Rano pobudka. Gnani nadzieją (wiadomo czyją najczęściej bywa matką) zjeżdżamy na dół hotelu na śniadanie. Ja zamawiam omleta, który okazuje się być jajkiem sadzonym. Jednym. Rozmiary porcji mnie onieśmielają. Ania zaś inwestuje w instant noodle, a potem jest zdziwiona, że dostała lekko doprawioną zupkę z proszku. Cóż, takie jest właśnie to Danang. Trzeba mieć dużo cierpliwości do tego miasta.
Spędzamy czas na plaży, uprawiając czyste i nieskrępowane lenistwo. Na leżaku wpadam co chwila w drzemki, przerywane spacerami po piasku. Niby wspaniale ale nudzi się dosyć szybko. Ciągle zastanawiamy się co robi statek zacumowany na środku zatoki.

Jest ogromny, w nocy świeci, w ciągu dnia widać zaś, że wypuszczone są z niego jakieś liny. Najbardziej możliwa odpowiedź jest taka, że łowi ryby i owoce morza, ale pewni nie jesteśmy. Ale czy jestem w stanie uwierzyć, że Wietnamczycy używaja wielkiego frachtowca do połowu ostryg? Tak, nic mnie już nie zdziwi!

Popołudniem postanawiamy coś zjeść. Nie jest to łatwe. W okolicy można znaleźć nieco lokalnych jadłodalni. Wchodzimy do jednej, wzbudzając ogólne rozbawienie. Nikt nie mówi słowa po angielsku, więc staram się pokazać na tablicy z menu co chcemy zamówić. Kurczaka nie ma, w ofercie jedynie owoce morza. Wszyscy się z nas śmieją. Pozostajemy przy zamówionych colach i cóż, obrażamy się i szukamy dalej. Trafiamy do innej, wybudzając z drzemki obsługę. Nasze zdziwienie nie zna granic. Co prawda nadal nikt nie mówi w jakimkolwiek ze znanych nam dwóch języków, ale menu jest po angielsku. Jako że są dzisiaj moje urodziny zamawiam małże. Gdzie jak nie tutaj i nie tego dnia? Niby smaczne, ale umówmy się, że sycące to nie jest. Na szczęście, Ania nigdy nie jest w stanie dokończyć swojego, więc dojadam po niej. Już nie dziwię się czemu podróżowanie we dwoje jest tańsze. Od początku tej podróży zjadam swoje plus resztki po niej i wychodzę na swoje finansowo oraz żołądkowo.

Żegnamy się z Danangiem jakoś bez żalu. Taksówka do lotniska pozwala jeszcze nieco zobaczyć. Miasto żywe, zatłoczone i mimo wszystko, czyli mimo swoich wad, jednak oryginalne. Po drodze jesteśmy świadkami pierwszego wypadku. Wpadają na siebie dwa skutery. Mimo niskiej prędkości, małej masy pojazdów, wygląda to wszystko dramatycznie. Jeden kierowca przygnieciony maszyną traci zęby i pozostawia na ulicy czerwoną kałużę krwi. Chyba nie jest to częsty widok, bo od razu robi się zbiegowisko gapiów.
Na lotnisku „wspaniała” niespodzianka. Vietnam Airlines przekłada nasz wylot z godziny 19.15 na 21.15. Myślę sobie, że to miasto nie chce nas tak łatwo wypuścić, ale dzień ma swojego małego bohatera. Ania idzie do stanowiska obsługi klienta i linie zmieniają nam godzinę wylotu na wcześniejszy lot. Znakomicie. Ale jest już 17.00, wylot o 17.35 a przed nami w kolejce do odprawy rodzina wyjątkowo niemrawych wietnamczyków. Z głośników słyszymy nawoływanie na nasz lot. Po chwili „final call”. A my ciągle czekamy. Kiedy już przychodzi nasza kolej, wcale nie jest lepiej. Pan z obsługi raczej się nie spieszy. A my już przebieramy nóżkami, by uciec z tego miejsca.
Ostatecznie wszystko kończy się pomyślnie. Trafiamy do autobusu i w nim zdajemy sobie sprawę jakimi nerwowymi białasami jesteśmy. Co z tego, że „final call” pojawiło się już tyle razy. Do wnętrza, niespiesznie wchodzą kolejne osoby. I kolejne, i kolejne i kolejne. I nikomu się nie spieszy. Chyba jedynie my przejęliśmy się tym, że opóźniamy godzinę odlotu.
Debiut na pokładzie Vietnam Airlines udany. Miłe linie. Na tak krótkiej trasie (godzina i dziesięć minut lotu) regularnie lata Airbus A330. Ostatni raz leciałem takim z Dublina do NYC. A tutaj pokonuje on trasę wielokrotnie mniejszą. Albo ja się nie znam na ekonomii, albo oni wiedzą o niej coś więcej niż mi się wydaje. W takiej sytuacji jestem w stanie uwierzyć, że mając do dyspozycji Titanica używaliby go jako kutra do rzucania sieci. Wspaniały to kraj.
No i jesteśmy w Hanoi. Z powrotem, można powiedzieć. Pierwszy krótki spacer i refleksje. Miasto wydaje sie być bardzo miłe. Wąskie uliczki, gęsta i niska zabudowa. Ma swój klimat i urok. Podobno to najbardziej orientalna stolica kraju regionu i jutro przekonamy się ile w tym prawdy, a ile przewodnikowego mitu.
O ile dam radę jeszcze raz wejść do naszego pokoju. Mamy pokój na piątym pietrze i wspinaczka po schodach jest nieco ponad moje siły.

A w łazience mikroskopijnych rozmiarów przecieka umywalka, chociaż to nie szkodzi, bo po prysznicu wszystko jest i tak mokre.
