środa, 4 kwietnia 2012

04.04, Gorączka Otavalo, wszakże pod kontrolą

Najsłynniejsze lokalne targi odbywają się w soboty. Wtedy to do Otavalo zjeżdżają dzikie tłumy tak turystów, jak i sprzedawców. Rozliczne place rozkwitają wtedy handlem, pieniądze i dobra doczesne zmieniają właścicieli. Dominuje tkactwo i szeroko rozumiane „rękodzielnictwo”, ale tak naprawdę, kupić tu można wszystko, łącznie z żywym inwentarzem o wszelkich gabarytach. Jednak, jak nas zapewnił pracownik hostalu w którym mieszkaliśmy, środy są tylko niewiele gorsze. Otavalo dostosowało się do potrzeb biznesowych i każdego dnia można zrobić tu zakupy takie same jak w soboty, z tą różnicą, że nie ma tłoku i jest czas na spokojniej się wszystkiemu przyjrzeć. Brakuje gwaru, chaosu i pewnie większości klimatu południowoamerykańskiego targowiska, ale dla nas – w środę jest idealnie.





Samo miasteczko ma ponad trzydzieści tysięcy mieszkańców i po kilku niespiesznych spacerach, można powiedzieć, że widziało się wszystko co godne w nim uwagi. W śródmieściu są dwa kościoły, El Jordan i San Luis – oba o umiarkowanej urodzie i krótkiej historii. Najprzyjemniejsze miejsce to z pewnością, jakżeby inaczej, zielony Parque Central. Naokoło niego zachowało się nieco kolorowej, niskiej zabudowy, a palmy nadają temu miejscu dodatkowego uroku. Z cokołu na wszystko dookoła spogląda czujnie Rumiñahui.

Z postacią tego inkaskiego bohatera wiążą się losy upadku wielkiego Imperium. To właśnie on miał dostarczyć złoto w ramach okupu za pojmanego przez Francisco Pizzaro, ostatniego wodza, Atahualpę. Kiedy ten został zamordowany, Rumiñahui uciekł na północ, do Quito, prowadząc ostatni zryw przeciwko Hiszpanom. Po przegranej bitwie, pojmano go i przykładnie zamordowano. Legenda głosi, że do grobu zabrał sekret zatopionego, bądź ukrytego potężnego skarbu, który wiózł dla konkwistadorów. Oto więc kraina El Dorado, szaleńczej wizji, która pchała w te niegościnne krainy dziesiątki, setki tysięcy wagabundów liczących na bogactwo i szczęście. Zadumałem się nad tym wszystkim chwilę, tym bardziej, że jeszcze będąc dzieckiem zaczytywałem się w opowieściach o dziwnych cywilizacjach zamieszkujących niegdyś ten kontynent. A teraz, ledwie kilkadziesiąt lat później, stoję na ziemi, na którą skapywała krew Inków, którą deptały buciory żołdaków Króla Hiszpanii. Czy to nie piękne?

Pierwszą część dnia spędziliśmy na wałęsaniu się po sklepach, kramach, pracowniach i tkalniach. Wybór ogromny, a do tego, sporo tu naprawdę pięknych, oryginalnych i wyjątkowych rzeczy. Anię trudno czasem odciągnąć od witryn, ale nie ma się co dziwić, bo od mnogości błyskotek, figurek, szalów, szalików i kolczyków, mnie również udziela się lekkie szaleństwo, które nazywamy „gorączką Otavalo”. Jest to zajęcie o tyle bezstresowe, że ceny nie są specjalnie wygórowane, a fakt, że jest daleko od sezonowych szczytów, sprzyja negocjacjom. Na Plaza de Ponchos rozstawione są regularne stanowiska targowe, więc i tam witamy razem z naszymi ciężko zapracowanymi dolarami. Ostrzyłem sobie przez pół wyjazdu zęby na tutejsze swetry, robione z prawdziwej wełny, czy też alpaki, ale... Jak zobaczyłem na własne oczy te pstrokate, okropne wzory, doszedłem do wniosku, że takie ubranie będzie fajną pamiątką, która resztę życia spędzi głęboko w szafie. Znalazłem nawet sweter z wydziarganym na przodzie Che Guevarą, co jedynie przekonało mnie, że nie warto. Po targu krążą bosonogie starsze babulinki, które dosyć namolnie wyciągają dłonie po datki. Co ciekawe, upraszają o nie tylko nas, podczas gdy sprzedawcy mają od nich święty spokój, a na ubogich nie wyglądają. Poza tym, panowała tam zupełnie, niezmącona cisza i spokój, przerywana tylko kolejnymi nawoływaniami handlarzy na nasz widok. To już ten etap urlopu, że Ania zaczyna rozmawiać ze wszystkimi dookoła po polsku (tęsknota za ojczyzną), a najdziwniejsze jest to, że i tak się doskonale dogadują. Oto potęgą naszego słowa!




Kiedy już przestało padać, a wypada wspomnieć, że od tego dnia, deszcz był naszym codziennym kompanem, poszliśmy na dworzec i pojechaliśmy do niedalekiej wioski Cotacachi. Słynie ona z dwóch rzeczy. Po pierwsze, to Ekwadorskie centrum produkcji wyrobów skórzanych. Po drugie, miejsce, gdzie bogaci europejscy emeryci (np. tacy którzy walczyli w II WŚ po stronie Hitlera i teraz zasługują na odpoczynek w luksusach) decydują się spędzić jesień oraz zimę życia. Ten bardzo przyjazny wizerunek wzmocniony jest dodatkowo ekologicznym sznytem przejawiającym się w trosce o czystość otoczenia jakie cechuje to miasteczko i jego rezydentów. Trzeba przyznać, że Cotacachi od razu robi miłe wrażenie. Może to siła sugestii, ale domy wydają się lepiej utrzymane, ludzie pogodniejsi, a atmosfera mniej napięta niż w Otavalo.






Wysiedliśmy spory kawałek od śródmieścia, ale nie stwierdziliśmy ciemnych zaułków albo okolic ocierających się o definicję slumsów. Zanim doszliśmy do głównego parku, musieliśmy oczywiście kupić jedną damską torebkę, no może dwie, do tego kilka portfeli i odwiedzić jeszcze inne sklepiki. Jest ich całe mnóstwo. Niestety, szybko zebrało się na kolejną porcję wody z nieba, więc zaszyliśmy się w restauracji, gdzie przez dobrą godzinę czekaliśmy na zamówione dania. Ale kiedy na stole ma pojawić się kawałek tutejszego mięsiwa, warto spędzić nieco czasu na ostrzeniu sobie apetytu. Kiedy już zdecydowaliśmy się wrócić taksówką do Otavalo (a co, kosztują tu grosze), drążyło nas uczucie, że i my moglibyśmy pewnie na starość osiąść w Cotacachi, popijać codziennie sok z limona i patrzeć na to jak leniwe życie płynie dookoła, z naszym skromnym udziałem. Niestety, ZUS i Donald Tusk mają wobec nas inne plany.