Inna historia to kolumbijskie TIRy. Niestety, do podziwiania były głównie na drogach, więc zdjęć nie posiadam. Zdać się musicie na własną wyobraźnię i moje kulawe opisy. Generalnie, w kraju gdzie każdy mężczyzna jest macho, wielkie samochody to prawdziwa zabawka dla dużych chłopców. Są więc piękne, a także ogromne i głośne, bo nikt nie przejmuje się ekologią, czy faktem, że kilkunastokołowe kolosy skutecznie blokują ruch na drogach. Nie ma tu żadnych nowoczesnych kształtów, opływowych kabin i innych wynalazków. Można się poczuć jak w starym dobrym filmie Sama Peckinpaha „Konwój”. Ciężarówki są niemal wyłącznie amerykańskie, z wielkimi, wystającymi przed kabiną maskami silników zdobionymi chłodnicami. Dominują marki takie jak GMC, Mack, Ford czy Kenworth. Żadnego azjatyckiego szajsu albo europejskiej poprawności dobrej dla homo. Na drzwiach każdej z nich widać numer rejestracyjny oraz nazwę miejscowości gdzie ciężarówka jest zarejestrowana. Ponad nimi, niemal zawsze, zobaczyć można było zawiadiacko wystawiony łokiec i latynoskiego kierowcę prowadzącego swój pojazd z nieukrywanym luzem. Może i TIRy te potrafią irytować na wąskich górskich serpentynach, gdzie czasem trzeba było czekać dobry kwadrans aż pojawi się szansa wyprzedzenia wolno sunących kolosów, ale warto bo to jedno z najpiękniejszych wspomnień z całej Kolumbii.
Na końcu wypada wspomnieć o godnej reprezentacji wszelkich jeepów. Tych klasycznych w Kolumbii zachowało się bardzo dużo. Willy’s służą dzielnie szczególnie na prowincji, gdzie zastępują minibusy na drogach pełnych błota i wybojów.


























