niedziela, 18 lipca 2010

Pożegnanie z Kopenhagą i kilka godzin w Malmoe

Pakujemy się i wracamy już z plecakami do Centrum. Żegnamy „naszą” miłą dzielnicę, spokojną i cichą „jak zawsze”.

Tu pora na małą refleksję natury organizacyjnej. Zdawałoby się, że nie ma krajów bardziej ułożonych i zorganizowanych niż te skandynawskie. Wszystko jest na swoim miejscu, wszystko jest oznaczone, bo ustrój tam panujący uznaje społeczeństwo za niedorozwinięte i na tyle leniwe, że trzeba mu wszystko podtykać pod nos. A jednak, mimo to, co chwila napotykamy na drobne przeszkody i dziwimy się co chwila. Na przykład, metro. Jest młode, bo powstało dopiero na początku obecnego wieku. Siatka jest rozbudowana, a system biletowy nie do końca jasny. Koncepcję stref można szybko opanować. W miarę prosto jest w śródmieściu, gdzie nowoczesne automaty potrafią „pisać” po angielsku. Im dalej tym gorzej, bo na peryferiach dominują proste „moneciaki”, gdzie wszystko jest już tylko po duńsku. I weź się Polaku domyśl gdzie wśród przycisków jest umieszczona opcja kupna biletu na dziesięć przejazdów. Albo dlaczego bilet normalny i „połówka” kosztują tyle samo. Albo dlaczego ten sam bilet jednorazowy kupiony w centrum starcza na godzinną podróż, a kupiony na peryferiach już tylko na trzydzieści minut. Już nie wspominając o tym, że nigdzie nie można płacić za pomocą banknotów, a starsze modele przyjmują jedynie monety.

Przykład drugi. Bilet na pociąg do Malme. Kupiony w okienku na dworcu kosztował nas dwa razy mniej niż taki kupiony w automacie. Jeżeli już, powinno być chyba odwrotnie, chyba, że „czas” maszyny jest tu cenniejszy niż czas człowieka stojącego za kontuarem. Żeby było „zabawniej”, w internecie znaleźć można dwie odmienne opinie. Jedna mówi, że w automacie jest taniej, a druga, że w obu przypadkach koszt jest taki sam. No i co? Obie strony nie mają racji!

Podobnych obserwacji mieliśmy więcej. Mimo to, lubię Skandynawię. No, może poza cenami.

Wsiadamy w pociąg i wracamy do Szwecji.

Z ulgą przyjmujemy fakt, że nasze dwa razy tańsze bilety są zaakceptowane przez konduktorkę. Jako że do wylotu mamy sporo czasu, przez kilka godzin zwiedzamy Malme.

To miłe i przyjemne miasto. Kompaktowe centrum zawiera wszystko czego potrzeba. Są tu więc miłe uliczki pełne kamienic, ogromny kościół gotycki pod wezwaniem Św.Piotra (zbudowany, a jakże! z cegieł), nieco nowoczesnej zabudowy, której obecność nie wadzi, a wręcz uzupełnia to co stare.



Jest Ratusz, duży Dworzec, a i do portu i wody daleko nie jest. Żal stwierdzić, że nie udało się wszystkiego poznać, ale może to i dobrze, bo będzie okazja kiedyś do Malme zawitać ponownie. Najlepiej w drodze do lotniska Kastrup...

Tymczasem, wracamy na lotnisko ale Sturup. Bliskość nadmienionego wyżej kolosa robi swoje. Lotnisko w Malme jest małe i prowincjonalne. Lista odlotów to kilka miast. Ruch zamarł wyraźnie odkąd wycofał się stąd Ryanair.

Na miejscu czeka nas niemiła niespodzianka. Nasz lot jest opóźniony, więc zaczynamy się mocno nudzić. Ja bardziej, Ania mniej, bo czyta interesującą książkę i co chwila wybucha śmiechem. W końcu meldujemy się na pokładzie (Load Factor wynosi 99%) i startujemy. Już na przelotowej włącza się kapitan z dwoma wiadomościami. Po pierwsze, przeprasza za opóźnienie i bez skrupółów tłumaczy, że wynikło ono z tzw. Bird strike, czyli zderzenia z ptakiem w powietrzu. Miało ono miejsce na którymś z wcześniejszych lotów i wymagało kontroli poszycia kadłuba. Druga wiadomość była taka, że w związku z burzą i deszczem, lotnisko Okęcie nie przyjmowało lotów przez kilkanaście minut. Wobec tego jest kolejka do podejścia i my również musimy swoje „odstać” w powietrzu. Krążymy więc nieco nad Polską. Dopiero w domu czytam, że jeden z lotowskich samolotów miał problemy z hamulcami i lądował w asyście straży pożarnej. Więc zapewne kołowanie wynikało także z tego faktu.

Ogólnie rzecz biorąc, wróciliśmy oboje zadowoleni. Kopenhaga to ładne miasto, które jednak nie jest w stanie niczym szczególnym zadziwić. Mi do gustu przypadł bardziej Sztokholm, ale i stolica Danii nie ma się czego wstydzić. Okazało się jednak, że jeden pełny dzień to nieco za mało. Tudzież – jeden pełny dzień spędzony na spacerowaniu na niskich obrotach, to nieco za mało na to miasto. Zabytki może i nie imponują, bo nie ma tam nic monumentalnego, więc to miasto należy rozliczać za całokształt.

Choć wiem, że to już pisałem, to powtórzę: takie wyjazdy skutecznie zniechęcają mnie do poznawania Europy Zachodniej. Za drogo...

PS. Po wyjściu z samolotu w Warszawie uderza w nas ciepłe i duszne od wilgotności powietrze. Przysiągłbym, że czuć w nim było ledwo wyczuwalną woń Azji. Ja tymczasem, jeszcze podczas kołowania po pasie, zastanawiałem się: gdzie wybrać się następnym razem? Kilka biletów już jest.

sobota, 17 lipca 2010

Jeden dzień to za mało...

Drugi dzień poświęcamy w całości na eksplorowanie Kopenhagi. Trafiliśmy na przyjemną, typowo skandynawską letnią pogodę. Jest ciepło, jednak nie za gorąco, a słońce od czasu do czasu wychodzi zza stalowych chmur. Akurat wtedy gdy mamy go dosyć, znika z powrotem. Nie dziwi nas, że satysfakcja z życia w Danii należy do najwyższych w świecie...

Poranne zakupy w sklepie przyprawiają o ból głowy. Ach, te ceny. Jemy jednak całkiem smaczne i duże kanapki i nie myślimy o tym, że każda rzecz czy usługa, którą tu nabywamy jest kilka razy droższa niż w Warszawie. Takie miejsca jak to skutecznie leczą z chęci podróżowania po Zachodniej Europie. Podczas konsumpcji na ławce obserwujemy zagubionych młodych ludzi, ciągle pijanych, którzy ciągnęli za sobą wielki głośnik. W powietrzu rozbrzmiewają piosenki Beatlesów. Zapewne wracają do siebie, czyli do Christanii – nam niestety, nie udało się odwiedzić owej przedziwnej wyspy otoczonej morzem wygodnictwa.

Zwiedzamy sobie za to na spokojnie miasto. Ogólnie, Kopenhaga jest ładna. Ale nie mogę odpędzić się od wrażenia, że wszystko to już widziałem i znam. A to ze Sztokholmu, a to z Wiednia, czy nawet Helsinek.


Wszędzie porządne XIX wieczne kamienice, ułożone ulice ze zwartą zabudową dookoła. Czysto, schludnie ale z drugiej strony ma się wrażenie, że czas tu zatrzymał się kilkanaście lat temu. Takie obrazki, jak żywo, przypominają mi mój pierwszy, dziecięcy jeszcze, kontakt z tzw. „Zachodem”. I nie powiem, lubię to, mimo iż brak w tym wszystkim egzotyki czy chociażby niespodzianki (poza zabawnymi pomyłkami mojego autorstwa).

Po leniwym spacerze, podczas którego Ania jest „główną mapową” i wyznacza nam marszrutę, trafiamy pod słynny Kościół Fryderyka. Lokalni mieszkańcy nazywają go Marmur Kirke.

Zbudowany na wzór Bazyliki Św. Piotra widoczny jest z oddali, a jego kopuła przyciąga nas do siebie wystając zza miejskiej zabudowy.

Wystarczy przejść kilka kroków i trafiamy do Amalienborg, czyli kompleksu pałacowego. Na wielkim placu sporo turystów, a tłum gęstnieje z każdą minutą. Punktualnie o dwunastej rozpoczyna się bowiem słynna honorowa zmiana warty, która stanowi jedną z żelaznych atrakcji turystycznych miasta.

Szczerze napisawszy – nic ciekawego. Ale turystom, w szczególności Japończykom się to podoba i policjanci muszą powstrzymywać watahy przed wbiegnięciem za daleko. Kilkunastu wojaków w zabawnych czapkach i czerwonych paradnych mundurach maszeruje duktem. Kilka salutów, wymiana miejsc i żołnierze kończący wartę odwracają się i znikają w bramie. Mnie jednak ciekawi coś innego. Jeszcze będąc w Sztokholmie, zapamiętałem, że tamtejsi honorowi mają dosyć luźne podejście do swoich obowiązków. I w Kopenhadze jest dokładnie tak samo. Młody wojak pełniący wartę koło budki stoi krzywo, rozgląda się leniwie dookoła i niemalże puszcza oczko do co powabniejszych turystek. Z ucha sterczy mu słuchawka, żuje gumę i raz po raz przechyla się to w lewo, to w prawo. Gdzie tu szacunek do służby, gdzie tu jakiekolwiek poświęcenie? Wystarczy porównać chociażby z ateńskimi Ebzonami, nie mówiąc już o Azjatach. Niestety, to tylko drobny przykład na to, że Europę toczy cywilizacyjna choroba degeneracji.

Porzucamy jednak te refleksje i udajemy się w kierunku rzeki. Po drugiej jej stronie podziwiać można nowoczesną bryłę Opery.

My jednak spacerujemy nabrzeżem i trafiamy do Nyhavn. To z kolei najbardziej „pocztówkowa” część miasta.

Kamienice mają tu kolorowe fasady, a z kanału wypływa co chwila kolejna łódź pełna turystów.

Wszędzie dużo ludzi i znowu to samo – niezależnie czy w restauracji czy na bruku, każdy tu trzyma w ręku puszkę złocistego napoju. Postanawiam nie być w tyle i resztę dnia spędzam w podobnej asyście. Tym bardziej o to łatwo, że znajduję w sklepie ni mniej, ni więcej ale mój ukochany Cyder w kilku smakach. Szkoda, że w Polsce tak trudno o ten wspaniały napój...

Znajdujemy sklep Aldi, czyli jak mawiali klasycy – „kupowanie w Aldi jest tylko krok przed grzebaniem w śmietniku”.
W środku w końcu jest nieco taniej, a mnie bawi przaśność tego dyskontu. Ze smutkiem jednak stwierdzam, że już nie ma pustych kartonów, które służą jako swoiste „koszyki” sklepowe. Tak czy owak, Aldi to zawsze miłe wspomnienie i mam do tego miejsca szacunek.

Potem udajemy się, wzorem tubylców, na parkową łakę, gdzie chwilę odpoczywamy na zielonej trawie. Co chwila napotykamy na rodaków i niestety, ale duża część z nich daje się rozpoznać z daleka po soczystych „kurwach” zdobiących każde zdanie. Oprócz turystów znad Wisły, jest tu także sporo Polaków wyglądających podejrzanie. Brudne ubrania, przepite twarze, reklamówki trzymane w dłoniach. Przypominają mi się opowieści z Wiednia, o tym, że dużą część tamtejszych bezdomnych stanowią nasi rodacy – i to od głębokich lat 80-tych. A może po prostu krajanie wracali z zakupów w Aldim?

Kawałek dalej znajdujemy zamek Rosenborg. Zabytek z XVII wieku jakoś nas specjalnie nie ujął swoim wyglądem.

Nie jest wielki, ani szczególnie wyróżniający się bogactwem zdobień. Ale zwraca uwagę to, że podobnie jak wiele innych w Kopenhadze, zbudowany jest z cegieł.

Spacerujemy następnie Dzielnicą Łacińską, w tym ulicą Stroeget, będącą tutejszym naczelnym „deptakiem” reprezentacyjnym. Po drodze, szukamy miejsca na obiad ale w skutek różnicy zdań pomiędzy mną a Anią, ostatecznie nie jemy nic aż do wieczora. Niespiesznie, bo niespiesznie ale ostatecznie meldujemy się w okolicach Dworca Głównego i Ratusza, czyli tam gdzie dzień wcześniej zaczęliśmy „rozglądać” się po mieście. Pora na główny punkt wieczoru, czyli wejście do Parku Tivoli.

Ania wyczytała gdzieś informację, że wizyta w Tivoli natchnęła samego Walta Disneya do stworzenia swoich słynnych parków rozrywki. Brzmi ciekawie, ale pamiętać trzeba, że stary Walt zmarł w 1966 roku, od tego czasu świat poszedł mocno do przodu, a Tivoli... Cóż, sprawia wrażenie jakby dosłownie stało w miejscu.

Ale trzeba oddać cesarzowi co cesarskie – to pierwszy tego typu park na świecie. Powstał w połowie XIX wieku. Ma świetną lokalizację, bo niewiele aglomeracji może się pochwalić podobnym obiektem zlokalizowanym w samym centrum. Ciągle przyciąga dzikie tłumy i chcąc czy nie chcąc, trzeba do Ogrodów wejść, bo inaczej nie można powiedzieć, że się w Kopenhadze było.

Bilety kosztują „na nasze” sporo. W środku czeka zaś multum atrakcji, tyle że każda jest dodatkowo płatna. Więc raczej oglądamy niż uczestniczymy. Zabawa trwa w najlepsze i ludziom wcale nie przeszkadza ów drobny feler, że całość sprawia wrażenie miejsca nieco zużytego i mającego lata świetności za sobą.


My pozwalamy sobie na szaleństwo w postaci wejścia do nowo otwartego Oceanarium. W wielkim akwarium pływają setki ryb, w tym płaszczka i rekiny, które pływają dookoła niczym obłąkane. Ładny widok, ale nie sposób odpędzić się od uczucia, że to co obserwujemy to wielkie więzienie dla tych zwierząt. Na starość robię się wrażliwy.

Siedząc na ławce zupełnie niechcący odkrywamy jedną z tajemnic tego świata. Obok nas rośnie sobie spokojnie krzak, którego kwiaty śmierdzą... bezdomnymi. No może to i było zabawne, ale refleksja jest taka, że w bogatej Kopenhadze i tych jest wielu. Ale nie wierzę, że nie był to samodzielny ich wybór w społeczeństwie, które z definicji jest równie gnuśne co zasobne.

Po wyjściu z Ogrodów jeszcze rzut oka na ścisłe centrum. Pod Ratuszem w najlepsze trwa już libacja, zupełnie jak dzień wcześniej. Ja bardziej zwracam uwagę na stojący naprzeciwko Dworca Hotel SAS Radisson.

To pierwszy wieżowiec jaki powstał w Kopenhadze, przykład architektury lat 60-tych. Surowa bryła przypomina wielką kartę perforowaną, tym bardziej w lato, gdy część okien jest otwarta. Przynajmniej, tak piszą o nim „znawcy”. W budynku kręcono m.in. jedną z części „Gangu Olsena” i jest on symbolem nowoczesnej stolicy Danii.

Po krótkiej kontemplacji, wracamy grzecznie „do siebie”. Nieco z żalem, bo przez ten jeden dzień nie udało nam się zobaczyć wszystkiego. A dnia następnego czeka nas już powrót do Polski, z krótkim postojem po szwedzkiej stronie cieśniny Sund.

piątek, 16 lipca 2010

W drodze do stolicy Danii, czyli drobna lekcja pokory

Wylot do Malme mamy późnym popołudniem. Nie spieszy nam się tym bardziej, że jesteśmy już odprawieni (błogosławiony niech będzie internet i jego rosnące możliwości), więc na Okęcie przybywamy później niż zazwyczaj.

Lot krótki i po godzinie z małym ogonkiem, meldujemy się na miejscu. To mój drugi raz w Szwecji, Ania zaś debiutuje w Skandynawii. Wszystko zdaje się iść jak po sznurku. Z lotniska jedziemy do centrum miasta autobusem, potem kupujemy bilety w automacie i wsiadamy do pociągu. Jedną z atrakcji tej trasy jest przejazd po moście nad cieśniną Sund. Ma on prawie osiem kilometrów długości, co sprawia, że ciągle jest najdłuższą tego typu konstrukcją w Europie. Robi wrażenie, chociaż podobno jazda samochodem po górnej części robi jeszcze większe, także ze względu na silne wiatry jakie wieją nad przesmykiem.

Po drodze pociąg zatrzymuje się na stacji Kastrup Airport, a mnie chwyta za serce dziwny skurcz. Cóż, znowu te wspomnienia. Kastrup to bowiem pierwsze lotnisko poza Okęciem na którym byłem. Szkoda, że SAS nie raczy nas sensownymi cenami, bo z chęcią zobaczyłbym je od środka raz jeszcze, najlepiej podczas transferu „gdzieś daleko”.

Wysiadamy grzecznie na Dworcu Głównym w Kopenhadze i tutaj zaczyna się przekleństwo tego dnia.

Gdyby nie moje gapiostwo, pewnie po góra 30 minutach trafilibyśmy do naszego lokum, a następnie poświęcili wieczór na zwiedzanie stolicy Danii. Stało się jednak nieco inaczej.

Po pierwsze, żeby się wytłumaczyć, pożałowałem pieniędzy na porządny przewodnik Lonely Planet i pojechaliśmy z mikrą książeczką, w której nic nie było. Po drugie, jak się miesiąc temu było w Uzbekistanie, to głupio przejmować się wycieczką do uporządkowanej Skandynawii, więc nieszczególnie byliśmy zorganizowani. Mea Culpa, tak czy owak.

Wsiadamy do metra (każdy bilet boli bo to circa 10 zł) i zmierzamy do stacji docelowej – tak mi się wtedy wydawało. Pociąg jedzie i jedzie. Za oknem lasy i zabudowa ginąca w zieleni. Mija jakieś pół godziny i jesteśmy na „miejscu”. Stacja Vaerlose i jej okolice przypominają jakieś głębokie przedmieścia, a do tego nic się nie zgadza.


Rozkład ulic, ich nazwy i punkty orientacyjne, które mamy wymienione na mapce prowadzącej do naszego Bed&Breakfast – wszystko jest zupełnie inaczej. Ania zasiewa ziarno niepewności pytając się czy NA PEWNO wysiedliśmy na dobrej stacji. Moja męska duma jest podrażniona, przecież jeszcze niedawno przemykałem pustynią Kyzył-Kum, odkrywałem tajemnice Chiwy, szwędałem się po zaułkach Buchary... No cóż, jak się okazało po kilkunastu minutach, rzeczywiście wysiedliśmy na złej. Pojechaliśmy w ogóle w złe miejsce i dopiero dokładniejsza analiza wszystkich stacji metra pokazała, że... pomyliłem Vanloese z Varloese. Musicie przyznać, że różnica minimalna, więc czuję się tak jakby usprawiedliwiony za swoje gapiostwo. A do tego, niech to będzie dla mnie nauczka, żeby następnym razem zawsze kupować Lonely Planet, gdzie mapy są dokładne, a linie metra opisane, a nie jedynie nadmienione.

Przyda się też nieco pokory.

Koniec końców, trafiamy do naszego lokum, które okazuje się być miłym domem w spokojnej dzielnicy. Swoją drogą, nasza podróż na przedmieścia mogła nas kosztować dużo więcej, bo kupiliśmy złe bilety i kontakt z „kanarem” skończyłby się dla nas finansowym seppuku.

Mamy jeszcze siłę, by wyjść i pojechać, tym razem bez przygód, do centrum. Na miejscu krótki spacer, małe zakupy w 7 Eleven (już za kilka miesięcy obiecujemy być klientelą tajskiej części ich sieci) i obserwacja otoczenia. Dookoła pełno ludzi, piątek trwa w najlepsze.

Jak to na Zachodzie już bywa, mieszanka ras jest ogromna. Ale to co uderza w pierwszej kolejności, to fakt, że większość osób spożywa piwo na ulicy. A pije tu niemal każdy – młodzież, osoby starsze i zupełnie stare. Wszędzie błyskają małe puszki Carlsberga, tudzież Tuborga. Służby porządkowe robią zapewne co mogą, ale pozostałości wieczornych libacji są widoczne także następnego dnia. My, zmęczeni przez moją leksykalną pomyłkę, udajemy się na spoczynek w kierunku stacji Vanloese (już tej właściwej).

środa, 14 lipca 2010

Wzięło mnie na wspomnienia - T&T

W najbliższy piątek pakujemy się do samolotu i lecimy do Szwecji, a w sumie to do Kopenhagi. Fajnie niby ale gdzieś brakuje tutaj egzotyki i poczucia dalekiej wyprawy w nieznane. Lecimy do kraju, gdzie wszystko jest zorganizowane, czyste i przewidywalne. Tak jak u nas, tylko, że w nieco lepszej wersji.

Z powodu owego braku egzotyki, raz, że zastanawiam się nad jesienną Tajlandią, a dwa, że wspominam sobie poprzednie wyjazdy. Tym razem wyciągnąłem kilka nowych zdjęć z Trynidadu i Tobago.

Nie wiem czy była to najwspanialsza z dotychczasowych podróży, ale z pewnością było to spełnienie marzeń, by postawić stopę na tych karaibskich wysepkach leżących blisko wybrzeży Wenezueli. Z chęcią bym tak kiedyś powrócił, by poczuć to wszystko jeszcze raz i pokazać innym to co mnie tak bardzo ujęło.


To pierwsze zdjęcie jakie zrobiłem po wyjściu z lotniska w Port-of-Spain. Uderzyło we mnie gorące i lepkie powietrze, okulary zaparowały, a serce niemal wyskoczyło z radości. Czy nie jest tam pięknie? W oddali majączą wzniesienia, wszędzie zieleń... Można się zakochać.
Chwilę potem robię w tył zwrot i odprawiam się na lot do Crown Point na Tobago.

No dobrze, może na tym zdjęciu powyżej radości jakoś nie widać. Ale zrzućmy to na karb przypadkowości uchwyconego kadru. Na koszulce białe ślady wypoconej soli – oznaka, że dzień nie należał do łatwych. Nie mógł taki być, bo spędzałem czas na podziwianie takich widoków jak te poniżej...


Scarborough to jedno z najwspanialszych miejsc w jakich byłem. Może samo miasto nie wygląda zbyt ciekawie (poniżej)...

…ale znajduje się tam Fort Króla Jerzego (Fort King George – brzmi lepiej), czyli zaułek pełen zachwycających widoków. Jak już pisałem, ale to warto powtórzyć bo oddaje klimat miejsca wyjątkowo dobrze: w pewnych chwilach człowiek zaczyna wypatrywać w oddali pirackiego galeonu. Armaty leniwie zerkają na morską kipiel na dole, jakby ciągle liczyły, że będą jeszcze potrzebne...

Drzewa dają cień i wytchnienie od skwaru. Wszystko zadbane i za darmo, więc przychodziłem tam wielokrotnie delektować się klimatem tego miejsca.


Tuż obok zabudowań znajduje się miejski szpital. Pamiętam dobrze jak przechodząc obok niego, byłem świadkiem przedziwnej sceny. Sanitariusze wynieśli na ulicę zakryte pościelą zwłoki i zostawili je tam samotne. Takie dramaty blisko tak cudownego miejsca.
A poniżej Zatoka Kurlandzka niedaleko Plymouth, czyli miejsce gdzie dzielni Kurlandczycy rozpoczynali swoją przygodę ze wspaniałą wyspą Tobago.

Dookoła dużo miłych domków, aż chciałoby się kiedyś takowy nabyć i zaszyć się w nim niczym Ian Fleming w swoim “Goldeneye” na Jamajce.

Druga, większa wyspa, czyli Trynidad jest oczywiście równie ciekawa. Dużo więcej tam do zwiedzania, ale ma to swoje negatywne konsekwencje – nie jest już tak swojsko. Jest też nieco bardziej niebezpiecznie. Kraj mimo iż szczyci się (i słusznie) reputacją najspokojniejszego w regionie, to jednak swoje problemy ma. I z częścią z nich może mieć kontakt turysta. Nie ma jednak co przesadzać. Po prostu, warto na siebie uważać, szczególnie w stolicy Port-of-Spain.

To powyżej to widok na “biznesową” część stolicy widzianą z perspektywy spokojnej dzielnicy, nieopodal której mieszkałem. Dużo tam zieleni, parków i niskiej zabudowy.

Kawałek dalej znajduje się stary cmentarz Laperose. Pełno tam eleganckich i dużych nagrobków, nawet cmentarne aleje mają swoje nazwy. Tuż za bramą toczy się normalne miejskie życie...


Mój hotelowy pokój w Port-of-Spain nie posiadał klimatyzacji. A powinien, bo bez niej trudno było oko zmrużyć. Wśród napojów warto odnotować Ginger beer (made by Coca-Cola). Skusiłem się egzotyką obwoluty i informacją o jamajskim pochodzeniu. Pierwsze łyki były w porządku, ale potem imbir zaczynał palić w przełyk i trudno było mówić o jakimkolwiek orzeźwieniu. Dobrze, że miałem jeszcze zwykłą wodę, bo inaczej noc bez picia byłaby jeszcze cięższa do zniesienia.

A to z kolei jedno z moich ulubionych zdjęć. Nieco jestem zmordowany, to fakt. Dotarłem do hotelu w Port-of-Spain późnym wieczorem (piechotą – a ostrzegano by tego nie robić) i zastałem stojące duszne powietrze w pokoju, który dawno nie był wietrzony. Tropiki potrafią wymęczyć i ile razy zerkam na zdjęcie, tyle razy przypominam sobie o tym fakcie.

Ostatnie chwile na wyspach spędziłem na wyjeździe do Manzanilli. Miejsce słynie z długiej i pięknej plaży. Naprawdę długiej – pas piasku ma ponad 40 km. Cisza i spokój, nieliczne osoby, więc miałem ten cud właściwie tylko dla siebie.



To jedno z tych miejsc do których chciałbym jeszcze wrócić. Mawia się, że Trynidad i Tobago to wszystko co najlepsze na Karaibach w jednym miejscu. Są plaże, są góry, są piękne rolnicze doliny, są ciekawe miasta, zabytki, fortece. Są w końcu tak turystyczne wygody (nie skosztowałem), ale kilka kroków od nich można już obserwować normalne życie, autentyczne a nie na pokaz.

Lufthansa uparcie promuje swoje połączenie do Caracas – skąd można łatwo się dostać na Trynidad za pomocą połączenia promowego lub ewentualnie lotniczego. Może w przyszłym roku? Kto wie...

piątek, 9 lipca 2010

Ukraińskie zwidy

Wczoraj była radość. Dzisiaj pora była zejść nieco na ziemię.

Jak to już bywa, promocyjne ceny mają to do siebie, że szybko się kończą. Wygrywają najszybsi, a „ostatnich jedzą psy”, jak to śpiewano w Polsce Ludowej. No i niewiele zabrakło, żebyśmy musieli obejść się ze smakiem. Ostatecznie jednak, po moich dwóch zawałach i stekach przekleństw, bilety do Bangkoku są nasze. Nieco droższe niż wczoraj, ale cóż, traktuję to jako karę za pazerność (albo ostrzeżenie żebym nie używał nigdy więcej starożytnej płatności przelewem bankowym!).

Gdzie moja dawna forma w wykorzystywaniu do cna promocji? :-)

Nie zdążyłem nawet wspomnieć o tym, że wczoraj w przypływie szału, „nabyłem” także bilety do Pekinu. Szykowała się męska, krótka wyprawa do mroźnej stolicy Państwa Środka. Nawet nieco za szalona jak na moje standardy, bo na miejscu byłbym (sic!) trzy dni. No i wybitnie za tania jak na normy przyzwoitości. Więc ktoś na górze uznał, że mi wystarczy już tego dobrego. Bilety z konieczną, jak się okazało rano, dopłatą już nie wyglądały tak atrakcyjnie cenowo, więc postanowiłem z nich zrezygnować. I w ten sposób Zgóda, którego namówiłem na wspólny wyjazd, jedzie w końcu sam. Sorry Rafał, jeżeli to czytasz to poniżej specjalnie dla Ciebie kilka atrakcji zimowego Pekinu.


Podobno w marcu zdarzają się już silne burze piaskowe, które zasłaniają horyzont i sprawiają, że w powietrzu dosłownie strzelają iskry…

Nieco żal, ale finanse z gumy nie są (przynajmniej moje).

Do wylotu do Rygi zostało „ledwie” 120 dni. Szybko zleci, bo biurkowy holocaust pożera czas jak mało co.

czwartek, 8 lipca 2010

Ukraińskie cuda

Kilka dni temu rozmarzyłem się o Tajlandii i proszę, stał się cud. Nie dalej niż wczoraj wieczorem pojawiła się przedziwna kombinowana cena promocyjna na Bangkok. Nieco się opierałem, ale nie byłbym jednak sobą, gdybym z niej nie skorzystał. Bo skoro dają i to niemal za darmo, to czemu nie brać?

Blisko dwa lata temu poleciałem tam za około 1700 zł i wątpiłem, by zdarzyło mi się kiedykolwiek jeszcze tą cenę przebić „w dół”. Nie te czasy szalonych promocji. A jednak, tak się właśnie stało. Dzięki Aerosvit, czyli liniom lotniczym z Ukrainy, lecę tam za istne grosze.

Lot jest nieco kombinowany, bo zaczyna się w dobrze mi już znanej Rydze, potem do Kijowa, a stamtąd dopiero do Azji. Z powrotem jest już prościej, bo z Bangkoku do stolicy Ukrainy i już prosto do Warszawy. Trzeba więc dokupić bilet w jedną stronę do Rygi, ale to na szczęście groszowe sprawy. No i będzie okazja na jeden dzień na Łotwie, a to akurat dobrze, bo z wielką chęcią zwiedzę stolicę dokładniej niż ostatnio.

Wiem, że te linie mają kiepską opinie, ale po Aeroflocie czy American Airlines nic już człowiekowi nie jest straszne. Najważniejsze, że nie spadają. Zresztą, ja wymagający nie jestem, bo liczy się to, że z punktu A mogę się przemieścić do pożądanego punktu B.
B jak Bangkok :-)

Na miejscu wiele czasu niestety nie będziemy, ale zdążymy na spokojnie zrobić sobie jakąś miłą trasę, a do tego z dwa dni końcowe można rezerwować na stołeczną duchotę. Może pociągiem z północy do Zatoki, tak jak wcześniej tu już pisałem?


Na samą myśl, że tam wrócę, cieszę się niezmiernie. Może tylko nieco obawiam się tego czy powtórny kontakt z dawną kochanką, za którą wzdycham z rozrzewnieniem, nie okażę się zabójczy dla moich uczuć? Dla większości, to miasto to betonowy moloch, w którym trudno złapać oddech i z którego należy uciekać czym prędzej. Dla mnie, cóż, wspaniałe wspomnienie pierwszego kontaktu z Azją.

Do tego wyjazdu (i takich obrazków jak te na dole) pozostało jeszcze dużo, dużo czasu. Ale jakoś raźniej na duszy z tą świadomością, że przede mną czeka znowu kontakt z wilgotnym powietrzem Azji-Południowo Wschodniej.