czwartek, 30 lipca 2009

Dziwne zachowanie D485

Dzisiaj lot D485 który obserwuje regularnie od pewnego czasu (głównie po to, by wiedzieć czy jest szansa, że nie spóźnię się na kolejny odcinek wyprawy) zrobił małą niespodziankę i poleciał inną trasą niż zazwyczaj.



CO ZA EMOCJE, ja pierdolę :D

sobota, 25 lipca 2009

Trójkąt bermudzki

Lotem nad Atlantykiem się nie podniecam - w końcu mam już dwa takie za sobą i kolejny nie budzi we mnie takiej dzikiej radości jak ten pierwszy w lutym. Będę leciał wcześniej, więc co najwyżej, mam nadzieję, że tym razem zobaczę z okna samolotu Grenlandię w całej krasie.
Za to lot do POS budzi zdecydowanie żywsze uczucia. W chwili gdy to piszę, Delta 485 podchodzi już do lądowania. Zresztą, w internecie można znaleźć wszystko:



Ładna trasa, trzeba przyznać. Tak daleko na południe świata jeszcze nie miałem okazji być. No i sam fakt obcowania z Karaibami jest dla mnie ogromnym przeżyciem. Zobaczymy co to będzie...

Może ewentualnie radość zamienia się w konsternację gdy zobaczę jak bardzo trasa lotu pokrywa się z NAJSŁYNNIEJSZYM TRÓJKĄTEM ŚWIATA:



Jednym słowem, przygodo - jeszcze 40 dni...

czwartek, 16 lipca 2009

Planowanie jest super...

...tak sobie lubię siedzieć przed komputerem, leniwie zerkać do przewodnika, szukać informacji w internecie, składać wyjazd do kupy. Teraz wszystko jest proste i wygodne. Jak się zmęczę to wstanę, jak się znudzę to pooglądam film, a jak mi się będzie chciało pić to szklankę mam na wyciągnięcie dłoni. Raj :-)

W takich chwilach z rozbawieniem zerkam na plan dolotu na miejsce wrześniowych "wakacji":
Wylot z WAW o 12:25. Czyli na lotnisku będę musiał być jakoś o 11:00, co oznacza, że wychodzę z domu o jakiejś 9:30.
Docieram do DUB o 14:30, czyli o "naszej" 15:30. Będę już nieco wymęczony, a to dopiero początek.
Wylot z DUB mam o 17:00. Zaledwie po 7,5 godziny ląduję na JFK. Jest ledwie 19:15, ale tamtejszego czasu. U nas - jakaś 23:15.
Na lotnisku muszę się przemęczyć kilka godzin, bo wylot do POS jest o 1 w nocy. Czyli o siódmej rano w Polsce.
Po 5,5 godzinie jestem w POS. Wita mnie blady świt. Jest 6:30 rano, w Polsce zaś już popołudnie. Jestem więc w drodze już ponad dobę.
Potem "tylko" kolejny lot. Tym razem ledwie niecałe pół godziny na Tobago. Wyjdę z lotniska pewnie koło 10 rano. Zanim dotrę do jakiegoś hotelu będzie południe i spokojnie pęknie mi 30 godzin na nogach.
Teraz to zabawne. Już jednak zastanawiam się jak to wytrzymam i jak bardzo będę wściekły na ten pomysł. Nigdy nie miałem czterech lotów pod rząd :-)

piątek, 10 lipca 2009

Wrzesień ustalony

No to pozamiatane.

Dzisiaj kupiłem bilety JFK-POS, czyli do Port-of-Spain, stolicy wyspiarskiego, postkolonialnego i obrzydliwie karaibskiego Trynidadu i Tobago. Na ten lot nastawiałem się od dłuższego czasu, aż w końcu dojrzałem do decyzji, by go sobie po prostu zaklepać.
Opcja jest sensowna – wylot o 1 w nocy, ale ale... Na tym lotnisku ląduję dzień wcześniej po 19:00, więc zanim się zbiorę, odbiorę co moje, zanim dojadę na inny terminal, zanim się odprawię znowu, to akurat będzie jakaś 21:00. Jakaś logika w tym jest, no i na miejscu będę bladym świtem, żeby nie marnować dnia.
Na wyspach będę sześć dni pełnych – niby mało, ale dzięki temu, wrócę jeszcze do NYC i pobędę z kolei tam kilka dni :-). Dwie pieczenie na jednym ogniu.

Przewodnik już zakupiony, teraz pora na rozpoczęcie planowania i rezerwowania... I odliczanie dni do 3 września. Zabawne to życie – wtedy akurat będzie mijał praktycznie rok (leciałem wtedy 4 września!) od początku mojej "wyprawy" do Tajlandii. Niby panta rei a wygląda jakby pewne zachowania były niezmienne w czasie i zdarzały się w podobnych chwilach.
Cieszę się – zarówno z tego T&T, bo pojechanie tam, jest jednym z moich marzeń, jak i z NYC, bo po lutowym pobycie, ciągle we mnie siedzi wielka ochota pospacerowania po cichym, wieczorno-sobotnim Wall Street jeszcze raz :-)

poniedziałek, 6 lipca 2009

Podgorica-Kotor-Herceg Novi-Dubrovnik

Wróciłem. Działo się sporo. Wyprawa bardzo udana - nie tylko miło spędziło się czas, nieco zobaczyło ale także przekonałem się, że całkiem niedaleko nas, jest kawałek Europy nadal zachwycający swoją oryginalnością i dzikością. Niekoniecznie więc trzeba lecieć przez pół świata by zobaczyć coś odmiennego od europejskich standardów. Bałkany z pewnością będę teraz brał pod uwagę planując kolejne wyjazdy :-)

*** Dzień 1 ***

Podgorica okazała się, potwierdzając książkowe opinie, miastem niezbyt ciekawym turystycznie. Nie można odmówić jej witalności i energii. Jest sporo barów, pubów i kawiarni. Nieco trudniej jest z jedzeniem, znalezienie restauracji okazało się całkiem sporym wyzwaniem. Jako punkt przesiadkowy, miasto sprawdza się dobrze. Spędzenie tam jednak nawet kilku godzin może stać się nużące. Zabytki są dosłownie dwa: stara wieża zegarowa i stara cerkiew na uboczu. Poza tym - nic!



*** Dzień 2 ***

Autobusem do Kotoru.

Jazda po górskich serpentynach to niesamowite przeżycie. Najpierw długo i wolno w górę, z każdym metrem widoki zza barierki coraz bardziej zachwycające. Góry, dzikie i surowe, z czasem na dole zaś majaczy morze, zatoka, woda... Dwa żywioły tuż obok siebie. W Czarnogórze odległości na mapie mogą porządnie zmylić. Do Kotoru daleko nie jest, jedzie się jednak dobre dwie godziny w jedną stronę.

Samo miasto musi się podobać. To taki mały Dubrownik, położony nad zatoka i u podnóża gór jednocześnie. Te ostatnie nazywane są zresztą " najbardziej wysuniętymi na południe Europy fiordami" (ciocia Wikipedia przecież nie może się mylić). Lokalizacja przepiękna. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, wierzchołki skryte były za lekką mgłą, świeciło słońce, czuć było w powietrzu morze. Stare miasto otoczone jest długimi murami obronnymi, które niczym ostryga kryją we wnętrzu prawdziwą perłę.

Kotor to jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast. Jest tam wszystko, małe cerkwie, placyki, wąskie uliczki, dziwne strome podejścia nie-wiadomo-gdzie-prowadzące, pałace, pałacyki, kamienice, kamieniczki, bramy... Utrzymane w świetnym stanie, pięknie świecące w słońcu, a w tle góry.

Wrażenia znakomite. Do tego, tłumów turystów wiele nie ma. Pewnie po części dlatego, że Kotor można poznać w ciągu kilku godzin. Potem większość osób udaje się dalej, a tylko reszta szczęśliwców zostaje tam by delektować się aurą dłużej.

My ruszyliśmy dalej - do Herceg Novi.
Miasto jest typowym "ośrodkiem wakacyjnym", w podobie naszej Ustki czy Helu. Jest więc morze, plaże, promenada długa jak cholera, przy której przycupnęło może z kilkaset wyszynków oferujących picie i strawę. W nowej części miasta niemal każdy dom oferuje nocleg w prywatnych kwaterach. Jest też jednak i "stari grad", również ładny i klimatyczny, chociaż już pozbawiony wpływów weneckich. Całość może się podobać. Smaczku dodaje fakt, że to popularne miejsce wśród Serbów. Miałem wrażenie, że przez dwa dni obcowania z Herceg Novi byliśmy praktycznie jedynymi "zagraniczniakami" w okolicy.


*** Dzień 3 ***

Po Dubrowniku sporo sobie obiecywałem i co tu opowiadać - rozczarowałem się wyjątkowo mocno. Żeby do niego dotrzeć, trzeba przekroczyć granicę. To rodzi wspomnienia z dawnych lat, kiedy to dojazd do punktu celnego rodził w człowieku emocje i motylki w żołądku (ja takowe miałem gdy jeździłem do Wiednia pociągiem w latach 90-tych). Chorwaci sprawdzają wszystko sumiennie, wszystko się dłuży, Bośniacy są zaś męczeni wyjątkowo - przez Czarnogórców również. Oj nie lubią się te Bałkany między sobą, nie lubią...
Dojazd do miasta to kolejne piękne przeżycie. Można powiedzieć - dobre złego początki. Widoki zza okna wspaniałe. Miasto widoczne z góry zachwyca. Moja miłość do morza znajduje ukojenie. Jest wspaniale :-)

Jednak sam Dubrownik to nieznośnie zapchane centrum turystyczne. Miasto jest z pewnością piękne, tylko co z tego skoro tego nie widać zza tabunów ludzi!!! Wypolerowana posadzka aż kłuje w oczy, pot spływa po człowieku fontanną, sól piecze w oczy, pić się chce, nie można iść tam gdzie się ma ochotę... Dramat. Kupno coca coli sprawia, że nawet mój zapał maleje do zera. Niedość, że gorąco i tłoczno, to jeszcze po paskarsku drogo.
Chwilę pochodziwszy po starym mieście, obieramy inny kierunek, po czym, po kilku godzinach... wracamy do Herceg Novi. Trochę żal ale to już nie moja wina, że nie znoszę takich zadeptanych miejsc. Może innym razem?

*** Dzień 4 ***

Do domu. Tzn. do Podgoricy, a mój kompan wraca do Dubrownika na samolot (kondolencje). Jechałem do stolicy z zamiarem spędzenia tam kilku godzin. Gdzieś jeszcze wierzyłem, że może to miasto kryje w sobie coś czego nie zobaczyłem kilka dni wcześniej.
Po dwóch godzinach i kilku zaczepkach ze strony cygańskich dzieci, poddaje się kolejny raz i pakuje się na lotnisko. W tzw. międzyczasie, stwierdzam jednak, że Podgorica nie oferuje nic. Powiem więcej. W niedzielny skwarny poranek, gdy część miejsc była zamknięta, a reszta pusta, miasto prezentowało się nad wyraz smutno i nijako...

Lotnisko w Podgoricy to jednak rzecz o której warto coś napisać. Jest nowe i malutkie. Osadzone na równinie. Dookoła widok na owe surowe góry, które odmieniam co kilka zdań. Ziemia sucha i jałowa. Wszystko jakby przykryte kurzem. Bryła budynku nieco odstaje od otoczenia, a jednocześnie dziwnie z nim współgra. Wszędzie cisza i spokój. Nie ma cygańskich dzieci, nie ma ludzi, nie ma innych zabudowań. Przez chwilę myślałem nawet, że wszystko będzie zamknięte.
Pokręciłem się nieco po okolicy i doszedłem do wniosku, że jest w tym kraju coś takiego... afrykańskiego. Wypalona trawa jak w sawannie, góry w tle, rzadkie drzewa, mordercze słońce, brak wody. Gdyby z "terminalu" wyszedł nagle czarnomordkowiec - wcale by mnie to nie powinno zdziwić.

Na końcu czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka - lot emerytowanym Embraerem 120 Brasilia. Nigdy takim maleństwem nie leciałem :-)

Całokszałt? Z pewnością wrócę. Może nie do Podgoricy ale do Skopje chociażby, czemu nie?