
4 kwietnia 2009, Soproni Liga MTK Hungaria Budapest vs ZTE Zalaegerszeg.
Zazwyczaj jeździmy zagranicę oglądać w akcji tych najlepszych – przede wszystkim kibiców, a jak ktoś lubi, to i piłkarzy. Czy myśleliście kiedykolwiek by zrobić coś dokładnie odwrotnego i zamiast do futbolowego „nieba” zstąpić do istnych piekielnych czeluści? Ja nie dość, że pomyślałem, to jeszcze wcieliłem to w życie.
„W Europie kelnerów już nie ma”, słyszymy za każdym razem gdy drużyna z Polski gra z egzotycznym rywalem, który piłkę nożną traktuje jedynie jako przyjemne hobby. Jest jednak taki kraj, który, choć w pełni zawodowy i do tego posiadający wspaniałą tradycję, od lat wlecze się w ogonie maruderów i zasługuje na miano prawdziwego outsidera piłkarskiej Europy. Mowa o Węgrach oczywiście. Ojczyzna Ferenca Puskasa, w co trudno czasem uwierzyć, nie odnosi żadnych sukcesów od dekad i w wielu punktach bylejakości bije nawet nas. Ichniejsza liga jest jeszcze słabsza od polskiej. Kadra nie awansowała do żadnej poważnej imprezy od 1986 roku. Z wielkim trudem przychodzi mi do głowy jakiekolwiek nazwisko węgierskiego piłkarza. I tak dalej i tak dalej. Niestety, do tego poziomu dostosowali się także kibice, którzy, chociaż są zapewne i tak najjaśniejszym punktem tamtejszej piłkarskiej mapy, nie należą do tych o których słyszy się cokolwiek „dobrego” zbyt często.
Do tego, cały „poważny” futbol zgrupowany jest w większości w Budapeszcie. Rozliczne emocjonujące derby stolicy? Niekoniecznie, istnieje tylko jeden zespół który cokolwiek znaczy – mowa o Ferencvarosie. Pozostałe ekipy, łącznie z takimi markami jak Honved, Vasas czy Ujpest, radzą sobie zdecydowanie słabiej. Gdzieś poniżej tego nie ma nic, potem jest reszta zespołów, a na samym dnie jest ten, na mecz którego trafiłem, czyli MTK Hungaria Budapeszt :-)

Klub powstał w 1888 roku a został założony przez... zasymilowanych węgierskich Żydów. Mimo zawieruchy dziejowej przetrwał i radzi sobie niezgorzej na arenie sportowej, zdobywając aż 23 razy mistrzostwo kraju, w tym ostatni raz w 2008 roku! Na arenie kibicowskiej MTK od zawsze kojarzone jest z lewicą, co nie trzeba dodawać, sprawia, że kibicowanie temu klubowi do zadań łatwych i popularnych nie należy. Swego czasu był nawet wspierany przez resort tajnej policji... Zanim jednak wydamy ostateczny osąd, radzę bliżej przyjrzeć się przeszłości wielkich klubów Węgier – Ferencvaros został założony przez jakże lubianych i u nas, Niemców, Ujpest, Honved czy Csepel to kluby bogato wspierane za komuny za swój „robotniczy” rodowód. Prawicowy obecnie Vasas był blisko związany właśnie z MTK i podobnie jak on, przez lata kojarzył się z lewicą (tyle że tą „czerwoną i robotniczą” a nie burżuazyjną). Pytanie otwarte – który z nich w takiej sytuacji można wspierać z czystym sumieniem?
Sam stadion MTK nie robi dobrego wrażenia, tym bardziej, że po wyjściu z metra naszym oczom ukazuje się nowoczesna bryła Nepstadionu, czyli madziarskiego „narodowego”. Po chwili zachwytów i pytań „kiedy u nas”, pora jednak odwrócić się na pięcie i zamiast w objęcia owego kolosa, udać się w dokładnie odwrotnym kierunku – dosłownie i w przenośni. By trafić na Kidegkuti Stadion należy przejść się brzydką dzielnicą, a następnie dojść do równie brzydkich i starych murów okalających... no cóż, stary i paskudny stadion MTK. Kupno biletu na jakieś 20 minut przed meczem nie stanowi najmniejszego problemu. Przed „kasą” (jedno okienko) są może dwie osoby. Dodam, że wciąż aktualny mistrz kraju, zajmujący miejsce w czołowej piątce podejmował bezpośredniego sąsiada z tabeli, ZTE Zalaegerszeg... Po chwilowej dyskusji z ochroną już jestem na miejscu i mogę wybrać które krzesełko tylko chcę – i tak wszystkie są wolne oraz.... czarne od brudu. Czyżby nikt ich nie używał?
Co do ochrony jedna uwaga. Kto ma wiedzieć, ten wie, skąd pochodzą Ci panowie i kim byli w przeszłości oraz jakimi metodami zdobyli swoją "markę". Ja od siebie dodam, że mecz obstawiało ledwie kilku ale „nie ilość a jakość”. Zdarzył się nawet jeden, który na sektorze bardziej „honorowym” witał kibiców ubrany w... garnitur. Wszyscy budzili uznanie swoją posturą i jestem gotów uwierzyć w to, że potrafią napsuć krwi niejednej ekipie, jeżeli tylko mają na to ochotę.
Mecz się zaczął a na stadionie pustki. Na „mojej” trybunie krytej było może z 600 osób. Dookoła mnie sporo starszych ludzi, wiele osób widać, że się doskonale zna od lat, panowała atmosfera rodzinna – myślę nawet, że duża część osób naprawdę była ze sobą spokrewniona. Uderzenia piłki i krzyki skóro-kopaczy wyraźnie słyszalne zza dźwięku... obgryzania pestek dyni. No tak, co kraj to obyczaj. Doping MTK – nie stwierdziłem takowego. Co jakiś czas kilka starszych osób krzyknęło coś wspólnie i to by było na tyle „zgredziarskiego” śpiewu. Nieco to dziwiło bo „pod płotem”, przy pojedynczych flagach MTK znaleźć można było, dosłownie kilka osób, które wyglądały na kibiców. Nie były jednak aktywne.

Przeciwna trybuna odkryta, była w całości przeznaczona dla kibiców gości. Ci zaś zjawili się w stanie około 80 osób śpiewając w najlepsze. Co prawda, i ten wyjazd wyglądał „po madziarsku”: młyn stanowiło góra dwadzieścia osób (z czego jedna, naprawdę nie wiem po co i dlaczego, trzymała tekturę z napisem „Sun” – być może ciesząc się z pierwszych wiosennych dni), a reszta siedziała pojedynczo na reszcie trybuny. Tym niemniej, sympatycy klubu o nazwie nie do wymówienia :-) śpiewali, mieli nawet urozmaicony repertuar, a na cichym stadionie było ich słychać bardzo dobrze. Gospodarze nie odpowiedzieli praktycznie ani razu!
Nuda na trybunach sprawiła, że zacząłem zerkać na samą grę. Nie był to dobry pomysł – nie bez powodu węgierska liga jest tam gdzie jest, a jej miejsce to samo dno profesjonalnego futbolu. Seryjne niedokładne podania i dwa stracone gole podziałały rozjuszająco na co bardziej energicznych staruszków dookoła mnie, obyło się jednak bez żadnych zawałów. Mi także udało się nie usnąć, chociaż łatwo nie było...
Dosłownie minutę po meczu pod stadionem nie było praktycznie nikogo i jedynie palące się jupitery wskazywały, że zakończyło się piłkarskie widowisko – najgorsze w jakim uczestniczyłem, a mam wrażenie, że w Budapeszcie większość spotkań tak właśnie wygląda. Czasem jednak trzeba odwiedzić dno, by docenić to co mamy na co dzień i od święta :-)
