niedziela, 27 września 2015

25-27.09, This is HANZA

Siną dalą okazała się być Lubeka. Dojechałem tam podmiejskim pociągiem, wcześniej zaś musiałem się przebić przez dzikie (dosłownie i w przenośni) tłumy na dworcu. To był szczyt kryzysu imigracyjnego i w Hamburgu działy się iście dantejskie sceny. Małe dzieci, inwalidzi, płaczące matki, zagubieni dziadkowie i babcie… Tak było w obrazkach z telewizji. Ja widziałem jedynie młodych, zdrowych i bardzo zdeterminowanych mężczyzn, którzy wyglądali jak karna armia ubrana w cywilne ubrania dla niepoznaki. Grupowali się wokół punktów zbornych, które wyznaczały tabliczki z miejscowościami docelowymi ich pielgrzymki ku szczęściu i socjalowi. W ich oczach nie widziałem strachu, a raczej pewność siebie i pogardę do otoczenia, co nie powinno zresztą dziwić, bo żadna cywilizacja będąca w takim stadium degrengolady jak ta zachodnia w roku pańskim 2016, nie zasługuje na nic więcej.

Ale zostawmy te smutne konstatacje i wróćmy do Lubeki. Nie skłamałbym gdybym napisał, że zawsze chciałem odwiedzić to miasto. W młodości, w dużej mierze dzięki książkom, ale i … grom komputerowym (ot chociażby, The Patrician, niepozorna gra “handlowa”, która mnie niesamowicie fascynowała w swoim czasie) interesowałem się Ligą Hanzeatycką, a Lubeka była w jej rozkwicie, nieformalną stolicą tego związku miast. Z czasem jej znaczenie zmalało na rzecz innych ośrodków, przede wszystkim pobliskiego Hamburga, więc Lubeka na kilkaset lat stała się nie areną, a tłem do wielkich wydarzeń dziejowych. Z II Wojny Światowej wyszła co prawda mocno okaleczona (co zresztą jest charakterystyczne dla miast północnych Niemiec, które ucierpiały najmocniej podczas nalotów dywanowych lotnictwa alianckiego). Ale dzisiaj kusi i imponuje zachowaną średniowieczną zabudową, w której niepoślednią rolę odgrywa mój ulubiony przecież gotyk, którego jest tu sporo, na tyle sporo, że miasto to zajmuje ważne miejsce na Europejskim Szlaku Gotyku Ceglanego (tak, tak, nadal obiecuję sobie, że kiedyś zapakuję całą rodzinę i przemierzymy go od początku do końca). Owszem, jestem oszołomem, gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości.


Spałem w małym, skromnym Hotelu Baltic, z okna którego miałem widok na pobliski dworzec autobusowy. Nic specjalnego, ale był to nadal standard dwóch gwiazdek, co oznacza, że przybytek musi spełniać szereg warunków, takich jak: pokoje z łazienką, telefonem, telewizorem, śniadanie wliczone w cenie noclegu, wymiana pościeli co najmniej dwa razy w tygodniu, niewyszukana restauracja, mała sala spotkań, wszystkie pokoje zamykane na klucz.. W moim pokoju zamykanym na klucz spędzałem jednak mało czasu, bo przygnębiał mnie swoją bylejakością, przepraszam, dwugwiazdkowym splendorem. Kolejny raz przypomniałem sobie za to tak lubię ostatnio podróżowanie po Polsce. Tam stać mnie na sensowne noclegi. Za te same pieniądze zagranicą czeka na mnie albo hostel, albo podrzędny hotel z pokojami o kubaturze szafy wnękowej i urokiem kostnicy, tak jak w Lubece.

Skoro nie było mnie w pokoju, oznacza to, że spacerowałem. Dużo, nawet bardzo dużo. Moje wojaże zawsze zaczynałem od monumentalnego widoku miejskiej bramy, zwanej Holstentor. Ma ona dwie krągłe wieże po swoich bokach, które sprawiają wrażenie jakby się ku sobie przechylały. Jest to zabytek okazały, piękny i pokazujący dawną świetność miasta, ważny zresztą nie tylko dla niego, czy dla regionu, ale i całych Niemiec, zalicza się bowiem do ich “pocztówkowej klasyki”, to znaczy, że spotkać je można na wielu landszaftach obrazujących piękno tego kraju. Tak swoją drogą, brama przypominała mi moją niedawną wizytę w Stargardzie ex Szczecińskim, co zresztą nie powinno dziwić, albowiem oba miasta zawdzięczają znaczną część swojej zabytkowej tkanki temu samemu okresowi i tej samej Hanzie.




Za bramą w średniowieczu zaczynało się właściwe miasto (dzisiaj oczywiście rozlazło się ono dookoła niej, brama stoi w sumie w środku aglomeracji). W części dominującej - jest ono obecnie klimatyczne i urocze, bo pachnące średniowieczem, ale również… marcepanem (stąd pochodzi ów przysmak) i niedalekim już morzem.



Z drugiej strony - jest ono również, zaskakująco nowoczesne, zapchane i niestety, zdominowane przez wszędobylskie samochody. Tłok na ulicach nieco psuł przyjemność obcowania z ciekawą architekturą i nie pozwalał do końca popaść w zadumę, bo można było popaść w nią za bardzo i przez to wpaść pod rozpędzone koła lokalnego Hansa, Helmuta, albo Mehmeta.



Ta okropna współczesność chyba najbardziej zaszkodziła ratuszowi. To ładny budynek, ale tak położony, że obecnie trudno ową urodę dostrzec, a nawet, uwiecznić ją na jakimkolwiek sensowym zdjęciu, szczególnie że na jego dziedzińcu odbywały się jakieś koncerty, rozstawiono namioty i smażono w nich wursty, zaś z kolei z drugiej strony, koło frontu, wiodła wąska, zatłoczona uliczka pełna ludzi od rana do wieczora. Dużo więcej szczęścia miała tutejsza katedra, ponoć numer trzy pod względem gabarytów w całych Niemczech. Jej gotycka sylwetka z dumą górowała nad okoliczną zabudową, tu i ówdzie będąc tłem rozlicznych, ciekawych dla oka kontrastów ze szklaną nowoczesnością.




Trochę się musiałem nachodzić żeby w Lubece znaleźć ciche, spokojne zakątki, na które liczyłem. Ale to się udało. Kilka przecznic od głośnej okolicy Ratusza rozciągała się dzielnica bielonych domków, gdzie można by nawet uwierzyć, że zatrzymał się czas… gdyby nie samochody parkujące na każdej wolnej połaci kocich łbów. Z czasem zacząłem “odkrywać” kolejne takie miejsca i po jednym dniu w Lubece nauczyłem się, że czar tego miasta polega właśnie na tym, że ma mnóstwo uroczych zaułków poukrywanych przed oczami turystów, którym gdzieś spieszno. Gdy tylko się zwolni - zaczyna się zauważać różne boczne alejki, wąskie zawijasy wiodące wzdłuż zmurszałych murów, bramy wejściowe, podwórka i inne ciekawostki, które narosły przez wieki i świadczą o historii Lubeki. To miasto z “drugim” obliczem, co przypadło mi do gustu.




Drugiego dnia miał do mnie dołączyć kolega Sławek, którego zostawiłem w Hamburgu, ale nie dołączył, bo zatrzymała go wielka polityka i sama Angela Merkel. Okazało się, że wszystkie lokalne pociągi na trasie do Lubeki zostały przekierowane do … rozwożenia napływających uchodźców po miastach docelowych ich exodusu. Co za paradoks. Ostatecznie więc miałem dzięki temu więcej czasu dla siebie, no i na obserwacje życia dookoła mnie. Po pierwsze, uderzyło mnie to, że byłem otoczony przez starsze osoby. Niby nic odkrywczego, bo nie od dzisiaj wiadomo, że Niemcy to kraj starych ludzi. Starych i żyjących dostatnio, trzeba dodać. Ciekawe jest za to pytanie czy to będzie ostatnie pokolenie, które na jesień życia będzie mogło sobie pozwolić na luksus wypoczywania oraz podróżowania. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują bowiem na to, że ludzkość już niebawem wróci do standardów sprzed Bismarcka, czyli pracy dopóki sił starczy, no chyba, że się odłożyło samodzielnie stosowną kwotę, która z tego obowiązku zwalniała. Z tej perspektywy, Ci starsi ludzie dookoła mnie, w większości - beneficjenci niemieckiego Wirtschaftswunder to szczęśliwcy, osoby wyjątkowe i faktycznie … wymierające.

Druga refleksja poniekąd wiązała się z pierwszą. Lubeka była bowiem pełna różnej maści emigrantów. Nie żebym coś do nich miał, skądże znowu, w końcu jest to według obowiązkowej wykładni “sposób na ubogacenie kulturowe naszych społeczeństw” i prawda jest taka, że w wielu przypadkach, tak się właśnie dzieje (tylko nie zacznijcie się zastanawiać co to dokładnie oznacza i czy aby na pewno chodzi o kolejną knajpę z kebabem). Co nie zmienia faktu, że gdy siedzisz sobie w cieniu gotyckiej katedry oraz jej zdobnych rzygaczy, a dookoła widzisz SAMYCH smagłych przybyszów z krajów dalekich, to czujesz się dziwnie i pytasz sam siebie, zadając klasyczne pytanie człowieka myślącego - co tu się właściwie stanęło? W którym momencie doszło do tej cywilizacyjnej zmiany i w jaki sposób ona się skończy? No i czy historia tym razem potoczy się inaczej, czy też, co ma w zwyczaju, zatoczy koło, mówiąc nam wszystkim, zdziwionym - “trzeba było czytać książki”?

Drugiego dnia wieczorem byłem świadkiem jak przez miasto przejechał ślubny orszak lokalnego bonza. Samochody bębniły klaksonami, z otwartych kabrioletów dobywała się skoczna, turecka muzyka, a młodzi mężczyźni dokazywali i darli się, zupełnie jakby cała Lubeka należała tylko do nich. Niemcy jedynie się uśmiechali, a najczęściej, udawali, że ten hałas dwa metry od nich wcale im nie przeszkadza. Była to idealna puenta do moich oszołomskich, ksenofobicznych i nie bójmy sie tego słowa, nazistowskich przemyśleń. Jak przystało na osobę, która jest prawie gotowa ruszyć na kolejną krucjatę, wieczór skończyłem w wietnamskiej knajpie, dumając nad zupą pho nad tym dokąd zmierza zachodnia cywilizacja, za którą i ja trochę czuję się jednak odpowiedzialny.

piątek, 25 września 2015

24-25.09, Next Hamburg

Rok 2014 był pełen ciekawych, służbowych wyjazdów, nie miałem jednak ani przez chwilę wątpliwości, że jest to raczej aberracja rzeczywistości niż oznaka, że częściej będę miał sposobność odrywać się od swojego biurka. Jak to się mówi - raz na rok to i kura puści bąka. Była okazja, to pojechałem, ze świadomością, że jest to okazja jaka się już nie powtórzy.

No i miałem rację, bo w roku 2015 przydarzył się już tylko jeden wyjazd, do tego niedaleko, bo do Hamburga. Byłem w tym mieście nie tak dawno, podobało mi się tam wtedy, więc w sumie ucieszyłem się, że będzie okazja zobaczyć je ponownie.

Wyjazd był niby służbowy, ale tak naprawdę, to przez dwa dni piliśmy głównie piwo i szwędaliśmy się po miejskich zaułkach. Wyjechaliśmy w kilka osób i już na lotnisku doszliśmy do wniosku, że w firmie ktoś nie pomyślał, bo skład grupy oznaczał jedno: mało pracy, dużo alkoholu, no i zero nadzoru kogoś jakkolwiek odpowiedzialnego. Teoretycznie jechaliśmy na kilkudniową konferencję, gdzie w dusznych salach produkowali się różni mądrzy ludzie, przedstawiający swoją wizję przyszłości mediów, komunikacji, marek i marketingu.

Żeby nie było: my też obejrzeliśmy kilka wystąpień, ale dosłownie JEDNO z nich było naprawdę udane. Pewien człowiek opowiadał na nim rzeczy bliskie memu pojmowaniu rzeczywistości: o prymacie naszej “romantycznej” natury nad algorytmami, które nigdy nie zrozumieją tego, że człowiek to istota pełna sprzeczności. Cała reszta zlewała nam się w jedną, bezkształtną masę, więc dosyć szybko zamieniliśmy panele dyskusyjne na bary i … koncerty, bo wydarzenie na którym gościliśmy, było połączeniem świata biznesu oraz rozrywki. Wszystko miało miejsce zresztą w okolicach Reeperbahn, w sercu Sankt Pauli, dzielnicy dziwek, narkomanów, marynarzy i napalonych nastolatków (oraz, tego dnia, rozbrykanych trzydziestokilkulatków), co dodatkowo zachęcało do tego, by korzystać z uroków wolności.

Co się wydarzyło w Sankt Pauli, niech zostanie w Sankt Pauli, jak mówi stara zasada. Warto jednak ku potomności pamiętać o kilku zabawnych sytuacjach. Udało nam się dla przykładu … zarobić dziesięć euro handlując dziełami sztuki. Najpierw uliczny portrecista zrobił podobiznę kolegi Sławomira, a potem kolega Konrad zdołał przekonać poważnego handlarza plakatami, że jest to dzieło, które na pewno ktoś kupi. No i co się okazało?

Nie minęło pół godziny, a jakieś podchmielone dziewczęta skusiły się na bohomaz na kartce papieru, a my poczuliśmy się jak marszandzi, zastanawiając się na co wydać zarobione pieniądze. Było to zabawne szczególnie, że, po pierwsze, rysunek był paskudny, po drugie, kosztował nas pół euro, po trzecie, portrecista okupował chodnik po drugiej stronie ulicy na której “dzieła” sprzedawali profesjonaliści. Polak potrafi.

Były też inne wydarzenia. Z jednej restauracji nas wyrzucono, gdy próbowaliśmy zamówić jednego homara na kilka osób. Co za teutońskie chamstwo. Do innej nas nawet nie wpuszczono. To też nie było miłe. Trochę to też nasza wina, bo byliśmy głośni i podchmieleni. W ramach konferencji organizowane były bowiem wieczorne spotkania integracyjne, które miały naprawdę świetną formę. Odbywały się bowiem na łodziach, które standardowo wożą turystów po wielkich trzewiach portu w Hamburgu. Przez ponad godzinę pływaliśmy więc sobie i cieszyliśmy się dostępem do darmowego baru. Poznaliśmy kilka osób, w tym dziwnego Amerykanina, który przyjechał na to wydarzenie za własne pieniądze (sic!), bo chciał się z niego czegoś nauczyć (sic!), co więcej, uważał, że były to dobrze wydane pieniądze, bo już coś z tego dla siebie wyciągnął (sic!). Opowiadał nam o swoim biznesie - kanale na Youtube, gdzie w formie spotkania “przy śniadaniu” rozmawia ze start-up’owcami. Brzmi idiotycznie i zapewne dlatego też, odniesie sukces…

Konferencja trwała dwa dni. O ile pierwszego kilka razy jednak zameldowaliśmy się na miejscu, drugiego dnia odkryliśmy, że w pewnym barze prowadzona jest transmisja na żywo, a piwo jest dla uczestników za darmo.

Więc wybór był oczywisty i dzięki temu, w sumie zobaczyliśmy wszystko, a przy okazji, mogliśmy od razu wymienić się uwagami i obserwacjami, zaś nasze zeszyty zapełniły się wiedzą. Od której tak mnie głowa rozbolała, że wczesnym popołudniem pożegnałem się ze wszystkimi i ruszyłem przed siebie, w siną dal.