piątek, 23 lutego 2018

23.02, Światowa Stolica Buncloków

Nie każdy żonaty mężczyzna wie, że zgodnie z polskim prawem, mężowi, po trzech latach związku, przysługuje prawo do jednego weekendu rocznie spędzonego bez żony oraz dzieci. Wystarczy jedynie wypełnić stosowny wniosek, potwierdzić wzorowe zachowanie, no i trochę poczekać, aż organ administracyjny w postaci małżonki, wyrazi na to zgodę. Złożyłem dokumenty i nawet o nich zapomniałem, kiedy dotarła do mnie radosna nowina - mogę jechać, pozytywna decyzja wydana!

Wybrałem oczywiście Dolny Śląsk. Zanim zdecydowałem się gdzie pojadę dokładnie, spędziłem kilka wieczorów na analizie map i książek. A mam ich, tak swoją drogą, coraz więcej, co wcale nie ułatwia, a wręcz utrudnia wybór. Ostatecznie zdecydowałem się na Bolesławiec, niewielkie miasteczko, które przed wojną nazywało się Bunzlau i znane jest, jeżeli w ogóle, to z ceramiki. Czyli tzw. buncloków, które do dziś się w nim produkuje, czy raczej, tworzy, bo to małe dzieła sztuki użytkowej przecież.

Droga była prosta i przyjemna. Najpierw jest “esósemka”, która w pewnym momencie robi się zawsze pusta, potem zaś wjeżdża się na dolnośląskie drogi, które przejeżdżają przez mniej lub bardziej zapuszczone wsioła, może ubogie i brudnawe, ale jakże urokliwe w porównaniu do krajobrazów dróg mazowieckich. Jakże tego nie kochać, no jakże?

Mój hotel był ciekawy i trochę dziwny. Jego właścicielem jest ponoć znany polski mim, uczeń samego Marcela Marceau (który pewnie miał takich uczniów tysiące, ale nie umniejszamy). Było w nim pełno bibelotów, co nadawało wnętrzom ciężkiego klimatu, który kojarzy mi się ze starszymi ludźmi. No ale nieważne to. Zabawne było to, że na recepcji poinformowano mnie, że w hotelowym barze odbywa się wieczorna zabawa taneczna i jako gościowi hotelu przysługuje mi darmowa rezerwacja stolika. Kusiło mnie to trochę, nie powiem, ale oparłem się rubasznej wizji i ruszyłem w miasto. Szczególnie, że już z okna samochodu widziałem, że jest ciekawe.

I się nie pomyliłem. Bolesławiec to jedna z tych miejskich perełek, której brakuje na większości turystycznych map i w sumie, nie do końca wiadomo dlaczego. Zapewne przez wzgląd na historię oraz to, że przez wiele lat nie za bardzo wiedziano jak sobie poradzić z tym germańskim dziedzictwem, które wyłazi z każdego kąta. Ale mamy rok 2019, od zakończenia wojny minęły 74 lata, a tu nadal nic. Dziwne to trochę. Chociaż o tym, że nie jest to łatwe świadczyć może chociażby lokalny pomnik nr1, czyli obelisk upamiętniający rosyjskiego feldmarszałka Kutuzowa. Pogromca armii Napoleona był może bohaterem dla Niemców czy Rosjan, ale dla Polaków już chyba niekoniecznie. A symbol jego krótkiej, acz w sumie wiecznej (bo tu zmarł) wizyty w dawnym Bunzlau, stoi po dziś dzień, chociaż pod cokołem już nie zostawia się pewnie wiązanek w rocznicę jego śmierci.

Wielka polityka i wielki świat omijały jednak to miasto. Dlatego też, zachowało się ono w zaskakująco dobrej kondycji. Starą część miasta oplatają miejskie mury. Niezbyt szczelnie, bo nie zostało ich wiele, ale są i nadal stanowią linię demarkacyjną między “nowym”, a “starym”. Przy czym, nawet nowe oznacza tu de facto coś starego, bo mowa o zabudowie, gdzieś na oko, XIX wiecznej. Jednym słowem, czuć tu historią. Całości dobrego wrażenia dopełniają basteje i bramy wjazdowe. Latem zapewne okolice murów są pełne zieleni, zimą, niestety, wszystko prezentowało się trochę mniej reprezentatywnie, aczkolwiek, błękitne niebo sprzyjało kontemplacji.

Rynek jest zachowany w całości. Jest przede wszystkim piękny, ale i zaskakująco duży. Czy też raczej, przestronny, bo o wolną przestrzeń się rozchodzi. Wygląda trochę inaczej niż np. ten z Jeleniej Góry, również przez to, że bolesławskie kamienice są nieco większe, ale z kolei, są pozbawione arkad. Widać, coś za coś, jak to w życiu bywa.



Ratusz przypomina wszystkie inne dolnośląskie ratusze, które już widziałem w życiu. Jest oczywiście wysoka wieża zwieńczona hełmem, a elewacja jest częściowo ozdobiona wzorkami, które u osób znających się na architekturze pewnie przywołują skojarzenia z włoskim Renesansem.


I jak to zimą bywa, dookoła niego było niemal zawsze pusto. Miałem niemal cały Bolesławiec dla siebie, więc korzystałem z tego ile mogłem. Pomyślałem, że podróżowanie po Polsce, szczególnie poza sezonem i szczególnie po Dolnym Śląsku, to zawsze, większa czy mniejsza, samotność. Ogólnie, podczas tego wyjazdu dużo myślałem, co nie zdarza mi się codziennie.

Obiad zjadłem w przyrynkowej restauracji. Menu oferowało rodzimą klasykę, która aż się prosiła o interwencję Magdy Gessler. Było nawet smacznie, ale wszystko, łącznie z jedzeniem, pachniało naftaliną i taką brudną trochę “klasycznością”. Nawet światła były takie jakieś przygaszone, stonowane. Klientela też była ciekawa. Obok mnie siedziała para lokalnych reprezentantów bolesławskiej inteligencji. Prowadzili ciekawe rozmowy, którym się bezwstydnie przysłuchiwałem. Rozmawiali o Danielu Passencie, o jakimś antyżydowskim filmie nieznanego mi twórcy, o tym kto wyjechał w Marcu ‘68 i co obecnie robi. Przynajmniej można powiedzieć, że ich zainteresowania były konkretne. Po obiedzie zdecydowali się na deser i kino. Poszli na … “Kobiety Mafii”, nowy film Patryka Vegi, o którym rozmawiali tak jakby był reprezentantem co najmniej kina moralnego niepokoju. Dawno nie miałem do czynienia z takim natężeniem absurdów i pewnie dlatego tak zafascynowała mnie ta rozmowa oraz prowadząca ją dwójka osób.

Acha. Do obiadu wypiłem piwa, a może trzy. Nabrałem dalszej ochoty na spacery, chociaż mróz był srogi tego dnia. Ale nie mogłem się oprzeć ani miastu, ani dobrej pogodzie, którą tak rzadko miewamy podczas zimy. Długi czas spędziłem na obcowaniu z chyba najważniejszym zabytkiem miasta, czyli Kościołem pw. Wniebowzięcia NMP i Św. Mikołaja. Pochodzi z XIII wieku i pomimo paskudnych remontowych płacht, wprost nie mogłem od niego oderwać oczu. Szczególnie pięknie prezentował się z oddali, na tle błękitnego nieba, oświetlany promieniami zachodzącego słońca. Byłby pierwszoligowym zabytkiem w każdym polskim mieście. A idę o zakład, że znikomy procent Polaków w ogóle wie o jego istnieniu. Może to i dobrze?