środa, 17 listopada 2010

Dzień dwunasty, czyli sadat go home

Jak ja takich dni nie lubię. Samolot odlatuje z Bangkoku o 6:00 rano, co oznacza, że wstać musimy gdzieś po drugiej, wyjść koło trzeciej, by na lotnisku być dwie godziny przed startem. Aerosvit nie ma litości dla swoich klientów.

Właściciel naszego przybytku załatwia nam taksówkę (z pewnością na tym nieco przycina ale co tam), która szybko wiezie nas na Suvarnabhumi. Droga na miejsce to kolejna okazja do tego, by zadać sobie pytanie: czy to aby na pewno jest trzeci świat? Proste ulice o idealnej nawierzchni, multum kaskad, nowoczesność której u nas próżno szukać. Samochód pruje czasami dobrze ponad setkę, a mimo wszystko droga zajmuje nam niemal godzinę jazdy. Bangkok to wielkie miasto.

A już na miejscu okazuje się, że nasz lot jest opóźniony o prawie 1,5 godziny. Można było więc pospać dłużej, a tak zasypiając na siedząco musimy się przemęczyć dodatkowy czas...

Sam lot to wielogodzinna mordęga. Mam problemy z zasypianiem w samolocie, ale ostatecznie i ja kilka razy daję się zabrać do krainy Morfeusza.



Towarzystwo dookoła mamy zabawne. Jest kilkoro rodaków ale dominuje żywioł ukraińsko-rosyjski. Na przegubach dłoni lśnią grube łańcuchy, tłuste brzuchy z trudem mieszczą się w markowych koszulkach prosto z mediolańskich salonów mody. Na nogach dresy i klapki. Twarze wyrażające tęsknotę za rozumem. Wszystko wygląda albo groźnie albo komicznie, ale domyślam się, że po bliższym poznaniu Ci ludzie okazaliby się wspaniałymi kompanami.

Kolejny przelot z Kijowa do Warszawy to mój 70-ty lot. Jak ten czas leci. Większość z tego zasobu „wylatałem” przez ledwie trzy lata i to wyłącznie za własne pieniądze. Powiedziałem dla żartu, że linie lotnicze z pewnością uczczą tą okazję i cóż, nie pomyliłem się. Wyczekiwałem czerwonego dywanu, a tymczasem już przy boardingu pani poinformowała nas, że dostaliśmy upgrade do klasy biznes. Pierwszy raz w życiu mam więc okazję zobaczyć jak wygląda obsługa „z przodu samolotu”.

Było miło. Jak już pisałem kilka razy, kocham LOT. Kocham bo jest nasz, polski. Nawet jeżeli czasem oznacza to przaśność, a sama firma przynosi straty, które pokrywają podatnicy. Kocham bo nie ma to jak po wyjeździe wejść na pokład i poczuć się jak w domu. Lubię obsługę, smakują mi nawet kanapki serwowane na pokładzie. Doceniam to, że polscy piloci nie milczą i odzywają się podczas przelotu, co z pewnością działa dobrze na pasażerów i ich zaufanie w profesjonalizm.

Dostaliśmy smaczny posiłek podany na białym obrusie. Przed startem gazeta do wyboru oraz powitalna szklanka soku a także paczka orzeszków „do chrupania”. Wszystko przyjemnie i sympatycznie. Jeżeli firma płaci – czemu nie, klasa biznes ma swoje uroki. Za własne pieniądze jednak nigdy bym się nie zdecydował, więc tym bardziej, to doświadczenie było przydatne.




Jeszcze tylko godzinna jazda po zakorkowanej Warszawie taksówką (i który kraj należy do trzeciego świata?) i jesteśmy w domu. Nieprzytomni ze zmęczenia, bo mija gdzieś około dwudziesta godzina od początku powrotu. Ale szcześliwi, bo Tajlandia okazała się być (kolejny raz) wspaniałą przygodą. Myślę, że na podsumowania się jeszcze zdobędę, a póki co zaczynam odliczanie do kolejnego wyjazdu. Nie byłbym sobą gdybym i nie zaczął się zastanawiać – gdzie dalej?