czwartek, 29 kwietnia 2010

Kreta integracyjnie

Wczoraj miłą w sumie niespodziankę zrobił nam Prezes mojej ukochanej (baczność) Firmy (spocznij!) ogłaszając, że rokroczne kilkudniowe upojenie alkoholowe nazywane czasem wyjazdem integracyjnym, odbędzie się na zupełnie innych zasadach niż zazwyczaj. Pal licho zasady. Najważniejsze jest to, że zamiast jechać gdzieś „w lasy” lecimy na Kretę. To się nazywa mieć gest zaprosić dwieście osób na taką wycieczkę*



Tak się jakoś tak cieszę na tą wiadomość. Może to i dziwne, bo Kreta to przecież nic wielkiego, typowy ośrodek zmasowanej turystyki, której jestem tak niechętny. Hotel, leżaki nad basenem, zatłoczona plaża, drinki z palemką, spocone towarzystwo eksplorujące znaczenie pojęcia „all inclusive” i śniada obsługa licząca na napiwek. Takiego wała dostaną, tak swoją drogą :-)

Mam nadzieję, że będzie można skręcić w swoją stronę i nieco pozwiedzać na własną rękę. Bo hotelowego życia chyba nie zniosę. No i będzie to okazja na poznanie wyspy. A powiedzmy sobie szczerze, gdyby nie to, że za darmo i w ramach pracy, to na Kretę nigdy bym pewnie nie poleciał.


Poza tym, że już niebawem, nie wiemy nic więcej. Nie szkodzi w sumie. Zapowiada się ciekawy czerwiec, najpierw długi weekend w związku z Bożym Ciałem, potem w następnym tygodniu rzeczona Kreta, a w kolejnym tygodniu Uzbekistan. W czerwcu jak dobrze pójdzie to spędzę w pracy góra 13 dni. I to rozumiem!

* Za pieniądze wypracowane ich ciężką pracą

wtorek, 13 kwietnia 2010

Ił-114

Jak to zazwyczaj bywa, powoli zaczynam zastanawiać się nad planem podróży. Jeden z pomysłów, najbardziej wygodny, ale i kosztowny, zakłada lot wykonywany za pomocą... Uzbekistan Airways.

Do Taszkientu przylatuje się w środku nocy. A nie jest to miasto, które nigdy nie zasypia. Szczerze, to sprawia wrażenie jakby spało nawet w godzinach szczytu. Jednym słowem, zapowiada się lądowanie na opuszczonym przez Boga i ludzi miejscu.

W środku nocy taksówką do miasta? Można ale po co? Do Buchary czy Samarkandy można udać się teoretycznie pociągiem czy komunikacją drogową, ale to oznacza kilka godzin na czekania w obcym, dużym betonowym królestwie. Więc może lepiej zostać na lotnisku te kilka godzin, by o siódmej rano polecieć jak król samolotem do Buchary? Brzmi sensowniej. Przynajmniej na początku.
Lot Taszkient-Buchara kosztuje niewiele, trwa krótko, bo nieco ponad godzinę. Jeszcze bladym świtem można więc dotrzeć do pustynnego miasta i rozpocząć prawdziwą eksplorację kraju. No i jest to prawdziwa gratka dla fanów lotnictwa, bo można się przelecieć naprawdę rzadko spotykaną maszyną.




Ił-114 to prawdziwy rarytas niebios. Wyprodukowano łącznie bodaj 15 jednostek, wliczając w to wersje transportowe. I „zaledwie” dwie sztuki się rozbiły. Uzbekistan Airways jest niemalże jedyną linią cywilną, która je wykorzystuje. I chyba są zadowoleni, bo w produkcji jest kilka kolejnych egzemplarzy.


Zdjęcia powyżej nie pochodzą z linii uzbeckich, ale widać, że ten samolot nie jest taki zły, ani tym bardziej stary. To znaczy, jest zły i stary, ale ciągle działa i to się liczy.

Już sam nie wiem czy się mam bać, czy cieszyć, że być może, nadarzy się okazja, by się tym przedziwnym urządzeniem przelecieć. Raczej to drugie, bo głupota to moje drugie imię.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Uzbekistan na trzeźwo i poważnie


Tak naprawdę, Uzbekistan to (podobno) bezpieczny, piękny kraj wspaniałych ludzi. Złe wrażenie robi sama nazwa, bo wszystkie „stany” na czele z Afganistanem, kojarzą się od lat raczej gorzej niż lepiej. Położenie geograficzne też dokłada swoje do ogólnej percepcji. Bo powiedzmy sobie szczerze, że rzadko zastanawiamy się co jest między południowymi rubieżami Rosji, a Indiami i Chinami.
A nawet jeżeli zastanawiamy się to dochodzimy do wniosku, że to na pewno nic co by mogło nas zainteresować.

Jeżeli tam pojadę (mówię tak bo jestem już specem od niewykorzystywania zakupionych biletów – nie poleciałem do Kopenhagi, Stambułu i Kolonii), będzie to jednak najbardziej ekstremalna wyprawa ze wszystkich do tej pory powziętych. Całe szczęście, że jako jedyny język w regionie, uzbecki używa łacińskiego alfabetu. Chociaż to może być słabe pocieszenie w świecie, gdzie rosyjski ciągle spełnia rolę lingua universa. A ja po rosyjsku przecież nie gawarit. No nic, będę się musiał nauczyć kilku podstawowych zwrotów, takich jak jedzenie, spanie, transport, lotnisko albo nie strzelajcie do mnie proszę.

Przygotowania rozpocząłem klasycznie od biblii podróżnika, czyli Lonely Planet.

Jako, że na miejscu długo nie będę, w grę wchodzi najpewniej spokojne zwiedzanie:

To Bukhara, jedna z perełek uzbeckiej części Jedwabnego Szlaku.

Samarkanda, błękitne miasto, niegdyś jeden z najważniejszych ośrodków całej Azji.

Na Taszkient można poświęcić pół dnia przed wylotem, nowoczesne miasto, w którym niewiele pozostało pomników przeszłości.

Na więcej raczej nie będzie czasu. Czytając o transporcie już teraz śmiało zakładam, że będą opóźnienia oraz różne zmiany vs nawet najbardziej precyzyjnie przygotowany plan działania. Do tego dołóżmy drobny fakt, że w czerwcu temperatura w tym pustynnym piecu dobija do czterdziestu czy nawet pięćdziesięciu stopni i już wiadomo, że nie ma sensu się przemęczać.

Pozostało jeszcze ponad 2,5 miesiąca do kolejnego urlopu. Odliczanie czas włączyć i rozpocząć starania o wizę. Nie jest to proste, najpierw trzeba dostać zaproszenie. Wiele specjalistycznych firm oferuje tego typu usługę pośród innych związanych z tym krajem. Niech to świadczy o tym, że Uzbekistan, wbrew pozorom, jednak przyciąga turystów.

piątek, 2 kwietnia 2010

Ja po prostu lubię latać tu & tam

Boże miej mnie w swej opiece, bo na danie rozumu to już jest za późno.

Wielki piątek, w biurze już pusto. Chciałem wyjść tak jak inni o godzinie 14:00, bo wyjątkowo jest to możliwe. Ale „coś” kazało mi zostać jeszcze chwilkę. W efekcie, za kilka minut tak czy owak opuszczę budynek firmy. Ale nie będę sam. W przysłowiowym ręku trzymać będę kolejne rezerwacje. Jak jest okazja, należy ją wykorzystać – mawia przysłowie, dodam, że moje ulubione.

Spotkały się ze sobą trzy czynniki, które sprawiły, że nie chciałem tej okazji wypuścić z rąk:
Zgadzał się termin
Zgadzała się destynacja
A cena została obniżona o połowę

Tak więc – Uzbekistanie (jak to się piszę?) nadchodzę.


Ten kraj jest tak daleko, że na tej mapie połączeń Air Baltic nawet go nie widać. A może to doskonały symbol tego co przeciętny człowiek wie o Azji Centralnej, czy tam Środkowej. Nie wie nic. Nawet nie opłaca się uwzględniać regionu w takich grafikach, bo niby po co. To kraina zagubiona gdzieś między Rosją, a resztą Azji.
Sam miałem przecież okazję kilka razy przelecieć wysoko nad tą częścią świata. Ostatnio nawet specjalnie wyglądałem zza okna, gdy mapka trasy pokazywała, że właśnie jesteśmy nad terenami Uzbekistanu. Zobaczyłem czyste niebo, a na dole pomarańczowe plamy wielkich, jakby pustych połaci. To może naprawdę tam nic nie ma ciekawego?

Nie wiem. Najlepiej będzie się samemu przekonać.

Loty, łącznie cztery będą okazją do debiutu na pokładzie Air Baltic. Łotewskie linie lotnicze radzą sobie ponoć całkiem nieźle, ale pierwszy kontakt nie należy do szczególnie przyjemnych. Bagaż – dodatkowa kasa, jedzenie chyba też. Na stronie internetowej dwa razy pytają się czy aby NA PEWNO nie chciałbym ubezpieczyć się od dziesięciu rzeczy, łącznie z kokluszem i gradobiciem.

A do tego, takie dalekie kierunki obsługują ze swojej mikroskopijnej Rygi Boeingami 737. Czyli za wygodnie nie będzie, za pokładową rozrywkę może mi posłużyć, co najwyżej, własnoręcznie zabrana na pokład, książka.


Do tego wydarzenia jeszcze ponad 2,5 miesiąca. Pora zacząć cierpliwie odliczać i grzecznie wziąć się do pracy.