środa, 29 grudnia 2010

Coś na Trzech Króli

Od przyszłego roku (zabawnie to brzmi, gdy piszę się takie słowa 27 grudnia...) Święto Trzech Króli jest dniem wolnym od znoju. A jako że wypada w czwartek, to już na początku my, Polacy mamy długi weekend do zagospodarowania. No to może gdzieś by pojechać. W sumie – czemu nie?

Tanich biletów za wiele to już nie ma, bo termin bliski, a w liniach lotniczych też mają czasem kalendarze i wiedzą kiedy spodziewać się wzmożonego popytu. Ale poszukałem, pogmerałem i znalazłem dosyć tanio Rzym. Więc polecimy znowu do Włoch. Ostatni raz byliśmy tam również w styczniu, niemal dokładnie rok temu. Czyli są podstawy do tego, by powiedzieć, że to już tradycja.

Tym razem jednak doszedłem do wniosku, że pora na coś innego niż Wieczne Miasto. Znamy je nieźle, a pamiętamy jeszcze lepiej. Po wysiadce na Roma Termini skierujemy więc swoje kroki na inny peron i udamy się w objęcia słonecznej Italii (no, może deszczowej ale i tak cieplejszej niż Polska). Zagraniczne dworce zawsze kusiły mnie, by pewnego dnia wsiąść w pociąg i pojechać gdzieś przed siebie. Więc może w końcu będzie okazja, by dać upust tej dzikiej fantazji?



Wybór wstępnie padł na Neapol, czyli matecznik Camorry, boskiego Diego Maradony i ton śmieci zalegających od czasu do czasu na ulicach. Dodajmy do tego, że jest to ważny ośrodek portowy, ruch uliczny zasługuje na miano największego chaosu stąd aż do Indii i mamy mniej więcej obraz tego miasta-molocha. Gdzieś pomiędzy brudem, a kolejnymi warstwami grafitti czai się jednak miejsce, któremu dopiero Rzym odebrał miano najpiękniejszego na świecie. Zobaczyć Neapol i umrzeć – tak to brzmiało w oryginale.

Ja, nie powiem, lubię porty i odrapaną autentyczność miast, które mają turystów w tyłku, więc na myśl o Neapolu się nawet cieszę. Tym bardziej, że za oknem wróciła mroźna zima z temperaturami zdecydowanie poniżej kreski i nawet deszczowe Włochy jawią się niczym Ziemia Obiecana.

W sumie wypada się zacząć pakować, bo do wyjazdu został tydzień z górką. W oczekiwaniu można sobie przypomnieć jeden z klasycznych odcinków Toma i Jerry’ego, którego akcja „dzieje się”, a jakże, w Neapolu. Pewnie i ja to oglądałem pacholęciem będąc.

wtorek, 21 grudnia 2010

Podsumowanie 2010

Koniec roku, czyli tradycyjna pora na podsumowania i refleksje. Jako że w grudniu już na pewno nigdzie nie wyjadę, można spokojnie dzielić skórę na tym niedźwiedziu.

Chociaż wydawało się, że będzie ciężko, to jednak udało się wyssać z urlopu niemal wszystko co możliwe. Niemal, bo najzabawniejsze jest to, że to nie koniec możliwości jakie dają te 26 dni wolnego. Kilka bowiem „zmarnowałem” na leczenie się z przeziębień, kaca albo załatwianie spraw urzędowych. W przyszłym roku nie zamierzam być tak rozrzutny w tej kwestii i chorować to będę wyłącznie na chorobowym. Załatwiać formalności również.

W roku 2010 udało się postawić stopę (a nawet stopy):

- w Rzymie
- w Wietnamie
- na Krecie
- w Uzbekistanie
- w Rydze na chwilę
- w Kopenhadze i Malme
- we Lwowie
- w Rydze ponownie
- w Tajlandii

Uff, sporo tego się uzbierało. To wizyty w 9 krajach. A nawet 10, bo i w Moskwie spędziło się nieco czasu. Łącznie 26 lotów, 81 godzin spędzonych w powietrzu i ponad 53 tysiące kilometrów „w nogach”. A do tego sporo więcej przemierzonych drogą lądową – pociągami, taksówkami wszelkiej maści oraz rozlicznymi autokarami. No i oczywiście, piechotą.

O ile rok wcześniej dominował kierunek zachodni, tym razem praktycznie zawsze udawaliśmy się na wschód od nas. No i najczęściej nie wybierałem się tam samotnie, bo Ania wiernie towarzyszyła mi w części wyjazdów. I przeszła sporą zmianę. Od nieboractwa które było blisko załamania gdy musiało spacerować po Rzymie, aż po osobę, która na własnych nogach przeszła pół Chinatown w Bangkoku i nawet tego nie zauważyła.

Co przyniesie przyszłość nie wiadomo. W pierwszym kwartale dwa wyjazdy, a potem to się zobaczy. Kilka pomysłów, jakby co, już mam. Wypada sobie życzyć żeby podróżniczo przyszły rok nie był gorszy od obecnego, o co będzie trudno ale z drugiej strony, wszystko jest możliwe...

wtorek, 14 grudnia 2010

Trzecia rocznica i inne dyrdymały

Kilka dni temu (a dokładniej to 8 grudnia) minęła trzecia rocznica narodzin mojego naczelnego obecnie hobby jakim jest podróżowanie małe oraz malutkie. Miałem coś z tej okazji napisać, ale jak to zazwyczaj bywa, nie złożyło się. Niemniej – pamiętałem o tym dniu.

Wszystko zaczęło się tak niespodziewanie przecież. Kto by pomyślał, że za kilka lat od tamtego grudniowego poranka roku pańskiego 2007, będę bogatszy o tyle wspomnień (i biedniejszy o tyle pieniędzy). Pierwsze kroki były tymczasem niewinne niczym początek kariery politycznej Adolfa Hitlera. I nawet wszystko zaczęło się w tym samym mieście, czyli w Monachium. Tyle podobieństw między nami. Pozostaje sobie życzyć dalszego rozwoju tej choroby, albo pasji, jak kto tam woli.

Kilkanaście dni temu nabyłem drogą kupna, a jakże, kolejne bilety. Z tym zakupem związana jest niezbyt zabawna historia. Otóż, najpierw przez kilka ładnych dni walczyłem ze sobą, zastanawiając się „brać czy nie”. Cena, jak na lokalizację, i tak była promocyjna oraz atrakcyjna. W końcu się poddałem naporowi mojego maniactwa, bilety przywędrowały do mnie w zamian za suty przelew. Nie minęło kilka dni, gdy Lufthansa zrobiła nową promocję i „moje” bilety potaniały o spory procent wcześniejszej ceny. Masz Ci pech. Z jednej strony, głupio się człowiek poczuł, z drugiej jednak, pomyślałem sobie, że to po prostu świat lotniczy odebrał sobie część tego co mu zabrałem przez te trzy lata. W końcu, jak sięgam pamięcią, chyba za żaden bilet nie zapłaciłem normalnej ceny. Zawsze promocje, okazje, a nawet błędy systemowe były moim aniołem stróżem. Więc teraz nie ma co płakać, bo w rachunku zysków i strat nadal jestem bardzo do przodu.

W marcu stuknie mi trzydziestka, a jest to czas kiedy mężczyznom odbija i robią rózne dziwne rzeczy. Niektórzy się żenią, inni płodzą potomków, piszą książki albo co gorsza, zaczynają tworzyć poezję albo malować obrazy. Inni sadzą drzewa, stają się alkoholikami albo kupują sportowy samochód na kredyt i zamieniają swoją dotychczasową partnerkę na model z rocznika 1992. Każdy bredzi coś o przemijaniu, a nawet największy warchoł zaczyna wtedy zastanawiać się co takiego w życiu osiągnął, do czego doszedł i co przed nim. Ja też mam zapędy na podwórkowego filozofa, więc doszedłem do wniosku, że ten newralgiczny okres najlepiej będzie spędzić daleko od Polski. Gdzieś gdzie człowiek nie ma czasu na metafizyczne dyrdymały, bo zastanawia się jak przeżyć, a nie jak żyć. Z drugiej strony, moja Ania obecnie jest dłuższym podróżom niechętna, więc pojawiła się perspektywa na samotny wyjazd w objęcia niezbadanego. Sam ze sobą. Trzydziestoletnim sobą.

Planów było kilka. Praktycznie od początku zdecydowanym faworytem był Iran. Ale odpadł. Zawsze chciałem zobaczyć, nawet z daleka Himalaje. Ale i z Nepalem dałem sobie spokój. Z chęcią zobaczyłbym i Laos i Kambodżę, ale chyba chwilowo mam przesyt Azji.

No to postanowiłem, że polecę do Kolumbii, ojczyzny Pablo Escobara, kokainy i kawy. Do kraju, który wynalazł i rozwinął do perfekcji porwania obcokrajowców i gdzie większość prowincji nadal jest w stanie wiecznej wojny z partyzantami. Gdzie można ciągle natknąć się na anakondy, piranie, a w dżungli nawet na dzikich indian.

Oczywiście Kolumbia przez ostatnie lata przeszła (ponoć) metamorfozę. Z kraju, do którego wyjazd byłby czystym szaleństwem stała się państwem, jak na standardy Ameryki Południowej, względnie spokojnym i dostatnim. Tyle że ile osób, tyle opinii. Jak to zawsze, jedni twierdzą, że owszem bezpiecznie, drudzy, że niekoniecznie, a trzeci dodają, że jak człowiek ma rozum to jest w stanie uniknąć wszelkich niebezpieczeństw. Do czego się przychylam. W końcu jakoś sobie poradziłem w Nowym Orleanie czy Port-of-Spain, więc i w Kolumbii dam radę. Nawet w czasach rządów karteli z Medellin, było to miejsce do którego turyści przyjeżdżali szukając przygód na słynnym szlaku Gringo. I niektórzy wracali nawet z tego cali i zdrowi.

Na planowanie jeszcze za wcześnie, na razie chowam przepłacone bilety głęboko do szuflady i skupiam się na innych rzeczach. Ale już teraz wiem, że 15 dni na miejscu to będzie za mało, by zobaczyć wszystko co warte uwagi.




poniedziałek, 22 listopada 2010

Szczypta klasycznej motoryzacji z Tajlandii na koniec

Tajlandia to raj dla miłośników klasycznej motoryzacji. W porównaniu do Wietnamu, starszych samochodów tam pod dostakiem, więc jest na czym zawiesić oko. Tyle że z racji położenia geograficznego, większość motoryzacyjnych perełek to produkcja japońska, dla nas praktycznie anonimowa i nierozpoznawalna.
Może to dodatkowo stanowić atut, bo mam wrażenie, że poza Tajlandią nie znajdziemy wielu państw, w których można napotkać na klasyczne Toyoty, Daihatsu czy Datsuny sprzed wielu, wielu lat. Sąsiedzi byli wtedy na zalew nowych samochodów zdecydowanie za biedni, a w ich ojczyźnie nikt o nich nie pamięta... Swoją drogą w czasach kiedy te modele powstawały, uznawane były za przejaw bezguścia i bezduszny, japoński minimalizm. Po latach patrzy się na nie jednak z nieco większym sentymentem i szacunkiem.

Wiele z nich jest jakby żywcem przeniesionych z kadrów „Człowieka ze złotym pistoletem”, którego akcja działa się m.in. na ulicach Bangkoku, a wszystko kręcono w latach 1973/1974.










środa, 17 listopada 2010

Dzień dwunasty, czyli sadat go home

Jak ja takich dni nie lubię. Samolot odlatuje z Bangkoku o 6:00 rano, co oznacza, że wstać musimy gdzieś po drugiej, wyjść koło trzeciej, by na lotnisku być dwie godziny przed startem. Aerosvit nie ma litości dla swoich klientów.

Właściciel naszego przybytku załatwia nam taksówkę (z pewnością na tym nieco przycina ale co tam), która szybko wiezie nas na Suvarnabhumi. Droga na miejsce to kolejna okazja do tego, by zadać sobie pytanie: czy to aby na pewno jest trzeci świat? Proste ulice o idealnej nawierzchni, multum kaskad, nowoczesność której u nas próżno szukać. Samochód pruje czasami dobrze ponad setkę, a mimo wszystko droga zajmuje nam niemal godzinę jazdy. Bangkok to wielkie miasto.

A już na miejscu okazuje się, że nasz lot jest opóźniony o prawie 1,5 godziny. Można było więc pospać dłużej, a tak zasypiając na siedząco musimy się przemęczyć dodatkowy czas...

Sam lot to wielogodzinna mordęga. Mam problemy z zasypianiem w samolocie, ale ostatecznie i ja kilka razy daję się zabrać do krainy Morfeusza.



Towarzystwo dookoła mamy zabawne. Jest kilkoro rodaków ale dominuje żywioł ukraińsko-rosyjski. Na przegubach dłoni lśnią grube łańcuchy, tłuste brzuchy z trudem mieszczą się w markowych koszulkach prosto z mediolańskich salonów mody. Na nogach dresy i klapki. Twarze wyrażające tęsknotę za rozumem. Wszystko wygląda albo groźnie albo komicznie, ale domyślam się, że po bliższym poznaniu Ci ludzie okazaliby się wspaniałymi kompanami.

Kolejny przelot z Kijowa do Warszawy to mój 70-ty lot. Jak ten czas leci. Większość z tego zasobu „wylatałem” przez ledwie trzy lata i to wyłącznie za własne pieniądze. Powiedziałem dla żartu, że linie lotnicze z pewnością uczczą tą okazję i cóż, nie pomyliłem się. Wyczekiwałem czerwonego dywanu, a tymczasem już przy boardingu pani poinformowała nas, że dostaliśmy upgrade do klasy biznes. Pierwszy raz w życiu mam więc okazję zobaczyć jak wygląda obsługa „z przodu samolotu”.

Było miło. Jak już pisałem kilka razy, kocham LOT. Kocham bo jest nasz, polski. Nawet jeżeli czasem oznacza to przaśność, a sama firma przynosi straty, które pokrywają podatnicy. Kocham bo nie ma to jak po wyjeździe wejść na pokład i poczuć się jak w domu. Lubię obsługę, smakują mi nawet kanapki serwowane na pokładzie. Doceniam to, że polscy piloci nie milczą i odzywają się podczas przelotu, co z pewnością działa dobrze na pasażerów i ich zaufanie w profesjonalizm.

Dostaliśmy smaczny posiłek podany na białym obrusie. Przed startem gazeta do wyboru oraz powitalna szklanka soku a także paczka orzeszków „do chrupania”. Wszystko przyjemnie i sympatycznie. Jeżeli firma płaci – czemu nie, klasa biznes ma swoje uroki. Za własne pieniądze jednak nigdy bym się nie zdecydował, więc tym bardziej, to doświadczenie było przydatne.




Jeszcze tylko godzinna jazda po zakorkowanej Warszawie taksówką (i który kraj należy do trzeciego świata?) i jesteśmy w domu. Nieprzytomni ze zmęczenia, bo mija gdzieś około dwudziesta godzina od początku powrotu. Ale szcześliwi, bo Tajlandia okazała się być (kolejny raz) wspaniałą przygodą. Myślę, że na podsumowania się jeszcze zdobędę, a póki co zaczynam odliczanie do kolejnego wyjazdu. Nie byłbym sobą gdybym i nie zaczął się zastanawiać – gdzie dalej?

wtorek, 16 listopada 2010

Dzień jedenasty, czyli Chinatown i papa

Przyszła pora na wizytę w Chinatown. Ilekroć tam się zapuszczałem – tyle razy gubiłem się w zatłoczonych uliczkach. Tym razem jednak udało się przejść przez dzielnicę w miarę bezboleśnie. Przemierzyliśmy długą handlową uliczkę, zastanawiając się co chwilę czego tu nie mają. Buty, ubrania, biżuteria, zabawki i inne. Niedość, że tłoczno, to jeszcze jakby tego było mało, co chwila musimy ustępować miejsca a to skuterkom, a to ludziom którzy ciągną za sobą wielkie pudła z dostawami. Tu i tam trafi się nawet samochód, który zahaczając lusterkami o harmider dookoła, spokojnie przemierza ową stajnię Augiasza.





Zrobiliśmy nieco zakupów, ale zabawne jest to, że górę przypraw, którą kupiliśmy znaleźliśmy w ... lokalnym Tesco. Gdzie chociaż przez chwilę mogliśmy w ciszy i spokoju podumać przed półkami, mając pewność, że nikt nie zacznie nam zachwalać towaru albo pytać się czy aby nie potrzebujemy może tuk-tuka żeby dojechać do działu ze słodyczami.

Wracając wstąpiliśmy jeszcze do jednej świątyni, udało się także trafić pod Wielką Huśtawkę.




Wieczorem zaś pokręciliśmy się znowu po Khao San, odwiedzając na pożegnanie także okolice pałacowe. Nie wiem jak to możliwe, ale nie mogliśmy zlokalizować targu amuletów. No nieważne, może kolejnym razem. Zjedliśmy nasze pożegnalne posiłki, których już wiem, że będzie mi brakować w domu.

To był spokojny i stonowany dzień. Ostatni tych wakacji, więc nie było sensu się wyrywać. Już za chwilę długa droga do domu i żal, że trzeba opuszczać miłą Tajlandię.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Dzień dziesiąty, czyli Bangkok again

W tym mieście muszę obcować ze wspomnieniami. Bangkok to nie jest zwykłe miejsce na mapie. To moja pierwsza poważna przygoda z plecakiem. Były i wcześniej i potem inne, ale to on na zawsze pozostanie szczególnie ważny. Z pewną ulgą stwierdzam – pozostanie ważny, mimo wszystkich swoich wad.

Rano wybieramy się zobaczyć Wielki Pałac. Do celu wybieramy się łodzią, zaś ja mogę w końcu swobodnie zgrywać eksperta. W sumie to miłe, być tak daleko od domu, a jednocześnie iść bez zerkania na mapę, wiedzieć gdzie kupić bilety i kiedy wysiąść. Rzeczny transport nic nie stracił ze swojej wizualnej atrakcyjności.



Podróż Menamem to znakomita okazja ku temu, by odpocząć od zgiełku ulic i na spokojnie popatrzeć na urodę Bangkoku. Po obu stronach lśnią rozliczne świątynie. Nie starczyłoby pewnie i miesiąca, by wszystkie je dobrze poznać. W tle widać bogate zabudowania nowego centrum, tu i ówdzie wyrasta przed nami kolejny hotel klasy dla nas nieosiągalnej. Ale dominuje zabudowa licha, białe ściany porośnięte brudem i wilgocią, tu i tam znajdzie się jeszcze drewniany budyneczek. Może i kolorowe to wszystko jest, ale to kolor biedy, wypłowiały i smutny.

Kompleks pałacowy robi na nas duże wrażenie. No, na mnie nieco mniejsze, czasami nie chcę mi sie nawet robić kolejnych zdjęć, bo myślę sobie, że kojarzę te kadry zbyt dobrze z poprzedniej wizyty. Ania jest jednak bardzo zadowolona i nie można jej się dziwić. Feria barw oszałamia wespół z rozlicznymi stylami architektonicznymi.




To nie jest skromny Wietnam, w Bangkoku od złota (czy raczej koloru złotego) kapią dachy, świątynie i ich zdobienia. Do tego dodajmy jeszcze całą gamę tęczowych kafelków i szczegółów, by po chwili zaczęły nas od wszystkiego boleć oczy. Mnie boli dodatkowo to, że tłoczno jest niemiłosiernie i w tym wszystkim trudno delektować się klimatem tego niewątpliwie godnego polecenia miejsca.



Po tym wszystkim udajemy się w objęcia nowoczesności. Znowu rzeką, ale tym razem zdecydowanie dalej na południe. Przesiadka do Skytraina i witamy w Bangkoku jakiego się nikt nie spodziewałby. Pociag sunie po kaskadach wysoko nad ziemią, zabudowa robi się coraz mniej pchlarska i przypadkowa. Pojawiają się szklane wieżowce, centra handlowe i ulice, których nie powstydziłoby się nawet Tokio. Doprawdy, irracjonalnie czasem wygląda Siam Centre, niczym wyspa blichtru w morzu ubóstwa.




Kierujemy się do Ocean World. Znowu ból, bo bilet wejściowy to 900 bahtów (Lonely Planet podaje kwotę trzy razy mniejszą, ale nie spodziewałbym się już po nich prawdy), a ja przecież znam to miejsce. Ale warto. Może i cena jest wygórowana, ale za to przez kilkadziesiąt minut można zatopić się w wodny świat widziany z perspektywy o którą trudno w inny sposób. Rekiny nadal robią wrażenie największe, ale nie znalazłem żółwi, które dwa lata temu tak nonszalancko ochlapywały gości...



Wieczór to Khao San i okolice, czyli pierwszy etap zakupowego szaleństwa. Rzeczy tu multum, a we mnie obudził się analityk, który jasno stwierdza, że nic z tego mi się nigdy nie przyda. Ale i tak nie obędzie się bez wydania kilku bahtów.

Jutro koniec wakacji. Krótko, ale myślę sobie, że wystarczająco. Mam w sobie ową zdolność do błyskawicznego zapominania o tym co czeka w domu. Już po wejściu na pokład samolotu włącza mi się w głowie tryb „przygodowy”, a o pracy zaczynam myśleć dopiero wtedy gdy po urlopie do niej jadę. Nie inaczej jest i teraz. Dodatkowo, Bangkok jest jednak męczący. Nadal uwielbiam to miasto, ale myślę sobie, że następna wizyta to będzie dokładnie jeden dzień – w sam raz na kilka łez wzruszeń i w sam raz na tyle, by jego duchota nie zaczęła dawać się we znaki.

niedziela, 14 listopada 2010

Dzień dziewiąty, czyli w Ajutti bez zmian

Zrywamy się z łóżka wczesnym rankiem, by możliwie szybko zobaczyć owe przedziwne małpie miasto w pełnej krasie. Okolice ruin Prang Sam Yot to swoisty dom setek makaków, które to miejsce sobie upodobały szczególnie mocno. I nikt nie wie do końca dlaczego. Pewnego dnia małpy wyszły z okolicznych lasów i tam trafiły. Obecnie jest tu im tak dobrze i syto, że nie mają potrzeby by się ruszać z tego raju. Fakt jest taki, że Lop Buri od dawna żyje z reklamy jaką człekokształtni bracia robią temu sennemu miasteczku na tajskiej prowincji.



Z poprzedniej tu wizyty zapamiętałem, że zwierzaki nie były szczególnie uciążliwe. Mogłem im robić zdjęcia i tylko jeden czy dwa razy musiałem zrobić krok w bok, by rozzłoszczone stworzenie się na mnie nie rzuciło. Tym razem jednak było inaczej. Już po wejściu na teren świątyni dostaliśmy od strażnika kijki do odganiania. I przydały się kilkakrotnie.



Nie minęła chwila a do Ani przyczepiła się jedna małpka. Po pewnym czasie wskoczyła na mnie znienacka inna i bezczelnie obmacała po kieszeni spodni. W sumie to cały czas musieliśmy mieć się na baczności, tym bardziej, że odległość kilku metrów makaki są w stanie pokonać dosłownie w chwilę, a ich ugryzienie to dla nas obowiązkowa wizyta w szpitalu.




Małpy szybko rozlazły się po okolicznych uliczkach. Kilka razy widzieliśmy jak wskakują na przechodzące chodnikami osoby. Tubylcy reagują raczej spokojnie, ale niejedna osoba wymijała okolice gdzie natłok zwierzaków stawał się gwarancją ataku. Okoliczny handel nieco cierpi na małpim biznesie – tu i tam widać ukradzione drobne przedmioty. Na ulicach walają się resztki pożywienia. Małpy skaczą po drutach, chodzą po dachach, wskakują na jadące auta.




Tylko buddyjska cierpliwość powstrzymuje mieszkańców przed zdecydowaną reakcją na armageddon dookoła. Muszę przyznać, że tego poranka małpie show zrobiło na mnie wrażenie, dwa lata temu było zdecydowanie spokojniej.

Pakujemy się i ruszamy dalej. Nieco żal opuszczać Lop Buri, bo miasteczko budzi w nas pozytywne uczucia. Na naszej drodze kolejny przystanek z przeszłości – królewska Ajuttia. Jedziemy tam pociągiem. Bilet w klasie trzeciej kosztuje nas od osoby 20 bahtów, czyli prawie 2 zł. Siedzimy w przedziale dla mnichów, osób starszych oraz niepełnosprawnych dzięki czemu jest nam chociaż wygodnie w ssyfie dookoła.

Co tu pisać. Tego miasta nie można pokochać. Pomyślałem, że może to kwestia mojego nastawienia ale z drugiej szansy Ajatujja również nie potrafiła skorzystać.

Nie wiem czego to wina. Może dlatego, że znowu jest tu potwornie gorąco. Nie da się chodzić. Słońce nie tyle piecze, co wręcz zadaje fizycznie namacalny ból. Na mojej podkoszulce po chwili pojawiają się białe ślady po wypoconej soli. Mam deja vu – już to kiedyś przeżywałem i to dokładnie w tym samym miejscu. Ania idzie dzielnie, ale nie wydaje z siebie żadnych dźwięków co jest oznaką tego, że i ona ma dosyć.



W tym mieście jakby się nie szło, zawsze dookoła jest deficyt cienia. Droga do ruin wiedzie prosto pod słońce, a gdy wracamy, o dziwo, słońce znowu świeci prosto na nas. Gdy idziemy lewym chodnikiem, prawa strona ulicy zdaje się tonąć w cieniu. Gdy przechodzimy przez jezdnię, znowu mamy słońce w twarz, podczas gdy lewa część zatapia się w kuszącym półmroku. W takich warunkach nawet kilometr drogi to mordęga.

Pospacerowaliśmy nieco po zabytkach. Widoki znajome. Stan organizmu również.




Wszystko dookoła jest z pewnością i piękne i historycznie ważne. Ale do kompleksu Sukhothai temu miejscu jednak dosyć daleko. By poczuć dawną potęgę miasta nazywanego niegdyś „Wenecją Wschodu” potrzeba dużo wyobraźni. Bez niej, dostrzega się głównie wady. Szum ulic tuż obok, to że zabytki to w większości ruiny, a stojące jeszcze wieże to skąpe w ornamentykę zbiory cegieł. A może to ja jestem zbyt krytyczny.

Postanawiamy coś zjeść, ale Ajuttia to nie jest eldorado dla smakoszy. Za to potrafi być piekłem dla głodnych. Jedna znajoma restauracja była zamknięta na cztery spusty. Kolejnej nie mogłem zupełnie odnaleźć i mam wrażenie, że na jej miejscu powstała filia jakiegoś banku. Zdesperowany skierowałem swoje kroki do Baan Khun Pra, czyli domu gościnnego gdzie niegdyś wytrzymałem jedną koszmarną noc. Miejsce okazało się jednak walczyć z rzecznym żywiołem i było nieczynne.



Pozostała nam jedynie inna restauracja, nastawiona głównie na lokalną klasę średnią. Ceny wysokie, a dania dosyć przeciętne. Anię poniosła fantazja i zamówiła sobie smażoną żabę, a moja zupa okazała się niezła, ale nierewelacyjna. Żabami zaś trudno się najeść.

Ostatecznie żegnamy się z tym miastem i pociągiem udajemy się w objęcia Bangkoku. Znowu klasa trzecia, siedzenia już dużo mniej wygodne, ale podniecenie rośnie, bo stolica Tajlandii to jedno z moich starannie pielęgnowanych wspomnień.

Po wysiadce na dworcu łapiemy taksówkę. Na początku wszystko wydaje się być w porządku, bagaże załadowane, destynacja podana, taksometr niechętnie ale włączony. Ujeżdżamy może dwadzieścia metrów, kiedy kierowca łamanym angielskim zaczyna nam narzekać – na taksometr, bo mu ponoć niedziała. Na korki. Na wszystko. Podaje cenę – 200 bahtów i czeka na naszą reakcję. Zabiłbym gnoja najchętniej. Chwilę próbuję z nim dyskutować. W sumie to drę się na niego, że jest idiotą i ma jechać zgodnie z licznikiem, a korki to widziałem gorsze. Ostatecznie wysiadamy, a ja muszę się powstrzymywać przed rękoczynami. Może i 20 zł to nie jest dużo, ale nie będę z siebie robił kretyna. Dobrze to sobie obmyślał, bo wyglądaliśmy pewnie na kapkę zmęczonych, ale trafił ze swoim pomysłem na złą osobę. Kolejny taksówkarz zabiera nas bez szemrania i nawet nie nacina nas na trasie. Licznik do Khao San dobił do 70 bahtów, czyli trzy razy mniej niż „oferta”. I jeszcze dostał napiwek, bo uczciwość to ja lubię.

Nie potrzebuję mapy, by trafić do Amarin Inn. I nie powiem, wzruszyłem się na widok tej wąskiej kiszki prowadzącej do hotelu. Powitał mnie ten sam właściciel co kiedyś. Ba, dostałem nawet ten sam pokój co niegdyś. Wspomnienia.

Jest już ciemno i wieczór trwa w najlepsze gdy wychodzimy na rekonesans. Dookoła pobliskiego fortu trwa impreza plenerowa, gromadząca tłumy widzów. Robimy małe kółko i zawijamy na Khao San, gdzie jemy kolację. Mamy też okazję popatrzeć na bogactwo oferowanych tu produktów. Kilka zwróciło naszą uwagę ale na zakupy przyjdzie czas potem. Szybko męczy mnie jednak harmider tego miejsca. Za dużo ludzi, za dużo doznań, za dużo hałasu, tłoku i szaleństwa. Kogo tu nie ma. Myślę sobie, że nigdzie na świecie nie ma takiego magnesu na odmieńców jak właśnie to zagłębie backpackerskie. W ciągu kilku chwil spotkaliśmy i lady boyów, i prostytutki we wszelkim wieku, i człowieka wytatuowanego nawet na czole, i białą kobietę z odkrytą piersią, którą karmiła dziecko. Do tego doliczmy libańczyków w turbanach, drobne kobiety z górskich plemion z nieśmiertelnymi szczekającymi żabami, emerytowanych hipisów oraz setkę typów urody kaukaskiej w różnych stanach tajskiej degeneracji wakacyjnej. Chyba robię się stary, bo miejsce mnie szybko zmęczyło.

Idziemy pod Złotą Górę. Świeci się w oddali. Niby powinna być już zamknięta, ale to przecież Bangkok, miasto gdzie wszystko jest możliwe. Pod świątynią trwa w najlepsze coś w rodzaju festynu. Setki budek z rozmaitymi atrakcjami. Od jedzenia, przez ubrania, zabawki, kończąc na strzelnicach, gabinetach luster oraz diabelskich kołach.




Wchodzimy sobie na szczyt i jak za dawnych czasów, taka wycieczka sprawia, że zalewam się potem. Acha, swoją drogą, Lonely Planet podaje, że za wejście trzeba zapłacić, a ja pamiętam, że zawsze wchodziłem tam za darmo. Nie inaczej było i tym razem.

Potem jeszcze wypijamy coś na dobranoc i wracamy do siebie. To był ciężki dzień. Trzy miasta, dwie podróże pociągiem i ta cholerna Ajuttia wymęczyły nas wyjątkowo solidnie.

sobota, 13 listopada 2010

Dzień ósmy, czyli w drodze do miasta małp

To był ciężki dzień z gatunku tych spędzonych głównie w drodze. Z Sukhothai udało nam się wydostać bez większych problemów.

W autobusie jadącym do Phitsanulok byliśmy jednymi białymi. Po godzinnej podróży jesteśmy na miejscu, przesiadamy się do tuk-tuka i lądujemy na dworcu kolejowym. Kupujemy bilety do Lop Buri (strasznie w sumie drogie), oddajemy bagaże do przechowalni i udajemy się na rekonensans kolejnego miasta na naszej drodze.

Phitsanulok jest gdzieś poza percepcją przeciętnego turysty. Miasto nie ma wiele do zaoferowania, bo niemal wszystko co stare zostało zniszczone w latach 50-tych wskutek trzęsienia ziemi. To typowy punkt przesiadkowy i nowoczesny (po tajsku!) ośrodek mijany pospiesznie w drodze na północ bądź południe. Gdzieś pomiędzy górami, a równiną centralną. Ma to i swoje zalety. Podczas naszego spaceru byliśmy jedynymi turystami w zasięgu wzroku. Jeszcze na dworcu spotykamy jedynych „naszych”, w tym parę bodaj Francuzów, którą znamy jeszcze z wczoraj.

Trafiamy do sztywnej i pustej restauracji hotelowej. Przybytek nosi dumną nazwę Amarin Nakhon. Miejsce nieco straszy, ale trudno było nam znaleźć coś innego. Tu muszę z przykrością wspomnieć, że nasz przewodnik Lonely Planet zaczyna nas regularnie denerwować. Często bowiem zdarza się, że miejsca wskazane na mapkach po prostu nie istnieją. Albo ewentualnie istnieją, ale dobre kilkaset metrów dalej, na innej ulicy i innym skrzyżowaniu. W Phitsanulok nie było inaczej. Nieco czasu spędziliśmy szukając punktów, które istniały chyba jedynie w wyobraźni autorów książki.

Spożywane dania są zdecydowanie najgorszymi jakie do tej pory jedliśmy. Nawet sok pomarańczowy nie wyszedł – nie dało się go pić, bo przypominał nieco rozcieńczony syrop na kaszel. Wizyta w hotelowej toalecie to także powód do rozbawienia. Takiego przez łzy od smrodu dookoła.



Śmiejemy się jeszcze z tutejszego kulawego angielskiego i idziemy dalej, nieco źli, że spędziliśmy w tym miejscu więcej czasu niż ono zasługiwało. A zasługiwało na dokładne zero.

Samo miasto, także przez pryzmat kulinarnych doświadczeń, przypomina nam nieco wietnamskie Da Nang. Mijamy kolejne ulice, które są areną codziennego, acz leniwego życia mieszkańców. Mijają nas samochody, skutery. W sklepach krzątanina. Uliczne garkuchnie przyjmują kolejnych gości. I nikt nie zwraca na nas większej uwagi. Nawet tuk-tuki mijają nas w milczeniu, czasem ktoś spojrzy z zaciekawieniem, co może sugerować, że to miejsce omija turystyczne tsunami.



Phitsanulok posiada dokładnie jedno miejsce godne uwagi (tak naprawdę to ma ich nieco więcej). Mowa o Wat Phra Si Ratana Mahamat. Nie poświęciliśmy mu zbyt wiele czasu, a szkoda, bo powinniśmi. W kategorii obiektów świątobliwych, ustępuje ponoć jedynie Złotej Świątyni w stolicy. Przynajmniej, tak wspomina Lonely Planet, ale nie wiem czy można mu ufać skoro książka ta nie radzi sobie z prostym umiejscowieniem głupich jadłodajni.




W swoim wnętrzu Wat ten kryje jeden z najważniejszych w całym kraju wizerunków Buddy. Jest to cel rozlicznych pielgrzymek. Przez tereny świątyni przewijają się istne tłumy. Podniosła atmosfera miejsca to jedno, a interesy to drugie. Dookoła odbywa się dziki handel, stoiska obok stoisk, a na nich mydło i powidło. Można kupić i okolicznościowe koszulki i takie zupełnie „nie okolicznościowe”, jak i chociażby losy na loterie.




Słońce praży tak niemiłosiernie, że długo nie wytrzymujemy i wracamy na dworzec, tym bardziej, że chwilę po 15.00 ma przyjechać nasz pociąg.



Ale słowem podsumowania – jeżeli ktoś chcę odpocząć od natłoku turystów, krótki postój w Phitasanulok wydaje się być dobrym pomysłem. Miasto ma bowiem ich zupełnie gdzieś i czy to nie wspaniałe, że są tu jeszcze takie miejsca?

Na dworcu spędzamy więcej czasu niż planowaliśmy, albowiem tajskie koleje notują godzinne opóźnienie. Nieco nam się nudzi, więc odwiedzamy kilka razy tutejszą toaletę. W kategorii „czystość” dajemy jej ostatnie miejsce, a widzieliśmy już sporo. Ania wchodzi w spór z panią, która przybytek czyściła, więc miejsce, jakby co, uznajemy za spalone na przyszłość.

W końcu nasz ekspres wtacza się na peron. Pomocni pracownicy upewniają się, że wsiądziemy do prawidłowego pociągu, więc o pomyłce nie może być mowy. Sam skład całkiem przyjemny. Może i wagony lata swojej świetności miały dawno za sobą, ale wewnątrz jest klimatyzacja, siedzenia sa skórzane i wygodne. Do tego darmowy poczęstunek.



Za oknami obserwujemy równiny centralne. Wkraczamy na tereny objęte powodzią. Rzeczywiście, sporo pól jest zalanych przez wodę. Pojedyńcze domy które mijamy pobudowane są na palach, ale miasta i miasteczka wyglądają na suche. Problem powodzi dotknął tutaj głównie tereny rolne, od których jesteśmy i tak bardzo daleko.

Wysiadka w Lop Buri to chwila szczególna. Wracam do „swojej” Tajlandii, którą znam i której nie mogłem się doczekać. Raźno więc wychodzimy z dworca, ale po chwili, o losie, nie wiem jak iść, by trafić do noclegowni. Znowu ten nasz przewodnik i jego „dokładność”.

Noom Guesthouse jest miejscem tanim – za noc płacimy ledwie 350 bahtów. Jest też miejscem miłym, na swój „backpackerski” sposób. Mieszkamy w bungalowie. Wnętrze wydaje się być mocno wytarte przez czas, ale ogólnie nie jest źle. Jest i własna toaleta i wiatrak, a nawet telewizor.

Po krótkim czyszczeniu się idziemy w miasto, zobaczyć małpy. Jest już jednak dawno po zmierzchu, więc nie ma mowy o czymś więcej niż jedynie przedstawieniu tego co czeka nas jutro. Główna świątynia jest dosłownie oblepiona makakami, a kilka z nich można spotkać i na pobocznych uliczkach. Upodobały sobie szczególnie słupy elektryczne, na których kręcą się grupkami. Chodniki są tu gęsto wyścielone ogryzkami i innymi resztkami pożywienia, które nasi młodsi bracia uznali za nieprzydatne.

Jemy miłą kolację w lokalnej knajpce i generalnie zbliżamy się do pory odpoczynku. Ja nie mogę odmówić sobie jeszcze dwóch Leo w barze obok nas.



Pojawia się żal, że powoli zbliża się koniec wakacji. Przed nami jeszcze trzy noclegi w Bangkoku i powrót do domu, do pracy i szarego życia w szarym świecie. Z drugiej strony, ten urlop jest naprawdę intensywny w doznania i z trudem zdałem sobie dzisiaj sprawę, że dokładnie tydzień temu on się w ogóle zaczął. Wydaje się, że jesteśmy tu sporo dłużej, a o takiej Rydze to juz w ogóle zapomniałem.