
Tu pora na małą refleksję natury organizacyjnej. Zdawałoby się, że nie ma krajów bardziej ułożonych i zorganizowanych niż te skandynawskie. Wszystko jest na swoim miejscu, wszystko jest oznaczone, bo ustrój tam panujący uznaje społeczeństwo za niedorozwinięte i na tyle leniwe, że trzeba mu wszystko podtykać pod nos. A jednak, mimo to, co chwila napotykamy na drobne przeszkody i dziwimy się co chwila. Na przykład, metro. Jest młode, bo powstało dopiero na początku obecnego wieku. Siatka jest rozbudowana, a system biletowy nie do końca jasny. Koncepcję stref można szybko opanować. W miarę prosto jest w śródmieściu, gdzie nowoczesne automaty potrafią „pisać” po angielsku. Im dalej tym gorzej, bo na peryferiach dominują proste „moneciaki”, gdzie wszystko jest już tylko po duńsku. I weź się Polaku domyśl gdzie wśród przycisków jest umieszczona opcja kupna biletu na dziesięć przejazdów. Albo dlaczego bilet normalny i „połówka” kosztują tyle samo. Albo dlaczego ten sam bilet jednorazowy kupiony w centrum starcza na godzinną podróż, a kupiony na peryferiach już tylko na trzydzieści minut. Już nie wspominając o tym, że nigdzie nie można płacić za pomocą banknotów, a starsze modele przyjmują jedynie monety.
Przykład drugi. Bilet na pociąg do Malme. Kupiony w okienku na dworcu kosztował nas dwa razy mniej niż taki kupiony w automacie. Jeżeli już, powinno być chyba odwrotnie, chyba, że „czas” maszyny jest tu cenniejszy niż czas człowieka stojącego za kontuarem. Żeby było „zabawniej”, w internecie znaleźć można dwie odmienne opinie. Jedna mówi, że w automacie jest taniej, a druga, że w obu przypadkach koszt jest taki sam. No i co? Obie strony nie mają racji!
Podobnych obserwacji mieliśmy więcej. Mimo to, lubię Skandynawię. No, może poza cenami.

Wsiadamy w pociąg i wracamy do Szwecji.

Z ulgą przyjmujemy fakt, że nasze dwa razy tańsze bilety są zaakceptowane przez konduktorkę. Jako że do wylotu mamy sporo czasu, przez kilka godzin zwiedzamy Malme.
To miłe i przyjemne miasto. Kompaktowe centrum zawiera wszystko czego potrzeba. Są tu więc miłe uliczki pełne kamienic, ogromny kościół gotycki pod wezwaniem Św.Piotra (zbudowany, a jakże! z cegieł), nieco nowoczesnej zabudowy, której obecność nie wadzi, a wręcz uzupełnia to co stare.



Jest Ratusz, duży Dworzec, a i do portu i wody daleko nie jest. Żal stwierdzić, że nie udało się wszystkiego poznać, ale może to i dobrze, bo będzie okazja kiedyś do Malme zawitać ponownie. Najlepiej w drodze do lotniska Kastrup...

Tymczasem, wracamy na lotnisko ale Sturup. Bliskość nadmienionego wyżej kolosa robi swoje. Lotnisko w Malme jest małe i prowincjonalne. Lista odlotów to kilka miast. Ruch zamarł wyraźnie odkąd wycofał się stąd Ryanair.
Na miejscu czeka nas niemiła niespodzianka. Nasz lot jest opóźniony, więc zaczynamy się mocno nudzić. Ja bardziej, Ania mniej, bo czyta interesującą książkę i co chwila wybucha śmiechem. W końcu meldujemy się na pokładzie (Load Factor wynosi 99%) i startujemy. Już na przelotowej włącza się kapitan z dwoma wiadomościami. Po pierwsze, przeprasza za opóźnienie i bez skrupółów tłumaczy, że wynikło ono z tzw. Bird strike, czyli zderzenia z ptakiem w powietrzu. Miało ono miejsce na którymś z wcześniejszych lotów i wymagało kontroli poszycia kadłuba. Druga wiadomość była taka, że w związku z burzą i deszczem, lotnisko Okęcie nie przyjmowało lotów przez kilkanaście minut. Wobec tego jest kolejka do podejścia i my również musimy swoje „odstać” w powietrzu. Krążymy więc nieco nad Polską. Dopiero w domu czytam, że jeden z lotowskich samolotów miał problemy z hamulcami i lądował w asyście straży pożarnej. Więc zapewne kołowanie wynikało także z tego faktu.
Ogólnie rzecz biorąc, wróciliśmy oboje zadowoleni. Kopenhaga to ładne miasto, które jednak nie jest w stanie niczym szczególnym zadziwić. Mi do gustu przypadł bardziej Sztokholm, ale i stolica Danii nie ma się czego wstydzić. Okazało się jednak, że jeden pełny dzień to nieco za mało. Tudzież – jeden pełny dzień spędzony na spacerowaniu na niskich obrotach, to nieco za mało na to miasto. Zabytki może i nie imponują, bo nie ma tam nic monumentalnego, więc to miasto należy rozliczać za całokształt.
Choć wiem, że to już pisałem, to powtórzę: takie wyjazdy skutecznie zniechęcają mnie do poznawania Europy Zachodniej. Za drogo...
PS. Po wyjściu z samolotu w Warszawie uderza w nas ciepłe i duszne od wilgotności powietrze. Przysiągłbym, że czuć w nim było ledwo wyczuwalną woń Azji. Ja tymczasem, jeszcze podczas kołowania po pasie, zastanawiałem się: gdzie wybrać się następnym razem? Kilka biletów już jest.













































