poniedziałek, 2 kwietnia 2012

02.04, Panama

Okolice miasta obfitują w rozliczne atrakcje. Mogliśmy na ten przykład wybrać się podziwiać inkaskie ruiny w Ingapirca, ale komunikacją masową jest to często niemożliwe, bo autobusy jeżdżą tam niekiedy tylko raz dziennie. O wiele bardziej dostępne są pobliskie wioski słynące z rękodzielnictwa – Gualaceo, Chordeleg i Sigsig z pewnością czekały na nasze portfele. Ale tego dnia ogarnął nas błogi, latynoski leń. Pogodnym porankiem siedzieliśmy w knajpie przy śniadaniu, przeżuwając kolejne porcje jajek, a jedyny wysiłek na jaki się zdobyliśmy to obserwowanie lokalnych pucybutów zza okna.


A wiedzieć trzeba, że Ekwador pucybutami właśnie stoi. Może i bieda tu trzeszczy, ludzie chadzają w wytartych ubraniach, ale buty... Buty muszą zawsze lśnić! W każdym mieście spotykaliśmy ludzi świadczących te popularne usługi i Cuenca nie była tu wcale wyjątkiem. Przekrój wieku – od dzieci, przez moich rówieśników, na emerytach kończąc. Pod arkadami w samym śródmieściu urzędowała tutejsza elita czyścicieli. Ci najbardziej obrotni mieli nie tylko specjalne siedzisko, ale również parasol, zestaw świeżych gazet dla swoich klientów oraz bogaty asortyment środków, szmatek i pomadek. Nuworysze krążyli po ulicach, trzymając w dłoniach cały zestaw i zaczepiając (z sukcesami) przechodniów.

Museo del Banco Central, reklamowane jest jako najlepsza tego typu placówka „stąd aż do Quito na północy lub Limy na południu”. Slogan skutecznie rozpala wyobraźnię, nawet kogoś takiego jak ja. Nie lubię muzeów, bo uważam je, z całym szacunkiem dla nauki i wiedzy, za uzbierane w jednym miejscu epicentrum nudy, niebezpieczne dla zdrowia i kondycji psychicznej mojej osoby. Na jednym palcu jestem w stanie policzyć takie, które odwiedziłem i byłem w pełni zadowolony. Cała reszta zlewa się w mej pamięci w jedną przestrzeń wypchaną nudnymi, zakurzonymi eksponatami, które mają umiarkowaną wartość historyczną i nawet jeżeli mogłyby być ciekawe, to takie nie są, bo ciekawość muzeom często po prostu nie przystoi. Zbiory w Kairze, owszem, zrobiły na mnie kolosalne wrażenie. Świetnie bawiłem się w Muzeum Techniki w Monachium i... to by było na tyle, a włażę przecież rocznie do kilkunastu, jak nie więcej, takich miejsc! Regularnie daję się nabrać książkowym zapewnieniom, że warto, że trzeba iść do tego albo innego. To w Cuenca, jakżeby inaczej, zachwalano jakby bez odwiedzin w środku, nie można by było pełnoprawnie powiedzieć, że się w tym mieście w ogóle było. Więc – poszliśmy. Wejście całe szczęście było za darmo, jak to w poniedziałki bywa i u nas.


Oprócz zbioru monet (stąd też taka a nie inna nazwa), miejsce oferuje także kilka sal wypełnionych malarstwem współczesnym, czyli bliżej nieokreślonymi bohomazami. „Najciekawsza” jest część poświęcona kulturze przedkolumbijskiej tych ziem. Ludność rdzenna nie pozostawiła po sobie ani śladu w samym mieście. Nie ostało się absolutnie nic – poza kilkoma broszkami i inną biżuterią, którą wykopano z ziemi i zamknięto w klimatyzowanych gablotach. Jest tego jednak tak niewiele, że z wielkim trudem starczyło nawet na kilka ekspozycji. Cała reszta to już różne rekonstrukcje, które próbują pokazać zwiedzającym jak wyglądało życie w indiańskiej wiosce lata temu. Oczywiście - używając do tego plastiku. Mamy więc ludzkie postacie ubrane w różne stroje, makiety, zdjęcia, rysunki i kilka efektów dźwiękowych. Nie mija jednak pół godziny kiedy opuszczamy progi muzeum i pytamy samych siebie – co czeka nas jeszcze owego pięknego dnia?

To pytanie retoryczne. Cuenca to przecież światowa stolica kapeluszy Panama. W całym kraju noszą je wszyscy. Tak mężczyźni, jak i kobiety. Tylko młodzież gustuje bardziej w czapkach z daszkiem. Wystarczy wdać się w pogawędkę z jakimkolwiek tubylcem i możecie być pewni, że w końcu usłyszycie najważniejsze sprostowanie w dziejach całego Ekwadoru. Ludzi tu do dzisiaj boli fakt, że ich narodowe dobro, wyplatane z włókien toquilla kapelusze, nazywa się tak a nie inaczej, pozbawiając kraj należnego splendoru. Cóż, historia to stara i już nie do wyprostowania. Na przełomie wieków kapelusze z Ekwadoru stały się popularne w Ameryce Środkowej, a już szczególnie w okolicach Kanału, będącego wtedy prawdziwym centrum światowego handlu i kontrabandy. Kiedy dotarły do Paryża, noszone zresztą na głowach inżynierów pracujących przy budowie owego cudu techniki, szybko zdobyły sobie popularność jako „kapelusze z Panamy”. Dzisiaj każdy oryginalny produkt sygnowany jest stosowną metką, która mówi, że mamy do czynienia z „Panama hat made in Ecuador”. Prawdziwe są wytwarzane jedynie w Cuenca i okolicach. Postanowiłem więc nabyć takowy (chociaż mam już w domu inny, tyle że kolumbijski, a więc „niekoszerny”).




Jeszcze w Riobambie polecono nam fabrykę niejakiego Hermana Ortegi (i synów). Pojechaliśmy więc tam taksówką. Przejażdżka przyjemna i tania – każda trasa w granicach miasta to stały koszt wynoszący ledwie dolara. Nasz kierowca okazał się Polakiem. No, może nie do końca. Kiedy tylko usłyszał skąd jesteśmy zaczął chwalić się bogatą kolekcją przekleństw w naszym języku. Wyrazy takie jak „kurwa mać” wymawiał z idealną dykcją, kładąc akcent tak jak trzeba, by wyrazić radość, tudzież złość. Tego wszystkiego nauczył się oczywiście od naszych krajan, z którymi pracował w Nowym Jorku. Cóż, po naleciałościach myślimy, że miał do czynienia z góralami z Podhala... Wrócił jakiś czas temu, domyślamy się, że wtedy z budowlańca stał się taksówkarzem, a za oszczędności nabył samochód. Nieco nam ponarzekał na wszystko dookoła. Miasto piękne, bezpieczne, ale trzeba pracować od rana do wieczora, a i tak zarabia się tyle co nic – powiedział ze smutkiem. Odpowiedzieliśmy, że w Polsce też się ludziom nie przelewa, ale nie wyglądał jakby nam uwierzył.

Fabryka była niestety zamknięta na cztery spusty. Na dziedziniec wpuścił nas ochroniarz, zapewniając, że za godzinę, jak tylko skończy się sjesta, sklep wróci do działalności. Ale coś nie chciało nam się w to wierzyć. To znaczy – na pewno KIEDYŚ ktoś przyjdzie, ale raczej nie za godzinę, tylko za półtorej, może dwie... Czekać w słońcu nam się nie chciało, a w okolicy, dworcowej zresztą, nie za bardzo było co robić. W bezpośrednim sąsiedztwie był inny sklep, do tego czynny, ale asortyment nieco mnie rozczarował. Jak się okazało, najlepszy wybór był jednak w samym centrum, w miejscu które, o zgrozo!, nazywało się Museo del Sombrero.



Klasyczna Panama jest teoretycznie biała, ale ja ostatecznie zdecydowałem się na coś na kształt niebieskiego (piszę to jako daltonista). Kosztował mnie 25 dolarów, dostałem oczywiście certyfikat oryginalności i popatrzyłem na bogactwo modeli dookoła. Taki, który mi się podobał najbardziej, był wyceniony na kilka setek... Niestety, z kapeluszami jest jak z wąsami. To piękny dodatek, ale dobry nie dla każdego. Są takie twarze, które zarost i sombrero zdobią, dodają wigoru i uroku. Są jednak i takie, które w cieniu kapelusza zamieniają się w lico godne co najwyżej wioskowego głupka. Do tych pierwszych należą niemal bez wyjątku Latynosi. Do tych drugich – wszyscy gringos...

Wieczorem, objedzeni lodami (bardzo słodkie jak wszystko w Ekwadorze), posiedzieliśmy na ławce w Parque Calderon, dumając nad tym jak Cuenca przypomina nam starą, dobrą Europę. Architektura i spacerowicze mogą zmylić zmysły. Jakby w kontr-odpowiedzi na te słowa, obok nas rozpętała się mała szarpanina. Nerwowych mężczyzn musiał uspokoić dopiero policjant, a my niespiesznie wróciliśmy ciemnymi ulicami do siebie. Trochę z żalem, bo to ostatni dzień w tym mieście, ale i z radością, że zmieniamy otoczenie. Jeszcze kilka takich dni i z Cuenca byśmy wyjeżdżać nie chcieli już wcale.