
Zamiast na podbój wschodniej strony, udałem się z samego rana w kierunku Pigeon Point. Znowu brzegiem morza. I znowu zachwyt. Upał dawał się we znaki, słony pot zalewał mi oczy. Ale było warto. Dotarłem tam gdzie wczoraj i okazało się, że robiąc dosłownie krok dalej jestem już na słynnej plaży. Niby płatna ale nikt nie sprawdza osób, które tak jak ja, zamiast bramą, wchodzą “od kuchni”, czyli plażą. Tylko na kraby trzeba uważać, wszędzie ich pełno. Na miejscu pustka, cisza i idylliczny spokój. Plaża nawet duża, przynajmniej jak na tutejsze standardy. Cumują łódki. Widoki z cypla wspaniałe, widać dalszą część wyspy, w oddali chyba nawet Plymouth, bliżej Buccoo Reef. Dotarłem do samego krańca piasku. Z drugiej strony gęste zielone poszycie. Myślę sobie, że to widok jak z filmów, czyli “skąd ja to znam”. Prawdziwe Karaiby.

Tylko ten upał. Mocno daje się we znaki. Trudno mi odnieść się do Tajlandii, ale tam chyba było jeszcze gorzej. Tu jest lżej, ale to tylko słabe słowo pocieszenia. Koszulka po chwili robi się wilgotna, a po kilku godzinach na ciemnym materiale pojawiają się białe plamy soli. Materiał przepocony kilkadziesiąt razy brzydzi nawet mnie samego. Opalenizna boli. Po wyjściu z pokoju lepka fala powietrza przykleja się sprawiając, że wszystko piecze. Z jednej strony jest jak w raju, z drugiej – ten klimat jest dla białego człowieka co najmniej trudny.
Reszta dnia, tak jak ranek, leniwa. Nie mam coś szczęścia i znowu nie ma dla mnie już shark ‘n bake. Rano wciągam śniadanie – kiełbaski smażone z cebulą, coleslaw i kawałek podpieczonej bułki. Nawet dobre, tyle, że kiełbaski to takie tutejsze parówki. Jak w domu! Później jem znowu Flying Fish – niby to samo danie co wczoraj, a podane znowu inaczej.

Odwiedzam ponownie, i to dwa razy, Fort Milford. Za drugim, podczas zachodu słońca, rozmawiam z miłym hindusem z Trinidadu, który okazuje się zawodowym fotografem. Rozmawia się średnio, tutejszy akcent jest dla mnie absolutnie niezrozumiały, praktycznie zawsze muszę prosić o powtórzenie. Za pierwszym razem trudno wszystko zrozumieć.


Jutro wyjeżdżam do Scarborough. Niby fajnie ale szkoda też opuszczać Crown Point. Miłe miejsce, aczkolwiek po dwóch dniach stwierdzam, że już nie ma tutaj co robić. Zadziwiające, bo jest określane jako najbardziej rozwinięte turystycznie. W takim razie, ciekawe jak wygląda reszta. Jeżeli ktoś chciałby tu przyjechać, by porozkoszować się typowo turystycznymi atrakcjami – będzie srodze zawiedzony. Na miejscu powitają Was beztrosko chodzące kury, pasące się krowy, rowy z walającymi się śmieciami i wąskie plaże, które w Polsce zostałyby wyśmiane. Chyba dociera do mnie powoli fakt, że nasz polski Bałtyk jest wyjątkowy pod tym względem. Tutaj jest inaczej, turystyka tu jeszcze nie weszła ze swoimi buciorami, co czyni to miejsce wyjątkowym. Białych twarzy bardzo tu niewiele. Kiedyś pewnie wielki świat pokocha Tobago i Crown Point, ale to jeszcze nie teraz.

Jako ciekawostkę z pogranicza “sex&violence” dodam, że większość osób stwierdza, że jestem z Niemiec. Ale krzewię tu polskość przy każdej sposobności. Nasi zachodni sąsiedzi są tu chyba już znani, ich upodobania także. Wracając do hotelu, pewien zroweryzowany Hindus zapytał się mnie czy chcę “Black pussy”. Grzecznie podziękowałem. W końcu, jak napisałem powyżej, nie rozumiem tutaj co do mnie mówią.
