niedziela, 8 kwietnia 2012

08.04, Hasta la proxima

Ostatni dzień urlopu! Jak ten czas leci, kiedy to zleciało, jaka szkoda, że to już koniec – i tak dalej, i tak dalej. Pakujemy się, z trudem dopinamy roztyłe brzuszyska naszych plecaków i z wielkim żalem zbieramy się do wyjazdu. Samolot mamy wczesnym wieczorem, więc jest dostatecznie dużo czasu, by niespiesznie pokręcić się po Bogocie raz jeszcze.

W pierwszej kolejności żegnamy się z tutejszymi śniadaniami. Jemy jajka, popijamy kawą i słuchamy w jaki sposób kolumbijczycy obchodzą Święta Wielkanocne. Dzisiaj przecież Wielka Niedziela, ale gdzieś brak tej atmosfery znanej nam z domu. Latynosi najchętniej wyjeżdżają wtedy poza miasto, czyli podchodzą do wszystkiego tak jak my do 1-ego maja... Nasi gospodarze urlopu wziąść nie mogą, więc popołudniu idą po prostu na bardziej wystawny obiad do restauracji. Ci wierzący, a nasz gospodarz do takowych raczej nie należy, oczywiście odwiedzają kościoły. Poza tym, dzień jak co dzień, można by pomyśleć. Nawet z dołu słyszymy ulicznych sprzedawców pirackiego oprogramowania, którzy od bladego świtu zachęcają do pomniejszenia potencjalnych wpływów gigantów świata rozrywki. Opowiadamy o naszych zwyczajach, o rodzinnych stołach zagraconych wszelakim jadłem, o piciu wódki od bladego świtu, o koszyczkach, królikach, święconych jajach i kiełbasie. Z perspektywy przestrzeni oraz czasu widzimy dopiero jaka ta nasza polska tradycja jest barokowa i rozpasana. No ale jest NASZA.

Bogota oferuje oczywiście wiele więcej niż to co zobaczyłem w niej do tej pory. Podobnie jak rok temu myślałem o tym, żeby wybrać się na górę Monserrate. Ale ostatecznie zostaliśmy w Zona Rosa. Z jednej strony, czasu było nieco mało, z drugiej pomyślałem sobie tak – jak odwiedzę wszystko w tym mieście, to nie będę miał powodu by do niego wrócić. A wrócić chciałbym bardzo...

Kręcimy się więc po nowoczesnych zakątkach naszej dzielnicy. Niby święta ale galerie handlowe są otwarte (aczkolwiek nie wszystkie sklepy wewnątrz są czynne). Można wymienić pieniądze, kupić płyty, zjeść obiad, a nawet pójść do spożywczego marketu. Mam taki jeden ulubiony.

Z zewnątrz wygląda jak każdy przybytek tego typu na świecie. Jednak w środku pełno jest fantastycznych, nieznanych mi rzeczy. Przez ostatnie dwa dni wpadaliśmy tam regularnie i podziwialiśmy półki, kupowaliśmy różne bzdury i pokazywaliśmy sobie nasze odkrycia, zachowując się niczym Polacy przeniesieni do współczesności prosto z PRL-u roku 1985. Wiem, że to miałkie, ale tacy właśnie jesteśmy. Inni w podobny szał wpadają w muzeach. My – w marketach na obczyźnie.

Krążyliśmy po zielonych parkach i alejkach, a ja jeszcze raz dobitnie przekonałem się, że czas to okrąg. Wróciłem do tego samego miejsca, mam notoryczne deja vu od rana. Rok temu, ostatniego dnia w Bogocie pokonywałem dokładnie taką samą trasę – tyle, że samotnie. Mijam te same budynki, te same apartamentowce. Ba! Nawet nie znalazłem znowu tego samego kościoła co ostatnio. Na mapie miał być na końcu parku. W rzeczywistości, skrył się sprytnie przed moimi oczyma. No cóż, może następnym razem.

Odwiedzamy też moją ulubioną restaurację, gdzie zamawiam moje ulubione mięso i doprawdy, ostatkiem sił woli, powstrzymuję się przed ulaniem łezki wzruszenia. Przede mną ląduje po chwili kawał smacznego, wysmażonego steku. Steku, dla którego jakakolwiek przyprawa, poza solą, byłaby policzkiem i zadrą na dumie. Za to też kocham Bogotę.


Na podsumowania jeszcze przyjdzie czas. Wieczorem wsiadamy na pokład samolotu Air France i wracamy w objęcia cywilizacji. Po kilkunastu godzinach wchłania nas szaleńczy kołowrotek paryskiego lotniska i po ponad dwóch tygodniach, zaczynam czuć, że wracam do swojego starego, nie zawsze dobrego życia. Hasta la proxima, Ameryko Południowa!

sobota, 7 kwietnia 2012

07.04, Back to Bogota, again

Nie ma godziny ósmej rano, kiedy lądujemy ponownie w Bogocie. Jesteśmy w domu! No, może nie do końca w domu, ale tak się czujemy. Po mojej niechęci do tego miejsca nie pozostał już najmniejszy ślad. Witam to miasto ze zwierzęcą wręcz radością, która wyzwala endorfiny, wpędzające mnie w „bogotańskie szaleństwo”. Czasem tylko przebija się przez to żal, że powrót do tego miasta oznacza dla nas także koniec urlopu...

W naszym hostelu gospodarze witają nas jak dawno nie widzianych przyjaciół. Zostawiamy tam graty, bo godzina przecież wczesna i idziemy powałęsać się po Zona Rosa. Zdążyłem już się stęsknić za tym miejscem i jego eklektycznym stylem, czy raczej, jego brakiem. Ale najbardziej za bezpieczeństwem i luzem. Owszem, w Ekwadorze nie było pod tym względem źle, ale jednak w Bogocie podskórnie człowiek wyczuwa, że może w końcu przestać czujnie obserwować otoczenie. Cieszymy się nawet z tych wszystkich eleganckich sklepów, których witryny oglądamy nadal z pozycji biedaków ze Starego Kontynentu...




Zastanawialiśmy się jak tam z handlem w Wielką Sobotę. W końcu, święta tuż tuż. Ale w Kolumbii nikt sobie z tego nic nie robi. Galeria Andino była otwarta od bladego świtu. Ania wymieniła pieniądze w kantorze, co oznaczało, że musiała wypełnić druczek, podać nazwę hotelu, dać paszport i zrobić sobie odcisk palca. Uff. Ja zaś poddałem się szaleństwu zakupów w sklepie z płytami. Szukałem, szukałem, ale ostatecznie zatrzymałem się na półce z muzyką rancheros. Nabyłem jedną ze stu płyt jakie wydał sam Vicente Fernandez. Dołożyłem do tego jeszcze krążek Victora Hugo Ayala – dżentelmena, który własnym głosem odśpiewuje najsłynniejsze wykonanie hymnu Kolumbii. Młoda dziewczyna przy kasie popatrzyła się na mnie w dziwny sposób, zarezerwowany dla tych chwil, gdy Wasze spojrzenie spotyka śmierdzącego żula włażącego do zapchanego autobusu w środku upalnego lata. Poprosiła następnie o numer dokumentu, miejsce zamieszkania, imię, nazwisko, stan cywilny i rozmiar … buta, oczywiście. Dla tej muzyki warto jednak przecierpieć i więcej.






Po śniadaniu (jakże będzie mi ich brakować!), małych zakupach spożywczych i zaokrętowaniu się w zwolnionym w końcu pokoju, jedziemy do La Candelaria. Korci mnie nieco żeby wysiąść wcześniej i wejść na szczyt wieżowca Torre Colpatria. To obecnie drugi co do wysokości budynek w Ameryce Południowej. Ma 196 metrów (jest więc o kilkanaście wyższy od naszego PKiN), powstał pod koniec lat 70-tych i swoją prezencją idealnie oddaje ducha „narkotykowego” okresu w historii miasta oraz państwa. Jego ściany są obecnie, w najlepszym razie białawe (w najgorszym – szare od smogu), a kształt, przypomina dziecięcy klocek wetknięty w ziemię. Z poziomu autobusu, widzę te puste, zagracone zaułki, którymi jest otoczony i ochota na spacer szybko mi przechodzi.



Sama La Candelaria znowu przeżywała przygotowania do niezidentyfikowanej, wieczornej imprezy. Popołudniu na Placu Bolivara rozstawili się policjanci, którzy dość zdecydowanie przeganiali co bardziej podejrzane jednostki. Rozstawiano barierki i montowano scenę. Jednak w te sobotnie południe, boczne uliczki niemo zachęcały nas do wałęsania się. Bogocie daleko do Quito, które doceniam tym bardziej, zestawiając te dwie stolice ze sobą. Tutejsza starówka jest skromna, pozbawiona tego barokowego rozmachu i przepychu. Jednak, mimo wszystko, bardzo ją lubię za tę małomiasteczkową atmosferę, która dla wielu jest jej największą wadą. Trafiliśmy do „dzielnicy alternatywnej”. Nie wiedzieć czemu, mam z tym zawsze problem, chociaż położona jest tuż obok głównych uliczek.


Panuje tam luźna atmosfera, z barów dochodzi głośna muzyka, a dookoła aż pełno od młodzieży „w każdym wieku”. Na placyku, koło fontanny, spokoju pilnują nawet policjanci. Kilka metrów dalej czujnie obserwują ich nieco zamglone spojrzenia tutejszych bananowców. Mają modne koszule flanelowe, wełniane czapki i nie różnią się niczym od podobnych sobie dzieciaków z innych krajów świata. Miejsce jak miejsce, ale, jak pisałem już rok temu, tutejsze hostale miewają ciężkie chwile. Zdarzają się nocne napady, a nawet porwania. Przeczytałem o tym już będąc na miejscu i do wyjazdu postanowiłem zachować dla siebie, żeby nie denerwować Ani. Cóż, Bogota ma swój urok.




Anię spotyka wielkie szczęście. Znalazła torebkę idealną. Po krótkich negocjacjach cenowych, produkt zmienił właściciela i już do końca dnia z czyjejś twarzy nie schodził uśmiech. Wracając do Zona Rosa robimy sobie pożegnalne zdjęcia na tle Katedry i wznosimy błagalne spojrzenia w kierunku Nieba. Chcemy tu wrócić!

piątek, 6 kwietnia 2012

06.04, Wielki Piątek w Klasztorze Ameryki


Opuszczamy Otavalo. Przed nami powrót do stolicy, Quito. Wypada pochwalić nasz nocleg. Hostal Chasqui będziemy wspominać nader przyjemnie. Pierwszy raz w życiu dostałem nie najgorszy, a najlepszy pokój w całym przybytku. Mieliśmy do dyspozycji dużą sypialnię, łazienkę, no i taras ze wspaniałym widokiem na miasto. Cisza i spokój.


A do tego nader miły właściciel. Co prawda, mówił po angielsku gorzej niż ja po hiszpańsku, ale kolejny raz okazało się, że człowiek z człowiekiem może się porozumieć bez względu na tak prozaiczne bariery. Na pożegnanie powiedział nam znamienne „Mi casa es tu casa” i zaprosił w swe progi ponownie. Jeżeli tak pozwoli los, z chęcią z tego zaproszenia skorzystamy...

Zbliżają się Święta Wielkanocne (Wielki Piątek!), więc na drodze do Quito panował spory ruch. Ekwadorczycy w te dni nie siedzą przed telewizorami i stołami jak my. Najczęściej wyjeżdżają poza miasto, oczywiście, jeżeli ich na to stać. Zmierzając do stolicy widzieliśmy nieustannie się ciągnący sznur samochodów, wyładowanych całymi rodzinami. Większość z nich zapewne wyląduje w Otavalo. Oczywiście, jazda autokarem powodowała w nas pewne emocje, ale tym razem było nie tylko bezpiecznie, ale i pusto. Jechaliśmy niemal sami...

W Quito szybko złapaliśmy taksówkę i nie minęła dłuższa chwila, gdy znowu zapukaliśmy w znane nam progi. Ornelia nas pamiętała, przywitała niemal jak starych znajomych. Dostaliśmy pokój na podwórzu, w zupełnie nowej części jej włości. Będąc tu wcześniej, nawet nie wiedzieliśmy, że hostel jest tak ogromny. Biznes idzie znakomicie, to widać i czuć. Po podwórku biegają wesołe króliki (właścicielka zapewniała nas, że futrzaki nie są do jedzenia), a my z nieco mniej radosną miną, zebraliśmy się szybko i w okolicach godziny dwunastej, wyszliśmy „w miasto”. Skojarzenia z Gary Cooperem i westernem „W samo południe” są jak najbardziej na miejscu.

Jeszcze w hostelu, zagadaliśmy pracującą tam wolontariuszkę z Europy, odnośnie mapy i tego jak dojść na Starówkę. Daleko nie jest, dosłownie dwa zakręty, kilka skrzyżowań i jest się na miejscu. Pytam jak tam miewają się kwestie związane z bezpieczeństwem:
Wszystko w porządku! - słyszę w odpowiedzi i wracamy do opisywania trasy – Po wyjściu z hostelu, skręćcie w tę uliczkę i idźcie nią prosto. Nie idźcie żadną inną. A już nie pewno nie TĄ.
Dlaczego nie TĄ? – pytam naiwnie.
Tam jest niezbyt bezpiecznie, nawet w dzień...
Czyli, sytuacja w Quito jest w porządku, ale ledwie pięć metrów od naszego hostelu, istnieje uliczka w którą NIE MOŻNA skręcić, bo czai się tam zagrożenie. Wspaniale!

W różnych miejscach już byłem, ale Quito to miasto jedyne w swoim rodzaju. Kwestie bezpieczeństwa są tu tak rozdmuchane, że chcąc nie chcąc, każdemu udziela się lekka paranoja. Niemal każdy kto odwiedził to miasto, ma do opowiedzenia jakąś ciekawą historię, czasem zakończoną happy-endem, czasem gorzką refleksją o pechu. Nawet nasza Ornelia przestrzega każdego wędrowca przed lekkomyślnością i obnoszeniem się z przedmiotami podkreślającymi, że jest się gringo z innego świata.

Dla świętego spokoju, powinno się zostawić wszystko w pokoju, biorąc jedynie pieniądze podzielone na trzy części: jedna jako ewentualna danina dla bandytów (będą bardzo źli jak nie dostaną nawet symbolicznej kwoty!), druga na obiad i sprawunki, trzecia na taksówkę. My oczywiście się nie słuchamy, chociaż z torebki i plecaka wyjmujemy wszystko co zbędne, zostawiając jedynie miejsce na aparat i przewodnik.

Idziemy zgodnie z marszrutą i chociaż to ponoć „bezpieczna trasa” czujemy się dziwnie. W tych wszystkich przestrogach jest naturalnie spora dawka przesady, podniecania się własną reputacją, ale będąc na miejscu, odbiera się to nieco inaczej, bardziej namacalnie. Bo sporo tu pijaczków, cwaniaków wystających w wejściach do kamienic, albo dziwnej dzieciarni wędrującej po brukach w psich watahach. Nasze białe twarze są tu zdecydowanie nie na miejscu i czujemy na sobie spojrzenia. W okolicach historycznej dzielnicy mieszka stołeczna biedota, podatna na łatwy zarobek, tanie używki i nie czująca strachu przed czymkolwiek. Jednak bez problemów udaje nam się dojść na miejsce, gdzie … na uliczkach Starego Miasta przetaczają się tysiące, dziesiątki tysięcy ludzi. Trochę nas ten widok zmroził. Wielko-piątkowe procesje krążyły po mieście w asyście tłumów gapiów. Było kolorowo, głośno i jarmarcznie, a moje oczy ani na chwilę nie odpuszczały uważnej obserwacji otoczenia.






Quito jest przepiękne. Nazywają je często Klasztorem Ameryki, tyle tu wszelakich kościołów i świątyń. Kryje się tu mnóstwo historycznej zabudowy. Quito, to hiszpańskie, bo wcześniej istniała tu indiańska osada nosząca podobną nazwę, powstało w połowie XVI wieku i do dzisiaj zachowało wiele śladów ze swoich pięciuset lat istnienia. W Centro Historico może rozboleć głowa od nadmiaru atrakcji. Samych kościołów i klasztorów jest kilkanaście, a każdy z nich warty jest odwiedzenia: La Merced, San Franscisco, Santo Domingo, San Agustin, w końcu Bazylika czy bodaj najpiękniejsza, Katedra. Ta ostatnia to miejsce szczególne. Stąd bowiem, w połowie XVI wieku, wyruszyła wyprawa Francisco de Orellany mająca na celu zbadanie terenów Amazonii. Na pamiątkę w mury świątyni wmurowano tablicę przypominającą o czasach szalonych Konkwistadorów.








Jak zawsze, kościołom towarzyszą place - pełne drzew i odpoczywających spacerowiczów. Kamienice są tu zwarte, niekiedy ogromne, porównywalne do monumentalnych aglomeracji z Europy. Wąskie uliczki ciągną się w dół i górę. Znaleźć tu można budynki użyteczności publicznej, teatry i (ponoć świetne) restauracje. Quito budowaną z pompą, rozmachem i fantazją. Gotyk, renesans i barok mieszają się ze sobą, jak i z wpływami kultury przed-kolumbijskiej. Dzisiaj trudno uwierzyć, że to miasto jest stolicą kraju tak biednego jak Ekwador...



Tyle, że zwiedza się je ciężko. Po pierwsze, tłok. Po drugie, co drugi przechodzień wygląda podejrzanie, więc pilnujemy się wyjątkowo. Niektóre uliczki odpuszczamy, gdy tylko widzimy, że ludzi jest tam za dużo jak na nasze możliwości. Spotykamy co nieco gringos i każdy z nich ma nietęgą minę, kiedy wchodzi do wnętrza tej ludzkiej ciżby. Zacząłem się zastanawiać czy aby nie przesadzamy z ostrożnością, kiedy Święty Dyzma, ponoć patron złodziei, wyciągnął w kierunku nas swoją zachłanną dłoń...

Kątem oka dostrzegłem, że niepozorne dziewczę, na oko lat może osiemnaście, patrzyło się na mnie o jedną sekundę dłużej niż powinno. Jej wzrok uważnie wybadał moje kieszenie oraz ich wypukłości. Nie minęła chwila, gdy znalazła się między mną, a Anią. Niby zwykły przechodzeń, ale mój ósmy zmysł rozpętał alarm – zagrożenie wykryte! Zdążyłem tylko syknąć na nią, speszona odsunęła się, a torba Ani już była rozpięta! W jedną sekundę! Na naszych oczach, na środku ulicy, bez żadnego skrępowania. Niewiele brakowało. I tak nic by nie ukradła, bo zabrała się za zewnętrzne kieszonki, z których mogłaby co najwyżej zabrać nam chusteczki higieniczne. Dziewczyna zupełnie nic nie zrobiła sobie z tego, że ją przyłapaliśmy, przez chwilę szła jeszcze obok nas, ale widać darowała sobie i wróciła na swoje „rewiry”. Odwróciłem się i zobaczyłem ją kilkanaście metrów dalej. Kręciła się obok kobiety podpierającej się o kulach, a jej sprawna dłoń wyjmowała właśnie portfel z cudzej torebki... Nie minęła chwila, a rozpłynęła się w tłumie, a mnie aż przykro zrobiło się na myśl o mojej bezsilności. Frajerski podatek płacony każdego dnia na rzecz ekwadorskiej biedoty z Quito został właśnie uiszczony. Po tym wszystkim jeszcze uważniej zacząłem obserwować wszystko dookoła i wyłapałem więcej takich kieszonkowców, kręcących się bez celu, patrzących nie na twarze, a na kieszenie, torebki i plecaki.

Pół biedy ze złodziejami. Gorzej jak trafi się na bandytów, którzy z nożem w ręku upraszają o poprawę ich sytuacji finansowej. Tacy też się zdarzają, a niektóre okolice w Mariscal Sucre, nowej dzielnicy miasta, znane są z tego, że rabusie czują tam się jak w wielkim paśniku. Ta przygoda nieco nas zniechęciła do Quito i wystarczyła nam w zupełności, by ugruntować nasze przekonanie, że Klasztor Ameryki do przyjaznych nie należy. A szkoda, bo jest to tak piękne miejsce... Z drugiej strony, ta dawka adrenaliny jedynie zwiększyła moją fascynację tym miastem, gdzie świętobliwość miesza się z wątpliwą moralnością świata zbrodni i występku.




Od tłumów robimy sobie przystanki w knajpach. Najpierw niedaleko Placu San Franscisco jemy obiad w garkuchni dla ludności lokalnej. Zupa na kształt rosołu (dosyć był cienki, więc doprawiłem go salsą i w ten sposób wypociłem z siebie pół kilograma) oraz solidna porcja kurczaka pozwoliły nam się najeść i nabrać sił na kolejną porcję kręcenia się po mieście. Cena – trzy dolary. Potem trafiliśmy jeszcze do przybytku wyższej klasy, gdzie mogliśmy na chwilę odpocząć od miasta. Ceny przypominały już bardziej Warszawę, ale w środku panowała spokojna atmosfera i choć na chwilę można było przestać wodzić po otoczeniu w poszukiwaniu zagrożeń.





Popołudniem zaczęło padać. Ponoć w Quito deszcz panował niepodzielnie od dwóch tygodni. Ten piątek był pierwszym dniem od dawna, kiedy choć na chwilę wyszło słońce... O ile kropiło lekko, niewiele nam to przeszkadzało w spacerowaniu. Ale kiedy opady się nasiliły, musieliśmy schronić się w kolejnym barze, a potem podjąć decyzję – czy czekamy aż przejdzie, czy też wracamy do siebie póki jeszcze jest widno. Zdecydowaliśmy się na to drugie. Deszcz nie przestał lać, a w naszym hostelu co chwila słychać było dzwonek do drzwi, anonsujący kolejnych rezydentów wracających z miasta... Do wieczora za bezpieczną bramą byli już wszyscy goście.

***

Wyjeżdżamy po trzeciej rano. A raczej w nocy. Czeka na nas zamówiona taksówka (w praktyce, prywatny samochód). Okolica hostelu jest spokojna, cicha i mokra od deszczu. Mogłoby się wydawać, że Quito już śpi i jest tu bezpiecznie. Ale kiedy jedziemy przez brukowane uliczki widzimy, że w bramach wystają podejrzani młodzieńcy, którzy wodzą wzrokiem za naszym samochodem. Kierowca nie zwalnia na zakrętach i do samego lotniska, nie zatrzymał się ani razu.