Koniec roku to czas różnych podsumowań. Jako że blog traktuje jedynie o moich wojażach, a nie, na szczęście, o innych aspektach życia osobistego, napisać takowe nie będzie ciężko. Bo raz, że jest o czym, a dwa, że można wyjątkowo powiedzieć wtedy: to był dobry rok. A nawet bardzo dobry.
Szaleństwo podróży trwało w najlepsze. Myślałem, szczerze, że mijające dwanaście miesięcy takie nie będzie. Okazało się jednak, że rok 2008 został pobity i pozostawiony w polu, chociaż poprzeczka została postawiona bardzo wysoko. Idąc po kolei, na moje wojaże składały się:
1) Nowy Jork & Nowy Orlean & Nowy Jork
2) Budapeszt
3) Czarnogóra & godzina spędzona w Dubrowniku
4) Trynidad & Tobago & Nowy Jork
5) Stambuł
Czyli mniej wałęsania się po Starym Kontynencie, za to więcej podróży o charakterze, nie bójmy się tego słowa, interkontynentalnym. Takie zresztą było założenie. Po pierwsze, ekonomia, bo co to bliżej, bywa zaskakująco drogie, po drugie, po Tajlandii pojawiła się głęboka potrzeba wizytowania, miejsc dalekich i egzotycznych.
Gdybym miał to jakoś podsumować, to poza suchymi liczbami, przydałoby się coś więcej. Cyferkowo jednak:
- 22 loty samolotem, co daje 2 dni i 7/10 trzeciego spędzone w powietrzu
- okrążyłem ziemię dookoła, albowiem przeleciałem 45 tysięcy kilometrów
- byłem na 13 lotniskach
- mój tyłek zaszczycił swoją obecnością 6 państw, a licząc tranzyty to aż 9
- nie powiem ile pieniędzy na to wydałem, bo wolę się nie denerwować
A wspomnienia są bezcenne.
Pierwszy raz zobaczyłem na własne oczy Nowy Jork. By po kilku miesiącach do niego powrócić niemal z łzami radości w oczach. Byłem w Nowym Orleanie i oddychałem wilgotnym powietrzem stolicy grzechu, jazzu i występku. Płynąłem po wielkiej Mississippi River. Ba, z okna samolotu widziałem panoramę Chicago, a nawet robiłem siku w samolocie stojącym na wielkim O’Hara Airport. Jeździłem budapesztańskim metrem pamiętającym XIX wiek i spacerowałem po klimatycznych uliczkach stolicy Węgier. Błądziłem pod stadionem w Podgoricy, jadłem kolacje na promenadzie w Herzeg Novi, rozczarowałem się tłokiem panującym w Dubrowniku. W końcu odbyłem najdłuższą podróż lotniczą cywilizowanego świata i po ledwie ponad dobie, zameldowałem się via Dublin i NYC w pięknym karaibskim Tobago. I w ten sposób trafiłem do miejsca, które zawsze chciałem zobaczyć. Siedziałem na plaży, widząc jak Morze Karaibskie zlewa się z Atlantykiem, słuchałem soca, oddawałem hołd kurlandzkiej przeszłości wyspy. Unikałem niebezpieczeństw Port-of-Spain, zachwycałem się wybrzeżem Trynidadu, podróżowałem po jego bezdrożach z etiopskim taksówkarzem. Ponownie ucałowałem nowojorską ziemię, odwiedzając dobrze znane, kochane miejsca. A na koniec, po drugiej próbie, zobaczyłem Stambuł, czyli najbardziej bodaj egzotyczne miasto nowoczesnej Europy.
Brzmi to fajnie i tak właśnie było. Chociaż, mam takie wrażenie, że jednak ciągle Tajlandia jest najpiękniejszą wyprawą jaką podjąłem. Ale to z kolei Trynindad & Tobago jest tą najbardziej szaloną.
Jaki będzie przyszły rok to nie wiem. Jako osoba pokorna, nie będę rozwodził się nad planami. Jako osoba zdroworozsądkowa wiem doskonale, że dawno temu przegrałem już walkę z nałogiem, więc nie będę się oszukiwał, że już nigdzie nie pojadę. Bo pojadę, niezależnie od budżetów jakimi będę dysponował. Najwyżej będzie to po prostu coś taniego i blisko. Ot, kolejny rok z nałogiem.
piątek, 18 grudnia 2009
środa, 16 grudnia 2009
3-6.12 Stambuł
Widziałem już Kair, Ateny oraz Rzym. Za drugim podejściem udało się zaliczyć kolejne centrum starożytnej cywilizacji, czyli Konstantynopol. Największe miasto Europy, więc i wrażenia powinny być co najmniej duże. No i takie właśnie są.
Majestatyczne zabytki budzą uznanie. Pierwsze skojarzenie ze Stambułem to chyba Hagia Sofia.

Z zewnątrz, bądźmy szczerzy, przynosi głównie rozczarowanie. Bryła budynku może i duża, czy nawet ogromna, ale chaos „podolepianych” przybudówek i zmian jakie wprowadzano do wyglądu świątyni przez półtora tysiąclecia, sprawia, że całość sprawia wrażenie pokraczne i nijakie. Tym bardziej, że po drugiej stronie placu pręży się majestatycznie Błękitny Meczet. Jego twórcy udało się to co planował – Hagia Sofia przypomina przy nim, może i starszą, ale zdecydowanie brzydszą siostrę, która w rywalizacji o względy gapiów zdaje się być bez szans. Ale pozory czasem mylą. I tak jest w tym przypadku.

Po wejściu do Sofii naszym oczom ukazuje się jej wnętrze. I trudno wtedy nie wydać z siebie jęku zachwytu i zdziwienia. Bo wszystko jest ogromne, na tyle zaskakująco duże, że niekiedy zapewne turyści wychodzą jeszcze raz na zewnątrz, by sprawdzić czy aby na pewno owe brzydkie kaczątko naprawdę kryję w sobie taką potęgę.
Losy świątyni to wypadkowa skomplikowanych dziejów miasta, które na przestrzeni wieków zmieniało nazwę, władców i religię panującą.

Niegdyś był to kościół chrześcijański, potem oczywiście meczet, obecnie po prostu Zabytek. Muzułmanie są jacy są, obecnie lubią się wysadzać w powietrze, słabo pilotują samoloty i budują silosy atomowe. Ale przynajmniej w zamierzchłej przeszłości nie sposób im było odmówić swoistej tolerancji dla tego co obce. Dlatego też po dziś dzień można podziwiać starochrześcijańskie freski i elementy wystroju wnętrza.
Do Błękitnego Meczetu wejsć podczas modlitw oczywiście nie można. Trzeba było swoje odczekać. Więc dłużej można popatrzeć się na sam budynek. Z zewnątrz, jak wspominałem, to budowla po prostu piękna, potężne minarety, ogromny dziedziniec, wysokie mury.

Za to środek rozczarowuje. Chociaż może to złe słowo – po prostu po przepastnym wnętrzu wielkiej sąsiadki, ten meczet nie może już robić podobnego wrażenia. Jest piękny, ale moje pokłony należą się głównie dla Hagia Sofia.
Niespodzianka to żadna, że w mieście pełno kolejnych meczetów. Starych i wielkich, małych i nowych, takich widocznych z daleka i takich, które trudno zauważyć nawet stojąc koło drzwi wejściowych. Nasi rodzimi obrońcy przed zalewem faszyzującego klerykalizmu powinni karnie wybrać się chociażby do Stambułu, by przekonać się jak nam daleko do religijnych standardów. Kilka razy w ciągu dnia słyszymy nawoływania do modlitw. Przypomina się nieco Bangkok i mój hotelik zagubiony wśród islamskiej mniejszości. Wtedy to przecież, jeszcze ciemną nocą budziła mnie modlitwa. Piękna ale i straszna, w ciemności zawsze cierpła mi skóra. Myślę sobie, że stambulskie wykonanie jest jednak znacznie, znacznie gorsze od tamtego.
Trzeci symbol, Pałac Topkapi rozczarował. Jest duży, w salach znajdzie się sporo zabytków, ale ogólna refleksja po zwiedzaniu była taka, że albo daliśmy ciała i nie zobaczyliśmy nawet 1/10 całości, albo przewodniki gówno o świecie wiedzą. A reklamowano, że spędzić tam tydzień to za mało.
My po godzinie myśleliśmy już tylko o kebabie, a bezcenne artefakty eksponowane w gablotach mijaliśmy ziewając. Jednym słowem - się zaczęliśmy nudzić.

Cóż, prostaki z nas. A prostaki lubią zakupy.
Część z nich robiliśmy na Grand Bazaar. W latach 70-tych pół Polski jeździło w to miejsce, by w zamian za przywożone kurtki skórzane (po dziś dzień obowiązkowe odzienie dla Turków płci obojga), sprowadzać kożuchy, złoto, mięso, mydło i inne dobra luksusowe, których gospodarka ludowa nie miała czasu produkować. Słynna złota ulica, bądźmy szczerzy, naszego pokolenia już tak nie rajcuje. Owszem, coś tam się świeciło, ale nie było w stanie przykuć naszej uwagi na dłużej. Inne stoiska to co innego, na Spice Bazaar podziwialiśmy kolorowe stożki ułożonych przypraw (które jeden z nas miał ochotę zdmuchnąć), kawałek dalej zastanawialiśmy się jakie słodycze kupić spośród tysiąca wystawionych. Były też, jak wszędzie, tandetne pamiątki, które po odpakowaniu w domu zawsze są witane standardowym „po chuja to kupiłem”. Były tkaniny tak kolorowe, że jako daltonista dostawałem drgawek i prosiłem, by sprzedawca razem z Robertem znaleźli mi coś w kolorze „pink”.

Dodajmy do tego tłok, harmider i ogromną przestrzeń plątaniny malutkich uliczek, by zdać sobie sprawę, że w tym wszystkim trzeba się było zgubić. Nie tym razem jednak. Jakbyśmy nie szli i tak za każdym razem trafialiśmy do tego samego wyjścia, które było najbliżej naszego „hotelu”. Dziwy, stambulskie dziwy.

Jedzenie to osobna karta. Co prawda, posiłki były dwa. Albo kebab w raczej nudnej knajpie, albo coś na słodko. To drugie – gdziekolwiek i kiedykolwiek, albowiem Stambuł słodyczami stoi. Nie sposób się było oprzeć słodkiej baklawie, która zerkała na nas z niemal każdej witryny sklepowej, mówiąc „włóż mnie do buzi, polska szmato”. W efekcie wróciłem pierwszy raz z wyjazdu grubszy. Przywiozłem więc więcej obywatela z wyższym wykształceniem.
Codziennym rytuałem była także wizyta w miłej knajpce, gdzie piliśmy piwo i paliliśmy jabłkową siszę siedząc na wygodnych poduchach na zewnątrz i patrząc na leniwe życie stambulskiej uliczki.

Mili właściciele przybytku byli ze Słowenii, która, jeżeli wierzyć ich opowieściom, jest krajem sąsiadującym z każdym innym krajem, z którego pochodzą akurat ich aktualni klienci. Byliśmy także świadkami jak rodzi się legenda, albowiem lokal został ozdobiony nowym neonem, na który właściciele gapili się przez cały czas, cmokając z zachwytu. Niestety, zapomnieliśmy uwiecznić to dzieło na zdjęciu, mimo solennych obietnic, że to uczynimy. Następnym razem.
Ogólnie to był dobry, męski wyjazd. Pogoda nam sprzyjała, dopiero ostatniego dnia, podczas naszej wyprawy do Zachodniej Dzielnicy zaczęło padać, a my sobie przypomnieliśmy, że to jednak grudzień, a nie wiosna. O ile przez większość wyjazdu można było odnieść wrażenie, że Stambuł to jednak stolica nowoczesna, może nieco odmienna od Europy, ale jednak z nią ściśle związana, o tyle ostatni dzień pokazał nam jej inne oblicze. Krążąc po zaniedbanych uliczkach, widzieliśmy niemal wyłącznie kobiety w czadorach i mężczyzn w tradycyjnych strojach. To już inny świat. Świat, w którym reguły życia są jasne i proste, tak jak w filmie poniżej.
Na większość wyjazdów udawałem się sam. Tym razem miałem kompana w postaci Roberta i dlatego też wyprawa różniła się od poprzednich. Było więcej szlajania się po knajpkach, więcej śmiechu i wygłupów. Mniej za to wędrówek po dziwnych miejscach i kontemplacji. Zawsze mam jakieś swoje ulubione miejsce, do którego wieczorem przychodziłem, by sobie pomyśleć o różnych rzeczach. Tutaj bazowaliśmy raczej na śmiechu i komentowaniu rzeczywistości. Nawet na morze się porządnie nie popatrzyłem, a wiadomo, że co jak co, ale gapić się na morze to ja akurat mogę długo.

Po Stambule pomyślałem sobie, że jednak muzułmański kawałek świata ma w sobie coś pociągającego i z chęcią bym jeszcze z nią poobcował. A może raczej w końcu poobcowal, bo co jak co ale Stambuł to jednak kosmpolityczna stolica kraju, któremu Kemal Ataturk kazał zdjać ciuszki i założyć garnitury. Robert już zakupił bilety do Damaszku, a ja... A ja, cóż, za miesiac z hakiem lecę do Rzymu. Już drugi raz i znowu nie sam. Do stolicy Turcji też wrócę z wielką chęcią, bo być może, jest to miesjce, które w Europie spodobało mi się najbardziej. Poza oczywiście bezkonkurencyjnym Dublinem :-)
Majestatyczne zabytki budzą uznanie. Pierwsze skojarzenie ze Stambułem to chyba Hagia Sofia.

Z zewnątrz, bądźmy szczerzy, przynosi głównie rozczarowanie. Bryła budynku może i duża, czy nawet ogromna, ale chaos „podolepianych” przybudówek i zmian jakie wprowadzano do wyglądu świątyni przez półtora tysiąclecia, sprawia, że całość sprawia wrażenie pokraczne i nijakie. Tym bardziej, że po drugiej stronie placu pręży się majestatycznie Błękitny Meczet. Jego twórcy udało się to co planował – Hagia Sofia przypomina przy nim, może i starszą, ale zdecydowanie brzydszą siostrę, która w rywalizacji o względy gapiów zdaje się być bez szans. Ale pozory czasem mylą. I tak jest w tym przypadku.

Po wejściu do Sofii naszym oczom ukazuje się jej wnętrze. I trudno wtedy nie wydać z siebie jęku zachwytu i zdziwienia. Bo wszystko jest ogromne, na tyle zaskakująco duże, że niekiedy zapewne turyści wychodzą jeszcze raz na zewnątrz, by sprawdzić czy aby na pewno owe brzydkie kaczątko naprawdę kryję w sobie taką potęgę.
Losy świątyni to wypadkowa skomplikowanych dziejów miasta, które na przestrzeni wieków zmieniało nazwę, władców i religię panującą.

Niegdyś był to kościół chrześcijański, potem oczywiście meczet, obecnie po prostu Zabytek. Muzułmanie są jacy są, obecnie lubią się wysadzać w powietrze, słabo pilotują samoloty i budują silosy atomowe. Ale przynajmniej w zamierzchłej przeszłości nie sposób im było odmówić swoistej tolerancji dla tego co obce. Dlatego też po dziś dzień można podziwiać starochrześcijańskie freski i elementy wystroju wnętrza.
Do Błękitnego Meczetu wejsć podczas modlitw oczywiście nie można. Trzeba było swoje odczekać. Więc dłużej można popatrzeć się na sam budynek. Z zewnątrz, jak wspominałem, to budowla po prostu piękna, potężne minarety, ogromny dziedziniec, wysokie mury.

Za to środek rozczarowuje. Chociaż może to złe słowo – po prostu po przepastnym wnętrzu wielkiej sąsiadki, ten meczet nie może już robić podobnego wrażenia. Jest piękny, ale moje pokłony należą się głównie dla Hagia Sofia.
Niespodzianka to żadna, że w mieście pełno kolejnych meczetów. Starych i wielkich, małych i nowych, takich widocznych z daleka i takich, które trudno zauważyć nawet stojąc koło drzwi wejściowych. Nasi rodzimi obrońcy przed zalewem faszyzującego klerykalizmu powinni karnie wybrać się chociażby do Stambułu, by przekonać się jak nam daleko do religijnych standardów. Kilka razy w ciągu dnia słyszymy nawoływania do modlitw. Przypomina się nieco Bangkok i mój hotelik zagubiony wśród islamskiej mniejszości. Wtedy to przecież, jeszcze ciemną nocą budziła mnie modlitwa. Piękna ale i straszna, w ciemności zawsze cierpła mi skóra. Myślę sobie, że stambulskie wykonanie jest jednak znacznie, znacznie gorsze od tamtego.
Trzeci symbol, Pałac Topkapi rozczarował. Jest duży, w salach znajdzie się sporo zabytków, ale ogólna refleksja po zwiedzaniu była taka, że albo daliśmy ciała i nie zobaczyliśmy nawet 1/10 całości, albo przewodniki gówno o świecie wiedzą. A reklamowano, że spędzić tam tydzień to za mało.
My po godzinie myśleliśmy już tylko o kebabie, a bezcenne artefakty eksponowane w gablotach mijaliśmy ziewając. Jednym słowem - się zaczęliśmy nudzić.

Cóż, prostaki z nas. A prostaki lubią zakupy.
Część z nich robiliśmy na Grand Bazaar. W latach 70-tych pół Polski jeździło w to miejsce, by w zamian za przywożone kurtki skórzane (po dziś dzień obowiązkowe odzienie dla Turków płci obojga), sprowadzać kożuchy, złoto, mięso, mydło i inne dobra luksusowe, których gospodarka ludowa nie miała czasu produkować. Słynna złota ulica, bądźmy szczerzy, naszego pokolenia już tak nie rajcuje. Owszem, coś tam się świeciło, ale nie było w stanie przykuć naszej uwagi na dłużej. Inne stoiska to co innego, na Spice Bazaar podziwialiśmy kolorowe stożki ułożonych przypraw (które jeden z nas miał ochotę zdmuchnąć), kawałek dalej zastanawialiśmy się jakie słodycze kupić spośród tysiąca wystawionych. Były też, jak wszędzie, tandetne pamiątki, które po odpakowaniu w domu zawsze są witane standardowym „po chuja to kupiłem”. Były tkaniny tak kolorowe, że jako daltonista dostawałem drgawek i prosiłem, by sprzedawca razem z Robertem znaleźli mi coś w kolorze „pink”.

Dodajmy do tego tłok, harmider i ogromną przestrzeń plątaniny malutkich uliczek, by zdać sobie sprawę, że w tym wszystkim trzeba się było zgubić. Nie tym razem jednak. Jakbyśmy nie szli i tak za każdym razem trafialiśmy do tego samego wyjścia, które było najbliżej naszego „hotelu”. Dziwy, stambulskie dziwy.

Jedzenie to osobna karta. Co prawda, posiłki były dwa. Albo kebab w raczej nudnej knajpie, albo coś na słodko. To drugie – gdziekolwiek i kiedykolwiek, albowiem Stambuł słodyczami stoi. Nie sposób się było oprzeć słodkiej baklawie, która zerkała na nas z niemal każdej witryny sklepowej, mówiąc „włóż mnie do buzi, polska szmato”. W efekcie wróciłem pierwszy raz z wyjazdu grubszy. Przywiozłem więc więcej obywatela z wyższym wykształceniem.
Codziennym rytuałem była także wizyta w miłej knajpce, gdzie piliśmy piwo i paliliśmy jabłkową siszę siedząc na wygodnych poduchach na zewnątrz i patrząc na leniwe życie stambulskiej uliczki.

Mili właściciele przybytku byli ze Słowenii, która, jeżeli wierzyć ich opowieściom, jest krajem sąsiadującym z każdym innym krajem, z którego pochodzą akurat ich aktualni klienci. Byliśmy także świadkami jak rodzi się legenda, albowiem lokal został ozdobiony nowym neonem, na który właściciele gapili się przez cały czas, cmokając z zachwytu. Niestety, zapomnieliśmy uwiecznić to dzieło na zdjęciu, mimo solennych obietnic, że to uczynimy. Następnym razem.
Ogólnie to był dobry, męski wyjazd. Pogoda nam sprzyjała, dopiero ostatniego dnia, podczas naszej wyprawy do Zachodniej Dzielnicy zaczęło padać, a my sobie przypomnieliśmy, że to jednak grudzień, a nie wiosna. O ile przez większość wyjazdu można było odnieść wrażenie, że Stambuł to jednak stolica nowoczesna, może nieco odmienna od Europy, ale jednak z nią ściśle związana, o tyle ostatni dzień pokazał nam jej inne oblicze. Krążąc po zaniedbanych uliczkach, widzieliśmy niemal wyłącznie kobiety w czadorach i mężczyzn w tradycyjnych strojach. To już inny świat. Świat, w którym reguły życia są jasne i proste, tak jak w filmie poniżej.
Na większość wyjazdów udawałem się sam. Tym razem miałem kompana w postaci Roberta i dlatego też wyprawa różniła się od poprzednich. Było więcej szlajania się po knajpkach, więcej śmiechu i wygłupów. Mniej za to wędrówek po dziwnych miejscach i kontemplacji. Zawsze mam jakieś swoje ulubione miejsce, do którego wieczorem przychodziłem, by sobie pomyśleć o różnych rzeczach. Tutaj bazowaliśmy raczej na śmiechu i komentowaniu rzeczywistości. Nawet na morze się porządnie nie popatrzyłem, a wiadomo, że co jak co, ale gapić się na morze to ja akurat mogę długo.

Po Stambule pomyślałem sobie, że jednak muzułmański kawałek świata ma w sobie coś pociągającego i z chęcią bym jeszcze z nią poobcował. A może raczej w końcu poobcowal, bo co jak co ale Stambuł to jednak kosmpolityczna stolica kraju, któremu Kemal Ataturk kazał zdjać ciuszki i założyć garnitury. Robert już zakupił bilety do Damaszku, a ja... A ja, cóż, za miesiac z hakiem lecę do Rzymu. Już drugi raz i znowu nie sam. Do stolicy Turcji też wrócę z wielką chęcią, bo być może, jest to miesjce, które w Europie spodobało mi się najbardziej. Poza oczywiście bezkonkurencyjnym Dublinem :-)
środa, 2 grudnia 2009
Stambuł - już jutro
Jutro do Stambułu. Cieszyć się czy nie? Nie wiem.
Jeszcze niedawno pisałem, że koniec z podróżami. Że choć to przecież fajne hobby, to jednak niewiele dające. Człowiek odrywa się od problemów na jakiś czas, ale gdy wraca, to one witają go z radością na Okęciu, a do tego są z nimi nowe tabuny, bo problemy mają to do siebie, że gdy je pozostawić same sobie, rozmnażają się jak króliki.
Ale pewnego dnia, był to zapewne piękny dzień, pomyślałem sobie, że przecież gdyby nie te podróże, to o ostatnich dwóch latach mojego życia mógłbym powiedzieć jedynie, że były i się wydarzyły. A tak jest przynajmniej o czym opowiadać. A może byłoby o czym opowiadać, bo jakoś staram się nie chwalić tym, że w tym roku widziałem potęgę Nowego Jorku, jazz Nowego Orleanu, splendor Budapesztu, górskie serpentyny Czarnogórskich dróg, tłok atakujący Dubrownik, ciszę plaż Tobago czy w końcu szaleństwo Port-of-Spain. Mógłbym zanudzać tym wszystkich dookoła, ale nie chce mi się nikogo denerwować.
A tak, już za dobę z hakiem będę siedział na Okęciu, jak zawsze, bo mam to w zwyczaju, pójdę do tej samej toalety w Terminalu 1, pokręcę się po bezcłówce, a potem wsiądę grzecznie do samolotu i z zachwytem będę patrzył jak ziemia się ode mnie oddala. A potem lądowanie na nowym lotnisku, na obcej ziemi i te same motylki w żołądku, gdy będę się zastanawiał gdzie iść i jak przeżyć w tym dzikim miejscu. Może o tyle będzie inaczej, że zazwyczaj mam takie dylematy samotnie, a teraz będę miał towarzysza niedoli. Ale ja i Robert to półgłówki, więc nie spodziewałbym się, że towarzystwo moje jak i jego, wiele wniesie do naszego stylu podróżowania „po omacku i na głupka”.
I trzeci rok z rzędu, jest przynajmniej na to szansa, postawię stopy swoje na ziemi, azjatyckiej ziemi. Więc sobie myślę, że mimo wszystko, trzeba się cieszyć z tego wyjazdu.
A tak swoją drogą, to chyba wróciłem do dawnej formy, bo za półtora miesiąca lecę do Rzymu. Co prawda już tam byłem i to nie tak dawno temu, ale tym razem nie lecę sam i będę mógł strugać moją ulubioną rolę społeczną, czyli „ja wiem wszystko, bo już tu byłem”. Za chwilę zacznę odliczać i do tego wydarzenia :-)
Jeszcze niedawno pisałem, że koniec z podróżami. Że choć to przecież fajne hobby, to jednak niewiele dające. Człowiek odrywa się od problemów na jakiś czas, ale gdy wraca, to one witają go z radością na Okęciu, a do tego są z nimi nowe tabuny, bo problemy mają to do siebie, że gdy je pozostawić same sobie, rozmnażają się jak króliki.
Ale pewnego dnia, był to zapewne piękny dzień, pomyślałem sobie, że przecież gdyby nie te podróże, to o ostatnich dwóch latach mojego życia mógłbym powiedzieć jedynie, że były i się wydarzyły. A tak jest przynajmniej o czym opowiadać. A może byłoby o czym opowiadać, bo jakoś staram się nie chwalić tym, że w tym roku widziałem potęgę Nowego Jorku, jazz Nowego Orleanu, splendor Budapesztu, górskie serpentyny Czarnogórskich dróg, tłok atakujący Dubrownik, ciszę plaż Tobago czy w końcu szaleństwo Port-of-Spain. Mógłbym zanudzać tym wszystkich dookoła, ale nie chce mi się nikogo denerwować.
A tak, już za dobę z hakiem będę siedział na Okęciu, jak zawsze, bo mam to w zwyczaju, pójdę do tej samej toalety w Terminalu 1, pokręcę się po bezcłówce, a potem wsiądę grzecznie do samolotu i z zachwytem będę patrzył jak ziemia się ode mnie oddala. A potem lądowanie na nowym lotnisku, na obcej ziemi i te same motylki w żołądku, gdy będę się zastanawiał gdzie iść i jak przeżyć w tym dzikim miejscu. Może o tyle będzie inaczej, że zazwyczaj mam takie dylematy samotnie, a teraz będę miał towarzysza niedoli. Ale ja i Robert to półgłówki, więc nie spodziewałbym się, że towarzystwo moje jak i jego, wiele wniesie do naszego stylu podróżowania „po omacku i na głupka”.
I trzeci rok z rzędu, jest przynajmniej na to szansa, postawię stopy swoje na ziemi, azjatyckiej ziemi. Więc sobie myślę, że mimo wszystko, trzeba się cieszyć z tego wyjazdu.
A tak swoją drogą, to chyba wróciłem do dawnej formy, bo za półtora miesiąca lecę do Rzymu. Co prawda już tam byłem i to nie tak dawno temu, ale tym razem nie lecę sam i będę mógł strugać moją ulubioną rolę społeczną, czyli „ja wiem wszystko, bo już tu byłem”. Za chwilę zacznę odliczać i do tego wydarzenia :-)
czwartek, 29 października 2009
Stambulska meduza
Stambuł zbliża się do mnie nieśmiałymi, małymi kroczkami. W sumie te bilety pochodzą jeszcze z innego świata. Świata w którym byłem wesołym młodym człowiekiem, w którego głowie istniały jedynie podróże, a cała reszta była ledwie tłem zawadzającym w realizacji pasji. Dzisiaj, cóż sam jestem dziadkiem, więc cóż mógłbym dać swojemu wnuczkowi, jeśli nie Werters Original?
Mamy już zabukowany nocleg – nazywa się Meduza i wygląda nawet miło. To znaczy – jeszcze wygląda miło, ale to się zmieni. Nieco mi szkoda tych nieświadomych niczego Turków, nie wiedzą co robią. Ale się dowiedzą i to bardzo boleśnie.

Hotel był, tzn. jest położony w dobrej dzielnicy. Stąd blisko do ruin, tzn. zabytków.
Bo tak w ogóle, to oficjalnie nie jest to hostel tylko HOTEL. Hotel czyli luksus i życie bez karaluchów. Ostatni raz takie wnętrza oglądałem na własne oczy lata temu, gdy miałem fajne hobby z kumplem – chodziliśmy sikać do wytwornych warszawskich hoteli :)

W tym też bym się z chęcią odlał i jest to wysokiej klasy komplement.
Nawet taras tam mają widokowy, który będzie ostoją ciszy und spokoju tylko do momentu w którym nie odkryjemy jak się na niego wchodzi.

Niestety, romantycznych kolacji przy świecach nie mamy w planach.
Przepych pokoi nieco mnie wręcz onieśmiela. Wielkie wnętrza, bogactwo zdobień, rozliczne multimedia, piękne oryginalne obrazy.

Tak naprawdę to już widzę zieloną narośl na podłodze i mam świadomość, że to zdjęcie zna się bardzo dobrze z panem fotoszopem.
Ale ogólnie, będzie fajnie. Nam będzie fajnie, a osobom które napotkamy na swojej drodze, szczerze współczujemy. Macie jeszcze ponad miesiąc na zmianę swoich planów i radzę się nad tym pomysłem dobrze zastanowić.
Mamy już zabukowany nocleg – nazywa się Meduza i wygląda nawet miło. To znaczy – jeszcze wygląda miło, ale to się zmieni. Nieco mi szkoda tych nieświadomych niczego Turków, nie wiedzą co robią. Ale się dowiedzą i to bardzo boleśnie.

Hotel był, tzn. jest położony w dobrej dzielnicy. Stąd blisko do ruin, tzn. zabytków.
Bo tak w ogóle, to oficjalnie nie jest to hostel tylko HOTEL. Hotel czyli luksus i życie bez karaluchów. Ostatni raz takie wnętrza oglądałem na własne oczy lata temu, gdy miałem fajne hobby z kumplem – chodziliśmy sikać do wytwornych warszawskich hoteli :)

W tym też bym się z chęcią odlał i jest to wysokiej klasy komplement.
Nawet taras tam mają widokowy, który będzie ostoją ciszy und spokoju tylko do momentu w którym nie odkryjemy jak się na niego wchodzi.

Niestety, romantycznych kolacji przy świecach nie mamy w planach.
Przepych pokoi nieco mnie wręcz onieśmiela. Wielkie wnętrza, bogactwo zdobień, rozliczne multimedia, piękne oryginalne obrazy.

Tak naprawdę to już widzę zieloną narośl na podłodze i mam świadomość, że to zdjęcie zna się bardzo dobrze z panem fotoszopem.
Ale ogólnie, będzie fajnie. Nam będzie fajnie, a osobom które napotkamy na swojej drodze, szczerze współczujemy. Macie jeszcze ponad miesiąc na zmianę swoich planów i radzę się nad tym pomysłem dobrze zastanowić.
środa, 7 października 2009
Tak dla potomności i pamięci
Mimo ogólnego marazmu i tego, że poprzedni wpis jest nadal aktualny, w grudniu lecę do Stambułu z circumnavigatorem Robem.
Czyli jest tak jak chciałem – nie lecę sam.
Nie będzie co prawda wspólnych spacerów za rączkę wzdłuż Bosforu, czułych słów szeptanych w świetle księżyca, nie będzie zalotnych spojrzeń posyłanych zza zawstydzonych policzków, gdy zwiedzać będziemy wnętrze haremu... Można się za to spodziewać typowo męskich rozrywek, czyli picia piwa, jedzenia kebabów, gwizdania na kobiety (one to lubią!), palenia fajki wodnej i rozmów o życiu, mediach oraz grp’sach. Stambuł o tej porze roku może być pokryty śniegiem, zalany deszczem albo też może obdarować nas dosyć ładną pogodą i temperaturą w okolicach 15 stopni. Nie wiemy jak będzie ale wiemy jedno, to miasto po 6 grudnia nigdy już nie będzie takie samo. Więc jeżeli chcecie je zwiedzić, zróbcie to przed nami. Inaczej będziecie zmuszeni podziwiać jedynie takie ruiny jak te poniżej.
Czyli jest tak jak chciałem – nie lecę sam.
Nie będzie co prawda wspólnych spacerów za rączkę wzdłuż Bosforu, czułych słów szeptanych w świetle księżyca, nie będzie zalotnych spojrzeń posyłanych zza zawstydzonych policzków, gdy zwiedzać będziemy wnętrze haremu... Można się za to spodziewać typowo męskich rozrywek, czyli picia piwa, jedzenia kebabów, gwizdania na kobiety (one to lubią!), palenia fajki wodnej i rozmów o życiu, mediach oraz grp’sach. Stambuł o tej porze roku może być pokryty śniegiem, zalany deszczem albo też może obdarować nas dosyć ładną pogodą i temperaturą w okolicach 15 stopni. Nie wiemy jak będzie ale wiemy jedno, to miasto po 6 grudnia nigdy już nie będzie takie samo. Więc jeżeli chcecie je zwiedzić, zróbcie to przed nami. Inaczej będziecie zmuszeni podziwiać jedynie takie ruiny jak te poniżej.
piątek, 2 października 2009
Takie małe epitafium na (chwilowy) koniec
Zacząłem podróżować po śmierci mojego taty. Umarł nagle. Zawsze powtarzał „chciałbym to, tamto” ale rzadko zabierał się do realizacji. Aż w końcu było za późno. Spojrzałem na siebie i pomyślałem, że jak się ma jakieś marzenia, to trzeba je realizować. Bo nigdy nie wiadomo co się stanie jutro. Zacząłem więc jeździć. Bo zawsze chciałem. Bo zawsze zerkałem na globus, czytałem książki „o dalekich krajach”, bo też chciałem zobaczyć Piramidy, Morze Karaibskie, Statuę Wolności. Chciałem oglądać świat inny od mojego. Podróżowałem w różne miejsca. To tylko zwykła turystyka, tak naprawdę, nic wielkiego przecież, ale dla osoby która rzadko opuszczała miejsce zamieszkanie, dobry i Sztokholm czy Monachium. Miejsca były fajne, mniej fajne, dalekie i bliższe. Takie cywilizowane i takie całkiem dzikie. Stało się to moją pasją, moim hobby. Znakiem rozpoznawczym. Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że ta mania to także jad. Ta pasja to moje przekleństwo. To dewiacja, która wcale nie cieszy, a raczej przeraża. To nie spełnianie marzeń, a uciekanie od tego co jest tutaj, co na mnie czeka. Podróżowanie wcale nie daje szczęścia. To chwilowa przerwa w codzienności, po której ta codzienność wygląda gorzej niż wtedy gdy ją się zostawiło. To po prostu akt tchórzostwa.
Mijają dwa lata od mojej „zmiany”. Co przez ten czas zdobyłem? Czy stałem się lepszym człowiekiem? Czy naprawdę, poza tym, że zobaczyłem tyle pięknych miejsc, coś we mnie z nich zostało? Po każdej podróży wracałem może mądrzejszy, bogatszy w doświadczenia, ale w żaden sposób tego nie przełożyłem na rzeczywistość. Po Tajlandii wróciłem pełen spokoju. Widziałem biedę i problemy, ale także uśmiechnięte twarze tubylców. Widziałem bezdomnych na ulicach Bangkoku, którzy na mój widok nie wyciągają ręki, ale dawali mi za darmo uśmiech na swych twarzach. Wykasowałem się ze złości i żółci, doceniłem siebie i swoje życie, ale po kilku dniach wszystko wróciło do normy. Karaibski luz też ze mnie szybko uleciał. To co było wspaniałą przygodą, teraz jawi się jako rajska jabłoń, która mnie skusiła swoim smakiem. I zwiodła na manowce. Byłem w złym miejscu, podczas gdy powinienem być zupełnie gdzieś indziej. Nic z tego wszystkiego mi nie pozostało, poza wspomnieniami i zdjęciami. Na te ostatnie nie mogę patrzeć, bo są dowodem mojej głupoty. Każda podróż uczy, ale ja po prostu nie umiem tego wykorzystać.
Dlatego postanowiłem, że koniec z tym. Być może pojadę jeszcze do Stambułu, ale to będzie mój łabędzi śpiew. Nie będzie więcej szukania biletów, radosnego planowania i kolejnych pięknych miejsc podziwianych samemu. Nie będzie już odliczania do ucieczki, wylotów. Nie będzie już problemów, które po przylocie machają do mnie „przyjaźnie” ręką na Okęciu, mówiąc „dobrze, że jesteś. Sporo się tu zmieniło na czas Twojej nieobecności”.
Czas w końcu stanąć im naprzeciw.
Mijają dwa lata od mojej „zmiany”. Co przez ten czas zdobyłem? Czy stałem się lepszym człowiekiem? Czy naprawdę, poza tym, że zobaczyłem tyle pięknych miejsc, coś we mnie z nich zostało? Po każdej podróży wracałem może mądrzejszy, bogatszy w doświadczenia, ale w żaden sposób tego nie przełożyłem na rzeczywistość. Po Tajlandii wróciłem pełen spokoju. Widziałem biedę i problemy, ale także uśmiechnięte twarze tubylców. Widziałem bezdomnych na ulicach Bangkoku, którzy na mój widok nie wyciągają ręki, ale dawali mi za darmo uśmiech na swych twarzach. Wykasowałem się ze złości i żółci, doceniłem siebie i swoje życie, ale po kilku dniach wszystko wróciło do normy. Karaibski luz też ze mnie szybko uleciał. To co było wspaniałą przygodą, teraz jawi się jako rajska jabłoń, która mnie skusiła swoim smakiem. I zwiodła na manowce. Byłem w złym miejscu, podczas gdy powinienem być zupełnie gdzieś indziej. Nic z tego wszystkiego mi nie pozostało, poza wspomnieniami i zdjęciami. Na te ostatnie nie mogę patrzeć, bo są dowodem mojej głupoty. Każda podróż uczy, ale ja po prostu nie umiem tego wykorzystać.
Dlatego postanowiłem, że koniec z tym. Być może pojadę jeszcze do Stambułu, ale to będzie mój łabędzi śpiew. Nie będzie więcej szukania biletów, radosnego planowania i kolejnych pięknych miejsc podziwianych samemu. Nie będzie już odliczania do ucieczki, wylotów. Nie będzie już problemów, które po przylocie machają do mnie „przyjaźnie” ręką na Okęciu, mówiąc „dobrze, że jesteś. Sporo się tu zmieniło na czas Twojej nieobecności”.
Czas w końcu stanąć im naprzeciw.
środa, 23 września 2009
Odliczanie znów włączone
Tym razem „wytrzymałem” ledwie tydzień. Chociaż to niewłaściwe słowo. Jak jest okazja, to trzeba ją wykorzystać, tak sobie myślę. A co poradzę na to, że okazja się właśnie pojawiła?
To oczywiście mierna próba tłumaczenia się przed sobą samym. Bilety raz, że kosztowały grosze, czyli znowu przyczyniam się do złych wyników finansowych linii lotniczych, ale „dają to biorę”. I nie pytam. Dwa, że jak zerkam na moje menu, to nie mam wątpliwości, że i mnie się coś od życia chyba należy. Jedni mają szynkę, restauracje, ciepłe w domu obiady, sushi w pracy albo chociaż papieroski po 10 zł paczka, a ja mam raz na jakiś czas wyjazd gdzieś bliżej czy dalej. A co dzień to tylko mortadela, chleb chemią naszpikowany, bo taki się nie psuje szybko, parówki z wody, jajecznica tylko w weekendy bo jajka drogie. Czyli jednak „być nie mieć”.
Bilety są do Stambułu. Znowu. Może tym razem się uda... Termin odległy ale przynajmniej na horyzoncie coś się już świeci. Mortadela lepiej smakuje, jeżeli wie się, że jej spożywanie jest czymś uzasadnione. Czymkolwiek.

LOT generalnie sprawił miłą niespodziankę swoją nową promocją. A i Stambuł późną jesienią/wczesną zimą, może być ciekawym miastem. Chyba w końcu nie będę pisał o poceniu się, bo odbieram sygnały, że powinienem zmienić nazwę bloga na „sadat sweating around the world”, bo temat jest często obecny. No cóż, jeżeli ktoś nigdy nie był w podzwrotnikowych okolicach, to nie ma świadomości jak człowiek może się tam zmachać. A jak już raz się zmacha i schudnie o kilka kilo, to zacznie o tym opowiadać tak jak ja. Alpiniści gadają o kupach, ich konsystencji i częstotliwości wydalania, to czemu ja, szara biurowa myszka nie mogę opowiadać o emocjach związanych z poceniem się?
To oczywiście mierna próba tłumaczenia się przed sobą samym. Bilety raz, że kosztowały grosze, czyli znowu przyczyniam się do złych wyników finansowych linii lotniczych, ale „dają to biorę”. I nie pytam. Dwa, że jak zerkam na moje menu, to nie mam wątpliwości, że i mnie się coś od życia chyba należy. Jedni mają szynkę, restauracje, ciepłe w domu obiady, sushi w pracy albo chociaż papieroski po 10 zł paczka, a ja mam raz na jakiś czas wyjazd gdzieś bliżej czy dalej. A co dzień to tylko mortadela, chleb chemią naszpikowany, bo taki się nie psuje szybko, parówki z wody, jajecznica tylko w weekendy bo jajka drogie. Czyli jednak „być nie mieć”.
Bilety są do Stambułu. Znowu. Może tym razem się uda... Termin odległy ale przynajmniej na horyzoncie coś się już świeci. Mortadela lepiej smakuje, jeżeli wie się, że jej spożywanie jest czymś uzasadnione. Czymkolwiek.

LOT generalnie sprawił miłą niespodziankę swoją nową promocją. A i Stambuł późną jesienią/wczesną zimą, może być ciekawym miastem. Chyba w końcu nie będę pisał o poceniu się, bo odbieram sygnały, że powinienem zmienić nazwę bloga na „sadat sweating around the world”, bo temat jest często obecny. No cóż, jeżeli ktoś nigdy nie był w podzwrotnikowych okolicach, to nie ma świadomości jak człowiek może się tam zmachać. A jak już raz się zmacha i schudnie o kilka kilo, to zacznie o tym opowiadać tak jak ja. Alpiniści gadają o kupach, ich konsystencji i częstotliwości wydalania, to czemu ja, szara biurowa myszka nie mogę opowiadać o emocjach związanych z poceniem się?
niedziela, 13 września 2009
13.09 czyli "powrót do szarej rzeczywistości"
No i znowu siedzę na JFK czekając na boarding i powrót do domu. Czasem zadziwiam się nad tym jak to ślepy los zapędził mnie tutaj dwukrotnie w ciągu roku. Kiedyś NYC to było marzenie. Dzisiaj – całkiem dobrze znane już miejsce. Jestem wdzięczny.
Siedzę w tym samym niemal miejscu. Historia zatoczyła koło. W takich chwilach człowiek zastanawia się jakie zmiany zaszły w nim od tego ostatniego razu. Ale nie silmy się na patetyzm i psychologię rodem z pism poradnikowych dla kobiet. Po prostu, koniec urlopu i przygody. Pora do domu.
Dzień wylotu to chaos i marnowanie czasu. Postanowiłem udać się na Brooklyn, ale ten "bliski", czyli w okolice mostu.

Wczesna niedzielna pora zapędziła tam tabuny ludzi. W parku na dole dziesiątki dmorosłych fotografów. Aparatura może imponować. Szczególnie japończycy się nie ceregielą, tachając ze sobą wielkie Canony. Czuje się przy nich wszystkich jak małe dziecko. Ciekawe jakie robią zdjęcia. Trafił się nawet jakiś osobnik z wielkim starodawnych aparatem, tylko czemu uparł się robić zdjęcia z miejsca wyjątkowo nijakiego? Może widział tam coś, czego ja nie zobaczyłem i to jest właśnie ta różnica między moim pstrykaniem, a prawdziwą sztuką.
Spacer po moście brooklyńskim nijaki. Nie będę się oszukiwał, że było wspaniale. Panorama Manhattanu owszem, nic się nie zmieniło i nadal zachwyca. Tylko ludzi dużo. Chodzą, robią zdjęcia, stają na środku mając gdzieś to, że nie są tu sami. Z jednej strony uważam na robiących sobie zdjęcia, z drugiej co chwila ktoś koło mnie przebiega albo trąbi jadąc na rowerze. Zero litości dla takich jak ja. Nie moje miejsce.
Potem jeszcze krótka wizyta w Zabar'sie (ciekawe czy wie ile kasy u niego zostawiłem?), sniadanio-obiad w parku obok 94th street i do domu. Znaczy się na lotnisko. Tym razem już bez przygód. Ot, jednak ma się to doświadczenie.
Terminal nr4 to cywilizacja. Czysto, przestronnie, nowocześnie. Można powiedzieć, że europejsko. Obok mnie odprawił się właśnie lot Carribean Airways do... Port-of-Spain. Czy wsiadłbym ponownie? Oczywiście. Dużo tu lotów wszelakich. W tej samej okolicy jest Dublin, Kair, Singapur, jakieś Indie. Tak naprawdę cały świat. Jak w takim otoczeniu można przestać myśleć o zwiedzaniu świata?
***
Lot minął spokojnie. Chyba się przyzwyczajam do sześciu godzin w samolocie, bo podróż przez Ocean wydaje mi się coraz krótsza i krótsza. Gdzie te czasy gdy skok przez Wielką Wodę wydawał się wiecznością i krokiem w przepaść?
Druga sprawa jest taka, że teraz siedzę na Dublin Airport. Jest piąta rano a tu już dużo ludzi. Lotnisko żyje. To niesamowite i zadziwia mnie to kolejny już raz.
Jeszcze "kilka" godzin i będę w domu. Polaków coraz więcej. Kolejna przygoda za mną. I jak zawsze ta sama obietnica co zawsze. Koniec z podróżami, pora zacząć wieść mysie życie, w którym największe emocje budzić będzie zakup półki na książki. A w przyszłości, kto wie, może na Święta kupie sobie wielki telewizor?
Tylko co to za życie, pytam siebie retorycznie. I chociaż wiem co będzie dalej, póki co mówię sobie, że z podróżami na razie koniec.
Siedzę w tym samym niemal miejscu. Historia zatoczyła koło. W takich chwilach człowiek zastanawia się jakie zmiany zaszły w nim od tego ostatniego razu. Ale nie silmy się na patetyzm i psychologię rodem z pism poradnikowych dla kobiet. Po prostu, koniec urlopu i przygody. Pora do domu.
Dzień wylotu to chaos i marnowanie czasu. Postanowiłem udać się na Brooklyn, ale ten "bliski", czyli w okolice mostu.

Wczesna niedzielna pora zapędziła tam tabuny ludzi. W parku na dole dziesiątki dmorosłych fotografów. Aparatura może imponować. Szczególnie japończycy się nie ceregielą, tachając ze sobą wielkie Canony. Czuje się przy nich wszystkich jak małe dziecko. Ciekawe jakie robią zdjęcia. Trafił się nawet jakiś osobnik z wielkim starodawnych aparatem, tylko czemu uparł się robić zdjęcia z miejsca wyjątkowo nijakiego? Może widział tam coś, czego ja nie zobaczyłem i to jest właśnie ta różnica między moim pstrykaniem, a prawdziwą sztuką.
Spacer po moście brooklyńskim nijaki. Nie będę się oszukiwał, że było wspaniale. Panorama Manhattanu owszem, nic się nie zmieniło i nadal zachwyca. Tylko ludzi dużo. Chodzą, robią zdjęcia, stają na środku mając gdzieś to, że nie są tu sami. Z jednej strony uważam na robiących sobie zdjęcia, z drugiej co chwila ktoś koło mnie przebiega albo trąbi jadąc na rowerze. Zero litości dla takich jak ja. Nie moje miejsce.
Potem jeszcze krótka wizyta w Zabar'sie (ciekawe czy wie ile kasy u niego zostawiłem?), sniadanio-obiad w parku obok 94th street i do domu. Znaczy się na lotnisko. Tym razem już bez przygód. Ot, jednak ma się to doświadczenie.
Terminal nr4 to cywilizacja. Czysto, przestronnie, nowocześnie. Można powiedzieć, że europejsko. Obok mnie odprawił się właśnie lot Carribean Airways do... Port-of-Spain. Czy wsiadłbym ponownie? Oczywiście. Dużo tu lotów wszelakich. W tej samej okolicy jest Dublin, Kair, Singapur, jakieś Indie. Tak naprawdę cały świat. Jak w takim otoczeniu można przestać myśleć o zwiedzaniu świata?
***
Lot minął spokojnie. Chyba się przyzwyczajam do sześciu godzin w samolocie, bo podróż przez Ocean wydaje mi się coraz krótsza i krótsza. Gdzie te czasy gdy skok przez Wielką Wodę wydawał się wiecznością i krokiem w przepaść?
Druga sprawa jest taka, że teraz siedzę na Dublin Airport. Jest piąta rano a tu już dużo ludzi. Lotnisko żyje. To niesamowite i zadziwia mnie to kolejny już raz.
Jeszcze "kilka" godzin i będę w domu. Polaków coraz więcej. Kolejna przygoda za mną. I jak zawsze ta sama obietnica co zawsze. Koniec z podróżami, pora zacząć wieść mysie życie, w którym największe emocje budzić będzie zakup półki na książki. A w przyszłości, kto wie, może na Święta kupie sobie wielki telewizor?
Tylko co to za życie, pytam siebie retorycznie. I chociaż wiem co będzie dalej, póki co mówię sobie, że z podróżami na razie koniec.
sobota, 12 września 2009
12.09 czyli "nieco cepelii w małej italii"
No i koniec. Ostatni dzień mojego urlopu właśnie mija. Jutro kolejny koszmar transportowy. Samolot o 17:00, a to oznacza, że cały dzień będzie okrakiem i na wspak. Znowu z dwoma plecakami. Ciekawe czy tym razem spokojnie dojadę do JFK? Ostatnio nieco się z tym męczyłem...
Nie zwiedzam. Odwiedzam. Różnica nie tylko leksykalna. Nie poznaję nowych miejsc, a jedynie witam ponownie do tych już mi znanych. Zerkam na stare kąty. To miłe być tu znowu, chociaż od ostatniej wizyty w NYC, nie upłynęło przecież dużo czasu.
W Chinatown tłok i ruch jak zawsze. Jeszcze raz zwiedzam tamtejsze zakamarki. Sklepy z żywnością są tu wspaniałe. Na ulicznych straganach można dostać wszystko, krewetki, kraby, suszone owoce morza, wodorosty, słodycze, egzotyczne owoce i warzywa. Nie jestem w stanie nazwać większości z rzeczy które widzę. Ale to nie chińska dzielnica jest dzisiaj najciekawsza.


Gdy byłem tu w lutym, Mała Italia sprawiała nieco smutne wrażenie. Po pierwsze, naciera na nią wschodni żywioł i dom po domu, Chinatown połyka kolejne tereny dla swojej ekspansji. Po drugie, nic tam się nie dzieje i w porównaniu do drugiej strony Canal Street, nie widać uzasadnienia dlaczego by tego procesu żałować. Ale dzisiaj jest inaczej. Na ulicach - jeden wielki stragan. Setki namiotów z jedzeniem, piciem. Niewyszukane rozrywki. Klimat trochę jak z wiejskiego odpustu. Tłumek ludzi ze śmiechem obserwuje znaną grę "utop klowna". Klown siedzi w klatce. Ochotnicy rzucają piłkami do celu. Każdy dobry rzut przybliża do finału w postaci ostatecznej dehumanizacji artysty cyrkowego. Ten ostatni zachęca do tego gawedź serwując niewybredne komentarze na temat rzucających. "Mam nadzieję, że w łóżku lepiej wychodzi Ci celowanie", to tylko jeden z wielu. Rozrywka prosta ale tutaj się podoba.

Ogrom jedzenia dookoła sprawia, że i ja się przyłączam. Wielka kiełbasa ze słodką cebulą i papryką w bułce kosztowała, bagatela, dziewięć dolarów, ale gabaryty dania łagodzą szok cenowy. Można dostać dużo więcej, od pizzy, przez hot dogi, kończąc na słodyczach. Wszystko to takie proste i niemalże rustykalne ale ten tłum ludzi dookoła ożywia jednak dzielnicę.

Znowu szukam perfum. Może i w NYC mają wszystko, ale tych jednych akurat chyba nie. Jest tu małe "zapachowe zagłębie", pełne sklepów prowadzonych przez przybyszy z płw indyjskiego. Wszyscy się znają. Nazwa mojego zamówienia wywołuje u większości konsternację i negatywne kiwanie głową. Znalazł się jednak jeden taki, który znalazł to czego szukałem. Ostatnia sztuka. Mam szczęście.

Wieczorny spacer po Financial District. W weekend jest tu przyjemnie. Ale nie cicho. Zwiedzających sporo, mimo lejącego deszczu. Jeszcze chwila na przystani nr 17, zerkam na drugi brzeg. Znowu nie pojechałem na Brooklyn. Może następnym razem?
Nie zwiedzam. Odwiedzam. Różnica nie tylko leksykalna. Nie poznaję nowych miejsc, a jedynie witam ponownie do tych już mi znanych. Zerkam na stare kąty. To miłe być tu znowu, chociaż od ostatniej wizyty w NYC, nie upłynęło przecież dużo czasu.
W Chinatown tłok i ruch jak zawsze. Jeszcze raz zwiedzam tamtejsze zakamarki. Sklepy z żywnością są tu wspaniałe. Na ulicznych straganach można dostać wszystko, krewetki, kraby, suszone owoce morza, wodorosty, słodycze, egzotyczne owoce i warzywa. Nie jestem w stanie nazwać większości z rzeczy które widzę. Ale to nie chińska dzielnica jest dzisiaj najciekawsza.


Gdy byłem tu w lutym, Mała Italia sprawiała nieco smutne wrażenie. Po pierwsze, naciera na nią wschodni żywioł i dom po domu, Chinatown połyka kolejne tereny dla swojej ekspansji. Po drugie, nic tam się nie dzieje i w porównaniu do drugiej strony Canal Street, nie widać uzasadnienia dlaczego by tego procesu żałować. Ale dzisiaj jest inaczej. Na ulicach - jeden wielki stragan. Setki namiotów z jedzeniem, piciem. Niewyszukane rozrywki. Klimat trochę jak z wiejskiego odpustu. Tłumek ludzi ze śmiechem obserwuje znaną grę "utop klowna". Klown siedzi w klatce. Ochotnicy rzucają piłkami do celu. Każdy dobry rzut przybliża do finału w postaci ostatecznej dehumanizacji artysty cyrkowego. Ten ostatni zachęca do tego gawedź serwując niewybredne komentarze na temat rzucających. "Mam nadzieję, że w łóżku lepiej wychodzi Ci celowanie", to tylko jeden z wielu. Rozrywka prosta ale tutaj się podoba.

Ogrom jedzenia dookoła sprawia, że i ja się przyłączam. Wielka kiełbasa ze słodką cebulą i papryką w bułce kosztowała, bagatela, dziewięć dolarów, ale gabaryty dania łagodzą szok cenowy. Można dostać dużo więcej, od pizzy, przez hot dogi, kończąc na słodyczach. Wszystko to takie proste i niemalże rustykalne ale ten tłum ludzi dookoła ożywia jednak dzielnicę.

Znowu szukam perfum. Może i w NYC mają wszystko, ale tych jednych akurat chyba nie. Jest tu małe "zapachowe zagłębie", pełne sklepów prowadzonych przez przybyszy z płw indyjskiego. Wszyscy się znają. Nazwa mojego zamówienia wywołuje u większości konsternację i negatywne kiwanie głową. Znalazł się jednak jeden taki, który znalazł to czego szukałem. Ostatnia sztuka. Mam szczęście.

Wieczorny spacer po Financial District. W weekend jest tu przyjemnie. Ale nie cicho. Zwiedzających sporo, mimo lejącego deszczu. Jeszcze chwila na przystani nr 17, zerkam na drugi brzeg. Znowu nie pojechałem na Brooklyn. Może następnym razem?
piątek, 11 września 2009
11.09 czyli "deszcz"
Dzisiaj tęskniłem za wyspami. Nic się nie stało wielkiego. Ot, jedynie pogoda jesienna pokrzyżowała mi moje nader ambitne plany. Bywa.
Jeszcze przed wyjazdem czytałem gdzieś o wyjątkowo dusznych i upalnych wrześniowych dniach, w których to przypomina się nowojorczykom, że mimo wszystko są na wysokości geograficznej Barcelony i innych miast słynących z łagodnego klimatu. Ale nie w tym roku chyba. Już wczoraj było poniżej dwudziestu stopni. Dzisiaj jednak aura była wybitnie jesienna i przygnębiająca. Deszcz od rana, do tego bardzo silny wiatr. Zaroiło się od parasolek, zaś w ciągu dnia uliczne kosze zapełniały się tymi z nich, które nie sprostały porywczej aurze.

Rano odwiedzam Ground Zero i okolice. Ceremonia raczej rozczarowująca. Cierpliwe czytanie nazwisk wszystkich ofiar. Ale nie to zwraca moją uwagę. Ludzi sporo, część okolicy zablokowana i niedostępna dla postronnych obserwatorów. Dookoła sporo zamieszania. A to jakaś grupa amiszów, a to grupki agitatorów żądających prawdy. Ktoś by nazwał ich ciemnogrodem, a dla mnie są to jedynie osoby, które nie wierzą w oficjalną wersje wydarzeń i głośno o tym mówią. Jakiś młody człowiek biega z laptopem w ręce i pyta się każdego czy widział, by jakikolwiek budynek wielkości WTC7 został zburzony w ciągu kilku sekund. Chyba coraz więcej osób poddaje w wątpliwość to co wydarzyło się osiem lat temu. A może po prostu, w dniu takim jak ten, takie osoby są widoczne bardziej niż zazwyczaj? Pada coraz bardziej. Moje plany topią się w kałużach.

Hasło reklamowe Stranda robi się coraz mniej aktualne - nabywam u nich kolejną książkę. A chciałem tylko schronić się przed deszczem...
Dwa razy odwiedzam pobliskiego Zabar'sa. To sklep - instytucja. Ogromny wybór klasowego jedzenia z całego świata. Dla smakosza, prawdziwy kulinarny raj na ziemi. Nawet mi się podoba. Nie jest tanio ale przynajmniej jakość oferowanych produktów uzasadnia większe wydatki. Można spędzić dłuższą chwilę. Sery, wędliny, mięsa i gotowe dania w ogromnym wyborze. Dzisiaj mój wybór padł na wegetariańską kanapkę rano (zaskakująco dobra) oraz bagietkę, wędlinę i znowu wegeteriańską pastę (pate) popołudniu. O cenie nie wspominam.

Wieczorem odwiedzam zabłocony Central Park. Coś nie mam szczęścia. W lutym prezentował się równie mizernie, tyle, że dodatkowo jeszcze pokryty był lodem i śniegiem. Jak zawsze, gubie się i ląduję na East Side. Dla osoby z West Side, to jak lądowanie na Marsie. Obie dzielnice dzieli jedynie połać zieleni, a jedni dla drugich są wyjątkowo obcy. Zabudowa po obu stronach podobna. Jednak West Side wydaje się być bardziej żywe i autentyczne. Druga strona jest nieco bardziej snobistyczna. Należało by napisać - jeszcze bardziej, albowiem snobizm to cecha wspólna niemal wszystkich nowojorczyków.
Może także dlatego nieco tęsknie za wyspami. Nie tylko pogoda ale i ludzie. Lubię proste życie i proste zasady. Lubię autentyzm, nawet jeżeli oznacza on ssyf i wieczną improwizację. Nowy Jork, jak wszystko na tym świecie, ma swoje zalety jak i wady. Mieszkańcom daleko do prostolinijności. Tyle tu różnorodności, a patrząc na ich zachowania, można niemal zawsze, sprowadzić wszystko do kilku wspólnych mianowników. Telefony, rozmowy, kawa w ręku, pewne spojrzenie. Niby pępek świata, a o 17.00 tabuny białych kołnierzyków są już w drodze do domu. Czepiam się. Przecież oni tacy właśnie są. Śmieszyć powinni mnie Ci, którzy na całym świecie ich podrabiają...

Nie napiszę teraz, że jutro mam ambitne plany, bo pogoda znowu postanowi mi je zmienić. Ale to ostatni pełny dzień w NYC.
Jeszcze przed wyjazdem czytałem gdzieś o wyjątkowo dusznych i upalnych wrześniowych dniach, w których to przypomina się nowojorczykom, że mimo wszystko są na wysokości geograficznej Barcelony i innych miast słynących z łagodnego klimatu. Ale nie w tym roku chyba. Już wczoraj było poniżej dwudziestu stopni. Dzisiaj jednak aura była wybitnie jesienna i przygnębiająca. Deszcz od rana, do tego bardzo silny wiatr. Zaroiło się od parasolek, zaś w ciągu dnia uliczne kosze zapełniały się tymi z nich, które nie sprostały porywczej aurze.

Rano odwiedzam Ground Zero i okolice. Ceremonia raczej rozczarowująca. Cierpliwe czytanie nazwisk wszystkich ofiar. Ale nie to zwraca moją uwagę. Ludzi sporo, część okolicy zablokowana i niedostępna dla postronnych obserwatorów. Dookoła sporo zamieszania. A to jakaś grupa amiszów, a to grupki agitatorów żądających prawdy. Ktoś by nazwał ich ciemnogrodem, a dla mnie są to jedynie osoby, które nie wierzą w oficjalną wersje wydarzeń i głośno o tym mówią. Jakiś młody człowiek biega z laptopem w ręce i pyta się każdego czy widział, by jakikolwiek budynek wielkości WTC7 został zburzony w ciągu kilku sekund. Chyba coraz więcej osób poddaje w wątpliwość to co wydarzyło się osiem lat temu. A może po prostu, w dniu takim jak ten, takie osoby są widoczne bardziej niż zazwyczaj? Pada coraz bardziej. Moje plany topią się w kałużach.

Hasło reklamowe Stranda robi się coraz mniej aktualne - nabywam u nich kolejną książkę. A chciałem tylko schronić się przed deszczem...
Dwa razy odwiedzam pobliskiego Zabar'sa. To sklep - instytucja. Ogromny wybór klasowego jedzenia z całego świata. Dla smakosza, prawdziwy kulinarny raj na ziemi. Nawet mi się podoba. Nie jest tanio ale przynajmniej jakość oferowanych produktów uzasadnia większe wydatki. Można spędzić dłuższą chwilę. Sery, wędliny, mięsa i gotowe dania w ogromnym wyborze. Dzisiaj mój wybór padł na wegetariańską kanapkę rano (zaskakująco dobra) oraz bagietkę, wędlinę i znowu wegeteriańską pastę (pate) popołudniu. O cenie nie wspominam.

Wieczorem odwiedzam zabłocony Central Park. Coś nie mam szczęścia. W lutym prezentował się równie mizernie, tyle, że dodatkowo jeszcze pokryty był lodem i śniegiem. Jak zawsze, gubie się i ląduję na East Side. Dla osoby z West Side, to jak lądowanie na Marsie. Obie dzielnice dzieli jedynie połać zieleni, a jedni dla drugich są wyjątkowo obcy. Zabudowa po obu stronach podobna. Jednak West Side wydaje się być bardziej żywe i autentyczne. Druga strona jest nieco bardziej snobistyczna. Należało by napisać - jeszcze bardziej, albowiem snobizm to cecha wspólna niemal wszystkich nowojorczyków.
Może także dlatego nieco tęsknie za wyspami. Nie tylko pogoda ale i ludzie. Lubię proste życie i proste zasady. Lubię autentyzm, nawet jeżeli oznacza on ssyf i wieczną improwizację. Nowy Jork, jak wszystko na tym świecie, ma swoje zalety jak i wady. Mieszkańcom daleko do prostolinijności. Tyle tu różnorodności, a patrząc na ich zachowania, można niemal zawsze, sprowadzić wszystko do kilku wspólnych mianowników. Telefony, rozmowy, kawa w ręku, pewne spojrzenie. Niby pępek świata, a o 17.00 tabuny białych kołnierzyków są już w drodze do domu. Czepiam się. Przecież oni tacy właśnie są. Śmieszyć powinni mnie Ci, którzy na całym świecie ich podrabiają...

Nie napiszę teraz, że jutro mam ambitne plany, bo pogoda znowu postanowi mi je zmienić. Ale to ostatni pełny dzień w NYC.
czwartek, 10 września 2009
10.09 czyli "ja już tu byłem!"
Trudno napisać o Nowym Jorku cokolwiek co nie zostało już wcześniej przez kogoś powiedziane. Wystarczyło pięć minut w tym mieście, by niedawne przecież, wspomnienia odżyły na nowo. NYC pociąga - nawet kiedy czeka się na metro na dalekiej Howard Beach Station, czuć jego zniewalającą potęgę.
Lot był udany. Może już powoli się przyzwyczajam do takich tras. W rzędzie obok młody człowiek ma mniej szczęścia. Rozwrzeszczany bachor zagłuszał nawet silniki. Było blisko, ale tym razem to nie ja jestem ofiarą. Ponad pięć godzin minęło szybko i bardzo znośnie. Kultowy Terminal 3 ma kolejnego minusa. Czekaliśmy dobre kilkanaście minut aż łaskawie jakiś pracownik Urzędu Imigracyjnego zajmie się nami, czyli pęczniejącą kolejką stojącą po stempelek w paszporcie. Tym razem, o dziwo, mój bagaż nie wzbudził podejrzeń. Nic to, że wracam z Trynidadu uważanego za jeden z ważniejszych punktów przerzutowych narkotyków z Wenezueli i reszty dzikiej Ameryki Południowej. Ważne, że nie lecę z Polski, bo wtedy mógłbym mieć w bagażu coś gorszego niż kilogram kokainy. Mógłbym mieć KIEŁBASĘ. Zapytany jaki jest mój zawód, odpowiadam "advertisement" i od razu procedura się kończy. Słowo klucz!
Jadę metrem i czuję radość. Znajoma trasa. Znowu jestem w NYC. Nie minęło siedem miesięcy od mojej pierwszej tu wizyty i już jestem z powrotem. Wyciągam z pamięci jeden z cytatów odnośnie tego miasta: raz przyjedziesz, zawsze będziesz chciał wracać. Choć to sztampa i mądrość "klozetowa", to przecież, coś w tym jest.

Nie mając czasu na odpoczynek, udaje się na rekonesans. Na początek, dolna część Manhattanu, czyli to co lubię najbardziej. Znowu przystań nr 17, zacumowany Peking i majestatyczna panorama Brooklynu. Nawet hot-dog ze stoiska smakuje tu lepiej niż powinien w rzeczywistości.

Dookoła Ground Zero przygotowania do jutrzejszych obchodów rocznicowych. Chór trenuje śpiew, słyszę go w oddali, co dodatkowo buduje nastrój. Jutro będzie nieco patetyzmu i tutejszego prostego, czy wręcz prostackiego patriotyzmu. Ale Ameryka to Ameryka, coraz mniej osób żyje 9/11, szczególnie w czasach recesji. Jakiej recesji? Tu jej nie widać. Szaleństwo na ulicach jak było tak jest. Dzisiaj dodatkowo, bo wieczorem rozpoczyna się Noc Mody. Sklepy zamieniają się w kluby, na ulicach paradują wystrojone panie i panowie. Długie kolejki czekają przed wejściami.

Muszę wyglądać zabawnie w tym wystylizowanym tłumie w moich krótkich spodenkach, szarej bluzie i trekingowych butach. Te ostatnie nieco cuchną tygodniowym ciężkim używaniem. Czuję się niezręcznie, ale tylko przez chwilę. W tym mieście jest miejsce i dla takich jak ja. Zresztą. Czy te użelowane modnisie wiedzą co znaczy jechać przez bezdroża Trynidadu z czerwonookim Etiopczykiem? Czy wiedzą, że jeszcze wczoraj byłem w dusznym Sangre Grande? Czy wiedzą, że po zmierzchu przemierzałem ulicę dzikiego Port-of-Spain? Pewnie nie. I pewnie gdyby wiedzieli, nic by to ich nie obchodziło. Tak to już bywa, że opowieści podróżników interesują ich samych oraz ewentualnie innych obieżyświatów. Dla reszty są tylko bełkotem szaleńca.
Tych ostatnich w Nowym Jorku jest już wystarczająco dużo. Dzisiaj spotkałem kilku. Jeszcze zwracam na nich uwagę, jutro pewnie mi przejdzie. Pierwszy był typem niepospolitym. Usiadł obok mnie w metrze. Z torby wyjął dwa wielkie zapisane zeszyty. Pełno dziwnych notatek. Nazwy stacji, numery, jakieś zdania bez sensu i układu. Zerkam nieśmiało zza ramienia. Człowiek z zaangażowaniem godnej lepszej sprawy podkreśla kilka liter, niecierpliwie przerzuca kartki czegoś szukając. Po chwili wysiada. Pozornie bez sensu, tylko czy aby moje codzienne obowiązki i nerwy z nimi związane, nie są również takim absurdalnym zabiegiem? To spotkanie znowu przypomniało mi o pracy. Już niebawem i ja zamienię się w wariata.
Nie mogę sobie odmówić jednej przyjemności. A w sumie kilku. Antykwariat Strand to nowojorska legenda. Dla moli książkowych pozycja obowiązkowa i absolutnie kultowa. Reklama, wyjątkowo, prawdę mówi. Osiemnaście mil książek. Nie precyzują jednak jak ustawionych. To i tak nie ma znaczenia. Księgarnia jest wielka i znalezienie czegoś wymaga szczęścia i doświadczenia. Wychodzę z dwoma książkami i nie jestem w stanie sobie obiecać, że to będzie koniec. Dzisiaj "poszło" już nieco zielonych, tu pieniądze wydaje się tak łatwo...

Pierwszy dzień w NYC to jak spotkanie z dawno nie widzianą kochanką. Nie chce się żegnać. Przechodzę od Battery Park (sam południowy cypel) do rogu Broadwayu i 94th Street. To grubo ponad sto przecznic. Po drodze obserwuje otoczenie i z radością witam miejsca już mi znane. Jutro ambitny plan, więc pora na chwilę regeneracji. A cuchnące wyspami buty właśnie wietrzą się na klimatyzatorze.
Lot był udany. Może już powoli się przyzwyczajam do takich tras. W rzędzie obok młody człowiek ma mniej szczęścia. Rozwrzeszczany bachor zagłuszał nawet silniki. Było blisko, ale tym razem to nie ja jestem ofiarą. Ponad pięć godzin minęło szybko i bardzo znośnie. Kultowy Terminal 3 ma kolejnego minusa. Czekaliśmy dobre kilkanaście minut aż łaskawie jakiś pracownik Urzędu Imigracyjnego zajmie się nami, czyli pęczniejącą kolejką stojącą po stempelek w paszporcie. Tym razem, o dziwo, mój bagaż nie wzbudził podejrzeń. Nic to, że wracam z Trynidadu uważanego za jeden z ważniejszych punktów przerzutowych narkotyków z Wenezueli i reszty dzikiej Ameryki Południowej. Ważne, że nie lecę z Polski, bo wtedy mógłbym mieć w bagażu coś gorszego niż kilogram kokainy. Mógłbym mieć KIEŁBASĘ. Zapytany jaki jest mój zawód, odpowiadam "advertisement" i od razu procedura się kończy. Słowo klucz!
Jadę metrem i czuję radość. Znajoma trasa. Znowu jestem w NYC. Nie minęło siedem miesięcy od mojej pierwszej tu wizyty i już jestem z powrotem. Wyciągam z pamięci jeden z cytatów odnośnie tego miasta: raz przyjedziesz, zawsze będziesz chciał wracać. Choć to sztampa i mądrość "klozetowa", to przecież, coś w tym jest.

Nie mając czasu na odpoczynek, udaje się na rekonesans. Na początek, dolna część Manhattanu, czyli to co lubię najbardziej. Znowu przystań nr 17, zacumowany Peking i majestatyczna panorama Brooklynu. Nawet hot-dog ze stoiska smakuje tu lepiej niż powinien w rzeczywistości.

Dookoła Ground Zero przygotowania do jutrzejszych obchodów rocznicowych. Chór trenuje śpiew, słyszę go w oddali, co dodatkowo buduje nastrój. Jutro będzie nieco patetyzmu i tutejszego prostego, czy wręcz prostackiego patriotyzmu. Ale Ameryka to Ameryka, coraz mniej osób żyje 9/11, szczególnie w czasach recesji. Jakiej recesji? Tu jej nie widać. Szaleństwo na ulicach jak było tak jest. Dzisiaj dodatkowo, bo wieczorem rozpoczyna się Noc Mody. Sklepy zamieniają się w kluby, na ulicach paradują wystrojone panie i panowie. Długie kolejki czekają przed wejściami.

Muszę wyglądać zabawnie w tym wystylizowanym tłumie w moich krótkich spodenkach, szarej bluzie i trekingowych butach. Te ostatnie nieco cuchną tygodniowym ciężkim używaniem. Czuję się niezręcznie, ale tylko przez chwilę. W tym mieście jest miejsce i dla takich jak ja. Zresztą. Czy te użelowane modnisie wiedzą co znaczy jechać przez bezdroża Trynidadu z czerwonookim Etiopczykiem? Czy wiedzą, że jeszcze wczoraj byłem w dusznym Sangre Grande? Czy wiedzą, że po zmierzchu przemierzałem ulicę dzikiego Port-of-Spain? Pewnie nie. I pewnie gdyby wiedzieli, nic by to ich nie obchodziło. Tak to już bywa, że opowieści podróżników interesują ich samych oraz ewentualnie innych obieżyświatów. Dla reszty są tylko bełkotem szaleńca.
Tych ostatnich w Nowym Jorku jest już wystarczająco dużo. Dzisiaj spotkałem kilku. Jeszcze zwracam na nich uwagę, jutro pewnie mi przejdzie. Pierwszy był typem niepospolitym. Usiadł obok mnie w metrze. Z torby wyjął dwa wielkie zapisane zeszyty. Pełno dziwnych notatek. Nazwy stacji, numery, jakieś zdania bez sensu i układu. Zerkam nieśmiało zza ramienia. Człowiek z zaangażowaniem godnej lepszej sprawy podkreśla kilka liter, niecierpliwie przerzuca kartki czegoś szukając. Po chwili wysiada. Pozornie bez sensu, tylko czy aby moje codzienne obowiązki i nerwy z nimi związane, nie są również takim absurdalnym zabiegiem? To spotkanie znowu przypomniało mi o pracy. Już niebawem i ja zamienię się w wariata.
Nie mogę sobie odmówić jednej przyjemności. A w sumie kilku. Antykwariat Strand to nowojorska legenda. Dla moli książkowych pozycja obowiązkowa i absolutnie kultowa. Reklama, wyjątkowo, prawdę mówi. Osiemnaście mil książek. Nie precyzują jednak jak ustawionych. To i tak nie ma znaczenia. Księgarnia jest wielka i znalezienie czegoś wymaga szczęścia i doświadczenia. Wychodzę z dwoma książkami i nie jestem w stanie sobie obiecać, że to będzie koniec. Dzisiaj "poszło" już nieco zielonych, tu pieniądze wydaje się tak łatwo...

Pierwszy dzień w NYC to jak spotkanie z dawno nie widzianą kochanką. Nie chce się żegnać. Przechodzę od Battery Park (sam południowy cypel) do rogu Broadwayu i 94th Street. To grubo ponad sto przecznic. Po drodze obserwuje otoczenie i z radością witam miejsca już mi znane. Jutro ambitny plan, więc pora na chwilę regeneracji. A cuchnące wyspami buty właśnie wietrzą się na klimatyzatorze.
środa, 9 września 2009
09.09 czyli "kurz, dziki zachód i czerwone oczy kierowcy"
Ostatni dzień na wyspach. Już zmierzch. W pokoju standardowy rozgardiasz przedwyjazdowy. Byłby smutek, gdyby nie to, że przede mną jeszcze jakieś 72 godziny w Nowym Jorku. Miasto miast już na mnie czeka.
Rankiem wyjazd z Port-of-Spain. Duszno i ciężko. Plecak z przodu, plecak z tyłu. Pot zalewa mi wszystko, mam już dosyć. Na szczęście do Arimy dostaję się bez problemu. Nowe lokum bardzo schludne. Własna łazienka, telewizor (którego nie potrafię włączyć), cicha klimatyzacja, porządek i przestrzeń. Zupełne przeciwieństwo nowego miasta na mojej mapie.
Trudno napisać coś sensownego o Arimie. Podobno trzecie co do wielkości miasto na wyspie. Nie ma żadnych zabytków i w świadomości turystów, jeżeli w ogóle, istnieje jedynie jako punkt przesiadkowy, ewentualnie baza wypadowa w pobliskie regiony. Dookoła same sklepy, targi ale wszystko jest rozlazłe w typie przedmieść. Ciągnie się to w jedną, to drugą stronę, męcząc człowieka samym swoim wyglądem. Nie podoba mi się tutaj zbytnio - a w końcu jestem miłośnikiem zatłoczonych przestrzeni miejskich.
Co się odwlecze, to nie uciecze, mawia przysłowie. Znowu ma rację. Jeszcze wczoraj myślę sobie, że jeżeli szybko uwinę się z dotarciem do punktu docelowego, będę miał czas na jakąś wycieczkę. Jadę więc do Manzanilli.
Najpierw wsiadam w maxi taxi i jadę do Sangre Grande. Za oknem znowu wspaniałe widoki. Środkowy Trynidad to już prawdziwa karaibska prowincja. Z jednej strony ginące w zieleni wzniesienia, z drugiej palmy i nieprzebyte krzaki. Gdzieniedzie małe skupiska ludzkie. Samo Sangre Grande to kolejna szara mieścina. Szara tak ale na pewno nie nijaka.

Pierwsze skojarzenie zupełnie słuszne. Dziki Zachód. Tłok, krzyk, harmider, wszędzie ludzie i samochody. Każdy gdzieś spieszy, każdy czymś handluje. Coraz więcej hindusów, to już powoli “ich” rejony na wyspie. W tym całym chaosie nie jest łatwo znaleźć mi właściwy postój, ale udaje się. Zostaję zaproszony do dusznego, rozklekotanego samochodu prowadzonego przez dziwnego Etiopczyka. Zezowane spojrzenie czerwonych oczu nie daje mi spokoju. Znowu to samo. Wsiadam przecież do prywatnego auta tysiące kilometrów od domu. Jestem jedynym białym w okolicy. Ostatniego "swojego" widziałem jeszcze wczoraj.
Żyłka podróżnika bierze górę nad siusiumajtkiem jeszcze jeden raz. Jedziemy. Znowu pięknie za oknem. No i najważniejsze. Zbliżam sie do morza. Nieco się za sobą stęskniliśmy.
Cieszę się, że z wyjazdu do Manzanilli na dłużej nic nie wyszło. Plaża jest przepiękna. Tyle, że to miejsce w sam raz na kilka godzin, nie więcej. Poza spektakularnymi widokami nie ma tu nic innego. Nawet do sklepu trzeba iść pod górę do Upper Manzanilla. Tylko z nazwy to ta sama miejscowość. Nawet samochodem jedzie się chwilę. Tak naprawdę - to jest kilka dobrych kilometrów dalej.

Nie mogę nadziwić się urodzie tego miejsca. Plaża ciągnie się dobre 40 km, aż do Mayaro. Na horyzoncie ginie linia brzegowa i rząd palm.

Coś pięknego. Woda ciepła, fale obmywają stopy, po brzegu skaczą bliżej mi nieznane wodne jaszczurki. Mało osób, można się delektować szumem morza.
Wychodzę na słynny Cocal i zastanawiam się jak ja stąd wrócę. Droga pusta, tylko czasem ktoś przejedzie.


Ale spokojnie, dzisiaj mam szczęście. Kiedy już jestem gotowy wracać do kurzu i spalin, na drodze pojawia się znany mi Etiopczyk i wracam do Sangre Grande.
Arima wita mnie ponownie. I wygląda jeszcze gorzej. Wszędzie busy i taksówki, wszyscy wracają do domów. Miasto późnym popołudniem zamienia się w jeden wielki korek. Smród spalin unosi się w powietrzu. "Zwiedzam" chwilę miasto, ale ostatecznie poddaje się - tu naprawdę nie ma nic ciekawego. Surrealistycznie wygląda zegar stojący na głównej ulicy. Pochodzący z początków XX wieku, masywny i klasyczny. Zupełnie nie pasuje do okolicznego dzikiego targowiska. Na ulicznym straganie kupuję płytę CD - 20 TT$ za wydawnictwo o "podejrzanej legalności". Wracam do domu i uprawiam sport pod tytułem "skoro się zmieściło raz, musi się zmieścić i teraz". Plecak robi się coraz bardziej wypchany. Od zawartości powinien niedługo zacząć sam chodzić. Brudne ciuchy stworzą w nim niebawem własną sztuczną inteligencję. Jutro bladym świtem na lotnisko zawiezie mnie właściciel przybytku. To spore pocieszenie, nie będę musiał się z rana pocić.
Rankiem wyjazd z Port-of-Spain. Duszno i ciężko. Plecak z przodu, plecak z tyłu. Pot zalewa mi wszystko, mam już dosyć. Na szczęście do Arimy dostaję się bez problemu. Nowe lokum bardzo schludne. Własna łazienka, telewizor (którego nie potrafię włączyć), cicha klimatyzacja, porządek i przestrzeń. Zupełne przeciwieństwo nowego miasta na mojej mapie.
Trudno napisać coś sensownego o Arimie. Podobno trzecie co do wielkości miasto na wyspie. Nie ma żadnych zabytków i w świadomości turystów, jeżeli w ogóle, istnieje jedynie jako punkt przesiadkowy, ewentualnie baza wypadowa w pobliskie regiony. Dookoła same sklepy, targi ale wszystko jest rozlazłe w typie przedmieść. Ciągnie się to w jedną, to drugą stronę, męcząc człowieka samym swoim wyglądem. Nie podoba mi się tutaj zbytnio - a w końcu jestem miłośnikiem zatłoczonych przestrzeni miejskich.
Co się odwlecze, to nie uciecze, mawia przysłowie. Znowu ma rację. Jeszcze wczoraj myślę sobie, że jeżeli szybko uwinę się z dotarciem do punktu docelowego, będę miał czas na jakąś wycieczkę. Jadę więc do Manzanilli.
Najpierw wsiadam w maxi taxi i jadę do Sangre Grande. Za oknem znowu wspaniałe widoki. Środkowy Trynidad to już prawdziwa karaibska prowincja. Z jednej strony ginące w zieleni wzniesienia, z drugiej palmy i nieprzebyte krzaki. Gdzieniedzie małe skupiska ludzkie. Samo Sangre Grande to kolejna szara mieścina. Szara tak ale na pewno nie nijaka.

Pierwsze skojarzenie zupełnie słuszne. Dziki Zachód. Tłok, krzyk, harmider, wszędzie ludzie i samochody. Każdy gdzieś spieszy, każdy czymś handluje. Coraz więcej hindusów, to już powoli “ich” rejony na wyspie. W tym całym chaosie nie jest łatwo znaleźć mi właściwy postój, ale udaje się. Zostaję zaproszony do dusznego, rozklekotanego samochodu prowadzonego przez dziwnego Etiopczyka. Zezowane spojrzenie czerwonych oczu nie daje mi spokoju. Znowu to samo. Wsiadam przecież do prywatnego auta tysiące kilometrów od domu. Jestem jedynym białym w okolicy. Ostatniego "swojego" widziałem jeszcze wczoraj.
Żyłka podróżnika bierze górę nad siusiumajtkiem jeszcze jeden raz. Jedziemy. Znowu pięknie za oknem. No i najważniejsze. Zbliżam sie do morza. Nieco się za sobą stęskniliśmy.
Cieszę się, że z wyjazdu do Manzanilli na dłużej nic nie wyszło. Plaża jest przepiękna. Tyle, że to miejsce w sam raz na kilka godzin, nie więcej. Poza spektakularnymi widokami nie ma tu nic innego. Nawet do sklepu trzeba iść pod górę do Upper Manzanilla. Tylko z nazwy to ta sama miejscowość. Nawet samochodem jedzie się chwilę. Tak naprawdę - to jest kilka dobrych kilometrów dalej.

Nie mogę nadziwić się urodzie tego miejsca. Plaża ciągnie się dobre 40 km, aż do Mayaro. Na horyzoncie ginie linia brzegowa i rząd palm.

Coś pięknego. Woda ciepła, fale obmywają stopy, po brzegu skaczą bliżej mi nieznane wodne jaszczurki. Mało osób, można się delektować szumem morza.
Wychodzę na słynny Cocal i zastanawiam się jak ja stąd wrócę. Droga pusta, tylko czasem ktoś przejedzie.


Ale spokojnie, dzisiaj mam szczęście. Kiedy już jestem gotowy wracać do kurzu i spalin, na drodze pojawia się znany mi Etiopczyk i wracam do Sangre Grande.
Arima wita mnie ponownie. I wygląda jeszcze gorzej. Wszędzie busy i taksówki, wszyscy wracają do domów. Miasto późnym popołudniem zamienia się w jeden wielki korek. Smród spalin unosi się w powietrzu. "Zwiedzam" chwilę miasto, ale ostatecznie poddaje się - tu naprawdę nie ma nic ciekawego. Surrealistycznie wygląda zegar stojący na głównej ulicy. Pochodzący z początków XX wieku, masywny i klasyczny. Zupełnie nie pasuje do okolicznego dzikiego targowiska. Na ulicznym straganie kupuję płytę CD - 20 TT$ za wydawnictwo o "podejrzanej legalności". Wracam do domu i uprawiam sport pod tytułem "skoro się zmieściło raz, musi się zmieścić i teraz". Plecak robi się coraz bardziej wypchany. Od zawartości powinien niedługo zacząć sam chodzić. Brudne ciuchy stworzą w nim niebawem własną sztuczną inteligencję. Jutro bladym świtem na lotnisko zawiezie mnie właściciel przybytku. To spore pocieszenie, nie będę musiał się z rana pocić.
wtorek, 8 września 2009
08.09 czyli "Home Alone 5: Port-of-Spain"
Port-of-Spain spodobało mi się. Przynajmniej w godzinach porannych. Znowu moja opinia jest sprzeczna z powszechnym osądem. Zapominam zupełnie o tym, że miałem wyjechać i spędzam cały dzień w jego murach. Miasto przypomina mi nieco Bangkok, Ateny czy Nowy Orlean. Jest chaotyczne ale żywe. Autentyczne chociaż brudne i “niedostosowane do potrzeb turystyki”. Na ulicach wieczne korki. Po krótkim treningu (jak to się robiło?), przeskakuję między samochodami jak zawodowiec. Nikt nie zwalnia, od czasu do czasu ktoś przepuści, najczęściej wtedy gdy widzi, że i tak nie ma sensu się pchać. Zabudowa raz nowoczesna, raz zapuszczona. Jest tu troszkę wieżowców, na czele z Nicholas Tower i “Dwoma wieżami”, które od biedy można nazwać niezwykle dalekimi krewnymi słynnych imienniczek.
Jest sporo centrów handlowych, czy raczej domów towarowych. Kupić można wszystko, od biżuterii po sprzęt video czy buty. Ceny bywają zabójcze. Zupełnie zwykła książka o historii Karaibów – 200 TT$. To jakieś 100 PLN!!! Absurd totalny. Za dwie “zamówione” płyty CD płacę jeszcze więcej co za niedoszłą książkę. Jest mi słabo. Z drugiej strony, jedzenie kosztuje mniej więcej tyle co u nas. Znajduję miły “food court” w jednym z domów handlowych. Rano w końcu jem rekina. Całkiem normalny. Wieczorem pieczoną rybę. Też całkiem normalna. Płacę tyle co za podobne jedzenie w Polsce. Ale cenowe absurdy nie dają mi spokoju.
Rano udaje się na rekonesans. Trafiam w okolice “biznesowe”, mijają mnie tutejsze białe kołnierzyki. Atmosfera jak w każdej dzielnicy tego typu. Jest więcej białych niż “zazwyczaj”. W kafejce kolejka po kawę, więc daję sobie spokój. Docieram do tzw. “Magnificent Seven”, czyli siedmiu, nomen omen, domów z epoki kolonialnej. Wybudowane na początku XX wieku, dzisiaj w większości są mocno zapuszczone. Podobają mi się, architektura przywodzi na myśl czasy brytyjskiej dominacji w regionie. Podobnych historycznych budynków w mieście jest dużo więcej.

Kolonialnej architektury zachowało się sporo, ale jest spychana coraz głębiej i głębiej poza percepcję ludzkiego oka. Nowe wypiera stare i robi to bez litości.

Zwiedzam centrum miasta. Słynna promenada Briana Lary daje nieco wytchnienia od szaleństw ulic i chodników. Dookoła mnóstwo bezdomnych. Znowu bogactwo i bieda tuż obok siebie. Siedziba banku lśni od marmuru, na którym na kartonach śpi tubylec. Bezdomni to praktycznie wyłącznie czarni.
W Port-of-Spain uderza mnie różnorodność ras. Tylko na kartonach jest jednolicie. Poza tym, wielu hindusów, nieco chińczyków i białych. Ci ostatni to albo ekspiaci pracujący tu na zesłaniu w oddziale swojej firmy albo uchowani autochtoni. Powiem szczerze – tutejsi biali wyglądają na niezłych kolonialnych skurwieli. Jest w nich coś takiego, co sprawia, że człowiek odnosi wrażenie, że niejedno mają za skórą. W obecnym albo przeszłym pokoleniu. Skąd ja to znam? Proste – z Nowego Orleanu :)
Jest też nieco “mieszańców”. Hindusi, którzy stanowią dominującą liczebnie grupę pośród mieszkańców kraju, przez lata byli spychani poza margines, tak przez białych jak i potem przez czarnych. Jedni i drudzy, tj. murzyni i hindusi, nie darzą się, delikatnie powiedziawszy, sympatią. Obie grupy żyją obok siebie, ale oddzielnie. Zasady zasadami a hormony hormonami i czasem, choć rzadko, można zobaczyć jakiś mezalians, albo efekt takowego. Kilka razy, mam wrażenie, napotkałem także miks rasy żółtej i czarnej. Czarna skóra i nieco skośnawe oczy. Część hindusów za to miewa bardzo europejskie rysy twarzy. Jeszcze wczoraj na promie nie mogłem się nadziwić na widok starszego mężczyzny, z pokaźnym brzuchem i brytyjskim wąsem. Rysy polskie, tylko twarz czarna. Niemal jak Rudi Szubert, daję słowo. Pasjonaci antropologii mieliby co robić, skoro nawet mnie to zainteresowało.
Wracamy do rzeczywistości. Koncentracja cały czas. Nie ma czasu na naukowe dywagacje, przejście przez ulicę bywa często kłopotem i oznacza nawet kilka minut stania na poboczu i wypatrywania dziury w sznurze kółek. Samochody tu i nowe i stare. Tych nowych bardzo dużo. Po amerykańsku, czyli zawsze wielki, rodzinny i bezpieczny. Dominują, co mnie nieco dziwi, auta japońskie. Za to amerykańskich praktycznie brak! Stare samochody to inna opowieść. Można natrafić na wspaniałe perełki. Robiąc zdjęcia na cmentarzu, spotykam Astona Cambridge z bodaj 1964 roku. W stanie średnim ale jego właściciel był z niego dumny i chyba ucieszył się, że okazałem zainteresowanie.

Dla pasjonata klasycznej japońskiej motoryzacji, tutejsze ulice są jednym wielkim muzeum. Auta bywają w stanie złym, najczęściej te z tablicami na “H”, czyli taksówki, ale trafiają się także dopieszczone klasyki jakby wypuszczone prosto z taśmy produkcyjnej.
Odwiedzam ZOO. W przewodniku nie polecają. I mają rację. ZOO niewielkie, w popołudniowym upale droga na miejsce dłuży się. Chce się pić. Sklepów niby dużo ale zawsze gdy usycham z pragnienia, żadnego nie widać. Na miejscu spędzam kilkadziesiąt minut, może nawet mniej. Smutny widok i smutna refleksja – jestem blisko dzikiej przyrody, otoczony nią, a poza krabami, rybami i kilkoma ptakami, nie widziałem na własne oczy żadnego dzikiego stworzenia!
Popołudniu moja sympatia do miasta napotyka mrożącą przeszkodę. Na środku ulicy scena jak z sensacyjnego filmu. Policjanci w kamizelkach pojawiają się nie wiadomo skąd na środku ulicy.

Lufy pistoletów wymierzone w samochód i jego pasażerów. Ja niemalże na linii strzału. Strzelaniny na szczęście nie ma ale sytuacja jest napięta. Policja tamuje ruch. Czarne ręce na samochodzie. Jednemu z pasażerów niemalże spadają spodnie ale “biedak” nie może ich sobie podciągnąć. Robię kika zdjęć ale gdy jeden z podejrzanych zerka w moją stronę, nie mam już ochoty podchodzić bliżej.
Nagle zdaje sobie sprawę, że to miasto, mimo wibrującej pozytywnej energii, to jednak wielki slums i gniazdo przestępczości. Kręce się po centrum ale zamiast kolorowego tłumu, widzę błyskające na mój widok białka oczu. Moja skóra jest nagle znowu stygmatem. Szukam wsparcia w postaci innej białej twarzy ale, jak to zazwyczaj bywa - gdy potrzebujesz, nigdy nie dostajesz. Humor poprawia mi sprzedawca błyskotek. Niedość, że niedrogo (ale nie żeby tanio), to jeszcze człowiek ucieszył się, że do jego kraju zawitał Polak. Welcome Poland :)

Wracam do domu. Chce się pić i znowu nie mogę znaleźć tego cholernego sklepu.
Jeszcze jedna refleksja. Jutro ostatni dzień na wyspach! Jak ten czas leci. W przeciwieństwie do ostatniego wyjazdu, jakoś nie zwracam większej uwagi na jego upływ. Dzisiaj wtorek, a Warszawę opuściłem ledwie w czwartek. Jutro muszę dotrzeć do Arimy i zupełnie nie mam pomysłu na ten dzień. Wizja podróży z wielkim ciężkim plecakiem nieco mnie zniechęca. Ale Arima jest już blisko lotniska, a lot w czwartek wcześnie, bo o ósmej rano. Do domu? Nie, do NYC :)
Jest sporo centrów handlowych, czy raczej domów towarowych. Kupić można wszystko, od biżuterii po sprzęt video czy buty. Ceny bywają zabójcze. Zupełnie zwykła książka o historii Karaibów – 200 TT$. To jakieś 100 PLN!!! Absurd totalny. Za dwie “zamówione” płyty CD płacę jeszcze więcej co za niedoszłą książkę. Jest mi słabo. Z drugiej strony, jedzenie kosztuje mniej więcej tyle co u nas. Znajduję miły “food court” w jednym z domów handlowych. Rano w końcu jem rekina. Całkiem normalny. Wieczorem pieczoną rybę. Też całkiem normalna. Płacę tyle co za podobne jedzenie w Polsce. Ale cenowe absurdy nie dają mi spokoju.
Rano udaje się na rekonesans. Trafiam w okolice “biznesowe”, mijają mnie tutejsze białe kołnierzyki. Atmosfera jak w każdej dzielnicy tego typu. Jest więcej białych niż “zazwyczaj”. W kafejce kolejka po kawę, więc daję sobie spokój. Docieram do tzw. “Magnificent Seven”, czyli siedmiu, nomen omen, domów z epoki kolonialnej. Wybudowane na początku XX wieku, dzisiaj w większości są mocno zapuszczone. Podobają mi się, architektura przywodzi na myśl czasy brytyjskiej dominacji w regionie. Podobnych historycznych budynków w mieście jest dużo więcej.

Kolonialnej architektury zachowało się sporo, ale jest spychana coraz głębiej i głębiej poza percepcję ludzkiego oka. Nowe wypiera stare i robi to bez litości.

Zwiedzam centrum miasta. Słynna promenada Briana Lary daje nieco wytchnienia od szaleństw ulic i chodników. Dookoła mnóstwo bezdomnych. Znowu bogactwo i bieda tuż obok siebie. Siedziba banku lśni od marmuru, na którym na kartonach śpi tubylec. Bezdomni to praktycznie wyłącznie czarni.
W Port-of-Spain uderza mnie różnorodność ras. Tylko na kartonach jest jednolicie. Poza tym, wielu hindusów, nieco chińczyków i białych. Ci ostatni to albo ekspiaci pracujący tu na zesłaniu w oddziale swojej firmy albo uchowani autochtoni. Powiem szczerze – tutejsi biali wyglądają na niezłych kolonialnych skurwieli. Jest w nich coś takiego, co sprawia, że człowiek odnosi wrażenie, że niejedno mają za skórą. W obecnym albo przeszłym pokoleniu. Skąd ja to znam? Proste – z Nowego Orleanu :)
Jest też nieco “mieszańców”. Hindusi, którzy stanowią dominującą liczebnie grupę pośród mieszkańców kraju, przez lata byli spychani poza margines, tak przez białych jak i potem przez czarnych. Jedni i drudzy, tj. murzyni i hindusi, nie darzą się, delikatnie powiedziawszy, sympatią. Obie grupy żyją obok siebie, ale oddzielnie. Zasady zasadami a hormony hormonami i czasem, choć rzadko, można zobaczyć jakiś mezalians, albo efekt takowego. Kilka razy, mam wrażenie, napotkałem także miks rasy żółtej i czarnej. Czarna skóra i nieco skośnawe oczy. Część hindusów za to miewa bardzo europejskie rysy twarzy. Jeszcze wczoraj na promie nie mogłem się nadziwić na widok starszego mężczyzny, z pokaźnym brzuchem i brytyjskim wąsem. Rysy polskie, tylko twarz czarna. Niemal jak Rudi Szubert, daję słowo. Pasjonaci antropologii mieliby co robić, skoro nawet mnie to zainteresowało.
Wracamy do rzeczywistości. Koncentracja cały czas. Nie ma czasu na naukowe dywagacje, przejście przez ulicę bywa często kłopotem i oznacza nawet kilka minut stania na poboczu i wypatrywania dziury w sznurze kółek. Samochody tu i nowe i stare. Tych nowych bardzo dużo. Po amerykańsku, czyli zawsze wielki, rodzinny i bezpieczny. Dominują, co mnie nieco dziwi, auta japońskie. Za to amerykańskich praktycznie brak! Stare samochody to inna opowieść. Można natrafić na wspaniałe perełki. Robiąc zdjęcia na cmentarzu, spotykam Astona Cambridge z bodaj 1964 roku. W stanie średnim ale jego właściciel był z niego dumny i chyba ucieszył się, że okazałem zainteresowanie.

Dla pasjonata klasycznej japońskiej motoryzacji, tutejsze ulice są jednym wielkim muzeum. Auta bywają w stanie złym, najczęściej te z tablicami na “H”, czyli taksówki, ale trafiają się także dopieszczone klasyki jakby wypuszczone prosto z taśmy produkcyjnej.
Odwiedzam ZOO. W przewodniku nie polecają. I mają rację. ZOO niewielkie, w popołudniowym upale droga na miejsce dłuży się. Chce się pić. Sklepów niby dużo ale zawsze gdy usycham z pragnienia, żadnego nie widać. Na miejscu spędzam kilkadziesiąt minut, może nawet mniej. Smutny widok i smutna refleksja – jestem blisko dzikiej przyrody, otoczony nią, a poza krabami, rybami i kilkoma ptakami, nie widziałem na własne oczy żadnego dzikiego stworzenia!
Popołudniu moja sympatia do miasta napotyka mrożącą przeszkodę. Na środku ulicy scena jak z sensacyjnego filmu. Policjanci w kamizelkach pojawiają się nie wiadomo skąd na środku ulicy.

Lufy pistoletów wymierzone w samochód i jego pasażerów. Ja niemalże na linii strzału. Strzelaniny na szczęście nie ma ale sytuacja jest napięta. Policja tamuje ruch. Czarne ręce na samochodzie. Jednemu z pasażerów niemalże spadają spodnie ale “biedak” nie może ich sobie podciągnąć. Robię kika zdjęć ale gdy jeden z podejrzanych zerka w moją stronę, nie mam już ochoty podchodzić bliżej.
Nagle zdaje sobie sprawę, że to miasto, mimo wibrującej pozytywnej energii, to jednak wielki slums i gniazdo przestępczości. Kręce się po centrum ale zamiast kolorowego tłumu, widzę błyskające na mój widok białka oczu. Moja skóra jest nagle znowu stygmatem. Szukam wsparcia w postaci innej białej twarzy ale, jak to zazwyczaj bywa - gdy potrzebujesz, nigdy nie dostajesz. Humor poprawia mi sprzedawca błyskotek. Niedość, że niedrogo (ale nie żeby tanio), to jeszcze człowiek ucieszył się, że do jego kraju zawitał Polak. Welcome Poland :)

Wracam do domu. Chce się pić i znowu nie mogę znaleźć tego cholernego sklepu.
Jeszcze jedna refleksja. Jutro ostatni dzień na wyspach! Jak ten czas leci. W przeciwieństwie do ostatniego wyjazdu, jakoś nie zwracam większej uwagi na jego upływ. Dzisiaj wtorek, a Warszawę opuściłem ledwie w czwartek. Jutro muszę dotrzeć do Arimy i zupełnie nie mam pomysłu na ten dzień. Wizja podróży z wielkim ciężkim plecakiem nieco mnie zniechęca. Ale Arima jest już blisko lotniska, a lot w czwartek wcześnie, bo o ósmej rano. Do domu? Nie, do NYC :)
poniedziałek, 7 września 2009
07.09 czyli "przewodniki to gówno o świecie wiedzą"
Takich dni z kolei bardzo nie lubię w podróżach. Prom wypływa o 17:00, co totalnie rozwala mi cały dzień. Rano jeszcze o tym nie myślę. Robie małe zakupy w sklepie i idę do fortu na śniadanie na łonie przyrody. Czy raczej – historii.

Doceniam nagle to, że wczoraj była niedziela. Może wszystko wtedy zamknięte i można odwodnić się od braku butelkowanej wody, ale niedziela to spokój. Już rankiem na szczyt zajeżdżają autokary, z których wysypują się wycieczki. Barbarzyńcy spod znaku zorganizowanej komercji, robią sobie zdjęcia, wchodzą na MOJE armaty, pozostawiają swoje odciski na wszystkim dookoła. Po dziesięciu minutach horda barbarzyńców znika. Zaraz pojawi się kolejna. Kierowca busa parkuje tuż obok zabytkowych umocnień. Barbarzyńcom nie przeszkadza to, że robią sobie zdjęcia w chmurze spalin. Co za ludzie. Wśród nich nawet Rosjanie. Polaków jeszcze nie spotkałem. Póki co.
Są jednak i plusy tych minusów. Pierwsza zaleta wycieczek najeżdżających szczyt jest taka, że za darmo wchodzę do zamkniętego wczoraj muzeum. Obsługa bierze mnie za część grupy. W środku niby nic wielkiego, trochę artefaktów, w tym sporo pozostałości po indiańskiej kulturze regionu. Druga zaleta jest taka, że gdy już wszyscy sobie pojadą w diabli, cisza tego miejsca dociera do człowieka jeszcze bardziej.

Tyle miłych rzeczy. W końcu trzeba się wymeldować z Hope Cottage i z garbem w postaci ciężkiego plecaka udać się na dół. Samo zejście potrafi zmęczyć i zastanawiam się w jaki to sposób tak dziarsko wszedłem w górę z tym pakunkiem. Czemu wszystkie akty mojego heroizmu mają tego samego bohatera i obserwatora – mnie samego?
Scarborough dużo żywsze niż wczoraj. Przejście przez ulicę to sztuka biegu i szybkiej orientacji w nadjeżdżającym niebezpieczeństwie. Plecak nie jest tu żadnym usprawiedliwieniem, wszyscy są równi wobec maski Toyoty. Jako że pot zalewa mi oczy, staram się przebywać w cieniu, ale w tym mieście, za wiele go nie ma. Nie ma go wcale.
Zielone ukojenie od tego szaleństwa, to ogród botaniczny. Nie mam siły oglądać go w całości, ale to co ujrzałem może się podobać. Jest cicho. Jest w końcu cień. Zachowuje się jak prawdziwy autochton i jem na trawce obiad. Wołowina z ryżem i surówką. Nic specjalnego, jeśli mam być szczery.
Do ogrodu wracam kilka razy. Jeden raz “wyganiam się” z niego sam na widok odzianego w szaty brodatego dziwaka. Jakoś nie mam ochoty na interakcję z takimi osobami. Dziwak wyraźnie miał mi coś ważnego do powiedzenia. Najwyżej powie to komuś innemu. Po drodze zostaję jeszcze nacięty na kilka trynidadzkich dolarów, zawodzę się smakiem mleka z kokosa (bo smakowało po prostu jak mleko z kokosa!) i wybija godzina umożliwiająca mi w końcu “zaokrętowanie się”.

Prom duży i nowoczesny. Znowu jestem jednym z bardzo nielicznych białych. Na pokładzie wygodne fotele, dwa bary na dwóch pokładach. Prosto ale elegancko i zaskakująco. T&T Express zgodnie ze swoją nazwą płynie bardzo szybko. Po chwili żegnam się z wyspą Tobago.

Na ekranach zaczyna się pokaz filmu. Puszczają “Home Alone”. Czyli jak w Polsce na święta. Nie wiem czy tubylcy też są tym zamęczani rok do roku. Chyba nie, bo co “zabawniejsze” sceny są nagradzane salwami śmiechu. Na widok Kevina zaczynam myśleć o zimie, tym bardziej, że klimatyzacja robi swoje i szczękam zębami.
W Port-of-Spain małe zamieszanie z bagażami ale takie “kontrolowane”. Przed terminalem stoją watahy taksówkarzy. Postanowiłem wcześniej, że pojadę do nowej noclegowni, ale wiedziony instynktem łowcy przygód, postanawiam udać się na piechotę. Nie jest to dobry pomysł – wg przewodnika, stolica T&T to miasto po którym nie należy chodzić po zmroku. Ale ja wiem swoje :-)
Krótki rekonesans i pierwsza opinia – miasto całkiem ciekawe. Nowoczesne, tu i ówdzie nieco zapuszczone. Coś mi jakoś przypomina. Może Bangkok? Tylko ulice dużo pustsze. Żeby nie powiedzieć puste. Pamiętając o renomie, lawiruję raz prawym raz lewym chodnikiem, tak by omijać ewentualne zagrożenia na trasie. Po drodze spotykam dziwne widoki w typie kucającego na chodniku mężczyzny, który robił “jedynkę” a może nawet “dwójkę”. Nie przypatrzyłem się dokładnie, za co przepraszam. Docieram na miejsce szczęśliwie i już jestem w Abercromby Inn. Hostel spory. Mój pokój – basic, ale może być. Mam trzy łóżka. Sporo jak na single room, ale to widać nie jest szczyt sezonu. Bez problemu udaje mi się przedłużyć pobyt o dodatkową dobę.
Plany na jutro – nie wiem. Zwiedzanie miasta z rana, to na pewno. Potem może jakaś przejażdżka gdzieś poza, ale w jakie miejsce, to jeszcze nie wiem. Najprościej byłoby na zachodnią część wyspy i być może tak właśnie uczynię.

Doceniam nagle to, że wczoraj była niedziela. Może wszystko wtedy zamknięte i można odwodnić się od braku butelkowanej wody, ale niedziela to spokój. Już rankiem na szczyt zajeżdżają autokary, z których wysypują się wycieczki. Barbarzyńcy spod znaku zorganizowanej komercji, robią sobie zdjęcia, wchodzą na MOJE armaty, pozostawiają swoje odciski na wszystkim dookoła. Po dziesięciu minutach horda barbarzyńców znika. Zaraz pojawi się kolejna. Kierowca busa parkuje tuż obok zabytkowych umocnień. Barbarzyńcom nie przeszkadza to, że robią sobie zdjęcia w chmurze spalin. Co za ludzie. Wśród nich nawet Rosjanie. Polaków jeszcze nie spotkałem. Póki co.
Są jednak i plusy tych minusów. Pierwsza zaleta wycieczek najeżdżających szczyt jest taka, że za darmo wchodzę do zamkniętego wczoraj muzeum. Obsługa bierze mnie za część grupy. W środku niby nic wielkiego, trochę artefaktów, w tym sporo pozostałości po indiańskiej kulturze regionu. Druga zaleta jest taka, że gdy już wszyscy sobie pojadą w diabli, cisza tego miejsca dociera do człowieka jeszcze bardziej.

Tyle miłych rzeczy. W końcu trzeba się wymeldować z Hope Cottage i z garbem w postaci ciężkiego plecaka udać się na dół. Samo zejście potrafi zmęczyć i zastanawiam się w jaki to sposób tak dziarsko wszedłem w górę z tym pakunkiem. Czemu wszystkie akty mojego heroizmu mają tego samego bohatera i obserwatora – mnie samego?
Scarborough dużo żywsze niż wczoraj. Przejście przez ulicę to sztuka biegu i szybkiej orientacji w nadjeżdżającym niebezpieczeństwie. Plecak nie jest tu żadnym usprawiedliwieniem, wszyscy są równi wobec maski Toyoty. Jako że pot zalewa mi oczy, staram się przebywać w cieniu, ale w tym mieście, za wiele go nie ma. Nie ma go wcale.
Zielone ukojenie od tego szaleństwa, to ogród botaniczny. Nie mam siły oglądać go w całości, ale to co ujrzałem może się podobać. Jest cicho. Jest w końcu cień. Zachowuje się jak prawdziwy autochton i jem na trawce obiad. Wołowina z ryżem i surówką. Nic specjalnego, jeśli mam być szczery.
Do ogrodu wracam kilka razy. Jeden raz “wyganiam się” z niego sam na widok odzianego w szaty brodatego dziwaka. Jakoś nie mam ochoty na interakcję z takimi osobami. Dziwak wyraźnie miał mi coś ważnego do powiedzenia. Najwyżej powie to komuś innemu. Po drodze zostaję jeszcze nacięty na kilka trynidadzkich dolarów, zawodzę się smakiem mleka z kokosa (bo smakowało po prostu jak mleko z kokosa!) i wybija godzina umożliwiająca mi w końcu “zaokrętowanie się”.

Prom duży i nowoczesny. Znowu jestem jednym z bardzo nielicznych białych. Na pokładzie wygodne fotele, dwa bary na dwóch pokładach. Prosto ale elegancko i zaskakująco. T&T Express zgodnie ze swoją nazwą płynie bardzo szybko. Po chwili żegnam się z wyspą Tobago.

Na ekranach zaczyna się pokaz filmu. Puszczają “Home Alone”. Czyli jak w Polsce na święta. Nie wiem czy tubylcy też są tym zamęczani rok do roku. Chyba nie, bo co “zabawniejsze” sceny są nagradzane salwami śmiechu. Na widok Kevina zaczynam myśleć o zimie, tym bardziej, że klimatyzacja robi swoje i szczękam zębami.
W Port-of-Spain małe zamieszanie z bagażami ale takie “kontrolowane”. Przed terminalem stoją watahy taksówkarzy. Postanowiłem wcześniej, że pojadę do nowej noclegowni, ale wiedziony instynktem łowcy przygód, postanawiam udać się na piechotę. Nie jest to dobry pomysł – wg przewodnika, stolica T&T to miasto po którym nie należy chodzić po zmroku. Ale ja wiem swoje :-)
Krótki rekonesans i pierwsza opinia – miasto całkiem ciekawe. Nowoczesne, tu i ówdzie nieco zapuszczone. Coś mi jakoś przypomina. Może Bangkok? Tylko ulice dużo pustsze. Żeby nie powiedzieć puste. Pamiętając o renomie, lawiruję raz prawym raz lewym chodnikiem, tak by omijać ewentualne zagrożenia na trasie. Po drodze spotykam dziwne widoki w typie kucającego na chodniku mężczyzny, który robił “jedynkę” a może nawet “dwójkę”. Nie przypatrzyłem się dokładnie, za co przepraszam. Docieram na miejsce szczęśliwie i już jestem w Abercromby Inn. Hostel spory. Mój pokój – basic, ale może być. Mam trzy łóżka. Sporo jak na single room, ale to widać nie jest szczyt sezonu. Bez problemu udaje mi się przedłużyć pobyt o dodatkową dobę.
Plany na jutro – nie wiem. Zwiedzanie miasta z rana, to na pewno. Potem może jakaś przejażdżka gdzieś poza, ale w jakie miejsce, to jeszcze nie wiem. Najprościej byłoby na zachodnią część wyspy i być może tak właśnie uczynię.
niedziela, 6 września 2009
06.09 czyli "na mapie to nie wyglądało na taką stromiznę"
Trzeci dzień jest zawsze kryzysowy. Tym razem również. Pewnie nie ma to żadnego związku z upływem czasu, dostosowywaniem się do temperatury i zaduchu. Zapewne chodzi po prostu o to, że trzeciego dnia, tak tutaj jak i rok temu w Tajlandii, zmieniam miejsce pobytu na nowe. A to w tym klimacie łatwe nie jest, wierzcie mi.
Crown Point opuściłem bez problemu, chociaż gdyby nie starszy tubylec również czekający na autobus, pewnie nie wiedziałbym co robić. Pusty przystanek to nie jest dobry prognostyk. Przystanek z chociaż jednym tubylcem, który potwierdzi, że to jest szukane przeze mnie miejsce, to już coś innego. Na szczęście autobus przyjechał, punktualnie! I zabrał mnie gdzie trzeba.
Scarborough to w porównaniu do Crown Point prawdziwa metropolia. Są ulice, sklepy, gęsta miejska zabudowa. Z ulicznych stoisk słychać soca. Może się podobać – zawsze jakaś odmiana po dwudniowej ciszy i spokoju.

Na początku, my, tzn. ja i moje cholerne bagaże idziemy kupić bilety na prom do Port-of-Spain. W budynku odpraw promowych pierwsza niemiła niespodzianka. Miejsc na promie nie ma! Wolny termin to dopiero godzina 17:00 jutro – niby zgodnie z planem, tylko, że miałem płynąć ranem, nie wieczorem. Oznacza to, że do Port-of-Spain dotrę po zmroku, co już samo w sobie nie jest dobrym pomysłem. A po drugie, nie będę miał go jak zwiedzić i kupić kilku bezsensownych prezentów, o które zostałem poproszony. Tak więc, wszystko wskazuje na to, że odpuszczam sobie Manzanillę i spędzam kolejny dzień w stolicy kraju oraz ewentualnie w jego okolicach. Przeżywam to lekko, w tym klimacie, ambitne plany topią się błyskawicznie zalewane potokami potu.
W tym zamiarze utwierdziłem się zmierzając do mojej nowej noclegowni. Hope Cottage położone jest niezwykle malowniczo, w “Upper Scarborough”, co oznacza ni mniej ni więcej, że trzeba się tam wspiąć. Oczywiście, po co mi taksówka, na mapie nie wygląda, że jest daleko, więc idę sam. Na początku radość i optymizm, bo żwawo skręcam w odpowiednie ulice. Pierwsze podejście mnie nie przeraża.

Za zakrętem jednak widzę kolejne. I kolejne. I kolejne. Podejścia pod naprawdę wysokimi kątami, gdybym się potknął – zleciałbym jako biało-plecakowa kulka z powrotem w okolice przystani promowej. Dawno już tak się nie wymęczyłem. W pełnym słońcu, z dwoma plecakami szedłem uparcie jak osioł. Pot dosłownie ściekał ze mnie na ulicę, więc wyglądałem jak głupi biały żółw idący na pewną śmierć. Myślałem, że nie dojdę, naprawdę. Stromizmy radykalne, nawet dla samochodów. Po tym doświadczeniu już wiem. Po prostu nie chce mi się tak tarabanić z plecakiem kolejny raz. Tak czy owak, będę musiał, ale chyba lepiej ograniczyć to do minimum…

Samo Hope Cottage, jak to dyplomatycznie można nazwać, jest miejscem klimatycznym. Pokój, w porównaniu do Candles in the Wind z Crown Point, jest bardzo skromny i mocno przechodzony. Nie wiem dlaczego, ale zawsze dostaje słabe pokoje. Tym razem również – za drzwiami mam salon, w którym gra telewizor i pozostali lokatorzy (sami tribagonianie, czy jak tam ich nazwać) się relaksują, nie szczędząc sobie głośnych rozmów. Gospodarz miły, oprowadził mnie po całym przybytku. Lata świetności ma już za sobą (przybytek, chociaż i gospodarz już niemłody), ale ma to swój urok. Dom to dawna rezydencja gubernatora wyspy, który jest nawet pochowany na podwórzu. Wszędzie ten kolonializm.
Niezrażony tym, że wypociłem połowę siebie, udałem się na rekonesans. Kawałek w górę znajduje się Fort King George, czyli jedno z pocztówkowych miejsc na Tobago. Brytyjskie umocnienia robią znakomite wrażenie. Co ja piszę. Jestem nimi zachwycony. Obrazek jak z filmów o piratach. Wzgórze z olśniewającym widokiem na wyspę i bezkresny Ocean, mury obronne, kilka armat ciągle jakby gotowych do użycia. Brakuje tylko widoku statku z piracką banderą na horyzoncie. Całość świetnie utrzymana i całkiem spora. Można tam spędzić długie godziny na patrzeniu się w bezkres błękitu. A gdy ten się znudzi, można odwrócić wzrok w drugą stronę i popatrzeć na niezbyt ruchliwy, ale zawsze – port Scarborough poniżej.

Skoro powiedziało się A, należy też powiedzieć B. B tym razem to Plymouth. Miasteczko, wg przewodnika, senne i leniwe, mające w posiadaniu kilka, niezbyt wysokiej wartości poznawczej, miejsc historycznych. Przewodnik przewodnikiem, ale ja wiem swoje. To przecież miejsce dla mnie szczególne i postanawiam, mimo tego, że wypociłem już ¾ siebie tam się wybrać.
Daleko nie jest, w poprzek wyspy to 15 minut. Na postoju udaje mi się złapać taksówkarza, który przewiezie mnie tam za 30 TT$. Niby sporo ale nie chce mi się czekać aż złapię podobną taksówkę, tyle, że regularną. Powiem szczerze – krępuje mnie stanie na ulicy i machanie na samochody. Rozumiem, że to tutaj powszechne, ale samochody do których się wsiada, nie są oznakowane w żaden sposób!!! Co najwyżej, różnią się tym, że mają literę H na tablicy rejestracyjnej, ale żeby było śmiesznie nie wszystkie. Więc pan-taksówka mnie wiezie jak sróla w poprzek wyspy. Po drodze rozmawiamy o Leo Beenhakerze, kierowca jest nim zachwycony, ja nieco mniej, ale dla spokoju przytakuję :)

To w Plymouth mieści się Fort James, czyli miejsce gdzie dzielni Kurlandzycy zbudowali swoje umocnienia kolonizując Tobago w XVII wieku. Wracam myślami do dawnych lat gdy pacholęciem będąc oglądam historyczny atlas świata. Na mapie z drugiej połowy XVII wieku zaczyna się roić od kolonii i terytoriów zależnych europejskich mocarstw. Szkoda, że nie ma Polski. Niby szkoda, ale co robi ta dziwna kropka u wybrzeży Wenezueli. I dlaczego napisano przy niej, że to tereny Kurlandii? No i tak, po wielu latach, stawiam stopę w tym miejscu. Czy życie nie jest czasami przewrotne?
Koniec tych reminescencji. Sam fort niezbyt imponujący. Pewne to wina złej kolejności zwiedzania. Po Fort King George, czy nawet Fort Milford, Fort James prezentuje się mizernie. To co stoi tam obecnie, to już wybudowane przez Brytyjczyków umocnienia. Jest prochownia i kilka armat. Do tego, co na Tobago typowe, każdy fort to mały park i tu jest podobnie. Widok znowu piękny – zatoka, nomen omen, Kurladzka aż się prosi o odwiedzenie. To co mi się strasznie podoba – plaża plażą, ale tuż za linią brzegu rozpoczyna się palmowisko i gęste zielone poszycie. Blisko fortu woda rozbija się o samotną skałę. Pięknie. No może nie do końca, bo sprzedawca własnoręcznie rzeźbionych bambusów próbuje sprzedać mi swoje dzieło. Kupiłbym nawet, ale nie mogę przecież swoimi drobniakami wspierać każdego lokalnego “artystę”. Gdy mówię, że może później, odpowiada mi wyluzowanym “later will be ever better”. Co chwila zajeżdża kolejny samochód z którego wysypują się podobne do siebie hinduskie rodziny. Nieco im zazdroszczę – samochodu, bo tutaj to jednak przydatne narzędzie.


Jeszcze obowiązkowe “złożenie kwiatów” pod wyjątkowo nijakim pomnikiem upamiętniającym owych dzielnych Kurlandczyków, którzy mieli czelność realizować szalone plany Jakuba Kurlandzkiego i mogę wracać. Wracać, tylko jak? Taksówkarz powiedział, że to proste. Stoisz i machasz. Jasne. Tylko że on nie jest wstydliwym białasem. Pić się chcę więc szukam sklepu. Plymouth bardzo niewielkie. Może i urocze, ale nie wtedy kiedy nie masz co pić, a wszystkie sklepy zamknięte. Cholerna niedziela. I nagle, znikąd, widok jak ze starej dobrej Polski.
Otwarty sklep. A pod nim kilka samochodów, z których dobywa się muzyka. A raczej łomot. Pod sklepem dwie grupki mężczyzn. Po jednej stronie starsi, po drugiej młodsi. Piwo i te sprawy. Kupuję co muszę i idę w swoją stronę. Po chwili – wracam. Słyszę jakieś niecenzuralne słowo i coś odnośnie białego koloru. Mógłbym je w sumie połączyć w jedno zdanie, ale w tamtej chwili, wolałem dodatkowo się nie denerwować. Puste miasto, a w nim ja – głupi białas i oni – czarni i jeszcze głupsi. Już widziałem oczami wyobraźni jak roznoszą mnie na maczetach. Miłe Plymouth nagle stało się posępną pułapką. Stanąłem jakieś sto metrów od nich i niemrawo macham na samochody. Myślę sobie, że jak zaraz jakiś mnie nie weźmie, to mam problem. A tu jak na złość , cisza na jezdni. Na szczęście przyjechał, zatrzymał się i łaskawie powiedział, że jedzie do Scarborough. Wsiadam z ulgą ale…
Jedziemy dookoła. Znowu robię się podejrzliwy. Biała skóra to tutaj widoczny stygmat frajerstwa. Ale spokojnie. Kierowca odwozi to jedną, to drugą osobę (to taka prywatna taksówka co zabiera trzy/cztery osoby). Na końcu pora i na mnie. W sumie to dobrze, mam okazję pooglądać widoki za oknem. A tu jest pięknie. Palmy, domki, wzgórza i podjazdy, a za nimi morze. Kolejny raz żałuję, że nie mam tu samochodu, ale z drugiej strony, własne auto sprawiłoby, że koszty podróży poleciałyby w kosmos, i to już beze mnie.
W końcu, jestem “u siebie”. Jeszcze “tylko” drugie podejście pod górę. Znowu ktoś mnie zaczepia, nie wiem, może śmiesznie wyglądam, taki spocony, mokry, czerwony od słońca? A może w tym mieście gdzie prawie nie ma białych twarzy, tak po prostu jest?
Wieczorem… znowu pod górę. Już się nie pocę, bo nie mam chyba czym. Ale tylko kawałek, znowu do fortu. Zachód słońca i wieczór wspaniały. Cisza i spokój. Chyba za często to powtarzam. Taka mantra, ale tutaj wyjątkowo na czasie.

Może nie zawsze -za drzwiami tubylcy oglądają TV i głośno rozmawiają. Staram się zrozumieć o czym ale nie jestem w stanie. Ten akcent mnie dobija, wiem, że to angielski, ale jeżeli się nie skupię, to najczęściej jestem w stanie zaoferować rozmówcy tylko głupie spojrzenie.
Plan na jutro – nie wiem. Chyba jakieś zakupy w centrum i nudne odliczanie do godziny 15:00, kiedy to rozpoczyna się “boarding”. Promy są tu fajne, więc i ten etap podróży zapowiada się ciekawie. Wieczorem Port-of-Spain, szybko do hotelu i mam nadzieję, że nie będzie problemu z przedłużeniem pobytu o jeden dzień.
Dzisiaj po raz pierwszy pomyślałem o pracy – a dokładnie, pomyślałem, że o niej w ogóle nie myślę. Dobre i to.
Crown Point opuściłem bez problemu, chociaż gdyby nie starszy tubylec również czekający na autobus, pewnie nie wiedziałbym co robić. Pusty przystanek to nie jest dobry prognostyk. Przystanek z chociaż jednym tubylcem, który potwierdzi, że to jest szukane przeze mnie miejsce, to już coś innego. Na szczęście autobus przyjechał, punktualnie! I zabrał mnie gdzie trzeba.
Scarborough to w porównaniu do Crown Point prawdziwa metropolia. Są ulice, sklepy, gęsta miejska zabudowa. Z ulicznych stoisk słychać soca. Może się podobać – zawsze jakaś odmiana po dwudniowej ciszy i spokoju.

Na początku, my, tzn. ja i moje cholerne bagaże idziemy kupić bilety na prom do Port-of-Spain. W budynku odpraw promowych pierwsza niemiła niespodzianka. Miejsc na promie nie ma! Wolny termin to dopiero godzina 17:00 jutro – niby zgodnie z planem, tylko, że miałem płynąć ranem, nie wieczorem. Oznacza to, że do Port-of-Spain dotrę po zmroku, co już samo w sobie nie jest dobrym pomysłem. A po drugie, nie będę miał go jak zwiedzić i kupić kilku bezsensownych prezentów, o które zostałem poproszony. Tak więc, wszystko wskazuje na to, że odpuszczam sobie Manzanillę i spędzam kolejny dzień w stolicy kraju oraz ewentualnie w jego okolicach. Przeżywam to lekko, w tym klimacie, ambitne plany topią się błyskawicznie zalewane potokami potu.
W tym zamiarze utwierdziłem się zmierzając do mojej nowej noclegowni. Hope Cottage położone jest niezwykle malowniczo, w “Upper Scarborough”, co oznacza ni mniej ni więcej, że trzeba się tam wspiąć. Oczywiście, po co mi taksówka, na mapie nie wygląda, że jest daleko, więc idę sam. Na początku radość i optymizm, bo żwawo skręcam w odpowiednie ulice. Pierwsze podejście mnie nie przeraża.

Za zakrętem jednak widzę kolejne. I kolejne. I kolejne. Podejścia pod naprawdę wysokimi kątami, gdybym się potknął – zleciałbym jako biało-plecakowa kulka z powrotem w okolice przystani promowej. Dawno już tak się nie wymęczyłem. W pełnym słońcu, z dwoma plecakami szedłem uparcie jak osioł. Pot dosłownie ściekał ze mnie na ulicę, więc wyglądałem jak głupi biały żółw idący na pewną śmierć. Myślałem, że nie dojdę, naprawdę. Stromizmy radykalne, nawet dla samochodów. Po tym doświadczeniu już wiem. Po prostu nie chce mi się tak tarabanić z plecakiem kolejny raz. Tak czy owak, będę musiał, ale chyba lepiej ograniczyć to do minimum…

Samo Hope Cottage, jak to dyplomatycznie można nazwać, jest miejscem klimatycznym. Pokój, w porównaniu do Candles in the Wind z Crown Point, jest bardzo skromny i mocno przechodzony. Nie wiem dlaczego, ale zawsze dostaje słabe pokoje. Tym razem również – za drzwiami mam salon, w którym gra telewizor i pozostali lokatorzy (sami tribagonianie, czy jak tam ich nazwać) się relaksują, nie szczędząc sobie głośnych rozmów. Gospodarz miły, oprowadził mnie po całym przybytku. Lata świetności ma już za sobą (przybytek, chociaż i gospodarz już niemłody), ale ma to swój urok. Dom to dawna rezydencja gubernatora wyspy, który jest nawet pochowany na podwórzu. Wszędzie ten kolonializm.
Niezrażony tym, że wypociłem połowę siebie, udałem się na rekonesans. Kawałek w górę znajduje się Fort King George, czyli jedno z pocztówkowych miejsc na Tobago. Brytyjskie umocnienia robią znakomite wrażenie. Co ja piszę. Jestem nimi zachwycony. Obrazek jak z filmów o piratach. Wzgórze z olśniewającym widokiem na wyspę i bezkresny Ocean, mury obronne, kilka armat ciągle jakby gotowych do użycia. Brakuje tylko widoku statku z piracką banderą na horyzoncie. Całość świetnie utrzymana i całkiem spora. Można tam spędzić długie godziny na patrzeniu się w bezkres błękitu. A gdy ten się znudzi, można odwrócić wzrok w drugą stronę i popatrzeć na niezbyt ruchliwy, ale zawsze – port Scarborough poniżej.

Skoro powiedziało się A, należy też powiedzieć B. B tym razem to Plymouth. Miasteczko, wg przewodnika, senne i leniwe, mające w posiadaniu kilka, niezbyt wysokiej wartości poznawczej, miejsc historycznych. Przewodnik przewodnikiem, ale ja wiem swoje. To przecież miejsce dla mnie szczególne i postanawiam, mimo tego, że wypociłem już ¾ siebie tam się wybrać.
Daleko nie jest, w poprzek wyspy to 15 minut. Na postoju udaje mi się złapać taksówkarza, który przewiezie mnie tam za 30 TT$. Niby sporo ale nie chce mi się czekać aż złapię podobną taksówkę, tyle, że regularną. Powiem szczerze – krępuje mnie stanie na ulicy i machanie na samochody. Rozumiem, że to tutaj powszechne, ale samochody do których się wsiada, nie są oznakowane w żaden sposób!!! Co najwyżej, różnią się tym, że mają literę H na tablicy rejestracyjnej, ale żeby było śmiesznie nie wszystkie. Więc pan-taksówka mnie wiezie jak sróla w poprzek wyspy. Po drodze rozmawiamy o Leo Beenhakerze, kierowca jest nim zachwycony, ja nieco mniej, ale dla spokoju przytakuję :)

To w Plymouth mieści się Fort James, czyli miejsce gdzie dzielni Kurlandzycy zbudowali swoje umocnienia kolonizując Tobago w XVII wieku. Wracam myślami do dawnych lat gdy pacholęciem będąc oglądam historyczny atlas świata. Na mapie z drugiej połowy XVII wieku zaczyna się roić od kolonii i terytoriów zależnych europejskich mocarstw. Szkoda, że nie ma Polski. Niby szkoda, ale co robi ta dziwna kropka u wybrzeży Wenezueli. I dlaczego napisano przy niej, że to tereny Kurlandii? No i tak, po wielu latach, stawiam stopę w tym miejscu. Czy życie nie jest czasami przewrotne?
Koniec tych reminescencji. Sam fort niezbyt imponujący. Pewne to wina złej kolejności zwiedzania. Po Fort King George, czy nawet Fort Milford, Fort James prezentuje się mizernie. To co stoi tam obecnie, to już wybudowane przez Brytyjczyków umocnienia. Jest prochownia i kilka armat. Do tego, co na Tobago typowe, każdy fort to mały park i tu jest podobnie. Widok znowu piękny – zatoka, nomen omen, Kurladzka aż się prosi o odwiedzenie. To co mi się strasznie podoba – plaża plażą, ale tuż za linią brzegu rozpoczyna się palmowisko i gęste zielone poszycie. Blisko fortu woda rozbija się o samotną skałę. Pięknie. No może nie do końca, bo sprzedawca własnoręcznie rzeźbionych bambusów próbuje sprzedać mi swoje dzieło. Kupiłbym nawet, ale nie mogę przecież swoimi drobniakami wspierać każdego lokalnego “artystę”. Gdy mówię, że może później, odpowiada mi wyluzowanym “later will be ever better”. Co chwila zajeżdża kolejny samochód z którego wysypują się podobne do siebie hinduskie rodziny. Nieco im zazdroszczę – samochodu, bo tutaj to jednak przydatne narzędzie.


Jeszcze obowiązkowe “złożenie kwiatów” pod wyjątkowo nijakim pomnikiem upamiętniającym owych dzielnych Kurlandczyków, którzy mieli czelność realizować szalone plany Jakuba Kurlandzkiego i mogę wracać. Wracać, tylko jak? Taksówkarz powiedział, że to proste. Stoisz i machasz. Jasne. Tylko że on nie jest wstydliwym białasem. Pić się chcę więc szukam sklepu. Plymouth bardzo niewielkie. Może i urocze, ale nie wtedy kiedy nie masz co pić, a wszystkie sklepy zamknięte. Cholerna niedziela. I nagle, znikąd, widok jak ze starej dobrej Polski.
Otwarty sklep. A pod nim kilka samochodów, z których dobywa się muzyka. A raczej łomot. Pod sklepem dwie grupki mężczyzn. Po jednej stronie starsi, po drugiej młodsi. Piwo i te sprawy. Kupuję co muszę i idę w swoją stronę. Po chwili – wracam. Słyszę jakieś niecenzuralne słowo i coś odnośnie białego koloru. Mógłbym je w sumie połączyć w jedno zdanie, ale w tamtej chwili, wolałem dodatkowo się nie denerwować. Puste miasto, a w nim ja – głupi białas i oni – czarni i jeszcze głupsi. Już widziałem oczami wyobraźni jak roznoszą mnie na maczetach. Miłe Plymouth nagle stało się posępną pułapką. Stanąłem jakieś sto metrów od nich i niemrawo macham na samochody. Myślę sobie, że jak zaraz jakiś mnie nie weźmie, to mam problem. A tu jak na złość , cisza na jezdni. Na szczęście przyjechał, zatrzymał się i łaskawie powiedział, że jedzie do Scarborough. Wsiadam z ulgą ale…
Jedziemy dookoła. Znowu robię się podejrzliwy. Biała skóra to tutaj widoczny stygmat frajerstwa. Ale spokojnie. Kierowca odwozi to jedną, to drugą osobę (to taka prywatna taksówka co zabiera trzy/cztery osoby). Na końcu pora i na mnie. W sumie to dobrze, mam okazję pooglądać widoki za oknem. A tu jest pięknie. Palmy, domki, wzgórza i podjazdy, a za nimi morze. Kolejny raz żałuję, że nie mam tu samochodu, ale z drugiej strony, własne auto sprawiłoby, że koszty podróży poleciałyby w kosmos, i to już beze mnie.
W końcu, jestem “u siebie”. Jeszcze “tylko” drugie podejście pod górę. Znowu ktoś mnie zaczepia, nie wiem, może śmiesznie wyglądam, taki spocony, mokry, czerwony od słońca? A może w tym mieście gdzie prawie nie ma białych twarzy, tak po prostu jest?
Wieczorem… znowu pod górę. Już się nie pocę, bo nie mam chyba czym. Ale tylko kawałek, znowu do fortu. Zachód słońca i wieczór wspaniały. Cisza i spokój. Chyba za często to powtarzam. Taka mantra, ale tutaj wyjątkowo na czasie.

Może nie zawsze -za drzwiami tubylcy oglądają TV i głośno rozmawiają. Staram się zrozumieć o czym ale nie jestem w stanie. Ten akcent mnie dobija, wiem, że to angielski, ale jeżeli się nie skupię, to najczęściej jestem w stanie zaoferować rozmówcy tylko głupie spojrzenie.
Plan na jutro – nie wiem. Chyba jakieś zakupy w centrum i nudne odliczanie do godziny 15:00, kiedy to rozpoczyna się “boarding”. Promy są tu fajne, więc i ten etap podróży zapowiada się ciekawie. Wieczorem Port-of-Spain, szybko do hotelu i mam nadzieję, że nie będzie problemu z przedłużeniem pobytu o jeden dzień.
Dzisiaj po raz pierwszy pomyślałem o pracy – a dokładnie, pomyślałem, że o niej w ogóle nie myślę. Dobre i to.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
