poniedziałek, 7 września 2009

07.09 czyli "przewodniki to gówno o świecie wiedzą"

Takich dni z kolei bardzo nie lubię w podróżach. Prom wypływa o 17:00, co totalnie rozwala mi cały dzień. Rano jeszcze o tym nie myślę. Robie małe zakupy w sklepie i idę do fortu na śniadanie na łonie przyrody. Czy raczej – historii.

Doceniam nagle to, że wczoraj była niedziela. Może wszystko wtedy zamknięte i można odwodnić się od braku butelkowanej wody, ale niedziela to spokój. Już rankiem na szczyt zajeżdżają autokary, z których wysypują się wycieczki. Barbarzyńcy spod znaku zorganizowanej komercji, robią sobie zdjęcia, wchodzą na MOJE armaty, pozostawiają swoje odciski na wszystkim dookoła. Po dziesięciu minutach horda barbarzyńców znika. Zaraz pojawi się kolejna. Kierowca busa parkuje tuż obok zabytkowych umocnień. Barbarzyńcom nie przeszkadza to, że robią sobie zdjęcia w chmurze spalin. Co za ludzie. Wśród nich nawet Rosjanie. Polaków jeszcze nie spotkałem. Póki co.

Są jednak i plusy tych minusów. Pierwsza zaleta wycieczek najeżdżających szczyt jest taka, że za darmo wchodzę do zamkniętego wczoraj muzeum. Obsługa bierze mnie za część grupy. W środku niby nic wielkiego, trochę artefaktów, w tym sporo pozostałości po indiańskiej kulturze regionu. Druga zaleta jest taka, że gdy już wszyscy sobie pojadą w diabli, cisza tego miejsca dociera do człowieka jeszcze bardziej.

Tyle miłych rzeczy. W końcu trzeba się wymeldować z Hope Cottage i z garbem w postaci ciężkiego plecaka udać się na dół. Samo zejście potrafi zmęczyć i zastanawiam się w jaki to sposób tak dziarsko wszedłem w górę z tym pakunkiem. Czemu wszystkie akty mojego heroizmu mają tego samego bohatera i obserwatora – mnie samego?
Scarborough dużo żywsze niż wczoraj. Przejście przez ulicę to sztuka biegu i szybkiej orientacji w nadjeżdżającym niebezpieczeństwie. Plecak nie jest tu żadnym usprawiedliwieniem, wszyscy są równi wobec maski Toyoty. Jako że pot zalewa mi oczy, staram się przebywać w cieniu, ale w tym mieście, za wiele go nie ma. Nie ma go wcale.
Zielone ukojenie od tego szaleństwa, to ogród botaniczny. Nie mam siły oglądać go w całości, ale to co ujrzałem może się podobać. Jest cicho. Jest w końcu cień. Zachowuje się jak prawdziwy autochton i jem na trawce obiad. Wołowina z ryżem i surówką. Nic specjalnego, jeśli mam być szczery.
Do ogrodu wracam kilka razy. Jeden raz “wyganiam się” z niego sam na widok odzianego w szaty brodatego dziwaka. Jakoś nie mam ochoty na interakcję z takimi osobami. Dziwak wyraźnie miał mi coś ważnego do powiedzenia. Najwyżej powie to komuś innemu. Po drodze zostaję jeszcze nacięty na kilka trynidadzkich dolarów, zawodzę się smakiem mleka z kokosa (bo smakowało po prostu jak mleko z kokosa!) i wybija godzina umożliwiająca mi w końcu “zaokrętowanie się”.

Prom duży i nowoczesny. Znowu jestem jednym z bardzo nielicznych białych. Na pokładzie wygodne fotele, dwa bary na dwóch pokładach. Prosto ale elegancko i zaskakująco. T&T Express zgodnie ze swoją nazwą płynie bardzo szybko. Po chwili żegnam się z wyspą Tobago.

Na ekranach zaczyna się pokaz filmu. Puszczają “Home Alone”. Czyli jak w Polsce na święta. Nie wiem czy tubylcy też są tym zamęczani rok do roku. Chyba nie, bo co “zabawniejsze” sceny są nagradzane salwami śmiechu. Na widok Kevina zaczynam myśleć o zimie, tym bardziej, że klimatyzacja robi swoje i szczękam zębami.
W Port-of-Spain małe zamieszanie z bagażami ale takie “kontrolowane”. Przed terminalem stoją watahy taksówkarzy. Postanowiłem wcześniej, że pojadę do nowej noclegowni, ale wiedziony instynktem łowcy przygód, postanawiam udać się na piechotę. Nie jest to dobry pomysł – wg przewodnika, stolica T&T to miasto po którym nie należy chodzić po zmroku. Ale ja wiem swoje :-)
Krótki rekonesans i pierwsza opinia – miasto całkiem ciekawe. Nowoczesne, tu i ówdzie nieco zapuszczone. Coś mi jakoś przypomina. Może Bangkok? Tylko ulice dużo pustsze. Żeby nie powiedzieć puste. Pamiętając o renomie, lawiruję raz prawym raz lewym chodnikiem, tak by omijać ewentualne zagrożenia na trasie. Po drodze spotykam dziwne widoki w typie kucającego na chodniku mężczyzny, który robił “jedynkę” a może nawet “dwójkę”. Nie przypatrzyłem się dokładnie, za co przepraszam. Docieram na miejsce szczęśliwie i już jestem w Abercromby Inn. Hostel spory. Mój pokój – basic, ale może być. Mam trzy łóżka. Sporo jak na single room, ale to widać nie jest szczyt sezonu. Bez problemu udaje mi się przedłużyć pobyt o dodatkową dobę.
Plany na jutro – nie wiem. Zwiedzanie miasta z rana, to na pewno. Potem może jakaś przejażdżka gdzieś poza, ale w jakie miejsce, to jeszcze nie wiem. Najprościej byłoby na zachodnią część wyspy i być może tak właśnie uczynię.