Nie zwiedzam. Odwiedzam. Różnica nie tylko leksykalna. Nie poznaję nowych miejsc, a jedynie witam ponownie do tych już mi znanych. Zerkam na stare kąty. To miłe być tu znowu, chociaż od ostatniej wizyty w NYC, nie upłynęło przecież dużo czasu.
W Chinatown tłok i ruch jak zawsze. Jeszcze raz zwiedzam tamtejsze zakamarki. Sklepy z żywnością są tu wspaniałe. Na ulicznych straganach można dostać wszystko, krewetki, kraby, suszone owoce morza, wodorosty, słodycze, egzotyczne owoce i warzywa. Nie jestem w stanie nazwać większości z rzeczy które widzę. Ale to nie chińska dzielnica jest dzisiaj najciekawsza.


Gdy byłem tu w lutym, Mała Italia sprawiała nieco smutne wrażenie. Po pierwsze, naciera na nią wschodni żywioł i dom po domu, Chinatown połyka kolejne tereny dla swojej ekspansji. Po drugie, nic tam się nie dzieje i w porównaniu do drugiej strony Canal Street, nie widać uzasadnienia dlaczego by tego procesu żałować. Ale dzisiaj jest inaczej. Na ulicach - jeden wielki stragan. Setki namiotów z jedzeniem, piciem. Niewyszukane rozrywki. Klimat trochę jak z wiejskiego odpustu. Tłumek ludzi ze śmiechem obserwuje znaną grę "utop klowna". Klown siedzi w klatce. Ochotnicy rzucają piłkami do celu. Każdy dobry rzut przybliża do finału w postaci ostatecznej dehumanizacji artysty cyrkowego. Ten ostatni zachęca do tego gawedź serwując niewybredne komentarze na temat rzucających. "Mam nadzieję, że w łóżku lepiej wychodzi Ci celowanie", to tylko jeden z wielu. Rozrywka prosta ale tutaj się podoba.

Ogrom jedzenia dookoła sprawia, że i ja się przyłączam. Wielka kiełbasa ze słodką cebulą i papryką w bułce kosztowała, bagatela, dziewięć dolarów, ale gabaryty dania łagodzą szok cenowy. Można dostać dużo więcej, od pizzy, przez hot dogi, kończąc na słodyczach. Wszystko to takie proste i niemalże rustykalne ale ten tłum ludzi dookoła ożywia jednak dzielnicę.

Znowu szukam perfum. Może i w NYC mają wszystko, ale tych jednych akurat chyba nie. Jest tu małe "zapachowe zagłębie", pełne sklepów prowadzonych przez przybyszy z płw indyjskiego. Wszyscy się znają. Nazwa mojego zamówienia wywołuje u większości konsternację i negatywne kiwanie głową. Znalazł się jednak jeden taki, który znalazł to czego szukałem. Ostatnia sztuka. Mam szczęście.

Wieczorny spacer po Financial District. W weekend jest tu przyjemnie. Ale nie cicho. Zwiedzających sporo, mimo lejącego deszczu. Jeszcze chwila na przystani nr 17, zerkam na drugi brzeg. Znowu nie pojechałem na Brooklyn. Może następnym razem?
