
A dokładniej, niewielka wieś Jakubowo, położona niedaleko Mrągowa. Podróż nie była ani długa, ani znojna. Mimo weekendu, udało się ominąć wszelkie korki, zatory i nerwy. A kiedy już wjechaliśmy w trzewia “Krainy Tysiąca Jezior”, przyznać to muszę, nie raz nie dwa, łza zakręciła się mi w oku. Widoki za oknem sprawiały, że czasami miałem problem, by skupić się na drodze. Zielone pagórki falowały, odsłaniając co rusz a to jedno, a to drugie wodne oczko. Łagodne stoki porastały lasy, na trawie pasły się konie, krowy i inna trzoda. Malutkie wioski idealnie komponowały się z tym sielskim krajobrazem. Zresztą, wie to każdy, poza mną, nuworyszem na Mazurach…


Wieś Jakubowo składała się z szeregu domków zlokalizowanych wzdłuż drogi. Nasz “pensjonat” oddalony był jednak od zabudowań o dobre kilkaset metrów, co pozwalało cieszyć się naturą w pełni. Z okna naszego pokoju roztaczał się widok na bezkres pól. Wieczorami i nocami panowała niezmącona niczym cisza (oprócz oczywiście naszego dziecka, które budziło regularnie zapewne wszystkich). Miejsce prowadzone było przez parę sympatycznych gospodarzy. Oprócz miejsc noclegowych, mieli oni jeszcze sporo żywego inwentarza, który kręcił się po podwórku - kaczki, gęsi, dwa psy, nieokreślona liczba kotów, a nawet kozy. Gabriela miała z tego mnóstwo uciechy.



Pan gospodarz był prawdziwym ewenementem. Gości witał z kieliszkiem wina, tudzież kuflem piwa. Potem regularnie dbał o to, by nikomu nie chciało się pić. A że nie wypada częstować i skazywać kogoś na samotność w degustacji, sam również delektował się napitkami. Mam zresztą silne podejrzenie graniczące z pewnością, że częstował po to, by mieć powód do napicia się samemu. W efekcie czego, był radośnie podchmielony od rana do wieczora. Do śniadania na ten przykład popijał kawę z wkładką z rumu. Apetyt na kolację wzmacniał winem, zaś posiłek trzeba było popić setką wódki. Ale przy tym wszystkim, Pan dużo mówił i dbał o to, by wszyscy goście dobrze się u niego czuli. Jego żona z kolei była trzeźwa, tak dosłownie, jak i w przenośni. Wydaje się, że to ona wszystko organizowała i dbała, by ich “pensjonat” jako tako funkcjonował. Oboje więc dopełniali się znakomicie, do tego, reprezentowali zdecydowanie wyższe sfery, co widać było nie tylko po języku i manierach, ale również po samym domu. Było w nim mnóstwo różnych artefaktów, książek o historii sztuki czy też płyt winylowych z muzyką poważną. Czułem się tam bardzo dobrze.

Ten domek, jego spokojne otoczenie, styl życia jaki obserwowałem u gospodarzy i bliski kontakt z przyrodą, sprawiły, że przypomniałem sobie o od dawna kiełkującym pomyśle, by kupić sobie za grosze jakąś działkę “gdzieś daleko” i z czasem, postawić tam byle jaką chałupkę. To chyba oznaka wieku - po prostu, marzy mi się, by raz na jakiś czas wyjechać sobie na łono przyrody, usiąść na ganku na bujanym fotelu z książką, herbatą i strzelbą w dłoni. Patrzyłbym wtedy na otoczenie i strzelał do każdego kto zbliży się niezapowiedziany do moich drzwi. Jak powiedział mi właściciel, mieszkają w tym miejscu od późnej wiosny do wczesnej jesieni, kiedy “Pani Natura jest łaskawa i piękna”. Faktycznie, o ile w sierpniu wszystko dookoła prezentowało się nadal uroczo, łatwo mi wyobrazić sobie jak ponuro musi tu być zimą, kiedy noc zaczyna się wczesnym popołudniem, a dookoła nie widać żadnej żywej duszy.


Spacery po okolicach Jakubowa były naszym regularnym rytuałem. Wioska była na tyle mała, że nie licząc przejeżdżających z rzadka samochodów i pasących się koni, nigdy nikogo nie spotkaliśmy. Mogliśmy więc wędrować do woli, ale i to mogło się z czasem przejeść.

Goście z naszego przybytku po śniadaniu najczęściej rozjeżdżali się po Mazurach. Tak robiliśmy więc i my. Przez te kilka dni odwiedziliśmy Ryn, Reszel, a także Mrągowo. W tym pierwszym, moją uwagę zwrócił oczywiście Zamek Krzyżacki, a raczej, to co z niego zostało. Z jednej strony, cieszę się, że prywatny inwestor nie pozwolił mu zgnić do końca i przywrócił mu dawny blask, zamieniając go w słynny hotel Ryn (pięć gwiazdek, podziemne spa i basen, noclegi tak drogie, że są regularnie oferowane w serwisach typu Groupon z odpowiednią obniżką). Z drugiej strony, budynek jest tak czysty, świeży i lśniący, że aż nienaturalny. Jego wnętrza tak samo - są tak “średniowieczne” i wypieszczone, że w tej przesadzie zgubiono gdzieś autentyczność. Zjedliśmy obiad w tamtejszej restauracji co było pomyłką. Drogo, snobistycznie i niekoniecznie smacznie. Samo miasteczko jest niewielkie i całkiem przyjemne, szczególnie w okolicach jezior, ale raczej nie będzie mnie kusiło, by pojechać tam ponownie w najbliższej przyszłości.



Reszel to co innego. Tam również jest Zamek (co prawda, częściowo w remoncie), a do tego, miasteczko posiada jeszcze kilka innych zabytków oraz przyjemną, acz niewielką część “Starego Miasta”. Podobało mi się tam zdecydowanie bardziej niż w Rynie i zdecydowanie bardziej niż w Mrągowie, gdzie, poza dwoma, dużymi jeziorami, nie ma nic godnego szczególnej uwagi. Jednak Mazury jako takie okazały się miejscem doprawdy magicznym i planując kolejne wojaże, będę je brał pod uwagę w pierwszej kolejności. Ale z pewnością bardziej skupię się na przebywaniu na łonie przyrody niż poznawaniu tutejszych miast i miasteczek.



