wtorek, 27 grudnia 2011

2011 w liczbach podsumowania

W drodze powrotnej z Lizbony, na lotnisku w Brukseli zaatakowała mnie nagła fala miłości do Europy Zachodniej i całego Starego Kontynentu. Wystarczyło jedynie wejść do sklepu. Dookoła mnóstwo pięknych (drogich!) rzeczy, zapakowanych gustownie i kuszących mój portfel. Pasztety z dziczyzny. Smukłe butelki belgijskich napitków rozgrzewających. Nieznane wędliny. No i słodycze. Tony słodyczy, każde w lśniącym sreberku, które sprawiało, że wracałem mimowolnie do czasów dzieciństwa i niepohamowanego ślinotoku na samą myśl o czekoladzie. Wtedy kolejny raz w ostatnim czasie, zdałem sobie sprawę jak ta nasza Europa jest jednak piękna i cudowna. Gdzie indziej na świecie przywiązuje się taką wagę do dupereli jak tutaj? Gdzie na świecie jedzenie w sklepie jest dziełem sztuki użytkowej? W Stanach, gdzie królują soki pomarańczowe sprzedawane w wielkich plastikowych karnistrach niczym po benzynie? W Azji, gdzie wszystko jest albo istant albo cuchnące tandetą made in China? Po Europie warto jeździć!

Mijający rok pod względem podróżniczym był obfity i ciekawy, ale ... mit postępu został obalony. Do tej pory, każdy kolejny przynosił więcej i więcej. A tym razem było wszystkiego nieco mniej. I mniej lotów, i mniej kilometrów pokonanych, mniej samych wyjazdów, a i kierunki były znacznie mniej egzotyczne. Mimo to, było fajnie i należy mieć nadzieję, że 2012 nie będzie gorszy. Niemniej, w mijającym roku udało się pojechać do:
- Neapolu
- Tbilisi
- Kolumbii
- Rumunii
- Wiednia
- Tallina
- oraz do Lizbony i na Maderę

Łącznie dwadzieścia cztery przeloty, pięćdziesiąt osiem godzin w powietrzu i ziemia okrążona dokładnie jeden raz. Jak prowizorycznie wyliczyłem, łączna suma urlopów złożyła się na nieobecność w domu przez grubo ponad pięćdziesiąt dni.

Jak widać, miłość do Europy to coś więcej niż słowa. Było jej dużo. Każdy wyjazd miał swój urok:

- Neapol po bliższym poznaniu okazał się „Azją u naszych bram”. Chaos, brud i smród śmiało można porównywać do miast znanych z Dalekiego Wschodu.
- Chociaż liczyłem, że ujrze je skąpane w kaukaskim śniegu i zimie, to deszczowe Tbilisi również mi się spodobało i te kilka dni wspominam wręcz znakomicie.
- Kolumbia zaś to zupełnie inna opowieść. Już na miejscu miałem świadomość, że to najbardziej egzotyczny wyjazd od bardzo dawna, a upływ czasu jedynie to przeświadczenie umocnił. Czy pojechałbym raz jeszcze? Jak najbardziej...
- Rumunia, czy raczej Transylwania podobała nam się strasznie i z chęcią tam jeszcze wrócimy, mając świadomość, że tak niedaleko nas jest świat zatopiony w przeszłości i jej tajemnicach...
- Wiedeń, powrót po latach, to miasto nigdy nie straci nic ze swojego uroku.
- Tallin był znakomitą wrześniową odskocznią, chociaż gdybym miał wymienić najsłabszy wyjazd tego roku, bez wątpliwości wskzałabym na stolicę Estonii (sorry Tallinie, ale konkurencję miałeś silniejszą)
- O Lizbonie można powiedzieć jedynie tyle, że specjalnie zwiedzialiśmy ją po łebkach, by mieć wymówkę do ponownych odwiedzin
- ... a na zielonej i przyjaznej Maderze po raz pierwszy od dawna po prostu odpoczęliśmy
Co przyniesie nadchodzący rok, tego nie wiemy, ale jak zwykle liczymy na łaskawość Fortuny w tej kwestii. Póki co – siłą styczniowej tradycji mamy Włochy, potem samotna Moskwa, a następnie...

sobota, 12 listopada 2011

12.11, Schody Alfamy i monumentalność Belem

Ostatni dzień w Lizbonie postanowiliśmy poświęcić na zwiedzanie Belem (czyli Betlejem). Dzielnica położona kilka kilometrów na zachód od śródmieścia oferuje tyle atrakcji i ciekawostek, że jej zobaczenie na własne oczy wydaje się być obowiązkowym punktem dla każdego szanującego się turysty. Zanim jednak tam wyruszyliśmy spożyliśmy hostelowe śniadanie (jak zazwyczaj, w międzynarodowym towarzystwie), a potem spaliliśmy nieco kalorii wspinając się po krętych uliczkach Alfamy. Ta dzielnica, niezwykle malownicza, choć i zapuszczona, rozciąga się tuż obok naszego lokum. Wystarczy skręcić w głąb jednej z wąskich bram, by znaleźć się wewnątrz gęstej tkanki miejskiej, złożonej z wysokich kamienic oraz wąskich, kiszkowatych przejść, w których o każdej porze dnia i roku panuje delikatny półmrok. Owego sobotniego ranka byliśmy tam niemalże sami, mając okazję do obserwowania codziennego życia jej mieszkańców. Starsi ludzie z siatkami zakupów mozolnie pokonywali rozliczne schodki. Na małym placyku rozstawił się sprzedawca ryb, którego zrazu otoczyła gromadka klientów. Z mapą czy bez mapy, szybko można tam się zagubić, chociaż po pewnym czasie nawet największy nieborak odnajdzie właściwą drogę. Wystarczy iść w górę, by dotrzeć do okolic zamkowych, które eksplorowaliśmy już wczoraj.









Następnie przyszła pora na zakupy – szczególnie te spożywcze zajęły nam nieco czasu. Nie powiemy, oboje chyba lubimy zwiedzanie sklepowych półek. Za każdym razem czuję dziecięcą ciekawość i ulgę widząc, że nawet zestandaryzowane supermarkety różnią się ofertą od tych znanych mi z domu. Świat staje się globalną wioską, ale nawet w tych smutnych czasach jest jeszcze miejsce na odrębność, symbolizowaną w tym przypadku przez nazwy wędlin i słodyczy, których nie jestem w stanie rozpoznać.

Belem oddalone jest o sześć kilometrów od centrum. Tramwajowa linia mija różne miejsca. Niektóre zupełnie normalne, inne zaś (powtarzam się chyba) zapuszczone i wybiedzone. Ale na końcu tej podróży czeka „Dzielnica Odkrywców”. To z tego portu odpływali na podbój świata Henryk Żeglarz (odkrył m.in. Azory i Maderę), Bartolomeu Dias (opłynął południowy kraniec Afryki), Ferdynand Magellan (pierwsze wyprawy, dopóki nie zdradził Lizbony na rzecz Króla Hiszpanii) czy Vasco de Gama (pierwsza morska droga do Indii i pośredni sprawca upadku Jedwabnego Szlaku). To do Belem przypłynął z Ameryki sam Krzysztof Kolumb. O ile inne dzielnice miasta są zatłoczone, wypchane zabudowaniami aż po brzegi, tutaj, blisko ujścia rzeki Tag do Oceanu Atlantyckiego, można oddychać pełną piersią na dużej, otwartej przestrzeni. Budynki są majestatyczne, królewskie, przypominając o tym, że znajdujemy się bądź co bądź, w stolicy dawnego Imperium nad którym nigdy nie zachodziło słońce. Może i dzisiejsza Portugalia nieco skapcaniała, zapadła się w swoim lenistwie i odosobnieniu, ale w tym miejscu czuć jeszcze wspomnienie czasów, gdy jej życiodajne soki pulsowały wyznaczając całemu światu kierunek rozwoju i ekspansji.




Można tu spędzić kilka dni, zwiedzając każdy z zabytków od zewnątrz i od środka. My postanowiliśmy jednak skupić się na tylko jednym miejscu. Za sutą opłatą wkroczyliśmy do świata wody i okrętów, zamkniętego w niepozornej bryle Muzeum Marynistycznego. Wewnątrz – cała, bogata historia podbojów, odkryć i rozwoju technologii. Spędziliśmy tam nieco czasu i o ile ja bawiłem się znakomicie, nawet Ania wykazywała zainteresowanie eksponatami.








Naczelnym punktem wietrznej promenady jest z kolei pomnik upamiętniających owych dzielnych Portugalczyków, którzy mieli na tyle odwagi, by wyprawiać się dalej niż sięgał horyzont i ludzka wyobraźnia. Tag jest w tym miejscu niezwykle szeroki, rzeka niedaleko stąd wypływa na szerokie wody Oceanu. Czuć woń przygody, która od wieków roztacza się nad tym miejscem.




Popołudniem mieliśmy okazję przekonać się o tym jak zmieniło się psyche narodu. Niegdyś, zdobywcy, zuchwali i lubieżni w swym dążeniu do bogactwa oraz sławy. A dzisiaj? Dzisiaj rozmiłowani w narzekaniu, strajkach, protestach i lenistwie. Naszą trasę przecięła rozpoczynająca się manifestacja, jedna z wielu, którą Lizbona widziała w ostatnich czasach. My trafiliśmy akurat głównie na emerytowanych wojskowych, którzy tworzyli pierwszy szereg. Jeszcze wiele godzin po jej zakończeniu napotykaliśmy jednostki niosące czerwone sztandary, przesiadujące w kawiarniach, żywo dyskutujące na tematy polityczne. Cóż, z taką mentalnością, średniowieczna Portugalia nie tylko nie zdobyłaby Brazylii czy kolonii w Afryce, ale zapewne nie dopłynęłaby nawet na niedaleką przecież Maderę...



W ten oto sposób zakończył się nasz romans z Lizboną. Wieczorem żal było wracać do domu, ale czekała nas bardzo wczesna pobudka (tanie bilety mają swoje wady) i lot do Warszawy. Mimo wszystko, żegnaliśmy to miasto z przeświadczeniem, że jeżeli nadarzy się taka okazja, z chęcią tu wrócimy, na ten przykład w drodze na odległe Azory. Kto wie, być może już niebawem?

piątek, 11 listopada 2011

11.11, Wracamy do Lizbony


Pierwszy i ostatni kontakt z Maderą, w naszym przypadku, przypadł oczywiście na lokalne lotnisko. Ciągnie się za nim równie ponura co podniecająca sława jednego z najbardziej niebezpiecznych na świecie. Zupełnie słusznie, aczkolwiek obecnie jest to jedynie wspomnienie przeszłości. W samym 1977 roku doszło na nim do dwóch katastrof. Wyzwaniem była krótka droga lądowania, nie pozwalająca na najmniejsze nawet błędy. Na przełomie tysiącleci zakończono ogromne architektoniczne przedsięwzięcie, dzięki któremu pas startowy został prawie dwukrotnie wydłużony. Specjalna konstrukcja osadzona na dziesiątkach potężnych kolumn robi wrażenie (autobusy przejeżdżają trasą wiodącą pod pasem, więc można się napatrzeć na potęgę wsporników) i nie bez powodu, na wielu pocztówkach, obok klifów, urokliwych domków i zieleni, jako kolejny symbol Madery widnieje ono, lotnisko.

Jednak i dzisiaj lądowanie czy start może przyprawić o gęsię skórkę. Po pierwsze, lotnisko jest położone pięknie, tuż nad wodą, wciśnięte pomiędzy ocean a okoliczne wzniesienia. Samolot zanim ostatecznie wyląduje, przez dłuższą chwilę obniża się, lecąc równolegle do brzegu. Po drugie, i na to człowiek nadal (na całe szczęście!) nie ma wpływu, pogoda na wyspie czasem jest w stanie zrobić spore zamieszanie. W najbardziej krytycznych sytuacjach, szczególnie jesienią i zimą, loty są przekierowywane albo do pobliskiego Porto Santo albo na Kanary. Wiatr nad Maderą potrafi porządnie zawiać, sprawiając, że lądowanie staje się niewykonalne. Wypada to mieć na uwadze, szczególnie, gdy chce się tu przylecieć właśnie o tej porze roku (chociaż na Azorach jest jeszcze gorzej). Praktycznie zawsze zaś (ponoć, nas to ominęło) można doświadczyć drobnych złośliwości Matki Natury w postaci kręcących strumieni, które rzucają samolotem na boki...



Lotnisko jest nowoczesne i przyjemne. Po odprawie czeka nas (no dobrze, mnie) miła niespodzianka. Zamiast gnić wewnątrz w oczekiwaniu na boarding, można ten czas spożytkować na otwartym tarasie widokowym, z którego można podziwiać pas startowy. Szkoda jedynie, że ruch w Funchal nie należy do szczególnie intensywnych. Jednak i tak z wielkim trudem udaje się mnie odciągnąć od barierek...




Lizbonę witamy jak starą znajomą, chociaż prawda jest taka, że poprzednio spędziliśmy w niej ledwie kilkanaście godzin. Mimo to, miłe to uczucie, gdy daleko od domu człowiek wie gdzie ma iść, do jakiego autobusu wsiąść i gdzie wysiąść, by dotrzeć do hotelu. Minął tydzień i sporo się zmieniło, ale nie jedno. Nadal ciągniemy za sobą walizkę, która na odległość kilometra dookoła daje znać, że nadchodzimy!

Popołudniem postanowiliśmy przejechać się tramwajem nr 28 na górę, w kierunku lizbońskiego zamku. To naczelna atrakcja turystyczna, więc pojazd był wypełniony ludźmi, ale w porównaniu do obrazków jakie widywaliśmy wcześniej, mogliśmy powiedzieć, że mieliśmy szczęście. Trasa kluczyła po wąskich uliczkach, wdrapując się w górę, czasem pod zupełnie irracjonalnymi kątami. Tramwaj rzężał, charczał, ale dzielnie wykonywał polecenia motorniczego. Za oknem zaś roztaczał się widok na codzienne życie Lizbony. Ulice były brudne, wiele drzwi wyglądało na zamknięte od dekad, ściany zdobiły rozliczne grafitti o wypranych kolorach.




Zamek Św. Jerzego, położony na wzniesieniu górującym nad miastem, jest z pewnością piękny, ale w nas nie wzbudził większego zainteresowania. Może przez tłumy, a może przez to, że pogoda (raz ciepło, raz chłodniej i tak co chwila na zmianę!) zaczęła nas męczyć. Nie zdecydowaliśmy się wejść do środka, tym bardziej, że owa przyjemność kosztowała zdecydowanie za dużo jak na nasze, polskie przecież, kieszenie. Zamiast tego pokrążyliśmy przez dłuższy czas po okolicach, schodząc powoli z powrotem w kierunku rzeki. Przez chwilę łudziłem się jeszcze, że mapa będzie jakkolwiek pomocna, ale po pewnym czasie, schowałem ją do torby i po prostu rozkoszowałem się atmosferą Lizbony dookoła. Można o niej powiedzieć wiele, że szara, że archaiczna, że brudna, ale przede wszystkim, przyznać trzeba, że wciąga i intryguje. Po brukowanych uliczkach co chwila przetaczają się tramwaje, wąskie przejścia kuszą tajemnicami, złapać oddech pozwalają szersze place, na których, w cieniu świątyń buzuje owe leniwe, portugalskie życie. Dzieje się tam tak wiele i tak mało jednocześnie. Tkanka miejska w całości oblepiła wzgórza, rozliczne punkty widokowe ukazują miasto, które niczym warstwami czeka na kolejnych odkrywców. A przynajmniej na takich, którzy mają na to czas. Dużo czasu. My myślimy, że nie ma nadwerężać sił. Może tu wrócimy, na przykład, w drodze na i z Azorów?








Wieczorem jemy posiłek w tej samej knajpce co pierwszego dnia. Widać, że słusznie zdiagnozowaliśmy ją jako najtańszą w okolicy, bo napotykamy tam na rodaków, a kilkoro Polaków mylić się nie może. Długie wałęsanie po zmroku kończymy w barze nieopodal naszego hotelu, gdzie pijąc słodką Sangrię wspominamy nie tylko ostatnie dni, ale i minione dwa lata. Jak ten czas leci...

czwartek, 10 listopada 2011

10.11, Dolina Zakonnic i pożegnanie z Funchal

Ostatni dzień na Maderze! Jak ten czas leci, można pomyśleć. Zerkamy na mapę i z żalem stwierdzamy, że jeszcze mnóstwo rzeczy czeka na odkrycie. Całe północne wybrzeże, dla przykładu, ponoć piękne, surowe i praktycznie niezamieszkałe, nie doczekało się naszej wizyty. Może to i dobrze, będzie po co jeszcze tutaj wrócić?

Powtarzamy schemat z poprzedniego dnia. Czyli, najpierw ranek i południe spędzamy osobno, a potem już resztę czasu wspólnie wałęsamy się po Funchal, żegnając z żalem każdy znajomy kąt. Tym razem wybrałem się do Curral das Freiras, miasteczka położonego mniej więcej w środkowej części Madery. Na ten sam pomysł wpadła również setka emerytów.

Wysiadam jednak wcześniej, w Eira do Serrado. To punkt widokowy położony na szczycie wzgórza. Z tarasu rozciąga się przepiękny widok na okoliczną dolinę o kształcie podkowy, gdzie, ukryte przed światem, przycupnęły zabudowania tytułowej mieściny. Tym razem żadna mgła nie ogranicza widoczności, a mój lęk wysokości ma sporą pożywkę. Podejście do barierki kosztuje nieco nerwów, a serce bije mocniej niż zazwyczaj. Jednak otoczenie wynagradza wszystko. Zbocza są surowe, chmury wiszą w kotlinie, muskając szczyty. Niemal słyszę jak się poruszają, płynąc w bliżej nieokreślonym kierunku.

Podobnie jak w przypadku Ribeiro Frio, ledwie kilkadziesiąt minut drogi od zatłoczonej stolicy, Madera nagle zmienia swoje oblicze. Znikają momentalnie zabudowania, a natura zaczyna zdecydowanie dominować nad przejawami ludzkiej aktywności. Nawet budująca się na szczycie nowa restauracja (bodajże) nie jest w stanie zakłócić spektaklu, który w tym miejscu wystawia przyroda, ze sobą w głównej roli...





Żeby dotrzeć do Curral das Freiras trzeba zejść kilkukilometrową, ubitą i niezbyt zabezpieczoną trasą, która wiedzie zboczem prosto w dół. Jej pokonanie, znowuż, nie było specjalnie wymagające, aczkolwiek w kilku miejscach wypadało skupić się tak na podłożu, jak i zachowaniu stosownej odległości od krawędzi zza której majaczyła pustka. Zdarza się czasem, że ścieżka jest zamknięta dla ruchu, gdy deszcze zmywają ziemię, tworząc w niej wyrwy uniemożliwiające przejście. Niesamowite jest to, że do 1959 roku, kiedy powstała jezdnia łącząca miasteczko z resztą cywilizacji, była to jedyna trasa umożliwiająca dotarcie do doliny. W zimę (która w tym miejscu akurat wyjątkowo dla Madery występuje) zdarzało się wręcz, że połączenia nie było żadnego. Miejsce na pewien czas zamykało się w swoim własnym mikrosystemie. To zresztą owe odosobnienie stanęło u powstania osady. W 1566 roku, w dolinie schronienie znalazły zakonnice, które zbiegły z Funchal przed francuskimi korsarzami plądrującymi Maderę. Sama jej nazwa oznacza zresztą Dolinę Zakonnic.






Sama wioska w pełni odzwierciedla powiedzenie, że nie liczy się by króliczka dogonić, tylko żeby go gonić. Po takiej drodze, można mieć nadzieje, że na miejscu czeka na nas perła ukryta przed niszczycielskim okiem współczesności. Curral das Freiras zamieszkuje mniej niż dwa tysiące osób ale miłośników historii spotkać tu może jedynie rozczarowanie. Poza kilkoma drobnymi wyjątkami, zabudowa jest nowa, betonowa i pozbawiona patyny czasu. Z zabytków zachował się jedynie XIX-wieczny kościół, którego wieża malowniczo odcina się na tle zatopionych w chmurach wierzchołków. Moją uwagę zwraca leżący tuż obok malutki, miejski cmentarzyk. Można by się spodziewać, że w takich warunkach, tubylcy dożywają sędziwych dni, jednak pobieżna inspekcja nagrobków pokazuje ludzi w sile wieku, którzy odeszli zdecydowanie za szybko...







Najlepsze co można w Curral das Freiras robić to po prostu gdzieś usiąść i chłonąć leniwą atmosferę mieszkańców i ich miasteczka. Kiedyś jednak zaczyna nużyć nawet to. Można by oczywiście wrócić na górę tą samą trasą, ale podobnie jak kilkoro turystów, grzecznie czekam na autobus i docieram do Funchal malowniczą trasą, która wije się i skręca narażając mnie na nerwowe zerkanie zza okno.

Popołudniem, nie powiem, żal żegnać się nam było z tym miłym miejscem. Najpierw trafiamy na miejski targ, który częściowo zamknął już swoje podwoje. Na dole, w śmierdzącej rybami sali, dawno już skończono codzienny handel owocami morza we wszelkiej postaci. Ostały się jednak rozliczne stanowiska z owocami. Ich wybór mógł przyprawić o otępienie wywołane brakiem umiejętności nazwania większości z nich. Ostatecznie, my także wychodzimy stamtąd z małymi zakupami. Kilka egzotycznych produktów kosztowało nas astronomiczną kwotę I dopiero po pewnym czasie dociera do nas, że miły sprzedawca najwyraźniej naciął nas jak pospolitych frajerów (zapewne dlatego, że wyglądamy jak pospolici frajerzy).




Kawałek za ogrodami Świętej Katarzyny, znajduje się Quinta Vigia, różowy osiemnastowieczny budynek, który jest siedzibą prezydenta Madery (stanowisko prezydenta to symboliczny przejaw autonomii jaką wyspa posiada). Zabudowania są skromne, niegodne w sumie większej uwagi, ale po okolicznym parku kręcimy się chwilę w asyście skrzeku papug. Ptaki zerkały na nas z jawną wrogością zza krat klatek, wydobywając wyjątkowo nieprzyjemną gamę dźwięków (zapewne ze świadomością, że te rejestry ranią nasze uszy). Z ulgą więc stamtąd uciekliśmy, po drodze dostrzegając jeszcze w fontannie martwą mysz. Widać, również nie mogąc znieść tego jazgotu, popełniła samobójstwo...




Funchal to pierwsze miejsce, w którym spędziliśmy na urlopie aż tyle czasu. Zazwyczaj uprawiamy turystykę objazdową, poświęcając na jedno miejsce góra dwa, trzy dni. Tym razem jednak, wbrew naszym (albo raczej moim) zwyczajom, osiadliśmy w jednym miejscu i to z niego ruszaliśmy na rekonesans. Ma to swoje dobre i złe strony. Po pierwsze, nieco jednak odpoczęliśmy, co zazwyczaj na wakacjach nam się jednak nie zdarza. Po drugie, poznaliśmy dzięki temu Funchal dogłębnie, ostatniego dnia czując się, dosłownie, jak u siebie, w dobrze znanym domu, w którym każdy kąt pachnie rozpoznawalną wonią. Rozstawać się z takim miejscem jest jeszcze trudniej niż zazwyczaj! Złe strony? Brak ustalonej marszruty rozleniwia, bo człowiek to istota ze swej natury dążąca do minimalizacji wysiłku. Nasze “wycieczki” mogłyby więc być bardziej intensywne, mogliśmy zobaczyć więcej. Tylko czy zawsze musi w życiu chodzić o więcej i więcej?