej tu sztampy. W Wietnamie jest to wszystko z czego słynie (albo i nie) cała niemal Azja. Chaos, dezorganizacja, brudek, smrodek, brak troski o higienę. Ogromny tłok, szaleństwo na ulicach, prowizorka, zagęszczenie wszystkiego co możliwe. Gdzieś obok wielkich miast i ich nierozwiązywalnych problemów jest jednak cisza świątyń, duma pagód, piękno architektury z dawnych lat i wspaniały krajobraz. Jest tu pięknie i wierzę w to, że niestety, ale Wietnam czeka niebawem zalew masowej turystyki dla której profitów wszystko zostanie zadeptane. Zabudowa tu zupełnie inna niż np. w Tajlandii, ale to zrozumiałe. Chińska supremacja przez niemal tysiąc lat zrobiła swoje. Mniej tu złotych zdobień, wielkich brył i odważnych kształtów. Jest skromniej, chociaż ciągle kolorowo. Zamiast stiup i złotych dachów, mamy kolorowe dachówki pokrywające zalane dymem kadzideł świątynie.

Wietnam to także, a może przede wszystkim ludzie. Znamy ich z Polski. W ich ojczyźnie ciągle panuje bieda, oblicza są smutniejsze niż te które widziałem w innych miejscach. Ciągle widoczny jest socjalizm. Zarówno ze swoją „niepowtarzalną” architekturą, jak i konsekwencjami jakie pozostawia w ludzkiej psyche. Nie każdy się uśmiecha, a bieda jest znacznie większa niż w jedynym mi znanym kraju regionu, czyli Tajlandii. Co może dziwić, bo i tam się zwykłym ludziom „nie przelewa”. Przy czym musimy pamiętać, że to co dla nas oznacza ubóstwo, w Azji niekoniecznie jest postrzegane tak samo. Zamiast PKB dominuje tu filozofia szczęścia jako takiego, oderwanego od dobrobytu materialnego. I mimo wszystko, to Wietnamczycy są od nas bardziej radośni. Chociaż to my mamy duże telewizory i wszystko-robiące-pralki. Tylko czy to może być wyznacznik satysfakcji z życia?

Koniec wyjazdu i już robi się ciężko bez planowania kolejnego wypadu. Nie wiem co przyniesie przyszłość, ale jakby co, jakieś wstępne marzenia już się tlą i czekają na impuls do realizacji.

sobota, 27 marca 2010

27.03 Hanojskie ostatki i wspieranie lokalnej gospodarki dongami

27.03

Ostatni dzień jak zawsze jest celebrowany. Ostatnia pobudka, ostatnie chwile spędzane w Hanoi. Smutek. Staram się zapamiętać to wszystko dookoła mnie.

Jako że zostało nam nieco do zobaczenia z punktów obowiązkowych, po śniadaniu w Golden Drum (pierwsza knajpka do jakiej tu przyszliśmy – ledwie kilka dni temu a człowiek ma wrażenie, że było to jeno tak dawno) idziemy „w miasto”.

W pierwszej kolejności kierujemy kroki do Świątyni Literatury. Kompleks mieści się w niezbyt urokliwej części miasta.

Otoczony murami od hałasu, gwarantowałby spokój gdyby nie przemożny tłok wewnątrz. Niedość, że turyści to jeszcze tubylcy. Do tego rozliczne wycieczki szkolne, pełne małych żółtych ludzików wciskających się w każdą szczelinę.

Zwiedzamy wszystko grzecznie, tak jak przystoi to robić obcując z zabytkiem mającym tysiąc lat. Ładnie tu ale wszystko do siebie podobne, więc nie robi już takiego wrażenia jak na początku. Ja zdobywam się na kolejną refleksję i porównanie. W Tajlandii świątynie również były nużące, bo podobne do siebie. Ale zdecydowanie bardziej bogate, w Wietnamie nie ma takich zdobień, takich barw, nie ma złota, którymi „ociekają” dachy w Bangkoku. Jest prościej i surowiej. Nie wspominam oczywiście o stylach architektonicznych, w Wietnamie wszystko wygląda inaczej niż w Tajlandii. Ale to zrozumiałe ze względu na przeszłość i tysiącletnią chińską dominację.

Następnie pora na mauzoleum Ho Chi Minha. Nie wspominałem chyba, ale stary wujek Ho jest w swoim kraju kochany i powszechnie poważany. Mauzoleum i okolice to dosłownie święta miejsca dla każdego Wietnamczyka. Portrety Wuja znajdują się wszędzie jak kraj długi i szeroki. Normalnym widokiem jest sklep z dewocjonaliami, gdzie obok wariacji na temat Buddy znajdują się jego portrety i nieliczne (a szkoda, bo marzył mi się zerkający z półki na książki w mojej norze!) rzeźby. Jako że przypadają obecnie akurat rozliczne rocznice, na ulicach można znaleźć sporo plakatów, wstęg i innych ozbób. Z prawie każdej spogląda na nas spokojne oblicze ojca niepodległego Wietnamu. Co by o nim nie sądzić, Ho jest tu uwielbiany niczym Ataturk w Turcji albo Obama wśród lewackiej młodzieży całego świata, która czeka na wetknięcie goździków w lufy żołnierzy w Afganistanie.

Okolice mauzoleum są czyste, puste i sprawiają wrażenie wręcz wypolerowanych. Nie ma śmieci, nie ma skuterków. Słońce nagle wychodzi zza chmur gdy widzimy przed sobą ową szarą bryłę socrealistycznej architektury. Robimy pamiątkowe zdjęcia i ruszamy na zakupy.
Co prawda, cały kompleks, łącznie z parkiem i muzeami to pociągająca (mnie) perspektywa, ale pora na kilka, jakże użytecznych pamiątek.

Sklepów mnóstwo, w każdym podobny asortyment. Dajemy się porwać szaleństwu. Ceny negocjujemy sporadycznie, od czasu do czasu oszczędzamy 10.000 VND. Rzadko tak cieszy dodatkowa złotówka z groszem, która zostaje w kieszeni.

Handel zorganizowany jest w typowym układzie „zagłębi” tematycznych. Mijamy specjalistów od rzeczy z metalu, następnie świat farb, potem dewocjonalia, potem sklepy z kawą (ze wszystkich uśmiechają się do nas nalepki z łasicami, muszą je chyba faszerować kawą, by wysrały potem taką ilość ziarenek!), zabawki, ubrania. W końcu jesteśmy na „jedwabnej” ulicy. Ania tęsknie zerka na sukienki, ja jestem głosem rozsądku, który jej spokojnie tłumaczy, że podobne szmatki można mieć w Polsce. I to za te same kwoty.

Kupujemy kilka bzdetów, w tym posążki buddy i prezenty dla rodziny oraz znajomych. Nie lubię tego. Na całym świecie to samo. Tandeta. Jedyna zaleta tego co tutaj nabywamy jest taka, że prawdopodobnie zostało to chociaż zrobione w Wietnamie. Staje się właścicielem majtek Lacosty i już zastanawiam się jak mam się pochylać, by stosowny napis odpowiednio wystawał zza spodni.

Trafiamy na obrzeża Francuskiej Dzielnicy. Lepsze hotele, przed jednym z nich stoja dumnie Citroeny z lat 50-tych. Zostały na pamiątkę.

Budynki są tu solidne, europejskie. W Hanoi panuje obecnie wspaniała pogoda. Jest ponad dwadzieścia stopni, nie jest wilgotno (chociaż swoje i tak wypacam). Takie „angielskie lato”, łagodne i bez deszczu. Francuzi chyba musieli kochać te okolice, a ja ciagle zastanawiam się co czują teraz gdy wracają do swojej dawnej kolonii jako zwykli turyści.

Na kolację planowaliśmy ponowną wizytę w „69”. Ale przed wejściem ustawiła się już kolejka czekających na wolny stolik, więc zarządziłem plan awaryjny w postaci braku planu. Przypadkowo trafiamy pod wrota innego przybytku opisanego w przewodniku. I jak to czasami bywa, okazał się to strzał w dziesiątkę. „Little Hanoi” nie wyglądało może pięknie, ale jedzenie było pierwszorzędne. Porcje wielkie, w końcu poczuliśmy się jak w HCMC. Mój kurczak w pięciu smakach był wyborny, Ani ryba w sosie słodko-kwaśnym rozpływała się w ustach. Jednym słowem, pełne zadowolenie a ceny niskie.

Siedzimy w pokoju i dopychamy plecaki. Koniec wakacji.

Wracając myślami do pierwszych dni, wydaje się, że było to tak dawno, dawno temu. Sporo się wydarzyło, zobaczyliśmy wiele. Oboje nieco schudliśmy na azjatyckiej diecie. Z pewnością wypoczęliśmy i to mimo, iż spania nie było nigdy za wiele. Będę tęsknił za tym wszystkim. Za zapachami ulicy, pełnymi spalin i smrodu życia z jednej strony, ale z drugiej pełnym kuszących woni wprost z kuchni, woni przypraw i ziół. Za tym, że co chwila tuż obok mnie przemyka skuter, samochód albo ciężarówka, a ja spokojnie wiem, że nic mi się nie stanie. Za tłokiem, za skorodowanymi chodnikami. Nawet za leniwymi kierowcami motorów, którzy półleżąc pytają się czy mamy ochotę na przejażdżkę. Pora wracać do świata gdzie wszystko jest uporządkowane i pozbawione tego szaleństwa.

piątek, 26 marca 2010

26.03 Niezasłużona klątwa chciwej wioślary

26.03


Kolejna wycieczka. Tym razem do Perfumowej Pagody. Dookoła nas w busie albo rodziny z dziećmi albo emeryci. No cóż, nie ma to jak ekstremalne wyprawy.

Podróż przez przedmieścia budzi podobne skojarzenia jak ta z wczoraj. Ale wysilę się na inną refleksję, która czeka w kolejce do wyartykułowania. Samochody. W Wietnamie ich ciągle niewiele. Nie ma co liczyć na widok sfatygowanych oldtimerów jak w Tajlandii. Po pierwsze, ledwie niedawno rowery zostały zastąpione przez skutery, których są w samym Hanoi dosłownie miliony. Po drugie, niewiele osób ma samochód. Po trzecie, jeżeli ma, to już nowy i duży. Obserwując ulice widać jak ten kraj był jeszcze niedawno biedny (a może bardzo biedny, bo ciągle jest tu ubogo). Nie ma starych aut? Nie ma, bo kilkanaście lat temu nie było ich tu w ogóle.

Widać też jak szybko Wietnam rozwija się, a niektóre osoby wybijają się stanem posiadania ponad innych. Chyba powoli robię się socjalistą na stare lata przez te wszystkie podróże po zakątkach takich jak ten.

Inna opowieść to samochody dostawcze. Jest ich cała masa na trasach dolotowych do stolicy. Oprócz marek znanych na całym świecie, są też takie, które widzę pierwszy raz. Chińskie wyroby wyglądają jak te z Korei czy Japonii, ale o ich jakości wykonania niech świadczy fakt, że w przydrożnych warsztatach to one są najczęściej spotykanymi gośćmi.

Koniec jazdy busem i przesiadka do łodzi. Następnie godzina wiosłowania (na szczęście, nie naszego) w górę rzeki. Widoki wspaniałe, świeci słońce i już wtedy uznajemy wspólnie, że ten wyjazd podoba nam się bardziej niż wczorajszy.

Dookoła przyroda, tubylcy zajęci swoim własnym życiem, cisza, spokój. Te dwa ostatnie przynajmniej do momentu w którym nie wysiadamy z łodzi. Stajemy u zbocza góry, cel – jej szczyt i wszystko co po drodze do tego.

Na szczycie góry znajduje się, kolejna dla nas, jaskinia. W środku na skale ułożony znak szczęścia. Albo to może nasi wygoleni chłopcy tu byli?

W praktyce jest to świątynia, jedna z najważniejszych w całym kraju. Wietnamczycy masowo ją odwiedzają, składając (fałszywe, bo budda się przecież nie zna) pieniądze w darze. Banknoty leżą to tu, to tam. Niektórzy pocierają pieniędzmy o zbocze jaskini. Jako że najważniejsze uroczystości wypadają w okresie marca i kwietnia, jest tłoczno. I bardzo, bardzo rustykalnie. Atmosfera jak z wiejskiego odpustu w naszej starej dobrej Polsce.

Stragany z jedzeniem straszą nasze europejskie oczy różnymi dziwnymi widokami. Obrane ze skóry, upieczone zwierzęta zwisają ponuro z haków. Niektóre są całe, inne już „nadjedzone” tu i tam.

Jedna z naszych towarzyszek podróży, nazwa robocza „głupia Szwedka” pyta się przewodnika co to jest i dostaje odpowiedź, która mrozi jej skandynawską krew. Podobno psy. Ja to w to nie wierzę, chociażby dlatego, że psy z tego co wiem nie maja raciczek i nie posiadają ogonków długości jednego metra. Tak czy owak, nieco to obrzydliwe, a w jednej z takich knajp będziemy jedli obiad.

Wejść na górę można na dwa sposoby. Albo na własnych nogach, co zajmuje solidną godzinę i jest oczywiście męczące.

Druga możliwość to luksusowa przejażdka nowo postawioną kolejką górską, która pokonuje trasę w siedem minut. Postanawiamy wybrać opcję najbardziej logiczną, czyli wjechać na górę, a zejść o własnych siłach. Uśmiech szybko mi zamiera, gdy zdaję sobie sprawę, że to przecież kolejka linowa, a te jeżdżą wysoko nad ziemią. Ale jest już za późno na ucieczkę.

Z przejęcia siedzę nerwowo i nie poruszam żadnym mięśniem. Pode mna, raz bliżej a raz dalej zielone poszycie lasów okalających zbocza. Kolejka jak na złość, sunie wolno i niemrawo, bujając się na boki raz po raz. Jedziemy razem z miłą rodziną z Kalifornii. Ona – pochodzenie azjatyckie bliżej nieokreślone, on – bardzo miły malezyjczyk. Nawiązuje nić porozumienia Polsko-Malezyjskiego i mówię, że kojarzymy Kuala Lumpur z Formuły 1 i Petronas jako sponsora naszego Roberta Kubicy. Temat naturalnie schodzi na wyścigi Nascar. No tak, dla Ameryki to jedyny sport motorowy jaki znają i kochają.

Zejście z góry zajęło nam dużo czasu i wcale nie było takie łatwe. Po cichu liczyłem na kamienne schody, orientalny klimat i piękne widoki zza barierki. Tyle marzeń. W rzeczywistości, góra jest dosłownie oblepiona straganami z różnościami.

Od wzorcowej wręcz tandety, lśniących w słońcu pseudo-złotych posążków z plastiku, proporców, koszulek, jedzenia, ziół, słodyczy, flag, małych budd, dużych budd i średnich budd. Kończąc na stanowiskach z muzyką, wyposażonych obowiązkowo w dvd i telewizory na których raz po raz oglądamy kolejne urywki kolejnych przedziwnych wietnamskich filmów czy teledysków. Z głośników gra muzyka. Przechodzimy od jednej kakofonii do drugiej. Mnie zaczepia kilka osób proponując, zdaje się, zakup tandetnych koszul we wzorki rodem ze snów Violetty Willas. Ania jest odprowadzana wzrokiem przez co pewniejszych siebie lokalnych donżuanów w koszulkach D&G o wątpliwej oryginalności.

W końcu docieramy na dół, jemy psa na obiad, zwiedzamy jeszcze jedną pagodę u stóp góry i pora wracać.

Znowu wiosłowanie. Na końcu przewodnik informuje nas, że co prawda ciężka praca wioślarzy jest opłacona, ale przyjmują oni z przyjemnością napiwki za miłą podróż. Ja daje Ani 10.000 VND ode mnie. Ania przekazuje kwotę Pani nie dodając nic od siebie. Czeka na nas krzyk i ciągnięcie za rękaw. Napiwek napiwkiem, ale nachalność przy jego egzekwowaniu nieco mnie zdenerwowała. Wyszedłem na tego, który nic nie dał i słyszałem jak za moimi plecami pada stek przekleństw po wietnamsku. Bałem się, że wioślarka mogła rzucić na mnie klątwę, więc do późnego wieczora sprawdzałem co chwilę czy nie wyrosła mi żadna kurzajka. Wyczekiwałem też nadejścia swędzenia albo chociaż sraczki, ale nic z tego nie miało miejsca. Dla porządku dodam, że praktycznie nikt nic nie zostawił, a ja byłem jedynym, który zdobył się na ten gest. Żeby nie było, że jestem chamidłem.

Incydent z wioślarką mógł zdarzyć się wszędzie, ale stał się przyczynkiem do ugruntowania mojej opinii na temat miłych ludzi jacy zamieszkują Wietnam. Może później przyjdzie czas na podsumowanie wyjazdu jako całości, wtedy dam upust swoim przemyśleniom.

Tym razem nasz przewodnik, o imieniu Lang (z twarzy chyba rzeczywiście jakaś rodzina Czesława) okazał się być miłym i rzeczowym żółtym człowieczkiem.

Mówił ładnie po angielsku, nie był nachalny i interesował się wszystkimi. Rozstaliśmy się w zgodzie i będziemy go mile wspominać. On pewnie też bo dostał od nas napiwek.

Już w Hanoi spożywamy kolację i smutna refleksja. To już koniec. Jutro ostatni dzień w Wietnamie, pora wracać do domu, do pracy i do życia zgarbionej nad monitorem szarej myszki. Z jednej strony, wielka szkoda. Z drugiej, Azja jednak potrafi wymęczyć. To ciągłe zaczepianie, przepychanie się, przeskakiwanie przez ulicę niczym we „Froggerze”, te zapachy, zagęszczenie wszystkiego co tylko możliwe – potrafi dać w kość. Ale wiem doskonale, że będę do tego tęsknić i będę to czule wspominać.

Tutaj, myślę sobie, człowiek przypomina sobie o tym, że w rzeczywistości jest istotą społeczną. Każdy żyje z kimś, dla kogoś. Nie ma tu miejsca na jakikolwiek „kokonizm”. Który osobiście lubię i za którym osobiście nieco tęsknie.

czwartek, 25 marca 2010

25.06 Szare kolory Halong Bay

25.09

Tego dnia wybraliśmy się na zorganizowaną wycieczkę do słynnej Halong Bay. Ofert jest mnóstwo – począwszy od wypadów jednodniowych, poprzez opcje z noclegami na łodzi. My zdecydowaliśmy się na najkrótszą opcję.

Halong Bay to wizytówka całego kraju. Miejsce należy do tych, które po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Większość zdjęć Wietnamu jakie można znaleźć tu czy tam – to najczęściej wariacje na temat zatoki. Każdy turysta trafia tu wcześniej lub później, a jeżeli jakimś cudem omija miejsce, uznać należy, że w Wietnamie tak naprawdę wcale nie był. Tyle „przewodnikowej” teorii. A jak jest w praktyce?

W pierwszej kolejności, nasz bus jedzie trzy godziny. Przemierzamy przedmieścia Hanoi. Za oknem rozciągają się widoki smutne, albo chociaż takie, które zmuszają do refleksji. Kraj rozwija się szybko i to co widzimy nazwać wypada kloaką, w której zbierają się niechciane „owoce” rozpędzonej gospodarki. Brud, pył, liche zabudowania. Małe miasta, z przemysłową zabudową i kominami na horyzoncie. Zaniesczyszczenie czuć niemal zza szyby. Ludzie wydają się być skocentrowani na swoich obowiązkach, zmęczeni i wprost brudni od niedbałego otoczenia w którym na codzień przyszło im żyć. W tym wszystkim dziwnie wyglądają dosyć często spotykane salony mody ślubnej. Populacja jest młoda, więc z pewnością jest to prężny biznes. I nie szkodzi, że eleganckie suknie ślubne prezentowane są w takim, a nie innym otoczeniu.

Od razu nie za bardzo polubiliśmy się z naszym przewodnikiem. Adolf, bo tak go nazwaliśmy roboczo z Anią (ze względu na uroczą zaczeskę w stylu Szpakowskiego albo ulubionego premiera każdego prawdziwego Niemca) miał akcent tak niewyraźny, że zdołaliśmy zrozumieć co dziesiąte słowo, które opuściło jego usta. Najczęściej mogliśmy usłyszeć „you can see”, co oznaczało, że mamy zerkać w jakiś punkt wskazany jego przewodnikową ręką. Poza tym, zajęty był romansowaniem z dwoma nastoletnimi tajwankami.

To znaczy, jemu wydawało się, że je podrywa, a nam wydawało się, że dawno nie widzieliśmy festiwalu takiej żenady. W sumie, przewodnik nam był potrzebny jak klapki w zimie, Adolf jednak działał nam na nerwy.

Wsiadamy na łódź i rozpoczynamy właściwą część podróży. Statek średniej jakości. Wiele więcej nie potrzeba było. No może poza toaletami, bo te mogłyby być czystsze. Nie ma co narzekać, najważniejsze to przecież nie to co widać w sraczu, ale to co dookoła. Statek wolno wypływa na wody zatoki. Ze względu na niski stan wód, stoimy pewien czas blisko portu. Raz nawet słychać i czuć jak dziub szoruje po dnie. Nasza łajba jednak to wytrzymała.

Obiad na statku był zajęciem nieco stresującym. Naprzeciwko nas posadzono przedziwna parę obleśnych chińczyków. On wyglądał jak najgorszy sen każdej dziewczyny idącej na randkę w ciemno. Postura informatyka, strój piłkarza na obozie treningowym. Do tego dodajmy jeszcze maniery przy stole godne Azji (no a gdzie niby jesteśmy, należy się retorycznie zapytać). Ona – chciałem jej zrobić zdjęcie, ale w sumie nie powinniśmy się smać z cudzej urody. Powiedzmy więc, że nie należała do najpiękniejszych i powinna się cieszyć, że zdołała usidlić takiego przystojniaka. Do jedzenia dostaliśmy jedynie pałeczki. To znaczy, do jedzenia było kilka dań, z których braliśmy kęsy wszyscy przy jednym stoliku. Ja ciągle średnio posługuję się drewienkami, a przy rodowitych azjatach denerwowałem się zachowaniem należytej ceremonii.

No dobrze, zatoka. Powiem wprost. Dla mnie nieco rozczarowująca. Może to wina pogody. Nie świeciło słońce i po raz pierwszy w Wietnamie poczułem potrzebę założenia na siebie czegoś cieplejszego. Wyspy i wystające z wody skały oczywiście urocze, ale mnie to wszystko zaczęło po chwili nieco nużyć.

Chyba po Danangu i tym co tam się działo, mam przemożna ochotę spacerowania, zwiedzania i oglądania. Na łodzi jest mało miejsca i nawet jeżeli na turystów czekają takie atrakcje jak kajaki, zwiedzanie jaskiń i smaczne posiłki podawane na eleganckiej łodzi, to jednak moja dusza chce pójść własną drogą. A nie może.

Odwiedzamy jedną z jaskiń. Tłok niemiłosierny. Psuje to wrażenia, a szkoda, bo wnętrze wspaniałe.

Ogromna przestrzeń, bogactwo dziwnych kształtów. Nasz Adolf przekonuje nas, że to co widzimy to smok, pies albo inne zwierze. My myślimy, że nie mamy na tyle wyobraźni, by w kawałku skały zobaczyć żabę albo cokolwiek innego. Widać, że wietnamczycy się starają. Jaskinia jest podświetlona na różne kolory, co nadaje jej dodatkowo ciekawego wymiaru.

Po tym wszystkim powrót do Hanoi tą samą trasą. Poznaliśmy do tej pory wszystkich uczestników, a jeżeli nie, to sobie dopowiedzieliśmy to kim mogą być. Jak zawsze, przedziwne, ale pochodzimy z tylu przeróżnych zakątków globu. Australia czy Japonia robią wrażenie, ale to my mamy tu daleko, dla nich to kilka godzin od domu.

Wieczorem trafiamy do przemiłej restauracji, którą poleca Lonely Planet. Nazywa się „69” i poza świńską nazwą, jest więcej niż w porządku. Ceny nie są wysokie, obsługa miła, dania róznorodne i nawet spore porcje. Wszystko mieści się z zadbanym, ponad 100-letnim budynku. W tak eleganckich wnętrzach ostatni raz jedliśmy chyba w Hoi An.

Ogłosiłem najwyższy stopień alarmu majtkowego. Oznacza to mniej więcej tyle, że szukam nie takich, które są świeże, a takich które wydają się najmniej „znoszone”. Na szczęście w drodze powrotnej znajdujemy bieliźniane zagłębie. Nabywam drogą kupna produkty Calvina Kleina – oczywiście oryginalne. Za 100.000 dongów.

Jutro Perfumowa Pagoda. Wieczorem nieco nerwów. Aeroflot modyfikuje nam lot do Moskwy, ale nie jesteśmy w stanie połapać się o co dokładnie chodzi. Pozostaje mieć nadzieję, że w niedzielny wieczór zameldujemy się w Warszawie zgodnie z planem. No właśnie, to już ostatnie chwile naszego urlopu. Aż chce się płakać...

środa, 24 marca 2010

24.03 Lost in Hanoi

24.03

Hanoi należy najpierw pokochać. A następnie zagubić się w nim – dosłownie stracić orientację i ze zrezygnowaną miną stać na środku kolejnego skrzyżowania sześciu lub więcej ulic, zastanawiając się gdzie należy skręcić. I w jaki sposób przedostać się przez sznur skuterów.

Być może to najciekawsze miejsce w jakim byliśmy do tej pory. Racja w tym, że Hanoi jest niezwykle orientalne.

Nie wiem czy to prawda, ale można przeczytać, że to najurokliwsza stolica państw regionu. Mogę porównać jedynie do Bangkoku. Wiadomo, pierwsza miłość jest wyjątkowa, ale to miasto jest w stanie zachwiać tym stwierdzeniem.

Poranne godziny to śniadanie i długa eksploracja Starej Dzielnicy. Wąska, niska zabudowa z niezliczonymi balkonami, tarasami i tarasikami daje ogromne możliwości dla tutejszej gastronomii. Staramy się trafiać do takich miejsc, gdzie można usiąść na jednym z nim i z góry podziwiać uroki miejskiego życia Hanoi.
Ku mojej uldze, porcje są większe. Nawet smaczne, chociaż tęsknie już do schabowego i ziemniaków. Albo do najzwyklejszego kurczaka w sosie słodko-kwaśnym. Takim nawet jak w domu. Jakoś nie mogę spotkać tego dania od dni spędzonych w HCMC. Jem w końcu zupę Yum Kum. Ostra tak jak powinna być, ale nie smakuje jednak tak jak oryginalna tajska wersja.

Old Quarter zajmuje nam nieco czasu. Często się gubimy.

Poniekąd to wina tego, że nie mamy mapy, a zerkanie na przewodnik nie należy do rozwiązań wygodnych. Inna sprawa jest taka, że dzielnica jest po prostu mała. Gęstość zabudowy jednak to w pełni rekompensuje i okolica pęka w szwach od przeróżnych sklepów, targów, zaułków, świątyń, ulic, uliczek i przejść. Odległości nie są duże, zupełnie jakby były skrojone na małe, azjatyckie nóżki.

Zdarza się więc, że niczym Guliwer nie zauważamy miejsca do którego chcieliśmy trafić i idziemy dalej. W jednym przypadku, przechodzimy przez ruchliwą dwupasmówkę i zupełnie niechcący, trafiamy do innego świata.

Tuż obok wybrzeża Rzeki Czerwonej rozciąga się zapuszczona i biedna dzielnica.

Chwile pobłądziliśmy po jeszcze węższych uliczkach (jakby to było możliwe).Dajemy się uwieść brudnemu ale urokliwemu obliczu tego miejsca. Nie było tu już żadnych turystów, a nasze białe oblicza wzbudzały zainteresowanie wśród autochtonów zajętych swym „codziennym życiem”. Wygladamy przez czyjeś podwórko na samą rzekę. Wietnamczycy mają coś szczęście do nadawania im nazw brzmiących dla nas niczym największa tajemnica. Ale w rzeczywistości, zerkamy na duży i bezwładny brązowy ściek, rozdzielonymi pasmem zarośniętego krzakami lądu.

Miasto nam się bardzo podoba. Jest w nim zabudowa będąca pozostałością francuskiej dominacji, ale całość ma swój orientalny urok i czar.

Budynki niskie i wąskie. Wszystko jest stłoczone, chociaż są też takie rejony, gdzie można odetchnąć pełniejszą piersią a horyzont nie kończy się na najbliższym skrzyżowaniu małych uliczek. W centrum znajduje się spore jezioro. Most łączy małą wysepkę z lądem. Na niej zaś znajduje się świątynia Ngoc Son. Jak zawsze, religia daje nam chwilę względnej ciszy oraz spokoju od zamieszania dookoła.

Na targu znajduję „weasel coffee”, czyli ni mniej ni więcej, kawę która najpierw zjadana jest przez łasicę, wydalana, a następnie wybierana z ich odchodów (albo wymiocin, bo natura daje kilka możliwości). Smakuje ponoć wybornie. Cena dosyć wysoka i pozostaje mieć nadzieje, że nieco zdeformowane ziarenka są dowodem na to, że naprawdę widziały łasicę „od środka”.

HCMC wydawało się bardziej „międzynarodowe” i nowocześniejsze w zabudowie. W Hanoi są miejsca gdzie można ulec wrażeniu, że czas się zatrzymał tam w miejscu wiele lat temu. To że stolica Wietnamu jest dwa razy mniejsza od swojego południowego rywala nie ma dla nas żadnego znaczenia. Powietrze jest tu nawet gorsze. Chociaż jest sporo chłodniej, pocimy się tutaj jak nigdy do tej pory.

Rozpoczynamy długie poszukiwania restauracji godnej nas nakarmić obiadem. Zadanie tylko pozornie wydaje się banalne. Raz że jesteśmy wybredni, dwa, że nauczyliśmy się tutaj alergiczne reagować na ceny zbliżone do tych znanych nam z Polski. Trzy, że gubimy się w gąszczu ulic, a cztery, że zaufaliśmy Lonely Planet i szukaliśmy knajp, które umieścili na swojej mapie. Przewodnik najnowszy, ale póki co, skuteczność odnośnie gastronomii ma prawie żadną. Albo nie istnieją, albo jedzenie wcale nie jest takie „splendid”. W końcu trafiamy do miejsca gdzie byliśmy wczoraj wieczorem i z balkonu zerkamy na to co się dzieje się, chwilowo bez naszego udziału, na dole.

Wieczorem wyruszamy w stronę Mauzoleum Ho Chi Minha. Ale przegrywamy walkę z Hanoi. Było dobrze, dopóki na naszej trasie nie pojawiło się skrzyżowanie złożone z bodaj siedmiu ulic. Żadna nie była oznaczona, ale to nie szkodzi, bo na ogólnej mapie z przewodnika i tak nie było nazw. Moja intuicja zawiodła, po tym jak zmęczeni przeskakiwaniem między pojazdami nie wiedzieliśmy już nawet skąd przyszliśmy. Wylądowaliśmy daleko od celu i ze spuszonymi nosami powróciliśmy do „cywilizacji”. No cóż, może to i dobrze, że zostawiamy sobie coś na potem?

W centrum można spotkać „ulicznych handlarzy książkami”. Podobnie jak w HCMC. Tyle że tutaj głośno pytają się o to czy może mamy ochotę coś poczytać, a ciszej czy nie chcemy aby marichuany. Gdyby ktoś był zainteresowany – w literaturze znajdzie rozwiązanie swoich potrzeb.

Jutro cały dzień mamy zajęty przez wyprawę do Halong Bay. Pojutrze zaś przeznaczamy na Perfumową Pagodę. Potem jeden dzień na Hanoi i... wolę o tym nie myśleć. Czas leci szybko z jednej strony. Z drugiej znowu mam to zabawne uczucie, że rzeczy mające miejsce kilka dni temu wydarzyły się nader dawno.

wtorek, 23 marca 2010

23.03 Urodziny w tropikach

23.03

Rano pobudka. Gnani nadzieją (wiadomo czyją najczęściej bywa matką) zjeżdżamy na dół hotelu na śniadanie. Ja zamawiam omleta, który okazuje się być jajkiem sadzonym. Jednym. Rozmiary porcji mnie onieśmielają. Ania zaś inwestuje w instant noodle, a potem jest zdziwiona, że dostała lekko doprawioną zupkę z proszku. Cóż, takie jest właśnie to Danang. Trzeba mieć dużo cierpliwości do tego miasta.

Spędzamy czas na plaży, uprawiając czyste i nieskrępowane lenistwo. Na leżaku wpadam co chwila w drzemki, przerywane spacerami po piasku. Niby wspaniale ale nudzi się dosyć szybko. Ciągle zastanawiamy się co robi statek zacumowany na środku zatoki.

Jest ogromny, w nocy świeci, w ciągu dnia widać zaś, że wypuszczone są z niego jakieś liny. Najbardziej możliwa odpowiedź jest taka, że łowi ryby i owoce morza, ale pewni nie jesteśmy. Ale czy jestem w stanie uwierzyć, że Wietnamczycy używaja wielkiego frachtowca do połowu ostryg? Tak, nic mnie już nie zdziwi!

Popołudniem postanawiamy coś zjeść. Nie jest to łatwe. W okolicy można znaleźć nieco lokalnych jadłodalni. Wchodzimy do jednej, wzbudzając ogólne rozbawienie. Nikt nie mówi słowa po angielsku, więc staram się pokazać na tablicy z menu co chcemy zamówić. Kurczaka nie ma, w ofercie jedynie owoce morza. Wszyscy się z nas śmieją. Pozostajemy przy zamówionych colach i cóż, obrażamy się i szukamy dalej. Trafiamy do innej, wybudzając z drzemki obsługę. Nasze zdziwienie nie zna granic. Co prawda nadal nikt nie mówi w jakimkolwiek ze znanych nam dwóch języków, ale menu jest po angielsku. Jako że są dzisiaj moje urodziny zamawiam małże. Gdzie jak nie tutaj i nie tego dnia? Niby smaczne, ale umówmy się, że sycące to nie jest. Na szczęście, Ania nigdy nie jest w stanie dokończyć swojego, więc dojadam po niej. Już nie dziwię się czemu podróżowanie we dwoje jest tańsze. Od początku tej podróży zjadam swoje plus resztki po niej i wychodzę na swoje finansowo oraz żołądkowo.

Żegnamy się z Danangiem jakoś bez żalu. Taksówka do lotniska pozwala jeszcze nieco zobaczyć. Miasto żywe, zatłoczone i mimo wszystko, czyli mimo swoich wad, jednak oryginalne. Po drodze jesteśmy świadkami pierwszego wypadku. Wpadają na siebie dwa skutery. Mimo niskiej prędkości, małej masy pojazdów, wygląda to wszystko dramatycznie. Jeden kierowca przygnieciony maszyną traci zęby i pozostawia na ulicy czerwoną kałużę krwi. Chyba nie jest to częsty widok, bo od razu robi się zbiegowisko gapiów.

Na lotnisku „wspaniała” niespodzianka. Vietnam Airlines przekłada nasz wylot z godziny 19.15 na 21.15. Myślę sobie, że to miasto nie chce nas tak łatwo wypuścić, ale dzień ma swojego małego bohatera. Ania idzie do stanowiska obsługi klienta i linie zmieniają nam godzinę wylotu na wcześniejszy lot. Znakomicie. Ale jest już 17.00, wylot o 17.35 a przed nami w kolejce do odprawy rodzina wyjątkowo niemrawych wietnamczyków. Z głośników słyszymy nawoływanie na nasz lot. Po chwili „final call”. A my ciągle czekamy. Kiedy już przychodzi nasza kolej, wcale nie jest lepiej. Pan z obsługi raczej się nie spieszy. A my już przebieramy nóżkami, by uciec z tego miejsca.

Ostatecznie wszystko kończy się pomyślnie. Trafiamy do autobusu i w nim zdajemy sobie sprawę jakimi nerwowymi białasami jesteśmy. Co z tego, że „final call” pojawiło się już tyle razy. Do wnętrza, niespiesznie wchodzą kolejne osoby. I kolejne, i kolejne i kolejne. I nikomu się nie spieszy. Chyba jedynie my przejęliśmy się tym, że opóźniamy godzinę odlotu.

Debiut na pokładzie Vietnam Airlines udany. Miłe linie. Na tak krótkiej trasie (godzina i dziesięć minut lotu) regularnie lata Airbus A330. Ostatni raz leciałem takim z Dublina do NYC. A tutaj pokonuje on trasę wielokrotnie mniejszą. Albo ja się nie znam na ekonomii, albo oni wiedzą o niej coś więcej niż mi się wydaje. W takiej sytuacji jestem w stanie uwierzyć, że mając do dyspozycji Titanica używaliby go jako kutra do rzucania sieci. Wspaniały to kraj.

No i jesteśmy w Hanoi. Z powrotem, można powiedzieć. Pierwszy krótki spacer i refleksje. Miasto wydaje sie być bardzo miłe. Wąskie uliczki, gęsta i niska zabudowa. Ma swój klimat i urok. Podobno to najbardziej orientalna stolica kraju regionu i jutro przekonamy się ile w tym prawdy, a ile przewodnikowego mitu.

O ile dam radę jeszcze raz wejść do naszego pokoju. Mamy pokój na piątym pietrze i wspinaczka po schodach jest nieco ponad moje siły.

A w łazience mikroskopijnych rozmiarów przecieka umywalka, chociaż to nie szkodzi, bo po prysznicu wszystko jest i tak mokre.

poniedziałek, 22 marca 2010

22.03 Nasz desant na Danang

22.03

Kolejne miasto na naszej trasie to Danang. Jeszcze z okna autobusu jadącego do Hon Ai, widzimy, że raczej nie będzie tu nic nas szczególnie interesującego. Pierwszy bezpośredni kontakt jedynie nas w tym utwierdza.

Jimmy Hotel gdzie się zatrzymaliśmy sprawia wrażenie iście przedziwne. Budynek stoi samotnie w odległości może dwustu metrów od plaży.

Nie ma w sąsiedztwie żadnych innych zabudowań, a mimo wszystko jest tak wąski, jakby miał się wcisnąć między swoje nieistniejące sąsiedztwo. Dookoła pusta przestrzeń, walają się śmieci i rosną dzikie zielska.

Wnętrze jednak całkiem miłe. Mamy pokój na piątym pietrze. Widok z panoramicznego okna wprost na morze.

Gdyby nie to, że pleksiglas jest brudny, byłby pełen zachwyt. Po lewej mającza nam na horyzoncie wzniesienia w kształcie uszu Myszki Miki, czyli Małpia Góra. Na wprost nas – plaża.

Z przyziemnych spraw: w łazience jest nawet jacuzzi, ale niestety nie umiemy go włączyć. Hotel wygląda dobrze. Zastanawia nas jednak całe miejsce jako takie. Wzdłuż plaży jest już dużo wszelakich resortów i powstaje kilkadziesiąt nowych. Większość to może i okazy tandety ale są wielkie i w zamyśle mają przyciągać tysiące klientów. Miejsce nieco straszy pustką. W ciągu dnia nic tu się nie dzieje, a my jesteśmy ciekawi w jaki sposób właściciele zamierzają tchnąć w to miejsce życie. Być może za kilka lat to się zmieni, a my widzimy jeszcze to miejscem przed turystym boomem, który zniszczy leniwą autentyczność tych przedmieść?

W okolicach południa meldujemy się na plaży. To China Beach, rozsławiona przez amerykański serial, którego popularność jakoś ominęła Polskę.

Pas piasku ciągnie się długimi kilometrami. Gdzieniegdzie rosną palmy, a ludzi bardzo mało. Mówiąc wprost – jest tu ładnie, ale znowuż tak strasznie pusto. Leżenie na leżakach nas szybko męczy i szukamy jakiejś restauracji. Nie jest to łatwe, bo dookoła cisza i spokój. Jemy obiad, najdroższy do tej pory, w przypadkowym hotelu, który krzyczy do nas „nie stać Was na mnie”. Porcje ciągle się zmniejszają.

Na plaży obserwujemy wyławianie owoców morza prosto z fal. A raczej, wyciąganie ich z brzegu. Dwaj chłopcy na naszych oczach podnoszą dziwne galaterowate stworzenie i niosą je z uśmiechami do hotelu. Specjalistami nie jesteśmy ale wyglądało to jak nader blada meduza.

Zapamiętujemy, by nie zamawiać żadnych owoców morza. Nie wierzę w to, że żywe, zdrowe zwierzątka same z siebie wyskakują na piasek, ale oceanologiem to nie jestem i nigdy już nie będę.

Popołudniem owego leniwego dnia, zmierzamy do miasta. Niby mieszkamy w Danangu, ale jego plażowa część to kawałek drogi od właściwego centrum. Spacer nie należy do najmilszych, sznur skuterów zwiększa się w miarę zbliżania do mostu łączącego naszą część z sercem metropolii.

Co chwila ktoś nas zaczepia. Dzieci mówią „hello” i szybko okazuje się, że to jedyne słowo, które możemy tu usłyszeć po angielsku. Starsi albo się uśmiechają, albo burczą coś pod nosem w naszym kierunku. W Danang turyści po prostu mało kogo obchodzą.

Miasto nie robi na nas żadnego wrażenia. Nawet o rozczarowanie trudno, bo już wcześniej mieliśmy świadomość, że nie czeka nas tu nic wyjątkowego. Ale z drugiej strony, to Azja i wszystko ma swoją magię, nawet takie miejsca. Jest tu nieco biznesowych okolic, kilka solidniejszych i nowoczesnych budynków, znajdą się nawet sieciowe kawiarnie, które ostatni raz widzieliśmy w Sajgonie. Jest miła promenada nad rzeką, którą można określić jako lokalną wersję szanghajskiego Bundu dla bardzo mało wymagających.

Trafiamy do restauracji polecanej przez Lonely Planet. Porcje ciągle niewielkie, z obsługą komunikujemy się pokazując palcem co chcemy dostać (a i tak zamówienie zgadza się w 75%). Wracamy „do siebie” taksówką. Okazuje się, że wieczorem okolice nieco ożywiają. Do życia budzą się uliczne jadłodalnie. Wpadamy do jednej. Menu jedynie po wietnamsku, Ania, która zna ten język doszukuje się w spisie potraw „pastora” i innych dziwnych wyrazów. Dochodzimy do wniosku, że zapewne jadają tu wszystko, w tym także chrześcijan. To by tłumaczyło czemu tak mało tu białych twarzy dookoła.

Moje danie okazuje się być kawałkami kurczaka smażonymi na głębokim tłuszczu i przyrządzonym na słodko. Ania dostała owoce morza w sosie ananasowym, jak zawsze, nawet w ciemno, trafiając lepiej ode mnie. No chyba, że danie pochodzi z popołudniowego „połowu”. Wzbudzamy zainteresowanie dookoła. Młodzi kawalerowie zerkają nieśmiało na naszą żeńską część, do mnie przysiada się z piwem młody człowiek, którego opijam z jednej szklanki. Dookoła żadnych innych białych twarzy, poza jednym gościem. Siedział niepewnie otoczony wianiuszkiem złożonym z typowej wietnamskiej rodziny. Zapewne młoda wietnamka przedstawia swojego narzeczonego, a ja sobie myślę, że tak kończą się pewnie samotne przygody na azjatyckiej ziemi.

Wracając do hotelu, stwierdzamy zgodnie, że miejsce wygląda żywiej i dużo lepiej o tej porze dnia. Do tego stopnia, że siedząc w pokoju słyszymy jak w restauracjach na dole odbywa się wesoła konsumpcja połączona z toastami wznoszonymi lokalnym piwem. Znowu nie będzie łatwo zasnąć mając ten azjatycki żywioł tuż obok siebie. A rankiem będzie tu zupełnie inaczej. Pusto i tak cicho, że mamy ochotę się zapytać siebie samych: co tu w ogóle robimy?