Najpierw dotarłem do Gościszowa, niewielkiej wsi położonej niedaleko Bolesławca. O poranku było tam cicho i zupełnie pusto, więc w spokoju mogłem zapoznać się z dwoma zabytkami. Po pierwsze, lokalny kościół. Niepozorny i zwyczajny, ale w praktyce, pochodzący z XII wieku i reprezentujący jeszcze styl romański. Nic szczególnie ciekawego, szczególnie, że obok już widziałem zamkowe ruiny, dla których tam w ogóle przyjechałem.

Zamek w Gościszewie to tzw. trwała ruina. Aczkolwiek, przez lata była nadzieja, że prywatny właściciel przywróci ten obiekt do dawnej świetności. Obecnie nie wiem jaki jest jego status, natomiast teren nie jest ogrodzony i każdy może sobie na teren dawnego założenia zamkowego wejść. A i zapewne coś ukraść też jeszcze da radę, aczkolwiek, chyba już niewiele zostało. Smutny to był widok, a najsmutniejsze jest to, że takich miejsc na Dolnym Śląsku są setki. Z każdym dniem znikają i zapadają się, aż pewnego dnia, niestety, znikną zupełnie. Zamek w Gościszewie już znika. A w sumie, to nawet już zniknął.


Jak skończyłem dumać nad ochroną zabytków, to wsiadłem do samochodu i ruszyłem dalej. Do Lwówka Śląskiego, czyli miasta, które w całej Polsce jest znane dzięki swojemu browarowi. Którego produkty nawet lubię i często kupuję. W mieście znajduje się ponoć 500 zabytków. Biorąc pod uwagę liczbę ludności (poniżej 10 tysięcy) oznacza to, że jeden zabytek przypada tu na … 20 osób.

Lwówek jest więc zabytkowy, ale i współczesny. Wojna nie ominęła miasta, zniszczenia były spore, więc historyczna zabudowa miesza się tu z epoką PRL-u oraz epoką III RP, symbolizowaną przez wściekłą pastelozę. Zjawisko dobrze znane, jestem wytrenowany w tym co trzeba zrobić. A trzeba po prostu nieco przymknąć oko i udawać, że pewnych rzeczy się nie po prostu nie widzi. Z drugiej strony, ten miks historii i ahistorycznej bylejakości ma pewien urok. Szczególnie jak nie trzeba tam na co dzień mieszkać i każdego dnia na to patrzeć.

Lwówek ma ratusz, trochę kamienic, w tym tą, w której mieści się Apteka Ław Chlebowych, placówka o wielowiekowej zresztą historii. Do tego, zachowało się sporo rzeźb, które ciekawie kontrastują na tle blokowej zabudowy. Miasto mi się nawet spodobało, chociaż nie minęło dużo czasu, gdy z niego uciekłem. Rano pogoda wyglądała nader kusząco, ale w ciągu dnia zrobiło się mroźno i nieprzyjemnie. Kąsał silny wiatr, a do tego, zaczął padać śnieg, na co w ogóle nie byłem przygotowany. Ogrzałem się w samochodzie i ruszyłem dalej.



Dalej, czyli do Gryfowa Śląskiego. Jaka piękna nazwa miasta. Taka “wiedźmińska”, tajemnicza, sugerująca jakieś nieprzyjazne obcym wsioło, położone gdzieś z dala od uczęszczanych traktów. Rzeczywistość nie była wcale tak odległa od tych wizji przemarźniętego umysłu.

Miasteczko jest zdecydowanie mniejsze i mniej ruchliwe od Lwówka. Było też bardziej zapuszczone, ale i mniej dotknięte przez współczesność oraz PRL-owskie wizje architektoniczne. Centralny punkt śródmieścia, czyli ratusz był zaskakująco inny od “dolnośląskich standardów”. Przede wszystkim, dzięki swojej wieży, która była żelbetonowa i przypominała swoją surową formą architekturę faszystowską. Zresztą słusznie, bo zastąpiła ona poprzednią właśnie w latach 30-tych, a wiadomo na kim się wtedy chętnie wzorowano (podpowiem, że chodzi o pewnego łysego Włocha).

W Gryfowie chciałem zjeść obiad, ale padał śnieg, wiał wiatr, moje ręce i uszy odmawiały w takich warunkach współpracy, grożąc odmrożeniem i odpadnięciem. Ruszyłem więc dalej, aczkolwiek z pewnym żalem, bo miasteczko strasznie mi się spodobało.




Kierunek - Lubomierz. Od dawna chciałem tam pojechać. To miasteczko jest znane przede wszystkim dlatego, że to tutaj kręcono wiele scen ulubionej komedii obecnych 60-latków, czyli “Samych Swoich” i jej dwóch kontynuacji. To na lubomierskim ryneczku kolejne pokolenia Polaków poznawały młynarza Kokeszkę i oglądały jak Wicia ujeżdża kota. To znaczy, konia. Albo nawet kunia.
Trylogia Chęcińskiego kojarzy mi się z dzieciństwem oraz świętami. Bo najczęściej puszczano ją w telewizji właśnie wtedy, a ja, chcąc czy nie, zawsze oglądałem ją z resztą domowników. Niekoniecznie bawiła mnie tak jak innych, ale dosłownie wczoraj obejrzałem “Samych Swoich” ponownie, po latach i nawet nieco się wzruszyłem, gdy okazało się ile wspomnień mam z tym filmem.

Sam Lubomierz, pomimo aury, był naprawdę piękny. Małomiasteczkowy rynek ma dziwną i niespotykaną formę. Jest wydłużony, napisałbym, że “wydłużony niczym wrzeciono”, ale w sumie nie wiem co to jest wrzeciono, więc tak nie napiszę. Dzieli się na dwie części, rynek górny i dolny. Zabudowa jest zwarta, a okoliczne zakamarki oferują mnóstwo historycznych detali, takich jak rzeźby, zdobne fasady, godła dawnych cechów czy kamieniczne podcienia. W sezonie jest tam pewnie uroczo. Poza sezonem zaś, cóż, było nadal ciekawie, ale nieco pusto.



Jednak nie aż tak pusto jak mogłoby się wydawać. Odwiedziłem tutejsze muzeum Kargula i Pawlaka. Spodziewałem się, że będzie zamknięte na cztery spusty, ale niedość, że było czynne, to jeszcze w środku byli inni ludzie. Trochę się tym zdziwiłem. Sama placówka nieszczególnie warta uwagi, ale nie żałowałem odwiedzin, szczególnie, że mogłem na własne oczy zobaczyć np. walizki Jaśka, czyli jeden z eksponatów z filmu. Co za wzruszenie, co za emocje.


Pochodziłem dookoła i tak zgłodniałem, że uznałem, że pora naprawdę poszukać jakiejś restauracji. W Lubomierzu znalazłem tylko lokalnego kebaba, ale wyglądał na miejsce, w którym do sosu dodają również wpierdol, więc wycofałem się do miejsca, gdzie szansa na posiłek była największa, a na wpierdol trochę mniejsza. Czyli do Lwówka. Tam pojadłem, odpocząłem i uznałem, że to był naprawdę pożytecznie spędzony dzień. W drodze powrotnej zahaczyłem jeszcze o Nowogrodziec, gdzie niestety znalazłem tylko jeden kościół oraz rozkopany rynek.

Po powrocie do Bolesławca pognałem jeszcze na kolację do przyrynkowej “Oleńki” i pożegnałem się z zaułkami tego zdecydowanie magicznego miasteczka, do którego trzeba będzie koniecznie przyjechać raz jeszcze w tzw. sezonie. Z całą pewnością jest tego warte.











