W drodze powrotnej z Lizbony, na lotnisku w Brukseli zaatakowała mnie nagła fala miłości do Europy Zachodniej i całego Starego Kontynentu. Wystarczyło jedynie wejść do sklepu. Dookoła mnóstwo pięknych (drogich!) rzeczy, zapakowanych gustownie i kuszących mój portfel. Pasztety z dziczyzny. Smukłe butelki belgijskich napitków rozgrzewających. Nieznane wędliny. No i słodycze. Tony słodyczy, każde w lśniącym sreberku, które sprawiało, że wracałem mimowolnie do czasów dzieciństwa i niepohamowanego ślinotoku na samą myśl o czekoladzie. Wtedy kolejny raz w ostatnim czasie, zdałem sobie sprawę jak ta nasza Europa jest jednak piękna i cudowna. Gdzie indziej na świecie przywiązuje się taką wagę do dupereli jak tutaj? Gdzie na świecie jedzenie w sklepie jest dziełem sztuki użytkowej? W Stanach, gdzie królują soki pomarańczowe sprzedawane w wielkich plastikowych karnistrach niczym po benzynie? W Azji, gdzie wszystko jest albo istant albo cuchnące tandetą made in China? Po Europie warto jeździć!
Mijający rok pod względem podróżniczym był obfity i ciekawy, ale ... mit postępu został obalony. Do tej pory, każdy kolejny przynosił więcej i więcej. A tym razem było wszystkiego nieco mniej. I mniej lotów, i mniej kilometrów pokonanych, mniej samych wyjazdów, a i kierunki były znacznie mniej egzotyczne. Mimo to, było fajnie i należy mieć nadzieję, że 2012 nie będzie gorszy. Niemniej, w mijającym roku udało się pojechać do:
- Neapolu
- Tbilisi
- Kolumbii
- Rumunii
- Wiednia
- Tallina
- oraz do Lizbony i na Maderę
Łącznie dwadzieścia cztery przeloty, pięćdziesiąt osiem godzin w powietrzu i ziemia okrążona dokładnie jeden raz. Jak prowizorycznie wyliczyłem, łączna suma urlopów złożyła się na nieobecność w domu przez grubo ponad pięćdziesiąt dni.
Jak widać, miłość do Europy to coś więcej niż słowa. Było jej dużo. Każdy wyjazd miał swój urok:
- Neapol po bliższym poznaniu okazał się „Azją u naszych bram”. Chaos, brud i smród śmiało można porównywać do miast znanych z Dalekiego Wschodu.
- Chociaż liczyłem, że ujrze je skąpane w kaukaskim śniegu i zimie, to deszczowe Tbilisi również mi się spodobało i te kilka dni wspominam wręcz znakomicie.
- Kolumbia zaś to zupełnie inna opowieść. Już na miejscu miałem świadomość, że to najbardziej egzotyczny wyjazd od bardzo dawna, a upływ czasu jedynie to przeświadczenie umocnił. Czy pojechałbym raz jeszcze? Jak najbardziej...
- Rumunia, czy raczej Transylwania podobała nam się strasznie i z chęcią tam jeszcze wrócimy, mając świadomość, że tak niedaleko nas jest świat zatopiony w przeszłości i jej tajemnicach...
- Wiedeń, powrót po latach, to miasto nigdy nie straci nic ze swojego uroku.
- Tallin był znakomitą wrześniową odskocznią, chociaż gdybym miał wymienić najsłabszy wyjazd tego roku, bez wątpliwości wskzałabym na stolicę Estonii (sorry Tallinie, ale konkurencję miałeś silniejszą)
- O Lizbonie można powiedzieć jedynie tyle, że specjalnie zwiedzialiśmy ją po łebkach, by mieć wymówkę do ponownych odwiedzin
- ... a na zielonej i przyjaznej Maderze po raz pierwszy od dawna po prostu odpoczęliśmy
Co przyniesie nadchodzący rok, tego nie wiemy, ale jak zwykle liczymy na łaskawość Fortuny w tej kwestii. Póki co – siłą styczniowej tradycji mamy Włochy, potem samotna Moskwa, a następnie...
wtorek, 27 grudnia 2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)
