
Opuszczamy Otavalo. Przed nami powrót do stolicy, Quito. Wypada pochwalić nasz nocleg. Hostal Chasqui będziemy wspominać nader przyjemnie. Pierwszy raz w życiu dostałem nie najgorszy, a najlepszy pokój w całym przybytku. Mieliśmy do dyspozycji dużą sypialnię, łazienkę, no i taras ze wspaniałym widokiem na miasto. Cisza i spokój.

A do tego nader miły właściciel. Co prawda, mówił po angielsku gorzej niż ja po hiszpańsku, ale kolejny raz okazało się, że człowiek z człowiekiem może się porozumieć bez względu na tak prozaiczne bariery. Na pożegnanie powiedział nam znamienne „Mi casa es tu casa” i zaprosił w swe progi ponownie. Jeżeli tak pozwoli los, z chęcią z tego zaproszenia skorzystamy...
Zbliżają się Święta Wielkanocne (Wielki Piątek!), więc na drodze do Quito panował spory ruch. Ekwadorczycy w te dni nie siedzą przed telewizorami i stołami jak my. Najczęściej wyjeżdżają poza miasto, oczywiście, jeżeli ich na to stać. Zmierzając do stolicy widzieliśmy nieustannie się ciągnący sznur samochodów, wyładowanych całymi rodzinami. Większość z nich zapewne wyląduje w Otavalo. Oczywiście, jazda autokarem powodowała w nas pewne emocje, ale tym razem było nie tylko bezpiecznie, ale i pusto. Jechaliśmy niemal sami...
W Quito szybko złapaliśmy taksówkę i nie minęła dłuższa chwila, gdy znowu zapukaliśmy w znane nam progi. Ornelia nas pamiętała, przywitała niemal jak starych znajomych. Dostaliśmy pokój na podwórzu, w zupełnie nowej części jej włości. Będąc tu wcześniej, nawet nie wiedzieliśmy, że hostel jest tak ogromny. Biznes idzie znakomicie, to widać i czuć. Po podwórku biegają wesołe króliki (właścicielka zapewniała nas, że futrzaki nie są do jedzenia), a my z nieco mniej radosną miną, zebraliśmy się szybko i w okolicach godziny dwunastej, wyszliśmy „w miasto”. Skojarzenia z Gary Cooperem i westernem „W samo południe” są jak najbardziej na miejscu.

Jeszcze w hostelu, zagadaliśmy pracującą tam wolontariuszkę z Europy, odnośnie mapy i tego jak dojść na Starówkę. Daleko nie jest, dosłownie dwa zakręty, kilka skrzyżowań i jest się na miejscu. Pytam jak tam miewają się kwestie związane z bezpieczeństwem:
Wszystko w porządku! - słyszę w odpowiedzi i wracamy do opisywania trasy – Po wyjściu z hostelu, skręćcie w tę uliczkę i idźcie nią prosto. Nie idźcie żadną inną. A już nie pewno nie TĄ.
Dlaczego nie TĄ? – pytam naiwnie.
Tam jest niezbyt bezpiecznie, nawet w dzień...
Czyli, sytuacja w Quito jest w porządku, ale ledwie pięć metrów od naszego hostelu, istnieje uliczka w którą NIE MOŻNA skręcić, bo czai się tam zagrożenie. Wspaniale!
W różnych miejscach już byłem, ale Quito to miasto jedyne w swoim rodzaju. Kwestie bezpieczeństwa są tu tak rozdmuchane, że chcąc nie chcąc, każdemu udziela się lekka paranoja. Niemal każdy kto odwiedził to miasto, ma do opowiedzenia jakąś ciekawą historię, czasem zakończoną happy-endem, czasem gorzką refleksją o pechu. Nawet nasza Ornelia przestrzega każdego wędrowca przed lekkomyślnością i obnoszeniem się z przedmiotami podkreślającymi, że jest się gringo z innego świata.

Dla świętego spokoju, powinno się zostawić wszystko w pokoju, biorąc jedynie pieniądze podzielone na trzy części: jedna jako ewentualna danina dla bandytów (będą bardzo źli jak nie dostaną nawet symbolicznej kwoty!), druga na obiad i sprawunki, trzecia na taksówkę. My oczywiście się nie słuchamy, chociaż z torebki i plecaka wyjmujemy wszystko co zbędne, zostawiając jedynie miejsce na aparat i przewodnik.
Idziemy zgodnie z marszrutą i chociaż to ponoć „bezpieczna trasa” czujemy się dziwnie. W tych wszystkich przestrogach jest naturalnie spora dawka przesady, podniecania się własną reputacją, ale będąc na miejscu, odbiera się to nieco inaczej, bardziej namacalnie. Bo sporo tu pijaczków, cwaniaków wystających w wejściach do kamienic, albo dziwnej dzieciarni wędrującej po brukach w psich watahach. Nasze białe twarze są tu zdecydowanie nie na miejscu i czujemy na sobie spojrzenia. W okolicach historycznej dzielnicy mieszka stołeczna biedota, podatna na łatwy zarobek, tanie używki i nie czująca strachu przed czymkolwiek. Jednak bez problemów udaje nam się dojść na miejsce, gdzie … na uliczkach Starego Miasta przetaczają się tysiące, dziesiątki tysięcy ludzi. Trochę nas ten widok zmroził. Wielko-piątkowe procesje krążyły po mieście w asyście tłumów gapiów. Było kolorowo, głośno i jarmarcznie, a moje oczy ani na chwilę nie odpuszczały uważnej obserwacji otoczenia.

Quito jest przepiękne. Nazywają je często Klasztorem Ameryki, tyle tu wszelakich kościołów i świątyń. Kryje się tu mnóstwo historycznej zabudowy. Quito, to hiszpańskie, bo wcześniej istniała tu indiańska osada nosząca podobną nazwę, powstało w połowie XVI wieku i do dzisiaj zachowało wiele śladów ze swoich pięciuset lat istnienia. W Centro Historico może rozboleć głowa od nadmiaru atrakcji. Samych kościołów i klasztorów jest kilkanaście, a każdy z nich warty jest odwiedzenia: La Merced, San Franscisco, Santo Domingo, San Agustin, w końcu Bazylika czy bodaj najpiękniejsza, Katedra. Ta ostatnia to miejsce szczególne. Stąd bowiem, w połowie XVI wieku, wyruszyła wyprawa Francisco de Orellany mająca na celu zbadanie terenów Amazonii. Na pamiątkę w mury świątyni wmurowano tablicę przypominającą o czasach szalonych Konkwistadorów.

Jak zawsze, kościołom towarzyszą place - pełne drzew i odpoczywających spacerowiczów. Kamienice są tu zwarte, niekiedy ogromne, porównywalne do monumentalnych aglomeracji z Europy. Wąskie uliczki ciągną się w dół i górę. Znaleźć tu można budynki użyteczności publicznej, teatry i (ponoć świetne) restauracje. Quito budowaną z pompą, rozmachem i fantazją. Gotyk, renesans i barok mieszają się ze sobą, jak i z wpływami kultury przed-kolumbijskiej. Dzisiaj trudno uwierzyć, że to miasto jest stolicą kraju tak biednego jak Ekwador...

Tyle, że zwiedza się je ciężko. Po pierwsze, tłok. Po drugie, co drugi przechodzień wygląda podejrzanie, więc pilnujemy się wyjątkowo. Niektóre uliczki odpuszczamy, gdy tylko widzimy, że ludzi jest tam za dużo jak na nasze możliwości. Spotykamy co nieco gringos i każdy z nich ma nietęgą minę, kiedy wchodzi do wnętrza tej ludzkiej ciżby. Zacząłem się zastanawiać czy aby nie przesadzamy z ostrożnością, kiedy Święty Dyzma, ponoć patron złodziei, wyciągnął w kierunku nas swoją zachłanną dłoń...
Kątem oka dostrzegłem, że niepozorne dziewczę, na oko lat może osiemnaście, patrzyło się na mnie o jedną sekundę dłużej niż powinno. Jej wzrok uważnie wybadał moje kieszenie oraz ich wypukłości. Nie minęła chwila, gdy znalazła się między mną, a Anią. Niby zwykły przechodzeń, ale mój ósmy zmysł rozpętał alarm – zagrożenie wykryte! Zdążyłem tylko syknąć na nią, speszona odsunęła się, a torba Ani już była rozpięta! W jedną sekundę! Na naszych oczach, na środku ulicy, bez żadnego skrępowania. Niewiele brakowało. I tak nic by nie ukradła, bo zabrała się za zewnętrzne kieszonki, z których mogłaby co najwyżej zabrać nam chusteczki higieniczne. Dziewczyna zupełnie nic nie zrobiła sobie z tego, że ją przyłapaliśmy, przez chwilę szła jeszcze obok nas, ale widać darowała sobie i wróciła na swoje „rewiry”. Odwróciłem się i zobaczyłem ją kilkanaście metrów dalej. Kręciła się obok kobiety podpierającej się o kulach, a jej sprawna dłoń wyjmowała właśnie portfel z cudzej torebki... Nie minęła chwila, a rozpłynęła się w tłumie, a mnie aż przykro zrobiło się na myśl o mojej bezsilności. Frajerski podatek płacony każdego dnia na rzecz ekwadorskiej biedoty z Quito został właśnie uiszczony. Po tym wszystkim jeszcze uważniej zacząłem obserwować wszystko dookoła i wyłapałem więcej takich kieszonkowców, kręcących się bez celu, patrzących nie na twarze, a na kieszenie, torebki i plecaki.
Pół biedy ze złodziejami. Gorzej jak trafi się na bandytów, którzy z nożem w ręku upraszają o poprawę ich sytuacji finansowej. Tacy też się zdarzają, a niektóre okolice w Mariscal Sucre, nowej dzielnicy miasta, znane są z tego, że rabusie czują tam się jak w wielkim paśniku. Ta przygoda nieco nas zniechęciła do Quito i wystarczyła nam w zupełności, by ugruntować nasze przekonanie, że Klasztor Ameryki do przyjaznych nie należy. A szkoda, bo jest to tak piękne miejsce... Z drugiej strony, ta dawka adrenaliny jedynie zwiększyła moją fascynację tym miastem, gdzie świętobliwość miesza się z wątpliwą moralnością świata zbrodni i występku.

Od tłumów robimy sobie przystanki w knajpach. Najpierw niedaleko Placu San Franscisco jemy obiad w garkuchni dla ludności lokalnej. Zupa na kształt rosołu (dosyć był cienki, więc doprawiłem go salsą i w ten sposób wypociłem z siebie pół kilograma) oraz solidna porcja kurczaka pozwoliły nam się najeść i nabrać sił na kolejną porcję kręcenia się po mieście. Cena – trzy dolary. Potem trafiliśmy jeszcze do przybytku wyższej klasy, gdzie mogliśmy na chwilę odpocząć od miasta. Ceny przypominały już bardziej Warszawę, ale w środku panowała spokojna atmosfera i choć na chwilę można było przestać wodzić po otoczeniu w poszukiwaniu zagrożeń.

Popołudniem zaczęło padać. Ponoć w Quito deszcz panował niepodzielnie od dwóch tygodni. Ten piątek był pierwszym dniem od dawna, kiedy choć na chwilę wyszło słońce... O ile kropiło lekko, niewiele nam to przeszkadzało w spacerowaniu. Ale kiedy opady się nasiliły, musieliśmy schronić się w kolejnym barze, a potem podjąć decyzję – czy czekamy aż przejdzie, czy też wracamy do siebie póki jeszcze jest widno. Zdecydowaliśmy się na to drugie. Deszcz nie przestał lać, a w naszym hostelu co chwila słychać było dzwonek do drzwi, anonsujący kolejnych rezydentów wracających z miasta... Do wieczora za bezpieczną bramą byli już wszyscy goście.
***
Wyjeżdżamy po trzeciej rano. A raczej w nocy. Czeka na nas zamówiona taksówka (w praktyce, prywatny samochód). Okolica hostelu jest spokojna, cicha i mokra od deszczu. Mogłoby się wydawać, że Quito już śpi i jest tu bezpiecznie. Ale kiedy jedziemy przez brukowane uliczki widzimy, że w bramach wystają podejrzani młodzieńcy, którzy wodzą wzrokiem za naszym samochodem. Kierowca nie zwalnia na zakrętach i do samego lotniska, nie zatrzymał się ani razu.