niedziela, 31 grudnia 2017

Podsumowanie roku

Rok 2017 to był dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Współcześni kronikarze wspominają, iż z wiosny szarańcza w niesłychanej ilości wyroiła się z Dzikich Pól i zniszczyła zasiewy i trawy…

...a tak na serio, to miniony rok był z podróżniczego punktu widzenia tyleż ciekawy, co i udany. Z rzeczy epokowych, po dłuższej przerwie znowu wsiadłem do samolotu. Byłem dwa razy w Londynie (gdyby nie moje odmowy, byłoby tych wyjazdów pewnie z dwa razy więcej), no i po latach wróciłem też do USA. Chicago mnie jakoś szczególnie nie chwyciło za serce. Jak tak sobie policzyłem, to wszystkie amerykańskie miasta, poza Los Angeles, oceniam od niego wyżej. Nie żeby było to złe miejsce, po prostu, Chicago gra w innej lidze niż Nowy Jork czy San Francisco, a nawet Seattle czy Nowy Orlean.

Wyjazdy po Polsce też należy uznać za udane. Nauczeni doświadczeniem, zmniejszyliśmy liczbę wojaży odbywanych “poza sezonem”. W naszym kraju, jeżdżenie jesienią czy zimą jest często naprawdę trudne i pozbawione sensu. Chociaż pobyty w Bielsku-Białej, Krakowie i Jeleniej Górze wspominam nader ciepło, pomimo aury.

Wakacje odbyliśmy w sprawdzonej już formule. Nie wyobrażam sobie, że miałoby być inaczej. Tym razem, zagrało wszystko, bo i pogoda była w porządku i w pracy dano mi spokój na te dwa tygodnie. Trasa była nieco inna niż zazwyczaj, bo odwiedziliśmy Podlasie, byliśmy na Mazurach, no i zaliczyliśmy depresję na Żuławach.

Ale o moim afekcie do Dolnego Śląska nie zapomniałem. Aczkolwiek, byłem tam tylko raz w tym roku. Trochę za mało, chociaż miejsce mieliśmy świetne, no i udało się sporo zobaczyć. No i taki to był rok, pozostawało mieć nadzieję, że kolejny, zwyczajowo, nie będzie gorszy, a kto wie, może nawet lepszy.

środa, 13 grudnia 2017

8-13.12, Jelenia Góra

Zagadka z kategorii wiedzy zupełnie zbędnej. Jakie miasto dzierży tytuł najdłuższego miasta w Polsce? Ktoś, coś? No raczej nie sądzę. A odpowiedź to wcale nie Warszawa, Katowice czy Kraków, a … Jelenia Góra. Ciągnie się bowiem przez 40 kilometrów. Jej granice sięgają granicy państwowej z Czechami i krążą po terenie Sudetów niezrozumiałymi zawijasami. Miasto ma dzięki temu ponad 100 kilometrów powierzchni, czyli sporo jak na liczbę ludności, ale znaczna część tych “miejskich” terenów to lasy i ogólnie rzecz ujmując, obszary wiejskie. Miasto to w ogóle jest tyleż mało znane, co ciekawe i nieco dziwne. W czasach PRL, Jelenia Góra pochłonęła kilka pomniejszych aglomeracji i przynajmniej część z nich wydaje się być bardziej znana od swojej “metropolii”. Takie Cieplice chociażby znane są z uzdrowiska. Sobieszów - z Zamku Chojnik. Jagniątków - z Domu Gerharta Hauptmanna, niemieckiego noblisty, do którego ciągną wycieczki z Heimatu. A z czego znana jest sama Jelenia Góra? No właśnie. Z niczego. Uznałem to za fascynujące i jak można się domyślić, wprost nie mogłem doczekać się odwiedzin w tym mieście.

***

Droga była fatalna. Byłaby mniej zła, gdybym uczył się na własnych błędach. W sezonie jesienno-zimowym wyjazd popołudniem to zawsze słaby pomysł. Niby jest to szansa na to, żeby urlop trwał dłużej, bo przyjeżdża się akurat na wieczór. Ale ma to swoje okropne konsekwencje, przed którymi, kolejny raz, nie dałem rady uciec. Dzieci marudziły. Żona marudziła. Nawet ja marudziłem. Trasa się dłużyła, szczególnie po zmroku. Epicentrum fatalności nastąpiło gdzieś w okolicach Bolkowa, kiedy Pola zaczęła wyć tak intensywnie, że musiałem zatrzymać się na poboczu, włączyć światła awaryjne i uspokajać naszego bobasa. Wszyscy byliśmy bliscy płaczu, albo już płakaliśmy. W takich oto humorach wjechaliśmy do Jeleniej Góry. Miasto po dziewiątej wieczorem było puste, ciemne i nieco posępne. Na szczęście, nasz apartament był fajny, a gospodyni uprzejma. Odebraliśmy klucze i … ech, wszystkie ryki nagle ustały. Dzieci i żona szalały do późna w nocy, nie chcąc wcale iść spać. Po traumach i dramatach nie było śladu. Przynajmniej do poranka, kiedy to zostaliśmy obudzeni jeszcze przed wschodem słońca. Powtarzam sobie, że za jakiś czas, będziemy to wspominać z sentymentem, ale tak naprawdę, ta brutalność naszych dzieci jest rzeczą, za którą kiedyś, z chęcią się na nich, gdzieś, kiedyś, w jakiś pomysłowy sposób, zemszczę.

***

Nasze lokum mieściło się dosłownie kilka kroków od rynku. Lokalizacja była świetna. Widok trochę mniej. Z okien mieliśmy panoramę na pobliskie, skromne wzniesienia. Na pierwszym planie zaś na zdaje się, że parking wielopoziomowy, który wyglądał na opuszczony.

Otoczenie naszego bloku oferowało istny architektoniczny metysaż, jakże typowy nie tylko dla Polski, ale i dla Ziem Odzyskanych. Szarość epoki PRL mieszała się z licznymi w tej części miasta zabytkami. Na przykład, z najstarszym w mieście kościołem, Bazyliką świętego Erazma i Pankracego. Nobliwa gotycka budowla była niezwykle skromna w eksponowaniu swej urody. Do tego stopnia, że można było obok niej przejść i nawet nie zwrócić na nią uwagi.

Może to wina okolicznego bloku, który dominował nad okolicą swoją szpetotą, a którego to parter zajęły dziwne sklepy, w tym, pracownia krawiecka. Można tam było kupić garnitur, albo długo przebierać pośród krawatów i muszek. Obsługa była bardzo miła i pomocna, ale część krojów, jak żywo, przypominała mi połowę lat 90-tych. A były to dziwne czasy, ja np. pamiętam, że na bal kończący szkołę podstawową poszedłem w wiśniowym, lśniącym garniturze, który był uznany wtedy za ostatni krzyk mody. Ostatni, bo moda, gdy zobaczyła ów zestaw, zapewne wyzionęłaby ducha. Gdybym miał ochotę sobie taki znowu sprawić, w tym sklepie mógłbym uczynić zadość moim fantazjom.

Tyle o modzie. To może coś o architekturze? Jeleniogórski rynek zaliczam samozwańczo do jednych z najpiękniejszych w regionie. Ostał się nie tylko ratusz, ale też wszystkie pierzeje. Kamienice mają charakterystyczne arkady pod którymi zlokalizowały się rozliczne, lokalne biznesiki. Jakieś restauracje, kawiarnia, galeria sztuki, sklep z kawami i herbatami. Wszystko skromne, kompaktowe, ale pełne małomiasteczkowego uroku, którego zawsze szukam w takich miejscach. Tu znalazłem go sporo, to muszę przyznać, więc bywaliśmy tam regularnie. Zresztą, nie tylko my. Jednego wieczoru na rynku odbywała się np. demonstracja KOD. Obrońców demokracji przyszło pięciu, widzów było tylu samo. W tym ja, lokalny pijaczek, dwóch policjantów oraz pan wyprowadzający psa na spacer. Pomimo tego, z uporem godnym lepszej sprawy, demonstranci deklamowali swoje racje przez megafon, którego dźwięk roznosił się dookoła, odbijając od wiekowych ścian.





***

Kolejnego dnia pojechaliśmy do Karpacza. Z Jeleniej to naprawdę blisko, ale był to wyjazd głęboko nieprzemyślany. W końcu, to góry. A w górach z pogodą jest różnie, szczególnie zimą. Pojechaliśmy do Parku Bajek, ale ten, poza sezonem, był oczywiście nieczynny. Do tego, na wzniesieniu wiał taki wiatr, że miałem problem z tym, żeby wyjść z samochodu i co gorsze, z tym, żeby do niego wrócić. Boże, co ze mnie za matoł.

Na szczęście “na dole”, Karpacz był czynny, chociaż prawie pusty. Poszliśmy pobawić się do “muzeum” LEGO, a potem na kawę i ciastko. Po powrocie do Jeleniej zaś, poszliśmy na zakupy do lokalnej Galerii Handlowej. Tak normalnie, w W-wie to ich nie znoszę, szczególnie przed świętami, ale na tzw. prowincji, mają one jakiś urok, któremu daję się ponieść.

***

Jelenia to nie tylko rynek. Zachowało się tam naprawdę dużo starej zabudowy. Armia Czerwona zapomniała zniszczyć i wypalić do cna to miasto, bo spieszyła się już na Berlin. Dzięki temu, na przykład, jest tu całkiem reprezentacyjny deptak, tj. Aleja 1 Maja. Ulica ciągnie się wzdłuż zwartej ściany wyznaczonej przez kamienice. Większość z nich nie jest szczególnie reprezentacyjna, czy przesadnie zdobna, ale znowuż, nie sposób im odmówić tego, że mają swój styl.



Moją uwagę zwróciły tamtejsze sklepy. A raczej, ich witryny. Jak wiadomo, ubolewam nad tym, że obecnie większość placówek takowych nie posiada. A w Jeleniej jakby czas się zatrzymał. Niektóre sklepy przypominały PRL, inne wyglądały jakby dokumentowały początki rodzimego wolnego rynku. Mydło, powidło, ale efekt był taki, że przy wielu z nich stałem dłużej niż zwyczajowe pół sekundy, bo po prostu podziwiałem asortyment.

Deptakowi towarzyszą też zabytki, tak sakralne, jak i świeckie. Jest Brama Wojanowska z basteją. Jest barokowa cerkiew, mała, urokliwa i położona w taki sposób, że wzdłuż jej bocznej ściany formowała się dodatkowa, wąska, klimatyczna dróżka. Zwróciłem na to uwagę, bo to dosyć rzadki motyw w rodzimej architekturze. Gdzieś w jej okolicach byłem też świadkiem eksmisji. Smutny widok, szczególnie, że wyciągane z mieszkania rzeczy były rupieciami, a przypatrująca się swemu nieszczęściu dwójka eksmitowanych, z trudem trzymała się na nogach, ze względu na stan głębokiego upojenia alkoholem.


Kawałek dalej jest z kolei kościół Krzyża Świętego, wzorowany na świątyni ze Sztokholmu. Budynek ogromny, barokowy do cna i pomalowany w krzykliwe kolory. Dookoła niego był park, w nim zaś resztki cmentarza z nagrobkami nobliwych obywateli i ich rodzin. Fajne miejsce i ładny zabytek, który swoją skalą, jakoś jednak nie pasował do kieszonkowego formatu Jeleniej Góry.


Niestety, to miasto również walczy ze smogiem. A biorąc pod uwagę położenie oraz dominującą zabudowę, nie ma większej szansy na to, by pojedynek ten wygrać. Z każdego domu kopciło, od smrodu czasem aż robiło się niedobrze. Pomagał wiatr, który wywiewał ciężkie powietrze z miasta. Mimo to, spacery po okolicy były przyjemne, ale pewnie są zdecydowanie przyjemniejsze latem, gdy aura sprzyja, a okoliczne kominy nie zieją tablicą mendelejewa.

***

Jelenia Góra, co już pisałem, to miasto, które “zjadło” kilka okolicznych ośrodków. Na przykład, Cieplice, ergo Cieplice-Zdrój, ergo Cieplice Śląskie-Zdrój, bo ten ośrodek ma wiele nazw. Można się domyśleć, że jest to miejscowość uzdrowiskowa. Pewnego dnia pojechaliśmy tam, jak to się mówi, “do wód”. Droga była krótka i trochę jednak smutna, bo przedmieścia Jeleniej, szczególnie te przemysłowe, wyglądały jakby właśnie spadła na nie bomba. Jakieś ruiny, pustki, śmieci. Trochę wstyd. Taki burdel “przystoi” może Mazowszu czy Ziemi Łódzkiej, ale tutaj, na tle pięknych gór, wyglądał bardzo nie na miejscu. Ciekawe czy kiedyś nauczymy się dbać o otoczenie? Jestem pewien, że tak. Mam nadzieję, że dożyję tych czasów.

Ale same Cieplice ładne. Szczególnie okolice deptaka (a może jednak deptaku?) oraz Pałacu Schaffgotschów. Zjedliśmy tam ciastko, wypiliśmy kawę, pospacerowaliśmy. Naszą uwagę zwróciły lokalne ciekawostki, np. reklama imprezy sylwestrowej, która kusiła ofertą posiłków z krokietem i barszczem czerwonym na czele. Pośmialiśmy się, ale przestaliśmy, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że odkąd mamy dzieci, to w Sylwestra nigdzie nie wychodzimy. I tak szczerze, to z chęcią byśmy wtedy zjedli takiego krokieta z barszczem, a potem potańczyli przy przebojach Zenka Martyniuka. No ale nie dla psa kiełbasa.

niedziela, 29 października 2017

29.10, See you soon, Chicago!

Męczący dzień. Rano szybko jem śniadanie i wychodzę na spacer. Żegnam się z The Loop i okolicami. Żegnam, ale się pożegnać coś nie mogę. Nie chce się wcale wracać. Szczególnie,że pogoda zrobiła się fantastyczna. Niebo błękitne, słońce grzeje, wiatr ucichł. Szkoda, że to wszystko akurat wtedy, gdy wracam do domu, ale nie ma co narzekać. Aura i tak była dla mnie łaskawa, szczególnie, że przydomek “Windy City” nie wziął się przecież znikąd.


Oddaję pokój, zostawiam bagaże i wychodzę na kilka godzin. Samolot dopiero wieczorem, więc postanawiam zobaczyć północne rubieże śródmieścia Chicago, w tym znaną dzielnicę o pięknej nazwie Gold Coast. Trasa była przyjemna i zaskakująca. Może kwadrans od mojego hotelu, zniknęła wielkomiejska zabudowa, hałas i tłok, ustępując nobliwym domom, ciszy oraz … dyniom i pająkom. No tak, przecież za chwilę Halloween. Amerykanie, nawet Ci z klasy średniej i wyższej, traktują to święto bardzo poważnie. Fronty prawie wszystkich domów “ozdobione” były z tej okazji w wymyślny i często szokujący sposób. Za szokujące uznaję bowiem wielkie pajęczyny wiszące na drzewach, świecące się czaszki czy też prowizoryczne nagrobki w ogródku. Już nie wspominając o pełnowymiarowym kościotrupie konia. Tak poza tym, to Gold Coast było dokładnie takie jak sobie je wyobrażałem. Przeraźliwie spokojne, bogate, ale i dyskretne. Pewnie się tam bardzo miło mieszka.



W Lincoln Park moją uwagę zwróciły z kolei wiewiórki. Oraz osoby grające w piłkę nożną, znaczy się, soccer. Widać, że ta dyscyplina zyskuje na popularności, co nie dziwi, skoro na znaczeniu zyskują latynosi, rozkochani przecież w tym sporcie.


To wszystko brzmi niewinnie, ale cały ten spacer mocno mnie wymęczył. Szczególnie, że musiałem jeszcze wrócić, a plecak robił się coraz to bardziej ciężki. W drodze powrotnej, odwiedziłem Navy Pier, pospacerowałem wzdłuż nabrzeża, gdzie podziwiałem kilka zacumowanych statków oraz lśniącą panoramę Chicago z drugiej strony. Jak je będę wspominać? Na pewno to ciekawe i miłe miasto. Zaskakująco dalekie od Nowego Jorku pod każdym względem. Słyszałem o tym oczywiście już wcześniej, ale co innego słyszeć, a co innego zobaczyć na własne oczy. Niezależnie od tego, z całą pewnością warto je odwiedzić i jeżeli się jeszcze przydarzy, to z chęcią do niego przyjadę ponownie. Mówię więc Chicago zwyczajowe “do zobaczenia”.

sobota, 28 października 2017

28.10, Chicago do utraty tchu

Pobudka. Toaleta. Śniadanie. Na śniadanie zaś kawa i kiełbasa w formie… placka. Tego jeszcze nie grali w żadnym hotelu. Nie ma jednak co się nad tym rozwodzić. Chciałem jak najszybciej ruszyć na spacer, bo to mój jedyny pełny dzień w Chicago. Cel to zobaczyć jak najwięcej się da. Pogoda przeciętna, chociaż, mając na uwadze, że to jesień, nie taka znowu zła. Ważne, że nie padało, chociaż silny wiatr znad wody, potrafił nieco schłostać poliki oraz czoło.


Ano właśnie. Chicago sprawia wrażenie miasta morskiego, a to nieprawda, bo do Wielkiej Wody jest stamtąd grubo ponad tysiąc kilometrów. Ale łatwo o tym zapomnieć, bo leżące u stóp miasta Jezioro Michigan to akwen o powierzchni ponad 50 tysięcy kilometrów kwadratowych. Wystarczająco dużo, by spacerując nad jego brzegiem zobaczyć duże statki oraz nie dostrzec przeciwległego brzegu. W pierwszej kolejności powędrowałem właśnie w jego stronę, do tzw. Navy Pier, czyli nabrzeża. Pełnego różnych atrakcji oraz pięknych widoków, z naciskiem na mariaż cywilizacji z pięknem statecznej wody. Spędziłem tam sporo czasu, patrząc się na leniwe, sobotnie “życie na wodzie”, podziwiając pomniki, monumentalną architekturę oraz lawirując pomiędzy lokalnymi żulami, którzy jeszcze okupowali tutejsze ławki i skwery.




Wszystko fajnie, ale nie sposób odnieść wrażenia, że ta cała Ameryka, raz że często śmierdzi uryną, a dwa, że jest czasem strasznie wytarta “używaniem”. Wpadłem na drugie śniadanie do McDonalds’a i nie mogłem się nadziwić jak tam było brudno. Kupiłem jakieś pamiątki w małym sklepiku i byłem zdziwiony tym jak paskudnie wyglądało jego wnętrze. Odwiedziłem publiczną toaletę i od razu tego pożałowałem. I tak dalej i tak dalej. Dla odmiany, skierowałem potem swoje kroki w stronę tzw. Magnificent Mile, czyli części Michigan Avenue, która jest znana z monumentalnych budynków, reprezentacyjnych widoków oraz wszelkiej maści sklepów dla klientów co to są bardziej “ęą” niż przeciętni zjadacze chleba tostowego. Tam lepiej czuć, że USA to (jeszcze) potęga, chociaż im bliżej, tym większą można mieć co do tego wątpliwość. Nie sposób jednak odmówić Chicago tego, że “jak chce” to potrafi być wielkomiejskie i zachwycające.



Na końcu czekał na mnie współczesny symbol miasta, czyli “Cloud Gate”. Nazywany powszechnie “Fasolką”, bo takie też jest pierwsze skojarzenie na widok tej rzeźby. Ma ona nieco ponad dekadę i za sobą różne etapy w relacjach z ludnością. Od jawnej wrogości i wyśmiewania, przez aklamację, kończąc na panującej obecnie doń miłości. Czyli, nic nowego. Podobnie rzecz się miała chociażby w Warszawie, gdzie taki Pałac Kultury i Nauki był nienawidzony przez lata, a obecnie jest pospołu, przez jednych nadal pogardzany, a przez innych, w tym mnie, traktowany jako nieusuwalny symbol miasta oraz jego historii. Co do samej “Fasolki”, wokół niej praktycznie zawsze był tłum turystów oraz lokalesów, więc swoją rolę “chicagowskiego” magnesu, spełnia znakomicie. Jej oryginalny kształt oraz fakt, że jest zrobiona z wypolerowanej na błysk stali, daje wszelkiej maści amatorom fotografii możliwość kreatywnych szaleństw.


Czy wspominałem już o moim hotelu? Był taki miły i przyjemny, że zamiast męczyć się dalej, postanowiłem wrócić do niego na odpoczynek. Wybiła 12:00, a ja byłem na nogach od ponad czterech godzin. Napiłem się kawy, porozmawiałem z rodziną przez Skype’a i po dwóch kwadransach, ruszyłem dalej przed siebie. Miałem trochę szczęścia, bo tuż obok mnie, miał miejsce wypadek samochodowy. Trochę szybszy krok i nie daj losie, wpadłby na mnie jakiś nierozważny kierowca, który wymusił na innym pierwszeństwo. To mnie trochę wybiło z przyjemnego uczucia absolutnej kontemplacji, ale nie minęła chwila, a już wróciłem do swojego, chicagowskiego “zen”.

Włóczyłem się po śródmieściu. Odwiedziłem Millenium Park, które oferuje miłe oku krajobrazy na zabudowę centrum. Napatrzyłem się na The Loop. To zdecydowanie moje ulubione miejsce podczas tego wyjazdu. Co rusz, trafiałem na jakieś drobne smaczki i powidoki, które wyglądały jakby zostały żywcem wyciągnięte z popkulturowych klisz w mojej głowie. Trochę pomyszkowałem i znalazłem niepozorny antykwariat muzyczny. Gdzie spędziłem sporo czasu i wyszedłem z kilkoma płytami za symbolicznego dolara albo dziesięć.



Podumałem nad potęgą wielu tutejszych budynków. Wiele z nich jest pod tym względem niezwykle “dyskretnych”, tzn. z poziomu ulicy trudno określić jak duże naprawdę są. A chociażby takie Willis Tower (niegdyś Sears Tower) było przecież przez lata najwyższym budynkiem świata. Oczywiście w takim zupełnie uczciwym rankingu, czyli licząc po wysokości dachu, bez uwzględniania wież i anten, które sztucznie “wydłużają” obecnych rekordzistów. W Chicago jest również sporo architektury przedwojennej. Takiej, która pamięta czasy prohibicji i Ala Capone. Mowa o całym niemalże “Dystrykcie Finansowym”, gdzie poczułem się trochę jak w Seattle, a trochę jak w okolicach Wall Street. A trochę jak w Moskwie, bo przecież Ameryka lat 20-tych była wielką, architektoniczną inspiracją dla Związku Radzieckiego.



Ten uroczy dzień zakończyłem w Chipotle, sieciówce z meksykańskim żarciem. Gdzie nie wiedziałem co i jak zamówić, ale wykazałem się sprytem godnym dyrektorskiego stanowiska. Uważnie słuchałem co zamawia się przede mną i na tej podstawie skompilowałem coś dla siebie. Ha. Zabrzmiałem jakbym jadał tam całe życie. Nawet smaczne to żarcie, chociaż zachwyt po części zwalam na ogólne zmęczenie. Byłem nieprzytomny. Po powrocie do hotelu usiadłem odpocząć i miałem poważny problem, by potem wstać po piwo. Jak za starych, dobrych czasów, rzec by można.

piątek, 27 października 2017

27.10, Moje małe "Free at Last"

Przykro to pisać, ale firmowe spotkania mnie naprawdę wymęczyły. Zarówno ich forma, jak i ludzie dookoła. Zabrakło mi jakiejś bratniej duszy. Zawsze jakąś znajdowałem, a tym razem, niestety, nie było nikogo kto, by mnie zrozumiał i kto by myślał podobnie jak ja. Gdy tylko skończyliśmy ostatnią turę, pożegnałem się i szybko uciekłem. Musiałem jeszcze wymigać się od kolacji, co nie było trudne, bo miałem do skończenia prezentację. Ale tak czy owak, było mi trochę głupio być aż takim antyspołecznym dupkiem.

Tyle lamentów. Część oficjalna się skończyła, a ja zmieniłem hotel służbowy na prywatny. Tym razem, wyjątkowo, zdecydowałem się spać za własne w warunkach godnych. Miałem naprawdę świetny pokój, łóżko było wielkie, łazienka również. Ha! Miałem łazienkę w pokoju, to dopiero rarytas. Sam hotel był w dobrej lokalizacji, kilka kroków od rzeki. W przeciwieństwie do poprzednich wyjazdów na amerykańską ziemię, z przyjemnością do niego wracałem w ciągu dnia, żeby odpocząć i się odświeżyć. Szczególnie, że wyszedłem z wprawy w tak intensywnym zwiedzaniu. Codziennie robiłem dziesiątki kilometrów na nogach i wieczorami dosłownie nie mogłem usiąść, tak mnie wszystko bolało.

Mając na uwadze fakt, że w Polsce czekano na dokument ode mnie, pozwoliłem sobie tylko na mały spacer po zmroku. Wyszedłem z hotelu i … poczułem się w końcu wolny. Tak naprawdę, dopiero tego dnia, zrozumiałem w pełni, że jestem w Chicago, że mam przed sobą weekend na obcowanie z tym miejscem, że mogę się otworzyć na nowe doznania. Włączyłem swoją ciekawość świata i dałem się jej ponieść w mrok miasta.




Patrzyłem się na ludzi, zarówno tych spieszących na imprezy, jak i tych, którzy nadal pracowali. Tu i tam spotykałem różnych dziwaków, którzy, co rzecz typowa dla USA, nie wzbudzają niczyjego zainteresowania, poza przybyszami z innych światów. Krążyłem po ulicach, zaglądałem w zaułki, przypominałem sobie swoje wyjazdy sprzed lat. A potem, przypomniałem sobie, że czas wracać przed laptopa, więc kierowany poczuciem obowiązku, wróciłem grzecznie do hotelu, z piwem, albo nawet trzema. Oglądałem NBA, słuchałem Lynyrd Skynyrd i muszę przyznać, że tego wieczora byłem wyjątkowo płodny, jeżeli chodzi o efekty mojej pracy. Chicago zaczęło mi najwyraźniej dobrze służyć.