sobota, 24 lutego 2018

24.02, Sami Swoi i inne atrakcje

Ten dzień miały cały dla siebie. Rano wsiadłem w samochód i ruszyłem w drogę, mając w planie odwiedzenie kilku ciekawych miejsc w okolicy. Kusiło mnie żeby znowu zobaczyć Zamek Grodziec, albo wpaść do Jawora. Ale ostatecznie wybrałem zupełnie inne atrakcje. Szczególnie, że tych nie brakowało. Czy już wspominałem, że kocham za to Dolny Śląsk?

Najpierw dotarłem do Gościszowa, niewielkiej wsi położonej niedaleko Bolesławca. O poranku było tam cicho i zupełnie pusto, więc w spokoju mogłem zapoznać się z dwoma zabytkami. Po pierwsze, lokalny kościół. Niepozorny i zwyczajny, ale w praktyce, pochodzący z XII wieku i reprezentujący jeszcze styl romański. Nic szczególnie ciekawego, szczególnie, że obok już widziałem zamkowe ruiny, dla których tam w ogóle przyjechałem.

Zamek w Gościszewie to tzw. trwała ruina. Aczkolwiek, przez lata była nadzieja, że prywatny właściciel przywróci ten obiekt do dawnej świetności. Obecnie nie wiem jaki jest jego status, natomiast teren nie jest ogrodzony i każdy może sobie na teren dawnego założenia zamkowego wejść. A i zapewne coś ukraść też jeszcze da radę, aczkolwiek, chyba już niewiele zostało. Smutny to był widok, a najsmutniejsze jest to, że takich miejsc na Dolnym Śląsku są setki. Z każdym dniem znikają i zapadają się, aż pewnego dnia, niestety, znikną zupełnie. Zamek w Gościszewie już znika. A w sumie, to nawet już zniknął.


Jak skończyłem dumać nad ochroną zabytków, to wsiadłem do samochodu i ruszyłem dalej. Do Lwówka Śląskiego, czyli miasta, które w całej Polsce jest znane dzięki swojemu browarowi. Którego produkty nawet lubię i często kupuję. W mieście znajduje się ponoć 500 zabytków. Biorąc pod uwagę liczbę ludności (poniżej 10 tysięcy) oznacza to, że jeden zabytek przypada tu na … 20 osób.

Lwówek jest więc zabytkowy, ale i współczesny. Wojna nie ominęła miasta, zniszczenia były spore, więc historyczna zabudowa miesza się tu z epoką PRL-u oraz epoką III RP, symbolizowaną przez wściekłą pastelozę. Zjawisko dobrze znane, jestem wytrenowany w tym co trzeba zrobić. A trzeba po prostu nieco przymknąć oko i udawać, że pewnych rzeczy się nie po prostu nie widzi. Z drugiej strony, ten miks historii i ahistorycznej bylejakości ma pewien urok. Szczególnie jak nie trzeba tam na co dzień mieszkać i każdego dnia na to patrzeć.

Lwówek ma ratusz, trochę kamienic, w tym tą, w której mieści się Apteka Ław Chlebowych, placówka o wielowiekowej zresztą historii. Do tego, zachowało się sporo rzeźb, które ciekawie kontrastują na tle blokowej zabudowy. Miasto mi się nawet spodobało, chociaż nie minęło dużo czasu, gdy z niego uciekłem. Rano pogoda wyglądała nader kusząco, ale w ciągu dnia zrobiło się mroźno i nieprzyjemnie. Kąsał silny wiatr, a do tego, zaczął padać śnieg, na co w ogóle nie byłem przygotowany. Ogrzałem się w samochodzie i ruszyłem dalej.



Dalej, czyli do Gryfowa Śląskiego. Jaka piękna nazwa miasta. Taka “wiedźmińska”, tajemnicza, sugerująca jakieś nieprzyjazne obcym wsioło, położone gdzieś z dala od uczęszczanych traktów. Rzeczywistość nie była wcale tak odległa od tych wizji przemarźniętego umysłu.

Miasteczko jest zdecydowanie mniejsze i mniej ruchliwe od Lwówka. Było też bardziej zapuszczone, ale i mniej dotknięte przez współczesność oraz PRL-owskie wizje architektoniczne. Centralny punkt śródmieścia, czyli ratusz był zaskakująco inny od “dolnośląskich standardów”. Przede wszystkim, dzięki swojej wieży, która była żelbetonowa i przypominała swoją surową formą architekturę faszystowską. Zresztą słusznie, bo zastąpiła ona poprzednią właśnie w latach 30-tych, a wiadomo na kim się wtedy chętnie wzorowano (podpowiem, że chodzi o pewnego łysego Włocha).

W Gryfowie chciałem zjeść obiad, ale padał śnieg, wiał wiatr, moje ręce i uszy odmawiały w takich warunkach współpracy, grożąc odmrożeniem i odpadnięciem. Ruszyłem więc dalej, aczkolwiek z pewnym żalem, bo miasteczko strasznie mi się spodobało.




Kierunek - Lubomierz. Od dawna chciałem tam pojechać. To miasteczko jest znane przede wszystkim dlatego, że to tutaj kręcono wiele scen ulubionej komedii obecnych 60-latków, czyli “Samych Swoich” i jej dwóch kontynuacji. To na lubomierskim ryneczku kolejne pokolenia Polaków poznawały młynarza Kokeszkę i oglądały jak Wicia ujeżdża kota. To znaczy, konia. Albo nawet kunia.

Trylogia Chęcińskiego kojarzy mi się z dzieciństwem oraz świętami. Bo najczęściej puszczano ją w telewizji właśnie wtedy, a ja, chcąc czy nie, zawsze oglądałem ją z resztą domowników. Niekoniecznie bawiła mnie tak jak innych, ale dosłownie wczoraj obejrzałem “Samych Swoich” ponownie, po latach i nawet nieco się wzruszyłem, gdy okazało się ile wspomnień mam z tym filmem.

Sam Lubomierz, pomimo aury, był naprawdę piękny. Małomiasteczkowy rynek ma dziwną i niespotykaną formę. Jest wydłużony, napisałbym, że “wydłużony niczym wrzeciono”, ale w sumie nie wiem co to jest wrzeciono, więc tak nie napiszę. Dzieli się na dwie części, rynek górny i dolny. Zabudowa jest zwarta, a okoliczne zakamarki oferują mnóstwo historycznych detali, takich jak rzeźby, zdobne fasady, godła dawnych cechów czy kamieniczne podcienia. W sezonie jest tam pewnie uroczo. Poza sezonem zaś, cóż, było nadal ciekawie, ale nieco pusto.



Jednak nie aż tak pusto jak mogłoby się wydawać. Odwiedziłem tutejsze muzeum Kargula i Pawlaka. Spodziewałem się, że będzie zamknięte na cztery spusty, ale niedość, że było czynne, to jeszcze w środku byli inni ludzie. Trochę się tym zdziwiłem. Sama placówka nieszczególnie warta uwagi, ale nie żałowałem odwiedzin, szczególnie, że mogłem na własne oczy zobaczyć np. walizki Jaśka, czyli jeden z eksponatów z filmu. Co za wzruszenie, co za emocje.


Pochodziłem dookoła i tak zgłodniałem, że uznałem, że pora naprawdę poszukać jakiejś restauracji. W Lubomierzu znalazłem tylko lokalnego kebaba, ale wyglądał na miejsce, w którym do sosu dodają również wpierdol, więc wycofałem się do miejsca, gdzie szansa na posiłek była największa, a na wpierdol trochę mniejsza. Czyli do Lwówka. Tam pojadłem, odpocząłem i uznałem, że to był naprawdę pożytecznie spędzony dzień. W drodze powrotnej zahaczyłem jeszcze o Nowogrodziec, gdzie niestety znalazłem tylko jeden kościół oraz rozkopany rynek.

Po powrocie do Bolesławca pognałem jeszcze na kolację do przyrynkowej “Oleńki” i pożegnałem się z zaułkami tego zdecydowanie magicznego miasteczka, do którego trzeba będzie koniecznie przyjechać raz jeszcze w tzw. sezonie. Z całą pewnością jest tego warte.

piątek, 23 lutego 2018

23.02, Światowa Stolica Buncloków

Nie każdy żonaty mężczyzna wie, że zgodnie z polskim prawem, mężowi, po trzech latach związku, przysługuje prawo do jednego weekendu rocznie spędzonego bez żony oraz dzieci. Wystarczy jedynie wypełnić stosowny wniosek, potwierdzić wzorowe zachowanie, no i trochę poczekać, aż organ administracyjny w postaci małżonki, wyrazi na to zgodę. Złożyłem dokumenty i nawet o nich zapomniałem, kiedy dotarła do mnie radosna nowina - mogę jechać, pozytywna decyzja wydana!

Wybrałem oczywiście Dolny Śląsk. Zanim zdecydowałem się gdzie pojadę dokładnie, spędziłem kilka wieczorów na analizie map i książek. A mam ich, tak swoją drogą, coraz więcej, co wcale nie ułatwia, a wręcz utrudnia wybór. Ostatecznie zdecydowałem się na Bolesławiec, niewielkie miasteczko, które przed wojną nazywało się Bunzlau i znane jest, jeżeli w ogóle, to z ceramiki. Czyli tzw. buncloków, które do dziś się w nim produkuje, czy raczej, tworzy, bo to małe dzieła sztuki użytkowej przecież.

Droga była prosta i przyjemna. Najpierw jest “esósemka”, która w pewnym momencie robi się zawsze pusta, potem zaś wjeżdża się na dolnośląskie drogi, które przejeżdżają przez mniej lub bardziej zapuszczone wsioła, może ubogie i brudnawe, ale jakże urokliwe w porównaniu do krajobrazów dróg mazowieckich. Jakże tego nie kochać, no jakże?

Mój hotel był ciekawy i trochę dziwny. Jego właścicielem jest ponoć znany polski mim, uczeń samego Marcela Marceau (który pewnie miał takich uczniów tysiące, ale nie umniejszamy). Było w nim pełno bibelotów, co nadawało wnętrzom ciężkiego klimatu, który kojarzy mi się ze starszymi ludźmi. No ale nieważne to. Zabawne było to, że na recepcji poinformowano mnie, że w hotelowym barze odbywa się wieczorna zabawa taneczna i jako gościowi hotelu przysługuje mi darmowa rezerwacja stolika. Kusiło mnie to trochę, nie powiem, ale oparłem się rubasznej wizji i ruszyłem w miasto. Szczególnie, że już z okna samochodu widziałem, że jest ciekawe.

I się nie pomyliłem. Bolesławiec to jedna z tych miejskich perełek, której brakuje na większości turystycznych map i w sumie, nie do końca wiadomo dlaczego. Zapewne przez wzgląd na historię oraz to, że przez wiele lat nie za bardzo wiedziano jak sobie poradzić z tym germańskim dziedzictwem, które wyłazi z każdego kąta. Ale mamy rok 2019, od zakończenia wojny minęły 74 lata, a tu nadal nic. Dziwne to trochę. Chociaż o tym, że nie jest to łatwe świadczyć może chociażby lokalny pomnik nr1, czyli obelisk upamiętniający rosyjskiego feldmarszałka Kutuzowa. Pogromca armii Napoleona był może bohaterem dla Niemców czy Rosjan, ale dla Polaków już chyba niekoniecznie. A symbol jego krótkiej, acz w sumie wiecznej (bo tu zmarł) wizyty w dawnym Bunzlau, stoi po dziś dzień, chociaż pod cokołem już nie zostawia się pewnie wiązanek w rocznicę jego śmierci.

Wielka polityka i wielki świat omijały jednak to miasto. Dlatego też, zachowało się ono w zaskakująco dobrej kondycji. Starą część miasta oplatają miejskie mury. Niezbyt szczelnie, bo nie zostało ich wiele, ale są i nadal stanowią linię demarkacyjną między “nowym”, a “starym”. Przy czym, nawet nowe oznacza tu de facto coś starego, bo mowa o zabudowie, gdzieś na oko, XIX wiecznej. Jednym słowem, czuć tu historią. Całości dobrego wrażenia dopełniają basteje i bramy wjazdowe. Latem zapewne okolice murów są pełne zieleni, zimą, niestety, wszystko prezentowało się trochę mniej reprezentatywnie, aczkolwiek, błękitne niebo sprzyjało kontemplacji.

Rynek jest zachowany w całości. Jest przede wszystkim piękny, ale i zaskakująco duży. Czy też raczej, przestronny, bo o wolną przestrzeń się rozchodzi. Wygląda trochę inaczej niż np. ten z Jeleniej Góry, również przez to, że bolesławskie kamienice są nieco większe, ale z kolei, są pozbawione arkad. Widać, coś za coś, jak to w życiu bywa.



Ratusz przypomina wszystkie inne dolnośląskie ratusze, które już widziałem w życiu. Jest oczywiście wysoka wieża zwieńczona hełmem, a elewacja jest częściowo ozdobiona wzorkami, które u osób znających się na architekturze pewnie przywołują skojarzenia z włoskim Renesansem.


I jak to zimą bywa, dookoła niego było niemal zawsze pusto. Miałem niemal cały Bolesławiec dla siebie, więc korzystałem z tego ile mogłem. Pomyślałem, że podróżowanie po Polsce, szczególnie poza sezonem i szczególnie po Dolnym Śląsku, to zawsze, większa czy mniejsza, samotność. Ogólnie, podczas tego wyjazdu dużo myślałem, co nie zdarza mi się codziennie.

Obiad zjadłem w przyrynkowej restauracji. Menu oferowało rodzimą klasykę, która aż się prosiła o interwencję Magdy Gessler. Było nawet smacznie, ale wszystko, łącznie z jedzeniem, pachniało naftaliną i taką brudną trochę “klasycznością”. Nawet światła były takie jakieś przygaszone, stonowane. Klientela też była ciekawa. Obok mnie siedziała para lokalnych reprezentantów bolesławskiej inteligencji. Prowadzili ciekawe rozmowy, którym się bezwstydnie przysłuchiwałem. Rozmawiali o Danielu Passencie, o jakimś antyżydowskim filmie nieznanego mi twórcy, o tym kto wyjechał w Marcu ‘68 i co obecnie robi. Przynajmniej można powiedzieć, że ich zainteresowania były konkretne. Po obiedzie zdecydowali się na deser i kino. Poszli na … “Kobiety Mafii”, nowy film Patryka Vegi, o którym rozmawiali tak jakby był reprezentantem co najmniej kina moralnego niepokoju. Dawno nie miałem do czynienia z takim natężeniem absurdów i pewnie dlatego tak zafascynowała mnie ta rozmowa oraz prowadząca ją dwójka osób.

Acha. Do obiadu wypiłem piwa, a może trzy. Nabrałem dalszej ochoty na spacery, chociaż mróz był srogi tego dnia. Ale nie mogłem się oprzeć ani miastu, ani dobrej pogodzie, którą tak rzadko miewamy podczas zimy. Długi czas spędziłem na obcowaniu z chyba najważniejszym zabytkiem miasta, czyli Kościołem pw. Wniebowzięcia NMP i Św. Mikołaja. Pochodzi z XIII wieku i pomimo paskudnych remontowych płacht, wprost nie mogłem od niego oderwać oczu. Szczególnie pięknie prezentował się z oddali, na tle błękitnego nieba, oświetlany promieniami zachodzącego słońca. Byłby pierwszoligowym zabytkiem w każdym polskim mieście. A idę o zakład, że znikomy procent Polaków w ogóle wie o jego istnieniu. Może to i dobrze?