To oczywiście mierna próba tłumaczenia się przed sobą samym. Bilety raz, że kosztowały grosze, czyli znowu przyczyniam się do złych wyników finansowych linii lotniczych, ale „dają to biorę”. I nie pytam. Dwa, że jak zerkam na moje menu, to nie mam wątpliwości, że i mnie się coś od życia chyba należy. Jedni mają szynkę, restauracje, ciepłe w domu obiady, sushi w pracy albo chociaż papieroski po 10 zł paczka, a ja mam raz na jakiś czas wyjazd gdzieś bliżej czy dalej. A co dzień to tylko mortadela, chleb chemią naszpikowany, bo taki się nie psuje szybko, parówki z wody, jajecznica tylko w weekendy bo jajka drogie. Czyli jednak „być nie mieć”.
Bilety są do Stambułu. Znowu. Może tym razem się uda... Termin odległy ale przynajmniej na horyzoncie coś się już świeci. Mortadela lepiej smakuje, jeżeli wie się, że jej spożywanie jest czymś uzasadnione. Czymkolwiek.

LOT generalnie sprawił miłą niespodziankę swoją nową promocją. A i Stambuł późną jesienią/wczesną zimą, może być ciekawym miastem. Chyba w końcu nie będę pisał o poceniu się, bo odbieram sygnały, że powinienem zmienić nazwę bloga na „sadat sweating around the world”, bo temat jest często obecny. No cóż, jeżeli ktoś nigdy nie był w podzwrotnikowych okolicach, to nie ma świadomości jak człowiek może się tam zmachać. A jak już raz się zmacha i schudnie o kilka kilo, to zacznie o tym opowiadać tak jak ja. Alpiniści gadają o kupach, ich konsystencji i częstotliwości wydalania, to czemu ja, szara biurowa myszka nie mogę opowiadać o emocjach związanych z poceniem się?
