poniedziałek, 6 lipca 2009

Podgorica-Kotor-Herceg Novi-Dubrovnik

Wróciłem. Działo się sporo. Wyprawa bardzo udana - nie tylko miło spędziło się czas, nieco zobaczyło ale także przekonałem się, że całkiem niedaleko nas, jest kawałek Europy nadal zachwycający swoją oryginalnością i dzikością. Niekoniecznie więc trzeba lecieć przez pół świata by zobaczyć coś odmiennego od europejskich standardów. Bałkany z pewnością będę teraz brał pod uwagę planując kolejne wyjazdy :-)

*** Dzień 1 ***

Podgorica okazała się, potwierdzając książkowe opinie, miastem niezbyt ciekawym turystycznie. Nie można odmówić jej witalności i energii. Jest sporo barów, pubów i kawiarni. Nieco trudniej jest z jedzeniem, znalezienie restauracji okazało się całkiem sporym wyzwaniem. Jako punkt przesiadkowy, miasto sprawdza się dobrze. Spędzenie tam jednak nawet kilku godzin może stać się nużące. Zabytki są dosłownie dwa: stara wieża zegarowa i stara cerkiew na uboczu. Poza tym - nic!



*** Dzień 2 ***

Autobusem do Kotoru.

Jazda po górskich serpentynach to niesamowite przeżycie. Najpierw długo i wolno w górę, z każdym metrem widoki zza barierki coraz bardziej zachwycające. Góry, dzikie i surowe, z czasem na dole zaś majaczy morze, zatoka, woda... Dwa żywioły tuż obok siebie. W Czarnogórze odległości na mapie mogą porządnie zmylić. Do Kotoru daleko nie jest, jedzie się jednak dobre dwie godziny w jedną stronę.

Samo miasto musi się podobać. To taki mały Dubrownik, położony nad zatoka i u podnóża gór jednocześnie. Te ostatnie nazywane są zresztą " najbardziej wysuniętymi na południe Europy fiordami" (ciocia Wikipedia przecież nie może się mylić). Lokalizacja przepiękna. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, wierzchołki skryte były za lekką mgłą, świeciło słońce, czuć było w powietrzu morze. Stare miasto otoczone jest długimi murami obronnymi, które niczym ostryga kryją we wnętrzu prawdziwą perłę.

Kotor to jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast. Jest tam wszystko, małe cerkwie, placyki, wąskie uliczki, dziwne strome podejścia nie-wiadomo-gdzie-prowadzące, pałace, pałacyki, kamienice, kamieniczki, bramy... Utrzymane w świetnym stanie, pięknie świecące w słońcu, a w tle góry.

Wrażenia znakomite. Do tego, tłumów turystów wiele nie ma. Pewnie po części dlatego, że Kotor można poznać w ciągu kilku godzin. Potem większość osób udaje się dalej, a tylko reszta szczęśliwców zostaje tam by delektować się aurą dłużej.

My ruszyliśmy dalej - do Herceg Novi.
Miasto jest typowym "ośrodkiem wakacyjnym", w podobie naszej Ustki czy Helu. Jest więc morze, plaże, promenada długa jak cholera, przy której przycupnęło może z kilkaset wyszynków oferujących picie i strawę. W nowej części miasta niemal każdy dom oferuje nocleg w prywatnych kwaterach. Jest też jednak i "stari grad", również ładny i klimatyczny, chociaż już pozbawiony wpływów weneckich. Całość może się podobać. Smaczku dodaje fakt, że to popularne miejsce wśród Serbów. Miałem wrażenie, że przez dwa dni obcowania z Herceg Novi byliśmy praktycznie jedynymi "zagraniczniakami" w okolicy.


*** Dzień 3 ***

Po Dubrowniku sporo sobie obiecywałem i co tu opowiadać - rozczarowałem się wyjątkowo mocno. Żeby do niego dotrzeć, trzeba przekroczyć granicę. To rodzi wspomnienia z dawnych lat, kiedy to dojazd do punktu celnego rodził w człowieku emocje i motylki w żołądku (ja takowe miałem gdy jeździłem do Wiednia pociągiem w latach 90-tych). Chorwaci sprawdzają wszystko sumiennie, wszystko się dłuży, Bośniacy są zaś męczeni wyjątkowo - przez Czarnogórców również. Oj nie lubią się te Bałkany między sobą, nie lubią...
Dojazd do miasta to kolejne piękne przeżycie. Można powiedzieć - dobre złego początki. Widoki zza okna wspaniałe. Miasto widoczne z góry zachwyca. Moja miłość do morza znajduje ukojenie. Jest wspaniale :-)

Jednak sam Dubrownik to nieznośnie zapchane centrum turystyczne. Miasto jest z pewnością piękne, tylko co z tego skoro tego nie widać zza tabunów ludzi!!! Wypolerowana posadzka aż kłuje w oczy, pot spływa po człowieku fontanną, sól piecze w oczy, pić się chce, nie można iść tam gdzie się ma ochotę... Dramat. Kupno coca coli sprawia, że nawet mój zapał maleje do zera. Niedość, że gorąco i tłoczno, to jeszcze po paskarsku drogo.
Chwilę pochodziwszy po starym mieście, obieramy inny kierunek, po czym, po kilku godzinach... wracamy do Herceg Novi. Trochę żal ale to już nie moja wina, że nie znoszę takich zadeptanych miejsc. Może innym razem?

*** Dzień 4 ***

Do domu. Tzn. do Podgoricy, a mój kompan wraca do Dubrownika na samolot (kondolencje). Jechałem do stolicy z zamiarem spędzenia tam kilku godzin. Gdzieś jeszcze wierzyłem, że może to miasto kryje w sobie coś czego nie zobaczyłem kilka dni wcześniej.
Po dwóch godzinach i kilku zaczepkach ze strony cygańskich dzieci, poddaje się kolejny raz i pakuje się na lotnisko. W tzw. międzyczasie, stwierdzam jednak, że Podgorica nie oferuje nic. Powiem więcej. W niedzielny skwarny poranek, gdy część miejsc była zamknięta, a reszta pusta, miasto prezentowało się nad wyraz smutno i nijako...

Lotnisko w Podgoricy to jednak rzecz o której warto coś napisać. Jest nowe i malutkie. Osadzone na równinie. Dookoła widok na owe surowe góry, które odmieniam co kilka zdań. Ziemia sucha i jałowa. Wszystko jakby przykryte kurzem. Bryła budynku nieco odstaje od otoczenia, a jednocześnie dziwnie z nim współgra. Wszędzie cisza i spokój. Nie ma cygańskich dzieci, nie ma ludzi, nie ma innych zabudowań. Przez chwilę myślałem nawet, że wszystko będzie zamknięte.
Pokręciłem się nieco po okolicy i doszedłem do wniosku, że jest w tym kraju coś takiego... afrykańskiego. Wypalona trawa jak w sawannie, góry w tle, rzadkie drzewa, mordercze słońce, brak wody. Gdyby z "terminalu" wyszedł nagle czarnomordkowiec - wcale by mnie to nie powinno zdziwić.

Na końcu czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka - lot emerytowanym Embraerem 120 Brasilia. Nigdy takim maleństwem nie leciałem :-)

Całokszałt? Z pewnością wrócę. Może nie do Podgoricy ale do Skopje chociażby, czemu nie?