środa, 23 lutego 2011

Dzień w którym Gruzinów znienawidziłem, a potem znowu pokochałem

W czasach ZSRR uważano Gruzję za najbogatszy kraj związkowy, a jego mieszkańców za najzamożniejszych. Było w tym wiele prawdy. Rzeczywiście żyło tu się powyżej „średniej radzieckiej”, a o majątkach zakaukaskich krążyły pośród szarych mas istne legendy. W sumie nic dziwnego, bo jakby nie spojrzeć, są tu niemal wszystkie czynniki składające się na sukces: znakomity, łagodny klimat, urodzajne ziemie oraz dobrzy ludzie. Przywykli do ciężkiej pracy, oszczędzania, a jednocześnie posiadający zmysł byśmy dziś rzekli „kapitalistyczny”.

Sporo się przez ostatnie lata jednak zmieniło. Gruzja pod względem wskaźników gospodarczych ustępuje nie tylko lokalnemu „tygrysowi kaspijskiemu” Azerbejdżanowi, ale również Armenii. Dopiero od niedawnej „rewolucji” zachodzą tu zmiany na lepsze. Liberalizacja gospodarki, napływ zachodnich inwestycji daje nadzieje na przyszłość godną przeszłości. Nie zmieniła się jedynie mentalność ludzka. Gruzin to z jednej strony dusza człowiek, ale padają i głosy krytyczne, że to po prostu cwaniak nad cwaniaki. Dzisiaj „na do widzenia” miałem okazję zapoznać się z oboma obliczami tego narodu.

Teraz gdy siedzę na lotnisku czuję oczywiście żal, że pora wyjeżdżać, chociaż w mojej głowie pojawił się pomysł, by tu wrócić w przyszłości. I to tej niedalekiej, bo za jakieś cztery miesiące. Ciekawe co na to Ania.



Rano odpuściłem sobie śniadanie i poszedłem grzecznie zapłacić za hotel. Wolę uiszczać opłaty na początku pobytu. Wtedy wiadomo na czym się stoi w kwestii finansów. Tym razem zrobiłem inaczej i czułem nosem zbliżającą się konfrontację. Zajęła się mną chyba żona właściciela. Z urody lokalna kobieta, z charakteru, cóż, pełna Niemka. A raczej teutońska wunder-woman, zdolna wycisnąć każdy grosz z turysty i dodatkowo go upodlić jak tego słowiańskiego psa. Dyskusja fakt, nie kleiła się nam od początku. Ona po niemiecku, ja do niej po angielsku. Najpierw nie rozumiała, że chcę wyjechać koło północy i uparcie mówiła o południu. Potem zaczęło się robić coraz mniej miło, jej głos się podnosił, a ja zacząłem używać mieszanki rosyjsko-polsko-niemiecko-angielskiej, co jest oznaką, że zaczynam tracić cierpliwość. Baba postanowiła skasować mnie nie za cztery noce, a za cztery i pół. Przyjechałem o 8:00 w niedzielę, więc w jej mniemaniu należy się opłata za pół doby. Normalnie doba hotelowa zaczyna się o 12:00. To że opuszczam jej przemiłe mury dwanaście godzin przed terminem nie ma już dla niej znaczenia. Na nic nie zdały się moje uwagi, że to trochę bez sensu. Nikt mnie nie uprzedzał, że muszę zapłacić więcej. Poza tym, miejsce świeci pustkami, więc problem jest głównie sztuczny. Na kilkanaście miejsc jest trzech gości. Trochę już się w hotelach w życiu nasiedziałem i w żadnym nie kazano mi płacić za wcześniejsze wejście do pokoju. Ba, w Da Nang oddali nam nawet połowę należności za dobę, gdy wymeldowaliśmy się wcześniej. I to sami z siebie. Tutaj jednak zostałem poważnie zdenerwowany i cóż, wtedy pomyślałem pierwszy raz źle o Gruzinach. Rozstaliśmy się w wielkiej niezgodzie. Ja biedniejszy o jakieś 60 zł i opluty, ona z bagażem obelg w czterech językach.

Nic tak nie napędza jak dobra kłótnia z rana, więc postanowiłem udać się na ostatni rekonesans. Gdzieś w tle tliła się jeszcze myśl, by się jednak zmusić i ruszyć poza miasto, ale znowu zaczęło z nieba coś padać. Drobny śnieg dla odmiany, a temperatura obniżyła się o kilka stopni, spadając do okolic zera.

W takim razie, skierowałem swoje kroki do metra.



Lubię podziemne kolejki i kiedy tylko jest sposobność, zawsze pozwalam sobie na mały rekonesans. Metro w Tbilisi to pozostałość po czasach sowieckich i przykład podobnych struktur budowanych niegdyś w najważniejszych miastach Imperium. Byłem ciekaw jak wypada w porównaniu z tym, które znam z Taszkientu.

Pierwsza wiadomość jest taka, że nie ma już instytucji żetonów. Zamiast tego – nowoczesna karta na którą można „nabić” dowolną kwotę na przejazdy. Mijam bramkę i wchodzę na ruchome schody. Te suną z zawrotną prędkością, więc trzeba umiejętnie wskoczyć na miejsce. Starsze babcie chyba łatwo tu nie mają.



Zjezdżam w piekielne czeluście. Perony są tu naprawdę głęboko pod ziemią. Po dotarciu na miejsce moim oczom ukazuje się dość skromny widok.





Tutejsze stacje to jeden peron z arkadami po obu stronach. Wszystko w
„radzieckich marmurach” naturalnie. Nic wielkiego. Jedno wejście, jedne schody, więc zgubić się nie ma szans. Proste to wszystko, ale takie były przecież wytyczne budowniczych radzieckich. To narzędzie dla ludu, nie dla handlu czy rozrywki. W porównaniu z podziemnymi tunelami znanymi z Nowego Jorku czy chociażby Sztokholmu (a nawet z Warszawy) wygląda to niepozornie.



Wagoniki takie jak u nas, czyli „ruskie”. Tylko jadą chyba szybciej, wesoło huśtając się po szynach. Wszędzie nieco ciemnawo, jakby światło na tej wysokości miało problem z rozpraszaniem mroku. Ciekawostką jest to, że na części trasy czuć bardzo silny zapach ... zgniłych jaj. To nie brud (jest tak w ogóle bardzo czysto), tylko wyziewy ze skał, w których drążone są tunele. Tbilisi to w końcu miasto siarkowych kąpeli termalnych.

Moja czujność czekisty została poważnie osłabiona i dostałem w nos za swoje. Wszędzie w byłym ZSRR, metra służyły i wciąż służą „celom militarnym”. Nikt nie wie jakim dokładnie, ale przekaz jest jasny – zdjęć robić nie wolno, bo nie wolno robić zdjeć (ponieważ nie wolno). Ja użyłem kilka razy aparatu nieco z ukrycia i jako że nic się nie działo, pozwoliłem sobie na więcej swobody. Na jednej stacji to przeszło, na drugiej też i na trzeciej również. Ale na czwartej miałem już pecha. W moim kierunku wędruje policjant, każe się wylegitymować i zaczynają się problemy. Dzwoni do swojego szefa (z komórki co uznałem za nawet zabawne) i mówi mi, że „musimy porozmawiać”. No to wędrujemy schodami na górę. Jest naprawdę miły, jakoś się rozumiemy, chociaż on do mnie po rosyjsku a ja do niego po angielsku lub polsku. Spędziłem ostatecznie jakąś ponad godzinę w asyście kilku policjantów na posterunku w metrze. Mój paszport wędrował z rąk do rąk, nazwisko było wielokrotnie literowane do kolejnych telefonów komórkowych (co uważałem nadal za całkiem zabawne. Nie mają tu krótkofalówek?). Stempelki wzbudzały ciekawość i niepewność. Padały pytania kim jestem, gdzie pracuję, gdzie mieszkam i po co tu przyjechałem. Może złapali szpiega?

Wtedy nie czułem się do końca pewnie. W końcu to może być naprawdę problem. Ktoś może chcieć się popisać i z błahej sprawy zrobi się afera. Oczami wyobraźni już widziałem siebie uwięzionego gdzieś w kazamatach. Spocony tłusty oficer leje po mnie po pysku i każe przyznać się dla jakiego wywiadu pracuję.

Tajlandia? Uzbekistan? Łotwa? Trynidad i Tobago? Nie chcesz mówić? Szota, poczęstuj tego psubrata znowu prądem po jajkach!

Ania spędza kolejne bezsenne noce, próbując wydostać mnie z opresji. Polskie MSZ grozi zerwaniem stosunków dyplomatycznych. Czempiński w telewizji sugeruje użycie oddziałów GROM do odbicia. W mediach pojawiają się notki z mego życiorysu, pod ambasadą Gruzji w Warszawie koledzy nieprzerwanie protestują w mej obronie. Bojówki atakują sklepy sprzedające wodę Borjomi i biją Gruzinów mieszkających w Polsce...

Tyle fantazji. Po pewnym czasie dostaję z powrotem paszport i jestem wolny. Spisano tylko jakiś dokument, więc jeżeli w tutejszym metrze dojdzie kiedyś do zamachu, mogę spodziewać się kłopotów. Żegnam się wylewnie z policjantami i idę w swoją stronę. Dla pewności – biegnę. Byli sympatyczni i nawet ich polubiłem, ale wolałem jak najszybciej znaleźć się w innym miejscu.

Ach. Zdjęć nie kazali mi skasować. Zupełnie o nich zapomnieli...

Po tych emocjach przyszła pora na żegnanie się z zaułkami. Jako że byłem na drugim brzegu rzeki, jeszcze raz pokręciłem się po zapuszczonych okolicach na wzgórzu. Odwiedziłem inny mały kościółek na skale, który wcześniej minąłem nawet go nie zauważając i złożyłem tam skromny datek w podziękowaniu za moje uwolnienie.



W kościele Metekhi mógłbym za to przywitać się z każdym żebrakiem, bo widują mnie kolejny już raz. Jak zawsze, hojnie rozdaję siarczyste „niet” jako odpowiedź na propozycję ich wsparcia.


Można by stwierdzić, że po tylu dniach i tylu kilometrach w nogach widziałem już wszystko na Starym Mieście ale nie byłaby to prawda. Tym razem, po raz pierwszy, dotarłem do murów obronnych. Ładna okolica, dobrze utrzymana, z domostwami o imponujących balkonach.



Wystarczy jednak skręcić w bok, by próchniejące drewno znowu stało się elementem dominującym w zabudowie. Piękne jest Tbilisi. I to wypucowane i to zgniłe chyba jeszcze bardziej.



Jako że po porannej scysji nie zamierzałem już jadać w Kartli, poszedłem na obiad do Caravanu. Byłem tam pierwszego dnia. Lokal pusty. Załapałem się na „biznes lunch”. Za niecałe 16 GEL zamówiłem zestaw z zupą cebulową, sałatką mięsną i pieczoną rybą. Do tego woda i herbata. Dobre, pożywne i tanie. Polecam.



Wystarczyło skręcić z Rustavieli, by znowu stwierdzić, że nie widziało się jeszcze wszystkiego. Znowu trafiłem w ciekawe zaułki. Za jakiś czas, wyremontowane i tętniące życiem będą zapewne turystycznymi perełkami. Póki co jednak, jest tam pusto i nieco smutno. Czasami jedynym odgłosem słyszalnym w promieniu stu metrów był mój charkot. Ciągle pod górę w tym Tbilisi.



Potem Pan uprawiał relaks w swoim pokoju. Jutro czeka mnie ciężki dzień, przylot bladym świtem i od razu z lotniska do pracy, bo urlopu żal. Nieco więc pospałem, spakowałem się i koło północy opuściłem lokum. Czy polecam? Niekoniecznie. Mogli sobie odpuścić naciąganie mnie na te 60 zł i obrażanie, bądź co bądź, ale swojego klienta.

Na portierni spotkałem jednak miłego chłopaka, który dorabia jako nocny stróż. Pooglądaliśmy chwilę Ligę Mistrzów, porozmawialiśmy o piłce nożnej, Gruzji i Polsce. Wylewnie się pożegnaliśmy i wsiadłem do zamówionej przez niego taksówki. Mili Ci Gruzini.

To tutaj zrodziło się powiedzenie: lepiej mieć córkę prostytutkę niż syna taksówkarza. Trasa na lotnisko była piękna, a ja żałowałem, że ani razu nie pospacerowałem po tym mieście po zmroku. Wszystko było tak ładnie podświetlone...



Na samym końcu wręczam banknot 50 GEL i czekam na 25 reszty. Dostałem jednak o pięć mniej. Szkoda, że nie zauważyłem tego wcześniej. Znowu moja wina. Widać taksówkarz się zagapił i tym samym niechcący potwierdził autentyczność przysłowia cytowanego wcześniej. Ach, ta Gruzja... Trzeba tu chyba będzie wrócić.

wtorek, 22 lutego 2011

Tbilisi wyjątkowo na sucho

Jeżeli prawdą jest to, że każdy pokonywany przez nas schodek to dodatkowa sekunda życia w zdrowiu i szczęściu, to dzięki wizycie tutaj załatwiłem sobie go kilka miesięcy więcej. W Tbilisi jest pełno schodów i wzniesień, a mnie przyciąga do miejsc, które wymagają nieco gimnastyki.

W końcu nie pada. Słońca jeszcze nie widać ale jest chociaż sucho. Po takiej zmianie chce się żyć, a ja nawet trafiam jeszcze na hotelowe śniadanie. Raczę się kawą oraz, a jakże! czymś na wzór gruzińskiej mortadeli

W takiej aurze miasto prezentuje się równie ciekawie, co wcześniej skąpane w wilgoci. Pozwalam sobie na kolejny spacer po Rustavieli, ale szczerze – widziałem tu już wszystko co godne uwagi (co zweryfikuje jutrzejszy dzień – przypadek autora). Długi ciąg XIX wiecznych rosyjskich kamienic nieco już nuży moje oczy. Pora więc skupić się na tych atrakcjach, o których przewodnik jedynie napomina.

W pierwszej kolejności, skręcam w ulicę obok Parlamentu i sapiąc wspinam się na podgórze. Gdzieś tam powinna znajdować się stacja kolejki górskiej, która zawozi na szczyt wzniesienia górującego nad miastem. Szczególnie teraz, gdy pogoda pozwala, można docenić ten majestatyczny widok. Lekko ośnieżona góra przebija się zza budynków. Na szczycie dumnie pręży się antena telewizyjna słusznych rozmiarów. Niesamowite.

Ale niestety! Kolejka nie działa. A przynajmniej dookoła żywej duszy nie widać, zaś wagoniki stoją sobie martwo na szynach. Szkoda. Potem myślę sobie, że a nuż, otwierają ją nieco później, więc w drodze powrotnej popołudniem jeszcze raz wykonuję tą pielgrzymkę ciężko dysząc z wysiłku. Efekt ten sam – jestem zdrowszy, spocony jak po saunie i nic ponadto.



Skoro tak, wybór pada na niedalekie Muzeum Gruzji. Z daleka widać, że jego wnętrza wyglądają na cokolwiek puste ale pod wejściem kłębi się tłumek dzieciarni, więc myślę sobie, że może nie jest tak źle. Żeby przejść przez Rustavieli trzeba się nieco namęczyć, bo jak już pisałem, możliwe to jest jedynie za pomocą podziemnych przejść. A tych zbyt wiele nie ma. Ostatecznie, przedłużając sobie życie o dodatkowe kilka minut, pocałowałem muzealną klamkę i zły powędrowałem na Stare Miasto.




Trochę na uboczu znajduje się wejście do Ogrodów Botanicznych. Wiedzie do nich kręta i stroma uliczka, która trudno podejrzewać, że gdziekolwiek może nas doprowadzić.



Po obu jej stronach trwają wieczne remonty i budowanie nowych domostw. Praca wrze, błoto brudzi buty, a uszy rani hałas spawania, cięcia i przekleństw, których znaczenia nigdy już nie poznam. Na końcu jednak, ku mojemu zdziwieniu, jest wejście, a do tego otwarte. Za drobne 1 GEL można wkroczyć do świata gruzińskiej przyrody.





O tej porze roku to nic ciekawego. Trochę się pokręciłem (jako jedyny zwiedzający), popatrzyłem się tępo na okoliczne wzniesienia, drzewa i niemrawą rzeczkę w dole i doszedłem do wniosku, że można już wracać.

Zwiedzanie muzeów to dla mnie akt desperacji. Tym razem wybór padł na Muzeum Historii Tbilisi. Niestety, w środku odbywał się remont (powoli to już słowo klucz w tym mieście) i za 3 GEL mogłem pooglądać jedynie wystawę zdjęć. Fotografie Himalajów, Nepalu i Pakistanu to jest dokładnie to czego oczekiwałem od tego miejsca. Zaspokojony kulturalnie na najbliższą dekadę wychodzę na zewnątrz i postanawiam skupić się na tym co na pewno dzisiaj wyjdzie. Czyli na zakupach. Wydawać pieniądze na bzdury to ja akurat umiem dzień i w nocy, pod każdą szerokością geograficzną.

Na pierwszy ogień idą klasyczne suweniry. Sklepów z ofertą nieco jest. Wybór nawet ciekawy. Na pewno nie ma tu nic chińskiego (albo prawie nic). Dominuje gruzińska cepelia i nawet nawet jest na czym oko zawiesić. Ja mam słabość do czapeczek, więc nabywam kolejną do kolekcji.

Ale najlepszym prezentem z Gruzji jest oczywiście wino. W sklepowych półkach trudno się połapać, bo butelki rozstawione są dosyć chaotycznie i nie wiadomo która kosztuje 10 GEL, a która ponad 30. Ostatecznie jednak udaje mi się wyjść obładowanym siatkami z zakupami za rozsądną kwotę. Ceny w Gruzji przypominają te znane nam z Polski, z jednym chyba wyjątkiem: alkohol jest tu tani. Oczywiście, ten który kupiłem znajomym był bardzo drogi.

Spędzam nieco czasu w domu rozkoszując się faktem, że nigdzie nie muszę wchodzić czy schodzić. Moje nogi są mi wdzięczne. Jest więc chwila, by napisać co nieco o samym hotelu. Jest to względnie miłe miejsce (to też ulegnie weryfikacji następnego dnia!), położone w dzielnicy tak zapuszczonej, że nigdy w życiu bym tutaj nie chciał wejść z własnej woli. Może przesadzam, bo takich okolic jest tutaj przecież dużo. Sam przybytek jest zadbany ale widać po nim zarówno upływ czasu, jak i gruzińską pomysłowość budowlaną. W łazience rury więc wystają z murów i biegną po ścianach jak chcą i gdzie chcą.
Właściciel jest Niemcem. Od pierwszego dnia jakoś go nie spotkałem, bo zapewne ranny z niego ptaszek. Podczas gdy ja mam problem z tym żeby dotrzeć na śniadanie. Przywitał mnie wtedy ubrany skromnie, z twarzą zmęczoną ciężkim życiem, więc myślę sobie, że niekoniecznie ma tu tak lekko. Trudno stwierdzić kto z obsługi jest kim, bo wszyscy tu (poza mną) mówią po niemiecku, nawet jeżeli wyglądają niczym malowany Gruzin/Gruzinka. Jest kilku gości, ale trudno jednoznacznie powiedzieć ilu dokładnie oraz jakich. Pełna anonimowość, może tu jeszcze dożywać sędziwych dni sam Josef Mengele i nikt go nie zauważy. Na dole znajduje się pizzeria, w której można usiąść i przy herbacie pisać takie bzdury jak te. Można też coś zjeść. Zamówione danie okazało się być mieszanką iście niemiecką – dwie wielkie kiełbasy (biała oraz ciemna – w imię walki z rasizmem), dwa wielkie kawałki jakiegoś mięsa i solidna porcja gotowanej kapusty. Od dawki teutońskiej energii moja prawa ręka sama zaczyna prostować się w łokciu w rzymskim pozdrowieniu. Tak się najadłem, że poczułem się w obowiązku wyjść na jeszcze jeden, mały spacerek. Ale to już chyba nie dzisiaj.

Dzisiaj pora na lekturę. Czytam podarowaną mi niedawno „Planetę Kaukaz” Wojciecha Górskiego i co chwila tylko kiwam głową z uznaniem. I mnie przyszło zakochać się w tym szalonym miejscu zawieszonym gdzieś między Europą a Azją.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Tbilisi skąpane (dla odmiany) w deszczu

Nastrój „na królową angielską” nieprędko mnie opuszcza. Dlatego też zwlekam się późno z łóżka, zaś moje hotelowe śniadanie przemija z wiatrem, czy raczej deszczem. Jeżeli tak dalej pójdzie z aurą to nigdzie poza Tbilisi nie wystawię nosa. W takiej sytuacji podróż gdziekolwiek mija się z celem.

Pada. I to jak. Z nieba leją się strugi deszczu. Po jakimś czasie już tego nie zauważam, chociaż jestem cały mokry, a moja kurtka jest dwa razy cięższa od nasiąkniętej wody.




Znowu kręcę się po starym mieście i trafiam do niego inną trasą niż wczoraj. Miejsce jest tego warte. I tak mam wrażenie, że nie widziałem tam wszystkiego godnego uwagi, bo miejsc magicznych jest tam istne multum. I żadne z nich nie jest opisane w przewodniku.



Po drugiej stronie rzeki czekają na mnie widoki jeszcze ciekawsze. Kilka ulic od reprezentacyjnego kościoła na skale, znaleźć można zakątki wyglądające niczym tereny powojenne. Oprócz mnie jedynymi przechodniami była jedynie dziwna para kloszardów zmierzających w nieznanym kierunku.





W wielu miejscach są puste plomby po tych kamienicach, które nie wytrzymały próby czasu. Jestem w stanie przysiąc, że przechodząc nad wielkimi dziurami w jezdni słyszałem ciche pojękiwania tych ludzi, którzy do nich kiedyś wpadli. Miejsce dosłownie śmierdzi zgnilizną. Wracam na lepszą stronę z rzeki z pewną ulgą.

W knajpce o romantycznej nazwie KGB robię sobie przerwę i wypijam kawę, która stawia mnie na nogi. O ile kawa pita w pracy nie daje żadnych energetycznych efektów, ten napój spożywany gdzieś daleko w świecie zawsze działa na mnie odświeżająco. Taki sam efekt przyniosła zupa – klasyczny barszcz warzywny z wkładką mięsną.



Tak pokrzepiony postanowiłem wejść na wzgórze gdzie położona jest Forteca Narikala. A raczej wdrapać się. Ślisko jest i w ciągle padającym deszczu droga do najłatwiejszych nie należy. Kłęby pary buchają mi spod kurtki od wysiłku. Ślina spływa rękawami.



Ale warto bo widoki na miasto z góry to zawsze obowiązkowy punkt każdego wyjazdu. Wszechobecna mgła niestety odbiera sporo doznań i skraca horyzont widzenia.





Na szczycie jest kościół, jak i trasa „wycieczkowa” wiodąca dookoła góry. Spaceruje co nieco wąskimi dróżkami tuż nad przepaścią ale za daleko się nie zapuszczam. Pusto tu, a jedyne osoby jakie spotykam to nieliczne zakochane pary oraz podejrzani osobnicy z czapkami nałożonymi głęboko na oczy. Droga w dół jest jeszcze trudniejsza i mam ochotę wyściskać nawet taksówkarzy gdy już docieram na metę. Ci ostatni chyba mnie tu nie lubią, bo każdą ich propozycję zbywam siarczystym „niet”.

Pod wzniesieniem znajduje się jedno z najsłynniejszych miejsc Tbilisi. Chodzi o miejskie łaźnie. Za niewielką kwotę można tu skosztować najlepszej kąpieli życia i pójść śladem Balzaka czy Dumasa, którzy zaliczają się do klienteli przybytków. Ja z odwiedzin rezygnuję, może innym razem?




Na zewnątrz dachy łaźni wyglądają jak kopuły, a raczej ich mały las – jest ich tu łącznie kilkanaście. Ich historia sięga wieku XVII co mnie wcale nie dziwi w tym mieście pełnym tradycji. Z ich szczytów unosi się ciepła mgiełka, pełna „łazienkowych” zapachów i dziwnych męskich posapywań...

Tuż obok łaźni cieszy moje oczy widok godny Uzbekistanu. To tutejszy meczet, który jest centrum kulturalnym okolicznej muzułmańskiej mniejszości.



Modlą sie tu zarówno Szyici jak i Sunnici, co jest sporym ewenementem. Ale w tym miejscu to nic dziwnego. Kilkaset metrów dalej spotkać można Synagogę. Nie dalej jak wczoraj widziałem jak w niedalekiej kamienicy zbierają się reprezentanci tutejszej diaspory żydowskiej. To wszystko w kraju, który przyjął chrześcijaństwo jako drugi na świecie – kilkadziesiąt lat po sąsiedniej Armenii...

Spaceruję znowu i rozmyślam jak przystało na podwórkowego filozofa niskich lotów. Już sporo napisałem o tym jak to miasto jest zapuszczone. To fakt.



Ale z drugiej strony, Tbilisi to miejsce, w którym ciągle widać ekipy remontowe bądź budowlane. Robotnicy pracują, mimo deszczu i błota po kostki. Zniszczone Kamazy co chwila kręcą się po uliczkach dowożąc, wywożąc i przywożąc to co potrzebne. Sporo tu się dzieje i zapewne miasto będzie piękniało z każdą chwilą. Co do tego ostatniego to można mieć małe wątpliwości, bo nowa architektura potrafi aż razić oczy swoim stylem czy raczej jego deficytem. Lepiej byłoby gdyby jedynie remontowali to co stare.

Magiczne zakrzywienie przestrzeni sprawiło, że musiałem wracać znowu boczną drogą. Tej porannej jakoś nie mogłem odnaleźć. W sumie nie szkodzi, bo Tbilisi już dawno zdobyło moje serce i im więcej go, tym lepiej. Coraz mniej mam ochotę odwiedzać okoliczne atrakcje i szukam wymówek, by przez następne dwa dni krążyć w jego murach.

niedziela, 20 lutego 2011

Tbilisi skąpane w błocie pośniegowym

To miasto zdecydowanie ma w sobie to „coś”. Już pierwszy nieśmiały spacer jedynie utwierdza mnie w tym, że stolica Gruzji ma szansę dołączyć do grupy metropolii, które będę wspominać z czułością.

I to wbrew pogodzie. Po śniegu zostaje coraz mniej śladu. Z nieba zaciekle pada chłodny deszcz, przez który tworzy się owa specyficzna, miejska mgła oblepiająca każdy zaułek. Wilgoć jest wszechobecna. Tłuste od wody chodniki „zachęcają” do ślizgania się, więc trzeba uważać pod nogi.




W takich miejscach jak to człowiek czuje się jak dziecko (i to we mgle). Podróże można kochać za wiele rzeczy. Jedną z nich jest to uczucie, gdy trafiamy do odległego miejsca obcego nam pod każdym niemal względem. Miejsca którego mieszkańcy porozumiewają się językiem, którego nie jesteśmy w stanie zupełnie zrozumieć. A więc i ją teraz idę przez obce mi Tbilisi. Zerkam na szyldy i widzę w nich ciąg robaczków, które nie mówią mi zupełnie nic. Słucham rozmów ulicy i nie mam zielonego pojęcia czego mogą dotyczyć. Ba, nie jestem w stanie powtórzyć ani słowa. Podróże sprawiają, że znowu jesteśmy przez chwilę dziećmi – trzeba do nas mówić powoli, pokazywać rękami o co chodzi, a najlepiej nas jeszcze pogłaskać po główce i dać lizaka na do widzenia. A jak coś nabroimy? Trudno, wolno nam więcej, bo słodkie z nas gapy. Jak tego nie kochać?

Postanawiam dotrzeć do Starego Miasta. Jeżeli już znajdzie się drogę do głównej arterii miasta, czyli Alei Rustavieli, nie jest to zadanie zbyt trudne. Po prostu trzeba iść do przodu. A przy okazji podziwiać miejskie życie współczesnej Gruzji.



Aleja to najsłynniejsza ulica kraju. Jest szeroka i pełna reprezentacyjnych kamienic. Na środku suną sznury aut, co odbiera jej nieco zalet. O przebiegnięciu na drugą stronę nie ma mowy (co oznacza, że to nie może być Azja!). Do tego służą nieliczne podziemne przejścia.



W nich, chroniąc się przed deszczem, kryje się smutniejsze oblicze Tbilisi. Starsze kobieciny sprzedające pomarańcze, żebracy i bezdomni czekają na jałmużnę. Dużo tu takich widoków. Ale jednocześnie sporo tu także symboli bogactwa. Samochody są głównie nowe, zachodnie i najlepiej terenowe (co mnie wcale nie dziwi, bo błota tu więcej niż w Polsce). Pełno eleganckich sklepów i marek, na które nie ma co czekać w Warszawie. Dziwne to robi wrażenie, chociaż to nic nowego. Bieda i bogactwo idą ramię w ramię wszędzie na świecie.




Melduję się na placu o nazwie nie do wymówienia oraz zapamiętania. Gdzieś tutaj powinno zaczynać się Stare Miasto ale coś go nie widać. Ostatecznie trafiam tam nieco boczną drogą.




Ulice robią się wąskie i bardzo ale to bardzo zaniedbane. Pojawiają się budynki z charakterystycznymi zdobionymi balkonami. Zdarzają się drewniane, jak i metalowe balustrady o przeróżnych kształtach.



Przypomina mi się Nowy Orlean. Zadziwiające, że można odnaleźć taką samą zabudowę tak daleko od siebie. Oba miejsca dzieli od siebie naprawdę dużo, ale gdzieś koniec końców wyprodukowały one taki sam styl architektoniczny. Tyle tylko, że Tbilisi jest zaniedbane. O i to jak. Niektóre budynki wyglądają jakby zaraz miały się zapaść. Niektóre już to nawet zrobiły. Wszechobecny deszcz jedynie dodaje im smutnego oblicza. W tej wilgoci wszystko wygląda posępniej i szarzej. Jakby po dotknięciu miało się rozsypać w drobny pył.



Schodzę w dół (strome uliczki są tutaj wyzwaniem) i już nie wiem w którą stronę iść. Dookoła tyle atrakcyjnych zakątków walczy o moją uwagę. Pierwszeństwo ma jednak świątynia majestatycznie stojąca na urwisku po drugiej stronie rzeki Mtkvari. Kościół nazywa się Metekhi i jest spowity mgłą. Robi wrażenie mistyczne, nawet jeżeli dookoła mnie w najlepsze trwa samochodowy żywioł.




W Kościele jestem świadkiem ślubu (nie pierwszego i nie ostatniego tej niedzieli). Państwo młodzi zajeżdżają elegancką Wołgą, goście czekają, radosny nastrój jednak psuje nie tylko aura ale i istny gang cygański. Starsze kobiety namolnie upraszają się o datki, podczas gdy dzieci dosłownie uwieszają sie nóg jednego z członków orszaku.



Są przy tym strofowane przez starszyznę, której widać nie w smak ich znikoma efektywność. Omijam to wszystko szerokim łukiem w obawie o to, że romskie rączki pobrudzą moje spodnie.

Wracam mostem na drugą stronę i trafiam w wąskie uliczki Starówki. Można ją podzielić na dwie umowne części. Jedna z nich jest zadbana i wypucowana do granic możliwości. Dookoła sklepy (puste), kawiarnie (pustawe) i restauracje (też niezbyt zapchane). W ciepłe dni wszystko to musi tętnić energią, obecnie cóż... Kaskady deszczu padają na to nieco sztuczne miejsce i to tyle z życia okolicy.



Druga część, znacznie większa to prawdziwe Stare Miasto. Domy drewniane, obok nich domy murowane, wszystkie mniej albo więcej, ale proszą się o remont generalny. Ulice z kocimi łbami to się wznoszą, to opadają.




Nie wiadomo gdzie skręcić, bo w każdym zaułku widać fotogeniczne balkony, fronty i witryny. Jest tu brudno, szaro ale autentycznie do granic bólu czy nawet przesady. Kiedyś zapewne w to miejsce wkroczy komercja, budynki doczekają się ekip, które doprowadzą je do stanu perfekcji. Póki co jednak, takie Tbilisi jest wizytówką i mam nadzieję, że takim jeszcze będę miał okazję je kiedyś zobaczyć.



Chociaż to postawa nader samolubna. Nie jest łatwo żyć w takim miejscu. Ludzie mają tu oblicza złe i smutne, do tego stopnia, że czasami wolę nie denerwować ich widokiem obiektywu.

Mijam ciekawe sklepy. Można kupić sporo suwenirów (o lekkim rustykalno-sowieckim sznycie), wina jak i ikony. Tych ostatnich całkiem sporo i nawet przez chwilę rozważam nabycie posrebrzanego Jezusa do powieszenia nad ciągle wirtualnym kominkiem.



Religia odgrywa tu wielką rolę. Kościołów jest naprawdę dużo i w niemal każdym jest tłoczno przez cały dzień. Niektóre pochodzą sprzed setek lat. Jestem świadkiem kolejnego ślubu. Zdjęcia młodej pary, proszę o uśmiech – krzyczy fotograf, a w tle wyciąga rękę kolejny żebrak.



Ale trzeba Gruzinom coś oddać – co chwila widać kogoś kto daje monety osobom potrzebującym i zachodnia znieczulica tu jeszcze nie dotarła.

Dzień się kończy, a ja postanawiam znaleźć wyszynk godny mej obiado-kolacji. Ostatecznie trafiam do miejsca o nazwie Caravan, które serwuje miks dań wschodu i zachodu. Pojawia się w menu nawet uzbecki pilav, czyli, przypomnijmy, mięso z ryżem nazywane „grą wstępną”. Ja zamawiam danie o bliżej nieokreślonej nazwie, które okazało się być sutym mięsiwem z dużą dawką cebuli i papryki. Smaczne. Wypijam jedno małe piwo (no, dwa) i czuję, że moja głowa zaraz wybuchnie. Często tak mam pierwszego dnia gdzieś zagranicą. Od nadmiaru emocji, zmęczenia i świeżego powietrza w płucach, staję się królową angielską która ma migrenę. Z bólu mróżę oczy i w stylu na chińczyka wracam Aleją Rustaveli do siebie.

Mój długi sen jest naprawdę wypoczynkiem, mimo iż przez moją głowę regularnie przetaczają się mongolskie hordy.