Jeszcze przed wyjazdem czytałem gdzieś o wyjątkowo dusznych i upalnych wrześniowych dniach, w których to przypomina się nowojorczykom, że mimo wszystko są na wysokości geograficznej Barcelony i innych miast słynących z łagodnego klimatu. Ale nie w tym roku chyba. Już wczoraj było poniżej dwudziestu stopni. Dzisiaj jednak aura była wybitnie jesienna i przygnębiająca. Deszcz od rana, do tego bardzo silny wiatr. Zaroiło się od parasolek, zaś w ciągu dnia uliczne kosze zapełniały się tymi z nich, które nie sprostały porywczej aurze.

Rano odwiedzam Ground Zero i okolice. Ceremonia raczej rozczarowująca. Cierpliwe czytanie nazwisk wszystkich ofiar. Ale nie to zwraca moją uwagę. Ludzi sporo, część okolicy zablokowana i niedostępna dla postronnych obserwatorów. Dookoła sporo zamieszania. A to jakaś grupa amiszów, a to grupki agitatorów żądających prawdy. Ktoś by nazwał ich ciemnogrodem, a dla mnie są to jedynie osoby, które nie wierzą w oficjalną wersje wydarzeń i głośno o tym mówią. Jakiś młody człowiek biega z laptopem w ręce i pyta się każdego czy widział, by jakikolwiek budynek wielkości WTC7 został zburzony w ciągu kilku sekund. Chyba coraz więcej osób poddaje w wątpliwość to co wydarzyło się osiem lat temu. A może po prostu, w dniu takim jak ten, takie osoby są widoczne bardziej niż zazwyczaj? Pada coraz bardziej. Moje plany topią się w kałużach.

Hasło reklamowe Stranda robi się coraz mniej aktualne - nabywam u nich kolejną książkę. A chciałem tylko schronić się przed deszczem...
Dwa razy odwiedzam pobliskiego Zabar'sa. To sklep - instytucja. Ogromny wybór klasowego jedzenia z całego świata. Dla smakosza, prawdziwy kulinarny raj na ziemi. Nawet mi się podoba. Nie jest tanio ale przynajmniej jakość oferowanych produktów uzasadnia większe wydatki. Można spędzić dłuższą chwilę. Sery, wędliny, mięsa i gotowe dania w ogromnym wyborze. Dzisiaj mój wybór padł na wegetariańską kanapkę rano (zaskakująco dobra) oraz bagietkę, wędlinę i znowu wegeteriańską pastę (pate) popołudniu. O cenie nie wspominam.

Wieczorem odwiedzam zabłocony Central Park. Coś nie mam szczęścia. W lutym prezentował się równie mizernie, tyle, że dodatkowo jeszcze pokryty był lodem i śniegiem. Jak zawsze, gubie się i ląduję na East Side. Dla osoby z West Side, to jak lądowanie na Marsie. Obie dzielnice dzieli jedynie połać zieleni, a jedni dla drugich są wyjątkowo obcy. Zabudowa po obu stronach podobna. Jednak West Side wydaje się być bardziej żywe i autentyczne. Druga strona jest nieco bardziej snobistyczna. Należało by napisać - jeszcze bardziej, albowiem snobizm to cecha wspólna niemal wszystkich nowojorczyków.
Może także dlatego nieco tęsknie za wyspami. Nie tylko pogoda ale i ludzie. Lubię proste życie i proste zasady. Lubię autentyzm, nawet jeżeli oznacza on ssyf i wieczną improwizację. Nowy Jork, jak wszystko na tym świecie, ma swoje zalety jak i wady. Mieszkańcom daleko do prostolinijności. Tyle tu różnorodności, a patrząc na ich zachowania, można niemal zawsze, sprowadzić wszystko do kilku wspólnych mianowników. Telefony, rozmowy, kawa w ręku, pewne spojrzenie. Niby pępek świata, a o 17.00 tabuny białych kołnierzyków są już w drodze do domu. Czepiam się. Przecież oni tacy właśnie są. Śmieszyć powinni mnie Ci, którzy na całym świecie ich podrabiają...

Nie napiszę teraz, że jutro mam ambitne plany, bo pogoda znowu postanowi mi je zmienić. Ale to ostatni pełny dzień w NYC.
