sobota, 25 kwietnia 2009

25.04 Pora na Stambuł :-)

Szukałem, szukałem i znaleźć nie mogłem - kolejny raz potwierdziła się zasada, że albo podejmuję decyzję o biletach w przeciągu 5 minut albo zaczynam się zastanawiać i w końcu pogrążam się w kalkulacjach, które zabijają spontaniczność :-)

W końcu jednak, spontanicznie jakżeby inaczej, skróciłem planowany urlop do ledwie kilku dni, zrezygnowałem z dalekich wypraw na rzecz przyjrzenia się miejscu gdzie kończy się Europa a zaczyna dzicz. Po Kairze, Atenach i Rzymie, pora na poznanie czwartego miasta będącego ośrodkiem kultury starożytnej. Stambuł już za niecałe dwa miesiące :P

Teraz przede mną nader przyjemny moment - planning & buying :D

niedziela, 19 kwietnia 2009

Wrzesień 2008 - Kanchanaburi, Tajlandia

Kanchanaburi

Dojechanie do Kanchanaburi z Ajutti okazało się dosyć skomplikowaną operacją logistyczną. Mimo, iż na mapie oba miasta nie są oddalone od siebie zbytnio, ostatecznie musiałem udać się najpierw w zupełnie przeciwnym kierunku, by wrócić do Bangkoku i przebić się przez zakorkowany moloch na drugi jego kraniec. Tam wsiąść w autobus, który dopiero to zawiózł mnie w objęcia nowego miasta na trasie mojej przygody. Uff :-)

Kanchanaburi to spokojne miasto na tajskiej prowincji i czasem trudno uwierzyć, że tak leniwe miejsce ma za sobą równie ponurą historię. Podczas II Wojny Światowej było świadkiem kaźni wielu alianckich jeńców, budujących słynną „piekielną” linię kolejową. Nazwa "Droga Śmierci" mówi sama za siebie. Istotnym elementem tejże był słynny most na rzece Kwai, rozsławiony książką i oscarowym filmem Davida Leana.

Most jest jedną z atrakcji współczesnego Kanchanaburi i nikomu z turystów namiętnie go uwieczniających na fotogafiach nie przeszkadza fakt, iż ... nie jest to TEN słynny most z filmu :-). Tamten, budowany przez jeńców, był drewniany i położony w innym miejscu rzeki. Po jego ukończeniu okazało się, że jest zbyt niestabilny, by służyć celom do jakich został przeznaczony. Japończycy więc wybudowali drugą konstrukcję, już betonową i stalową. Ta z kolei została szybko zniszczona przez amerykańskie lotnictwo. Po wojnie japoński most obdudowano i do dzisiaj cieszy oczy każdego gościa Kanchanaburi.

W mieście jest zdecydowanie więcej pamiątek po tragicznych wydarzeniach tamtych lat. W centrum znajduje się pięknie utrzymany wojskowy cmentarz, upamiętniający jedynie część zmarłych w piekle dżungli Anglików, Amerykanów i Holendrów. Poświęciłem nieco czasu na poszukiwanie polskich nazwisk pośród nagrobków, niestety (a może raczej, stety) żadnego nie znalazłem.

Dla bardziej zainteresowanych czekają muzea, w których można dowiedzieć się jeszcze więcej o historii w jaką uwikłała się niegdyś ta piękna okolica. Obrotni tubylcy sprzedają zaś na stoiskach różnorakie pamiątki, w tym ... pirackie DVD ze słynnym filmem.

Poza historią miasto nie ma wiele więcej do zaoferowania. W Kanchanaburi nie ma zabytków czy świątyń. Jest za to ... katolicki kościół. Miasteczko jest nieco senne i przeciętny turysta spędza tam zapewne niewiele czasu. Siedząc nad brzegiem rzeki Kwai w oddali widać zielone wzgórza i wcześniej czy później, wypada udać się w ich objęcia.

Mini bus powoli wjeżdża serpentyną, wysadzając wycieczkę u wrót Erawan Waterfalls. Wodospady są jednym z symboli całej Tajlandii. Łącznie basenów erozyjnych jest kilkanaście, trasa wiedzie powoli w górę, pozwalając z bliska zobaczyć każdy z nich. Zaczynamy od pierwszego i już można się zakochać. Kolory, woda, w niej stada barwnych ryb i rybek, a dookoła intensywna podzwrotnikowa zieleń. Do wody można swobodnie wejść – szybko okazuje się to dobrym pomysłem.

„Pocić się” – słowo jakże często używane. W Tajlandii odmieniane przez każdy możliwy przypadek. Woda z człowieka leje się strumieniami, nie chce się jeść, za to pić można nieustannie. Park Erawan pozwala na wiele, z jednym zastrzeżeniem – nie można wnosić ani jedzenia ani picia. Kontrola, jak zawsze, nie jest staranna ale ja wiedziony poczuciem obowiązku, nie mam siły oszukiwać i kolejne baseny podziwiam z pustym plecakiem. Szybko okazało się to wielkim błędem...

Duchota, wilgotność, upał. To wszystko męczy nawet na pustych przestrzeniach, pośród których potencjalnie chula „chłodzący” wiatr. W Erewan jednak jesteśmy w prawdziwej zielonej gęstwinie, która sprawia, że człowiek poci się jeszcze bardziej, chociaż wydaje się to już niemożliwe. Nie ma żadnego powiewu, wszystko dusi się w gęstym i parnym powietrzu.

Po kilku godzinnym „trekkingu” wracam chudszy o kilka kilogramów :-). Ze zmęczenia i ogólnego faktu, że jestem lepki i dosłownie zlany potem, na samej górze spadam ze skały prosto do wody. Na szczęście bez negatywnych konsekwencji. To wszystko jednak rekompensują widoki i przyjemność obcowania z prawdziwą dziką przyrodą.

Drugim etapem wędrówek po okolicach jest bliższy kontakt z wspomnianą już linią kolejową. Trasa niezwykle malownicza, wiedzie tuż pod wysokim urwiskiem w dole którego płynie to taka, to inna odnoga Kwai. Pejzaże piękne i wierzyć się nie chce, że każdy kolejny podkład kolejowy to jedna ofiara śmiertelna, jak głosi powszechnie obowiązująca wykładnia. Wspominam jednak moje niedawne fizyczne męki i nie mam wątpliwości, że ten klimat potrafi zabić bardzo szybko.

Spacer po torach na słynnym odcinku „Hellfire Pass” to wrażenie iście piekielne. Pod torami – wysoka przepaść i ogrom wolnej przestrzeni. Nad nami wielki skalny blok. Chcąc przepuścić osoby idące naprzeciw mnie, omal nie spadam w dół, zapominając, że poza torami nie ma tu nic więcej poza powietrzem. Zdecydowanie pewniej czuje się na skalnym podłożu, gdy spośród prześwitów pode mną nie widać już rzecznej kipieli.

Jeszcze tylko oczekiwanie na pociąg na małej stacji i powrót do miasta. Region oferuje więcej niż to i warto chyba poświęcić kilka dni na pobyt w Kanchanaburi, mimo, iż potencjalnie miasteczko jawi się jako wyjątkowo nudne (o ile w Azji jakiekolwiek miasto można tak nazwać z czystym sumieniem).

środa, 15 kwietnia 2009

Wrzesień 2008 - Ajuttia & Lobpuri, Tajlandia

Ajuttia & Lobpuri

Do dawnej stolicy Królestwa Syjamu dotrzeć z Bangkoku można na różne sposoby. Ja wybrałem najprostszy, czyli podczepienie się pod wycieczkę jadącą tam z Khao San na jednodniowy objazd po rozlicznych świątyniach. Rozwiązanie jest wygodne – bus czeka na nas rankiem, ale stosunkowo drogie jak na tajskie standardy. Do tego, nie korzystam z całości „atrakcji”. Po dotarciu na miejsce i zobaczeniu wspólnie kilku świątyń, w tym monumentalnej białej, grzecznie się żegnam, zabieram plecak i podążam już swoją własną drogą. Czyli tak jak lubię najbardziej :-)

Ajuttia wpisana na listę UNESCO nieco mnie ... rozczarowała. Europejscy kupcy, którzy przed wiekami odwiedziali stolicę Syjamu, wracali zachwyceni jego potęgą, ogromem i bogactwem. Niegdyś, było to jedno z największych miast całej Azji, z populacją znacznie przewyższającą ówczesny Londyn bądź Paryż. Co z tego jednak zostało po latach upadku?

Zabytki rozrzucone są na naprawdę ogromnej powierzchni i potrzeba czasu oraz zaparcia by w panującym znojnym upale, zobaczyć wszystkie (piechotą – jeżeli ktoś jes tak uparty jak ja i nie zamierza wypożyczać roweru). Większość zachowała się słabo, chociaż znajdziemy i takie świątynie, które stoją po dziś dzień w całkiem dobrym stanie i dają świadectwo minionej potęgi tego miejsca. Po zobaczeniu kilku kompleksów ruin ma się jednak wrażenie, że wszystko się powtarza, bo wszędzie architektura jest podobna do siebie. Inna jednak od tej znanej z Bangkoku.

Silne wpływy khmerskie, jeszcze bardziej obce kształty, choć przecież ciągle modlono się tutaj w ten sam sposób i do tego samego Boga (co jest oczywiście uproszczeniem i pominięciem całej dyskusji czy aby na pewno Buddyzm jest religią). Nawet to jednak nie przeszkadzało birmańskim najeźdzcom, którzy wszystko zrównali z ziemią w drugiej połowie XVIII wieku, mimowolnie doprowadzając do powstania nowej stolicy, czyli Bangkoku. Ot, taka azjatycka mentalność, w której wspólny system wartości i wierzeń, nie zawadza w brutalnych wojnach i destrukcji nawet miejsc świętych. Nie silmy się jednak na moralność – w Europie lepsi przecież nigdy nie byliśmy.

Poza świątyniami, miasto nie oferuje wiele więcej. To już zdecydowanie tajska prowincja, turystów na ulicach miasta, szczególnie wieczorami, wielu nie ma. Ajuttia nowożytna do szczególnie urokliwych nie należy, wszystko jest zapuszczone i brudne, ale dzięki temu nie pozbawione aury autentyczności. Zupełnie jak moje lokum, o którym warto napisać kilka słów. Wg przewodnika Lonely Planet, to „najbardziej klimatyczne miejsce” w mieście. Rzeczywiście, okazałe tekowe domostwa usytuowane nad brzegiem rzeki robiły dobre wrażenie. Wszystko utrzymane w klasycznym tajskim stylu, cały hotel traktowany był niemal jako zabytek. Oznaczało to, że nie można było chodzić po nim w obuwiu, a także, że pokoje pozbawione były większości, przydatnych, wygód. Mój bardziej przypominał klasztorną celę niż miejsce gdzie można jakkolwiek wypocząć. Ciekawostką osobliwą był fakt, że wieczorem na powierzchnię wychodzili nieznani mieszkańcy przybytku, czyli... jaszczurki. Początkowe obrzydzenie, zamieniło się szybko we wzajemną akceptację. Ja pozwalałem im swobodnie chodzić po pokojowych ścianach i podłogach, one zaś pozbawiały mnie towarzystwa bardziej uciążliwych stworzeń, czyli wszelkich insektów.

Kilkadziesiąt kilometrów od Ajutti znajduje się kolejne miasto, które niegdyś nosiło tytuł drugiej stolicy całego Królestwa. Mowa o Lobpuri, czyli „mieście małp”. Dojechać tam można pociągiem. Sama podróż tym środkiem lokomocji to już spora przygoda. Rozklekotane stare wagony mkną po szynach z prędkością ciut za wysoką jak na wymogi bezpieczeństwa i moje osobiste poczucie rozsądku. Wewnątrz tłumy Tajów i nieliczne tylko białe twarze. Dwie godziny podróży dłużą się, mimo, że za oknem kolejne piękne widoki: łąki, tropikalne lasy, małe osady przyczepione do żyznych pól uprawnych, a w oddali góry. Monotonia przerywana jest co chwila, i to dosłownie, przez łącznie kilka osób, które krążą po wagonach starając się zachęcić do zakupu czegoś do picia i jedzenia (słodkości ale także różne rodzaje mięs o podejrzanej świeżości). Siedzące obok mnie starsze panie z ujmującymi, acz bezzębnymi uśmiechami, zachęcają do kupna któregoś ze smakołyków. Poza gestami nie wymieniamy żadnego zrozumiałego dla całej naszej trójki słowa, ale język ciała nie zna granic :-). Senność pasażerów na chwilę rozdziera autentyczne podniecenie. Na najbliższej stacji, na peronie sprzedawca oferuje lody w plastikowych kubkach. Już po chwili wszyscy dookoła są jakby bardziej ożywieni i pochłonięci konsumpcją chłodnych przysmaków.

Lobpuri nie jest duże, a jego największa atrakcja to ... sami zwierzęcy jego mieszkańcy. Od lat z pobliskich lasów do miasta schodzą się małpy, które upodobały sobie szczególnie Phra Prang Sam Yod. Po świątyni kręcą się ich dosłownie setki, stając się mimowolnie największą atrakcją turystyczną regionu.

Część z nich upodobała sobie także samo miasto, stając się utrapieniem dla „ludzkich” mieszkańców – rozwydrzone zwierzaki wyganiane są ze sklepów i innych miejsc gdzie ich obecność jest niewskazana. Trzeba przyznać, że rzeczywiście zdarzają się nader bezczelne jednostki. Nieprzypadkowo zapewne, znaki drogowe ostrzegają przed ... małpimi kieszonkowcami.

W Lobpuri rzadko ktoś zatrzymuje się dłużej niż na kilkugodzinny wypad. Ja z chęcią przełamałbym ten schemat i pobył w tym ciekawym miasteczku dłużej, ale już następnego dnia musiałem udać się do nowego miejsca, czyli Kanchanaburi.

free counters

Wrzesień 2008 - Bangkok, Tajlandia

Bangkok

Bilety do Tajlandii nabyłem, co mam w zwyczaju, pod wpływem nagłego impulsu. Wybór padłby pewnie na zupełnie inne miejsce na świecie, gdyby nie okazyjna cena. Jak się jednak okazało, to co przypadkowe, często okazuje się strzałem w dziesiątkę. Przed wylotem - informacja, że w Tajlandii wprowadzono, kolejny raz w ostatnich latach, stan wyjątkowy. Demonstracje, ludzie na ulicach, zagraniczne MSZ odradza turystom wizyty. Nasz Sikorski jednak milczy, więc uznałem, że można jechać :-)


Wrażenia. Zacznijmy od początku. Sam lot to już „coś”. Najpierw przelot do Helsinek, gdzie miałem przesiadkę do szerokiego kadłuba MD-11. Potem wiele godzin lotu nad Azją i samo gapienie się na ekran z trasą to już radość i świadomość egzotyki, która się zbliża z prędkością tysiąca kilometrów na godzinę. Pode mną najpierw Finlandia, potem Estonia, Rosja i dalej na południe, przez post-radzieckie republiki o których nie wiem nic, dalej wielkie Indie, Myanmar i w końcu... W końcu pode mną zielone połacie Tajlandii. Z wysokości przelotowej już widać, że to... inny świat. To jest to co najpiękniejsze w tak dalekich podróżach – ledwie przecież kilka godzin od Polski trafiasz do miejsca, które jest totalnie odmienne od Twojej codzienności, gdzie wszystko, choć służy do podobnych celów, to wygląda jednak inaczej... Ludzie tacy sami jak my, a jednak zupełnie inni od nas. Wspaniałe uczucie.
Kolejnych przeżyć ciąg dalszych. Po wyjściu z lotniska pora na zmysł... zapachu. Po pierwsze, uderza we mnie ogromna fala lepkiego, upalnego i wilgotnego powietrza. Oddycha się ciężko, można nawet mówić o lekkim szoku tlenowym. Ale ważniejsze jest coś innego – woń. Woń orientalnych przypraw obecna w powietrzu dookoła mnie, chociaż ... nigdzie nie ma żadnych stoisk z jedzeniem. Cóż, zapach pochodzi od ludzi, którzy pachną tym co jedzą. Wyprzedzam opowieść. Na początku woń mnie drażniła, szybko jednak do niej przywykłem. Po powrocie do „cywilizacji białego człowieka” przekonałem się, że i ja pachnę dokładnie tak samo, nasiąkłem orientem zupełnie jak tubylcy. Ciekawe czy my „pachniemy schabowym” dla gości z Azji? ;-)

Bangkok to miasto wielkie i chaotyczne. Trudno też powiedzieć, że ładne. Złożone z przypadkowo chyba uformowanego betonu, wiecznie zapchanych ulic, chodników pełnych ludzi i stoisk, wszechobecnego smogu wymieszanego z potwornie wilgotnym powietrzem. Pozornie, jawi się jako miejsce piekielne, w którym nie da się żyć i z którego powinno się czym szybciej uciekać jak najdalej. Tajski taksówkarz (nota bene oszukał mnie jako jeden z nielicznych autochtonów!) mawiał, że nie rozumie ludzi, którzy do Bangkoku przyjeżdżają i mają siłę spędzić w tym molochu więcej niż chwilę. Opinia opinią. Mi miasto nie dość że się podobało, to jeszcze spędziłem w nim więcej niż zamierzałem. Nawet jeżeli jest to beton, to beton ... orientalny. Inny od naszego.
Bangkok powstał tak naprawdę dopiero pod koniec XVIII wieku. Obecnie liczy bodajże 10 milionów mieszkańców, ale jak to w Azji, nikt tego nie jest pewien na 100%.

Z atrakcji turystycznych można wymienić chociażby imponujący Kompleks Pałacowy – Wielki Pałac i Wat Phra Kaeo, gdzie wszystko ocieka złotem i imponuje oryginalnymi kształtami czy zdobieniami. Stożkowe zakończenia tajskich watów przypominają kosmiczne formy rodem z archeo-futurystycznych wynaturzeń Danikena.

Świątynie jak statki obych – czasem trudno pozbyć się tego wrażenia, potęgowanego przez religijne tabu i zasady. Samo obserwowanie buddyjskich rytuałów jedynie utwierdza we wcześniejszym przekonaniu. Wszystko dookoła fascynujące, obce. Halo, czy na pewno to ciągle ziemia? :-)

Jeszcze pierwszego dnia, mimo ogólnego zmęczenia, udałem się na zwiedzanie. Duże wrażenie zrobiła Złota Góra – Golden Mount, jedno z nielicznych miejsc będace naturalnym wzniesieniem, z którego można zresztą podziwiać niesamowitą panoramę miasta. Tam zresztą, ciągle owego pierwszego dnia, złapała mnie prawdziwa orientalna ulewa. Złe słowo. To była próba zabójstwa za pomocą deszczu. Zaczęło padać nagle. Liczyłem, że intensywny opad potrwa chwilę, bo w końcu jak długo może padać z takim nieludzkim wręcz zacięciem?

Okazało się, że może i to bardzo długo. Schroniłem się pod daszkiem w mauzoleum pod Górą, ale to nie uchroniło mnie od totalnego przemoczenia. Nie walczyłem o to by być suchym. Walczyłem o to by z wodą nie poszły mi moje pieniądze, karta, telefon i cała reszta „dobytku”. Krople deszczu atakowały mnie wściekle przez godzinę, po upływie której postanowiłem, mimo tego, że wcale się nie uspokoiło, wracać do domu. Zacząłem się bać, że zaraz zamkną za mną bramy i zostanę uwięziony na terenie świątynu. Droga była długa i przerywana odpoczynkiem pod różnymi daszkami. Na Khao San natrafiłem na ... wodę pod kolana. Prawdziwa tropikalna ulewa dała mi się mocno we znaki ale, co ciekawe, tylko pierwszego dnia padało tak mocno. Widać musiałem dostać od przyrody lekcję, którą każdy nowicjusz w tym rejonie świata powinien od niej pokornie odebrać.

Atrakcji ciąg dalszy – rzeka Menam, szeroki, brązowy ściek jest jednocześnie dobrą arterią komunikacyjną.

Pływają po niej barki (regularność warszawskiego autobusu), które omijają zmorę Bangkoku, czyli wieczne korki i są w stanie dostarczyć Cię w górę bądź dół rzeki szybko jak na tutejsze standardy czasowe. Dotrzeć w ten sposób można do granic Chinatown.

To największe skupisko chińczyków poza samymi Chinami, oddzielny świat i przedmiot mojej wielkiej fascynacji, jak i ... przerażenia. Tłok, nawet jak na lokalne warunki, jest naprawdę ogromny, labirynt małych uliczek sprawia, że nawet jeżeli jesteś starannym obserwatorem z idealnym zmysłem kierunku, to i tak po chwili się gubisz. Chociażby dlatego, że to tłum często decyduje za Ciebie gdzie chcesz iść. Warto po prostu poddać się i zaglądać tam gdzie ten pozwoli, zdając się na jego ślepy los. Mi za każdą wizytą pozwalał na coraz więcej.

Pierwszą wyprawę pamiętam dobrze – dzisiaj czuję, że wtedy właśnie owa chińska fortuna zwiodła mnie, pozwalając jedynie popatrzeć z daleka na wszystkie atrakcje. Dopiero kolejne wizyty pozwoliły zagłębiać się dalej i dalej w to wszystko. W zakamarkach dzielnicy czeka wiele atrakcji, małych świątyń, posągów Buddy pod którymi palą się kadzidełka, sklepów, sklepików, kramów. Ostra woń drażni zmysły, tłok na początku zawadza ale po chwili człowiek daje się wciągnąć w to przedziwne widowisko, którego zresztą sam jest aktorem. Do Chinatown, jak i sąsiadującego z nim IndiaTown, wracałem wiele razy.

Jeżeli popłyniemy barką do samego końca to mamy okazję zobaczyć Bangkok nowoczesny. Niech nie zmylą Was Khao San i turystyczne centrum miasta – ma ono jeszcze zupełnie inne oblicze, którego duża część osób „przelatująca” przez stolicę Królestwa, nie ma okazji poznać.

Wychodząc z łodzi, która pamięta zapewne jeszcze lata 50-te XX wieku przesiadamy się do SkyTraina, czyli pierwszego symbolu nowożytnego Bangkoku. Pociąg jest klimatyzowany, co jest jego pierwszą, ogromną zaletą. To spora ulga, choć z drugiej strony po wyjściu (a kiedyś w końcu trzeba), upał uderza nas ze zdwojona siłą. SkyTrain dziarsko pokonuje kolejne połacie miasta, a dodatkowo czyni to w sposób równie zachwycający co podróż barką po rzece. Kolejka jest, co wskazuje sama nazwa, nadziemna i zdarza się, że lewituje naprawdę wysoko. Obserwujemy poziom ziemi i widzimy miasto pogrążone w ogromnym korku, ulice wypchane samochodami i niezliczoną ciżbę ludzką przeciskającą się wszędzie tam gdzie nie ma akurat aut. Bangkok z tej wysokości, oglądany w klimatyzowanym wagonie, można obserwować z prawdziwą przyjemnością – chłonąć wzrokiem ów azjatycki żywioł pod nami. Wysiadka – Siam Centre.

Dookoła nas ... Czy to jeszcze ta sama biedna i brudna Tajlandia, którą widzieliśmy dosłownie 20 minut temu? Stolica kraju ma także swoje kosmopolityczne oblicze. Oblicze miasta nowoczesnego niczym Japonia, z potężnymi wieżowcami, międzynarodowymi hotelami, siedzibami światowych korporacji, marmurem, fontannami, kolorowymi reklamami czy w końcu centrami handlowymi. Pokusiłem się o wejście do jednego z nich. Na piętrze obok siebie salony najdroższych marek samochodowych, w kawiarniach tajska klasa średnia, bananowa młodzież ze znudzonym wyrazem twarzy wychodzi z salonów odzieżowych obładowana torbami pełnymi markowych ciuchów. Z jednej strony, dobrze przecież, że nie cały kraj żyje w biedzie, z drugiej zaś ... z pewną radością wróciłem do „swojego” Bangkoku, może i czasem nieznośnie zapchanego i wiecznie śmierdzącego ale chyba ciągle bardziej prawdziwego niż kosmopolityczny Siam.

Pierwszego dnia uważałem na siebie i dokładnie lustrowałem otoczenie. Powszechna bieda sprawiła, że podświadomie pilnowałem się jeszcze bardziej niż mam to w zwyczaju. Pierwszy kontakt z Azją może przyprawić o dreszcze co wrażliwsze jednostki. Ubóstwo jest powszechne. Ludzie często śpią na ulicach, na rozłożonych byle jak tekturowych resztkach pudełek. Nie wiadomo, czy są to bezdomni czy też tubylcy w ten sposób po prostu odpoczywają w przerwie od bliżej niezidentyfikowanej pracy. Żebractwa prawie nie ma, Tajowie są zbyt dumni na taką formę zarobku na turystach. Po chwili człowiek nie tylko przyzwyczaja się do otoczenia, nie tylko zaczyna je tolerować ale i czuje się w nim coraz bezpieczniej. Także dlatego, że sam jest tolerowany.

Tajlandia od lat jest mekką dla turystów, różnych, tak bogatych, jak i biednych, tak normalnych jak i tych bardziej dziwnych. Na ulicach można spotkać jednostki, które należą do gatunków wymarłych w innych częściach świata: emerytowani hipisi pamiętający (albo i nie...) lata 60-te, długobrodzi dziwacy, brudni globtroterzy, którzy nie wiadomo skąd przyszli i dokąd zmierzają... W tym wszystkim, bardzo szybko i ja poczułem się zupełnie bezpiecznie. W końcu co może człowiekowi się stać w krainie wiecznego uśmiechu – poza pewnością, że każdy taksówkarz będzie nas próbował naciągnąć, okłamać, że akurat zepsuł mu się licznik i wmówić nam, że adres o który nam chodzi jest „bardzo daleko”, chociaż tak naprawdę znajduje się tuż za rogiem? :-)

niedziela, 12 kwietnia 2009

4.04 MTK Hungaria Budapest vs ZTE Zalaegerszeg


4 kwietnia 2009, Soproni Liga MTK Hungaria Budapest vs ZTE Zalaegerszeg.

Zazwyczaj jeździmy zagranicę oglądać w akcji tych najlepszych – przede wszystkim kibiców, a jak ktoś lubi, to i piłkarzy. Czy myśleliście kiedykolwiek by zrobić coś dokładnie odwrotnego i zamiast do futbolowego „nieba” zstąpić do istnych piekielnych czeluści? Ja nie dość, że pomyślałem, to jeszcze wcieliłem to w życie.
Example
„W Europie kelnerów już nie ma”, słyszymy za każdym razem gdy drużyna z Polski gra z egzotycznym rywalem, który piłkę nożną traktuje jedynie jako przyjemne hobby. Jest jednak taki kraj, który, choć w pełni zawodowy i do tego posiadający wspaniałą tradycję, od lat wlecze się w ogonie maruderów i zasługuje na miano prawdziwego outsidera piłkarskiej Europy. Mowa o Węgrach oczywiście. Ojczyzna Ferenca Puskasa, w co trudno czasem uwierzyć, nie odnosi żadnych sukcesów od dekad i w wielu punktach bylejakości bije nawet nas. Ichniejsza liga jest jeszcze słabsza od polskiej. Kadra nie awansowała do żadnej poważnej imprezy od 1986 roku. Z wielkim trudem przychodzi mi do głowy jakiekolwiek nazwisko węgierskiego piłkarza. I tak dalej i tak dalej. Niestety, do tego poziomu dostosowali się także kibice, którzy, chociaż są zapewne i tak najjaśniejszym punktem tamtejszej piłkarskiej mapy, nie należą do tych o których słyszy się cokolwiek „dobrego” zbyt często.
Do tego, cały „poważny” futbol zgrupowany jest w większości w Budapeszcie. Rozliczne emocjonujące derby stolicy? Niekoniecznie, istnieje tylko jeden zespół który cokolwiek znaczy – mowa o Ferencvarosie. Pozostałe ekipy, łącznie z takimi markami jak Honved, Vasas czy Ujpest, radzą sobie zdecydowanie słabiej. Gdzieś poniżej tego nie ma nic, potem jest reszta zespołów, a na samym dnie jest ten, na mecz którego trafiłem, czyli MTK Hungaria Budapeszt :-)
Example
Klub powstał w 1888 roku a został założony przez... zasymilowanych węgierskich Żydów. Mimo zawieruchy dziejowej przetrwał i radzi sobie niezgorzej na arenie sportowej, zdobywając aż 23 razy mistrzostwo kraju, w tym ostatni raz w 2008 roku! Na arenie kibicowskiej MTK od zawsze kojarzone jest z lewicą, co nie trzeba dodawać, sprawia, że kibicowanie temu klubowi do zadań łatwych i popularnych nie należy. Swego czasu był nawet wspierany przez resort tajnej policji... Zanim jednak wydamy ostateczny osąd, radzę bliżej przyjrzeć się przeszłości wielkich klubów Węgier – Ferencvaros został założony przez jakże lubianych i u nas, Niemców, Ujpest, Honved czy Csepel to kluby bogato wspierane za komuny za swój „robotniczy” rodowód. Prawicowy obecnie Vasas był blisko związany właśnie z MTK i podobnie jak on, przez lata kojarzył się z lewicą (tyle że tą „czerwoną i robotniczą” a nie burżuazyjną). Pytanie otwarte – który z nich w takiej sytuacji można wspierać z czystym sumieniem?

Sam stadion MTK nie robi dobrego wrażenia, tym bardziej, że po wyjściu z metra naszym oczom ukazuje się nowoczesna bryła Nepstadionu, czyli madziarskiego „narodowego”. Po chwili zachwytów i pytań „kiedy u nas”, pora jednak odwrócić się na pięcie i zamiast w objęcia owego kolosa, udać się w dokładnie odwrotnym kierunku – dosłownie i w przenośni. By trafić na Kidegkuti Stadion należy przejść się brzydką dzielnicą, a następnie dojść do równie brzydkich i starych murów okalających... no cóż, stary i paskudny stadion MTK. Kupno biletu na jakieś 20 minut przed meczem nie stanowi najmniejszego problemu. Przed „kasą” (jedno okienko) są może dwie osoby. Dodam, że wciąż aktualny mistrz kraju, zajmujący miejsce w czołowej piątce podejmował bezpośredniego sąsiada z tabeli, ZTE Zalaegerszeg... Po chwilowej dyskusji z ochroną już jestem na miejscu i mogę wybrać które krzesełko tylko chcę – i tak wszystkie są wolne oraz.... czarne od brudu. Czyżby nikt ich nie używał?
Co do ochrony jedna uwaga. Kto ma wiedzieć, ten wie, skąd pochodzą Ci panowie i kim byli w przeszłości oraz jakimi metodami zdobyli swoją "markę". Ja od siebie dodam, że mecz obstawiało ledwie kilku ale „nie ilość a jakość”. Zdarzył się nawet jeden, który na sektorze bardziej „honorowym” witał kibiców ubrany w... garnitur. Wszyscy budzili uznanie swoją posturą i jestem gotów uwierzyć w to, że potrafią napsuć krwi niejednej ekipie, jeżeli tylko mają na to ochotę.

Mecz się zaczął a na stadionie pustki. Na „mojej” trybunie krytej było może z 600 osób. Dookoła mnie sporo starszych ludzi, wiele osób widać, że się doskonale zna od lat, panowała atmosfera rodzinna – myślę nawet, że duża część osób naprawdę była ze sobą spokrewniona. Uderzenia piłki i krzyki skóro-kopaczy wyraźnie słyszalne zza dźwięku... obgryzania pestek dyni. No tak, co kraj to obyczaj. Doping MTK – nie stwierdziłem takowego. Co jakiś czas kilka starszych osób krzyknęło coś wspólnie i to by było na tyle „zgredziarskiego” śpiewu. Nieco to dziwiło bo „pod płotem”, przy pojedynczych flagach MTK znaleźć można było, dosłownie kilka osób, które wyglądały na kibiców. Nie były jednak aktywne.
Example
Przeciwna trybuna odkryta, była w całości przeznaczona dla kibiców gości. Ci zaś zjawili się w stanie około 80 osób śpiewając w najlepsze. Co prawda, i ten wyjazd wyglądał „po madziarsku”: młyn stanowiło góra dwadzieścia osób (z czego jedna, naprawdę nie wiem po co i dlaczego, trzymała tekturę z napisem „Sun” – być może ciesząc się z pierwszych wiosennych dni), a reszta siedziała pojedynczo na reszcie trybuny. Tym niemniej, sympatycy klubu o nazwie nie do wymówienia :-) śpiewali, mieli nawet urozmaicony repertuar, a na cichym stadionie było ich słychać bardzo dobrze. Gospodarze nie odpowiedzieli praktycznie ani razu!
Nuda na trybunach sprawiła, że zacząłem zerkać na samą grę. Nie był to dobry pomysł – nie bez powodu węgierska liga jest tam gdzie jest, a jej miejsce to samo dno profesjonalnego futbolu. Seryjne niedokładne podania i dwa stracone gole podziałały rozjuszająco na co bardziej energicznych staruszków dookoła mnie, obyło się jednak bez żadnych zawałów. Mi także udało się nie usnąć, chociaż łatwo nie było...
Dosłownie minutę po meczu pod stadionem nie było praktycznie nikogo i jedynie palące się jupitery wskazywały, że zakończyło się piłkarskie widowisko – najgorsze w jakim uczestniczyłem, a mam wrażenie, że w Budapeszcie większość spotkań tak właśnie wygląda. Czasem jednak trzeba odwiedzić dno, by docenić to co mamy na co dzień i od święta :-)

3-5.04 Jeśli dziś piątek to jesteśmy w Budapeszcie

Budapeszt 3-5 kwietnia 2009


Po wizycie w USA, która przypadła na szczyty kursu dolara wobec złotówki i nie trzeba dodawać, że wydrenowała moją kieszeń do cna, postanowiłem, że koniec z wyjazdami na dłuższy czas. Jest w końcu kryzys i pora oszczędzać, chomikować, słowem, wieść życie myszy, a nie lwa.
Tyle, że moje ulubione powiedzenie mówi, że „lepiej żyć jeden dzień jak lew, niż sto lat jak mysz”, co oznacza, że wszelkie postanowienia tego typu mają szansę być złamane a) szybko, b) bardzo szybko. To ostatnie trwało całkiem długo, bo przez jakiś miesiąc, dopóki nie nabyłem drogą kupna biletów do Budapesztu.
Budapeszt, Europa Środkowo-Wschodnia. No właśnie, niby tak blisko, a rejon zupełnie mi obcy. Poniekąd co to za atrakcja jechać do miejsc, które są podobne do tych znanych z Polski – pomijam fakt, że nasz kraj zwiedzam nader rzadko. Nie znam Pragi, pewnie jako jedna z nielicznych osób nie byłem ani tam, ani w Wilnie, ani we Lwowie. Chciałbym ewentualnie zobaczyć Sofię i Bukareszt, może w końcu pojechać do turystycznej mekki polskiej socjety, czyli Chorwacji. Na razie jednak przyszła pora na Węgry.
Stolica kraju jest naprawdę ładna ale budzi różne skojarzenia. Po pierwsze, bohaterscy madziarzy, którzy tak dzielnie walczyli w Drugiej Wojnie (szkoda, że po złej stronie), nie zniszczyli sobie jej zanadto, więc wszystko co było nadal jest na swoim miejscu. Po drugie, Budapeszt był jedną ze stolic duo-państwa Habsburgów, więc nie żałowano tam inwestycji. Po trzecie, miasto rozwijało się szczególnie właśnie za czasów Monarchii Austro-Węgierskiej i to architektura XIX-wieczna jest dominująca w zabudowie. Po 1989 roku strumień zachodnich inwestycji spłynął do Węgier w większym stopniu niż do Polski i po Budapeszcie widać, że większość z tych pieniędzy alokowana została właśnie tam.

Komunizm też dotknął ich w mniejszym stopniu niż pozostałe kraje systemu – podobno PKB było na początku transformacji większe o 1/3 od naszego i mimo, że Węgry od wielu lat staczają się w dół, to ciągle są pewnie na nieco wyższym poziomie niż nasza Polska. Wszystko to sprawia, że miasto prezentuje się „dorodnie”, nowocześnie i pro-zachodnio. Skojarzenia z Wiedniem są na miejscu – obie aglomeracje zawdzięczają przecież swój obecny wygląd tej samej dynastii, tym samym inwestycjom i architektom budującym wg tego samego stylu.
Budapeszt ma też swoje brzydsze oblicze. Zapewne gdy ogląda się go jesienią czy zimą, kiedy kąpię się w błocie i szarości, druga strona jego twarzy może przeważać w ogólnym wrażeniu. Wiele dzielnic, w tym nade wszystko stare żydowskie Ferencvaros, jest utrzymana słabo. Ładne kamienice od dekad nie widziały remontu, chociaż takie miejsca są przecież jeszcze bardziej atrakcyjne od wypucowanego centrum i okolic Andrassy Ut. Inną opowieścią są sklepy spożywcze. Trafiają się SPARy i inne sieciówki znane z różnych zakątków kontynentu, ale prawdziwy koloryt to miejscowe delikatesy. Półki, gdyby nie to, że uginają się od kolorowych opakowań, można by pomylić z głębokim PRL-em. Obsługa i ogólny wystrój sklepów także przywodzi na myśl głęboki socjalizm w dobie upadku. Takich reliktów jak „Rosenberg Szupermarket” u nas nie znajdziemy. Miasto „słynie” także z ogromnej liczby bezdomnych. Rzeczywiście, można ich spotkać na dosłownie każdym kroku, a zapach beztrosko spuszczanej z organizmu uryny mógłby zostać uznany za ... swoisty znak charakterystyczny Budapesztu. Tyle o smutkach.

Z atrakcji warto wspomnieć o kilku. Pierwsza linia metra – najstarsza na kontynencie, nie licząc Londynu. Wybudowana w XIX wieku, dzisiaj robi wrażenie sentymentalne i rozczulające swoimi gabarytami. Przykład nowoczesnej technologii sprzed ponad stu lat, z doby wiary w ludzkie możliwości, wiary w technikę i siłę umysłu. Wszystko jakby żywcem wyjęte z książek Juliusza Verne’a. Łącznie to tylko kilka kilometrów podziemnej trasy. Podziemnej? Dosłownie – stacje są tuż pod powierzchnią drogi. Stacje? Stacyjki – wszystko jest bardzo bardzo małe, wagoniki wtaczają się dostojnie na perony, trudno się zgubić – wyjście jest tylko jedno. Gdyby zamiast elektryki wszystko napędzały konie, nie byłaby to sytuacja, która kogokolwiek mogłaby zdziwić.
Drugą atrakcją są widoki, a te potrafią być zachwycające. Most Łańcuchowy łączący oba brzegi Dunaju aż prosi się o spacer, szczególnie wieczorem gdy wszystko jest iluminowane. Po drugiej stronie czeka na nas Buda, ze swoim Wzgórzem Zamkowym. Wejście zajmuje nieco czasu (można takoż wjechać na górę kolejką szynową, która jest kolejną atrakcją miasta rodem z XIX wieku!) i kosztuje sporo energii ale warto, chociażby dla widoku na pesztańską stronę z okien Baszty Rybackiej. Zerkając w innym kierunku, można przekonać się, że w przeciwieństwie do bardziej wielkomiejskiego Pesztu, druga strona miasta położona jest na wzgórzach i żyje sobie spokojniej, co nie znaczy, że nie kusi swoją urodą. Małe wąskie uliczki, kamienice dużo skromniejsze niż te znane z Pesztu, zachęcają do spacerów, tym bardziej, że po chwili można uwolnić się od tłumów i samemu delektować się odkrywaniem kolejnych zaułków. Tych jest sporo. Z góry obserwowałem całość i nieco żałowałem, że mam za mało czasu by na cały dzień zagubić się w tej okolicy.
Miasto oferuje dużo więcej niż to. Miejsc do zwiedzania jest naprawdę dużo i dwa dni z hakiem jakie tam spędziłem to było nieco za mało by zobaczyć wszystko co ważne. Udało mi się także, przypadkowo! zaliczyć zjazd klasycznych VW, gdzie mogłem nacieszyć oczy świetnie zachowanymi oldtimerami, a nawet być na planie jakiegoś amerykańskiego filmu, którego akcja działa się na ... Ukrainie. Nazwa – bodajże, „The Company”. Jak tu wierzyć filmom :-).

Zupełnie intencjonalnie byłem także na meczu – MTK Hungaria Budapest. O tym jednak, warto napisać w innym miejscu.
Ogólnie – wyjazd weekendowy, bardzo udany. Miasto ciekawe, chociaż... wolę wyprawy daleko, daleko, tam gdzie wszystko dookoła jest zupełnie inne niż to do czego jestem przyzwyczajony na codzień. Azja – to jest kierunek dla mnie :-). Jednak i Budapeszt ma swoje orientalne uroki, chociażby sam język, który sprawia, że Węgrzy są dziwaczną wyspą pośród słowiańsko-niemieckiego żywiołu dookoła. Zdecydowanie wyspą wartą zobaczenia choć jeden raz.