środa, 23 lutego 2011

Dzień w którym Gruzinów znienawidziłem, a potem znowu pokochałem

W czasach ZSRR uważano Gruzję za najbogatszy kraj związkowy, a jego mieszkańców za najzamożniejszych. Było w tym wiele prawdy. Rzeczywiście żyło tu się powyżej „średniej radzieckiej”, a o majątkach zakaukaskich krążyły pośród szarych mas istne legendy. W sumie nic dziwnego, bo jakby nie spojrzeć, są tu niemal wszystkie czynniki składające się na sukces: znakomity, łagodny klimat, urodzajne ziemie oraz dobrzy ludzie. Przywykli do ciężkiej pracy, oszczędzania, a jednocześnie posiadający zmysł byśmy dziś rzekli „kapitalistyczny”.

Sporo się przez ostatnie lata jednak zmieniło. Gruzja pod względem wskaźników gospodarczych ustępuje nie tylko lokalnemu „tygrysowi kaspijskiemu” Azerbejdżanowi, ale również Armenii. Dopiero od niedawnej „rewolucji” zachodzą tu zmiany na lepsze. Liberalizacja gospodarki, napływ zachodnich inwestycji daje nadzieje na przyszłość godną przeszłości. Nie zmieniła się jedynie mentalność ludzka. Gruzin to z jednej strony dusza człowiek, ale padają i głosy krytyczne, że to po prostu cwaniak nad cwaniaki. Dzisiaj „na do widzenia” miałem okazję zapoznać się z oboma obliczami tego narodu.

Teraz gdy siedzę na lotnisku czuję oczywiście żal, że pora wyjeżdżać, chociaż w mojej głowie pojawił się pomysł, by tu wrócić w przyszłości. I to tej niedalekiej, bo za jakieś cztery miesiące. Ciekawe co na to Ania.



Rano odpuściłem sobie śniadanie i poszedłem grzecznie zapłacić za hotel. Wolę uiszczać opłaty na początku pobytu. Wtedy wiadomo na czym się stoi w kwestii finansów. Tym razem zrobiłem inaczej i czułem nosem zbliżającą się konfrontację. Zajęła się mną chyba żona właściciela. Z urody lokalna kobieta, z charakteru, cóż, pełna Niemka. A raczej teutońska wunder-woman, zdolna wycisnąć każdy grosz z turysty i dodatkowo go upodlić jak tego słowiańskiego psa. Dyskusja fakt, nie kleiła się nam od początku. Ona po niemiecku, ja do niej po angielsku. Najpierw nie rozumiała, że chcę wyjechać koło północy i uparcie mówiła o południu. Potem zaczęło się robić coraz mniej miło, jej głos się podnosił, a ja zacząłem używać mieszanki rosyjsko-polsko-niemiecko-angielskiej, co jest oznaką, że zaczynam tracić cierpliwość. Baba postanowiła skasować mnie nie za cztery noce, a za cztery i pół. Przyjechałem o 8:00 w niedzielę, więc w jej mniemaniu należy się opłata za pół doby. Normalnie doba hotelowa zaczyna się o 12:00. To że opuszczam jej przemiłe mury dwanaście godzin przed terminem nie ma już dla niej znaczenia. Na nic nie zdały się moje uwagi, że to trochę bez sensu. Nikt mnie nie uprzedzał, że muszę zapłacić więcej. Poza tym, miejsce świeci pustkami, więc problem jest głównie sztuczny. Na kilkanaście miejsc jest trzech gości. Trochę już się w hotelach w życiu nasiedziałem i w żadnym nie kazano mi płacić za wcześniejsze wejście do pokoju. Ba, w Da Nang oddali nam nawet połowę należności za dobę, gdy wymeldowaliśmy się wcześniej. I to sami z siebie. Tutaj jednak zostałem poważnie zdenerwowany i cóż, wtedy pomyślałem pierwszy raz źle o Gruzinach. Rozstaliśmy się w wielkiej niezgodzie. Ja biedniejszy o jakieś 60 zł i opluty, ona z bagażem obelg w czterech językach.

Nic tak nie napędza jak dobra kłótnia z rana, więc postanowiłem udać się na ostatni rekonesans. Gdzieś w tle tliła się jeszcze myśl, by się jednak zmusić i ruszyć poza miasto, ale znowu zaczęło z nieba coś padać. Drobny śnieg dla odmiany, a temperatura obniżyła się o kilka stopni, spadając do okolic zera.

W takim razie, skierowałem swoje kroki do metra.



Lubię podziemne kolejki i kiedy tylko jest sposobność, zawsze pozwalam sobie na mały rekonesans. Metro w Tbilisi to pozostałość po czasach sowieckich i przykład podobnych struktur budowanych niegdyś w najważniejszych miastach Imperium. Byłem ciekaw jak wypada w porównaniu z tym, które znam z Taszkientu.

Pierwsza wiadomość jest taka, że nie ma już instytucji żetonów. Zamiast tego – nowoczesna karta na którą można „nabić” dowolną kwotę na przejazdy. Mijam bramkę i wchodzę na ruchome schody. Te suną z zawrotną prędkością, więc trzeba umiejętnie wskoczyć na miejsce. Starsze babcie chyba łatwo tu nie mają.



Zjezdżam w piekielne czeluście. Perony są tu naprawdę głęboko pod ziemią. Po dotarciu na miejsce moim oczom ukazuje się dość skromny widok.





Tutejsze stacje to jeden peron z arkadami po obu stronach. Wszystko w
„radzieckich marmurach” naturalnie. Nic wielkiego. Jedno wejście, jedne schody, więc zgubić się nie ma szans. Proste to wszystko, ale takie były przecież wytyczne budowniczych radzieckich. To narzędzie dla ludu, nie dla handlu czy rozrywki. W porównaniu z podziemnymi tunelami znanymi z Nowego Jorku czy chociażby Sztokholmu (a nawet z Warszawy) wygląda to niepozornie.



Wagoniki takie jak u nas, czyli „ruskie”. Tylko jadą chyba szybciej, wesoło huśtając się po szynach. Wszędzie nieco ciemnawo, jakby światło na tej wysokości miało problem z rozpraszaniem mroku. Ciekawostką jest to, że na części trasy czuć bardzo silny zapach ... zgniłych jaj. To nie brud (jest tak w ogóle bardzo czysto), tylko wyziewy ze skał, w których drążone są tunele. Tbilisi to w końcu miasto siarkowych kąpeli termalnych.

Moja czujność czekisty została poważnie osłabiona i dostałem w nos za swoje. Wszędzie w byłym ZSRR, metra służyły i wciąż służą „celom militarnym”. Nikt nie wie jakim dokładnie, ale przekaz jest jasny – zdjęć robić nie wolno, bo nie wolno robić zdjeć (ponieważ nie wolno). Ja użyłem kilka razy aparatu nieco z ukrycia i jako że nic się nie działo, pozwoliłem sobie na więcej swobody. Na jednej stacji to przeszło, na drugiej też i na trzeciej również. Ale na czwartej miałem już pecha. W moim kierunku wędruje policjant, każe się wylegitymować i zaczynają się problemy. Dzwoni do swojego szefa (z komórki co uznałem za nawet zabawne) i mówi mi, że „musimy porozmawiać”. No to wędrujemy schodami na górę. Jest naprawdę miły, jakoś się rozumiemy, chociaż on do mnie po rosyjsku a ja do niego po angielsku lub polsku. Spędziłem ostatecznie jakąś ponad godzinę w asyście kilku policjantów na posterunku w metrze. Mój paszport wędrował z rąk do rąk, nazwisko było wielokrotnie literowane do kolejnych telefonów komórkowych (co uważałem nadal za całkiem zabawne. Nie mają tu krótkofalówek?). Stempelki wzbudzały ciekawość i niepewność. Padały pytania kim jestem, gdzie pracuję, gdzie mieszkam i po co tu przyjechałem. Może złapali szpiega?

Wtedy nie czułem się do końca pewnie. W końcu to może być naprawdę problem. Ktoś może chcieć się popisać i z błahej sprawy zrobi się afera. Oczami wyobraźni już widziałem siebie uwięzionego gdzieś w kazamatach. Spocony tłusty oficer leje po mnie po pysku i każe przyznać się dla jakiego wywiadu pracuję.

Tajlandia? Uzbekistan? Łotwa? Trynidad i Tobago? Nie chcesz mówić? Szota, poczęstuj tego psubrata znowu prądem po jajkach!

Ania spędza kolejne bezsenne noce, próbując wydostać mnie z opresji. Polskie MSZ grozi zerwaniem stosunków dyplomatycznych. Czempiński w telewizji sugeruje użycie oddziałów GROM do odbicia. W mediach pojawiają się notki z mego życiorysu, pod ambasadą Gruzji w Warszawie koledzy nieprzerwanie protestują w mej obronie. Bojówki atakują sklepy sprzedające wodę Borjomi i biją Gruzinów mieszkających w Polsce...

Tyle fantazji. Po pewnym czasie dostaję z powrotem paszport i jestem wolny. Spisano tylko jakiś dokument, więc jeżeli w tutejszym metrze dojdzie kiedyś do zamachu, mogę spodziewać się kłopotów. Żegnam się wylewnie z policjantami i idę w swoją stronę. Dla pewności – biegnę. Byli sympatyczni i nawet ich polubiłem, ale wolałem jak najszybciej znaleźć się w innym miejscu.

Ach. Zdjęć nie kazali mi skasować. Zupełnie o nich zapomnieli...

Po tych emocjach przyszła pora na żegnanie się z zaułkami. Jako że byłem na drugim brzegu rzeki, jeszcze raz pokręciłem się po zapuszczonych okolicach na wzgórzu. Odwiedziłem inny mały kościółek na skale, który wcześniej minąłem nawet go nie zauważając i złożyłem tam skromny datek w podziękowaniu za moje uwolnienie.



W kościele Metekhi mógłbym za to przywitać się z każdym żebrakiem, bo widują mnie kolejny już raz. Jak zawsze, hojnie rozdaję siarczyste „niet” jako odpowiedź na propozycję ich wsparcia.


Można by stwierdzić, że po tylu dniach i tylu kilometrach w nogach widziałem już wszystko na Starym Mieście ale nie byłaby to prawda. Tym razem, po raz pierwszy, dotarłem do murów obronnych. Ładna okolica, dobrze utrzymana, z domostwami o imponujących balkonach.



Wystarczy jednak skręcić w bok, by próchniejące drewno znowu stało się elementem dominującym w zabudowie. Piękne jest Tbilisi. I to wypucowane i to zgniłe chyba jeszcze bardziej.



Jako że po porannej scysji nie zamierzałem już jadać w Kartli, poszedłem na obiad do Caravanu. Byłem tam pierwszego dnia. Lokal pusty. Załapałem się na „biznes lunch”. Za niecałe 16 GEL zamówiłem zestaw z zupą cebulową, sałatką mięsną i pieczoną rybą. Do tego woda i herbata. Dobre, pożywne i tanie. Polecam.



Wystarczyło skręcić z Rustavieli, by znowu stwierdzić, że nie widziało się jeszcze wszystkiego. Znowu trafiłem w ciekawe zaułki. Za jakiś czas, wyremontowane i tętniące życiem będą zapewne turystycznymi perełkami. Póki co jednak, jest tam pusto i nieco smutno. Czasami jedynym odgłosem słyszalnym w promieniu stu metrów był mój charkot. Ciągle pod górę w tym Tbilisi.



Potem Pan uprawiał relaks w swoim pokoju. Jutro czeka mnie ciężki dzień, przylot bladym świtem i od razu z lotniska do pracy, bo urlopu żal. Nieco więc pospałem, spakowałem się i koło północy opuściłem lokum. Czy polecam? Niekoniecznie. Mogli sobie odpuścić naciąganie mnie na te 60 zł i obrażanie, bądź co bądź, ale swojego klienta.

Na portierni spotkałem jednak miłego chłopaka, który dorabia jako nocny stróż. Pooglądaliśmy chwilę Ligę Mistrzów, porozmawialiśmy o piłce nożnej, Gruzji i Polsce. Wylewnie się pożegnaliśmy i wsiadłem do zamówionej przez niego taksówki. Mili Ci Gruzini.

To tutaj zrodziło się powiedzenie: lepiej mieć córkę prostytutkę niż syna taksówkarza. Trasa na lotnisko była piękna, a ja żałowałem, że ani razu nie pospacerowałem po tym mieście po zmroku. Wszystko było tak ładnie podświetlone...



Na samym końcu wręczam banknot 50 GEL i czekam na 25 reszty. Dostałem jednak o pięć mniej. Szkoda, że nie zauważyłem tego wcześniej. Znowu moja wina. Widać taksówkarz się zagapił i tym samym niechcący potwierdził autentyczność przysłowia cytowanego wcześniej. Ach, ta Gruzja... Trzeba tu chyba będzie wrócić.