niedziela, 13 września 2009

13.09 czyli "powrót do szarej rzeczywistości"

No i znowu siedzę na JFK czekając na boarding i powrót do domu. Czasem zadziwiam się nad tym jak to ślepy los zapędził mnie tutaj dwukrotnie w ciągu roku. Kiedyś NYC to było marzenie. Dzisiaj – całkiem dobrze znane już miejsce. Jestem wdzięczny.
Siedzę w tym samym niemal miejscu. Historia zatoczyła koło. W takich chwilach człowiek zastanawia się jakie zmiany zaszły w nim od tego ostatniego razu. Ale nie silmy się na patetyzm i psychologię rodem z pism poradnikowych dla kobiet. Po prostu, koniec urlopu i przygody. Pora do domu.
Dzień wylotu to chaos i marnowanie czasu. Postanowiłem udać się na Brooklyn, ale ten "bliski", czyli w okolice mostu.

Wczesna niedzielna pora zapędziła tam tabuny ludzi. W parku na dole dziesiątki dmorosłych fotografów. Aparatura może imponować. Szczególnie japończycy się nie ceregielą, tachając ze sobą wielkie Canony. Czuje się przy nich wszystkich jak małe dziecko. Ciekawe jakie robią zdjęcia. Trafił się nawet jakiś osobnik z wielkim starodawnych aparatem, tylko czemu uparł się robić zdjęcia z miejsca wyjątkowo nijakiego? Może widział tam coś, czego ja nie zobaczyłem i to jest właśnie ta różnica między moim pstrykaniem, a prawdziwą sztuką.
Spacer po moście brooklyńskim nijaki. Nie będę się oszukiwał, że było wspaniale. Panorama Manhattanu owszem, nic się nie zmieniło i nadal zachwyca. Tylko ludzi dużo. Chodzą, robią zdjęcia, stają na środku mając gdzieś to, że nie są tu sami. Z jednej strony uważam na robiących sobie zdjęcia, z drugiej co chwila ktoś koło mnie przebiega albo trąbi jadąc na rowerze. Zero litości dla takich jak ja. Nie moje miejsce.
Potem jeszcze krótka wizyta w Zabar'sie (ciekawe czy wie ile kasy u niego zostawiłem?), sniadanio-obiad w parku obok 94th street i do domu. Znaczy się na lotnisko. Tym razem już bez przygód. Ot, jednak ma się to doświadczenie.
Terminal nr4 to cywilizacja. Czysto, przestronnie, nowocześnie. Można powiedzieć, że europejsko. Obok mnie odprawił się właśnie lot Carribean Airways do... Port-of-Spain. Czy wsiadłbym ponownie? Oczywiście. Dużo tu lotów wszelakich. W tej samej okolicy jest Dublin, Kair, Singapur, jakieś Indie. Tak naprawdę cały świat. Jak w takim otoczeniu można przestać myśleć o zwiedzaniu świata?
***
Lot minął spokojnie. Chyba się przyzwyczajam do sześciu godzin w samolocie, bo podróż przez Ocean wydaje mi się coraz krótsza i krótsza. Gdzie te czasy gdy skok przez Wielką Wodę wydawał się wiecznością i krokiem w przepaść?
Druga sprawa jest taka, że teraz siedzę na Dublin Airport. Jest piąta rano a tu już dużo ludzi. Lotnisko żyje. To niesamowite i zadziwia mnie to kolejny już raz.
Jeszcze "kilka" godzin i będę w domu. Polaków coraz więcej. Kolejna przygoda za mną. I jak zawsze ta sama obietnica co zawsze. Koniec z podróżami, pora zacząć wieść mysie życie, w którym największe emocje budzić będzie zakup półki na książki. A w przyszłości, kto wie, może na Święta kupie sobie wielki telewizor?
Tylko co to za życie, pytam siebie retorycznie. I chociaż wiem co będzie dalej, póki co mówię sobie, że z podróżami na razie koniec.