poniedziałek, 4 kwietnia 2016

31.03 - 03.04, Sanus Per Aquam

Nasz pierwszy wyjazd w czwórkę! Wybór padł na Uniejów. Głównie dlatego, że nie było do niego daleko, znalazłem tam hotel ze spa (wymóg mojej umęczonej macierzyństwem żony - tej samej, która potem skorzystała z jego dobrodziejstw ledwie JEDEN RAZ), no i dodatkowo, miasteczko oferowało ponoć jakieś inne atrakcje oraz zabytki, co jest dla mnie ważne, bo jak każdy czytelnik tych miernych wypocin wie, autor tych słów lubi spacery w cieniu historii. Dużej, małej i malutkiej.

Droga była prosta i pozbawiona większych emocji. Ziemia łódzka w kwietniu prezentowała się szaro, ponuro i trochę depresyjnie. Pola, drogi, wioski i wsioła, a nad tym wszystkim ciężkie, stalowe niebo. Jeszcze raz przypomniałem sobie, że podróżowanie po Polsce poza sezonem wiosenno-letnim to nielada wyzwanie dla zmysłu estetyki. Pełne słońce i błękit nieba są nader łaskawe, odwracają uwagę, zmieniają perspektywę, ale kiedy ich brakuje, wtedy stajemy sam na sam z rzeczywistością, a ta wygląda różnie. Chciałbym napisać, że ten melancholijny nastrój minął gdy tylko wjechaliśmy do Uniejowa, ale byłaby to nieprawda. Miasteczko było bowiem wymęczone, brudne, chaotyczne, liche (tu można by jeszcze długo mnożyć podobne przymioty) oraz dodatkowo, spowite gęstym, gryzącym dymem, który na potęgę produkowały kominy okolicznych domostw. Idąc ulicą w niektórych zaułkach naprawdę oddychało się nam ciężko, bo powietrze stało w miejscu, a dwutlenku węgla ciągle przybywało. Ów dym gryzł w gardło, ale nie był w stanie przesłonić architektonicznych smaczków miasteczka. Na jego nieszczęście.



Uniejów to miasto z bogatą przeszłością. Jednak niewiele z niej się zachowało. Dobrze to pokazuje tamtejszy rynek, który otoczony jest współczesną zabudową, parterową, nieokreśloną wiekowo i odległą od jakiegokolwiek stylu. Na jego środku znajduje się niewielki skwer, którego centralnym miejscem jest pomnik upamiętniający obrońców miasta z roku 1939. I to by było tyle z historii, a w końcu miejskie rynki to z zasady miejsca, gdzie jest jej najwięcej.

Kawałek dalej znajduje się Kolegiata Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, kościół gotycki w formie i rozmiarach. To już zabytek nobliwy i piękny. Jest on zdecydowanie za duży jak na sąsiadujące z nim otoczenie (nawet współcześnie, a można sobie tylko wyobrażać jak musiał się prezentować przed wiekami), ale stanowi miłą odmianę od nijakiej współczesności dookoła.


To, co najciekawsze w Uniejowie znajduje się po drugiej stronie rzeki. Miasteczko przez lata było miastem kościelnym, po czym pozostała pamiątka w postaci nie tylko Kolegiaty, ale i Zamku Arcybiskupów Gnieźnieńskich. Była to oczywiście jedna z wielu rezydencji, która nosiła takie miano, w tej konkretnie przetrzymywano skarbiec kapituły, co tłumaczy obronny charakter tej budowli. Do dzisiaj jest ona otoczona fosą i wiedzie do niej most zwodzony. Przez lata przebudów Zamek utracił częściowo swój gotycki charakter, który obecnie jest wymieszany z renesansowymi modernizacjami i innymi naleciałościami. Spacery po okolicznym parku w stylu angielskim, były zdecydowanie najprzyjemniejszą częścią naszego pobytu. Sam Zamek też jest ładny, obecnie mieści się w nim, jakżeby inaczej, luksusowy hotel. Podobało mi się w nim to, że zachowano jego autentyzm - elewacja jest więc np. pełna różnego rodzaju braków, wykruszeń, śladów poprawek. Doceniam to.



Kawałek dalej zaś znajdowała się “współczesność”. Głośna, rubaszna, plastikowa i nowobogacka. Kilkanaście lat temu odkryto, że pod miastem znajdują się ogromne pokłady ciepłych wód leczniczych. Z czasem, nadano mu status miejscowości uzdrowiskowej, wybudowano również przepastny budynek Term, gdzie można zażywać ciepłych kąpieli, tak wewnątrz, jak i na zewnątrz. To obecnie główna atrakcja turystyczna regionu i jeden z “nowych” cudów Polski, jak również, zdaje się, że jedyne tego typu miejsce w całym kraju. Pod Termami od rana do wieczora było pełno samochodów, czasem trudno było znaleźć wolne miejsce, a przecież nie był to sezon... Przechodząc obok widzieliśmy, że baseny pełne są gawiedzi, zresztą, przez ściany słychać było harmider śmiechu, rozmów, kaskady spływającej wody oraz nieustanny hałas generowany przez ... suszarki do włosów w tamtejszych szatniach. Jako osoby aspołeczne oczywiście nie weszliśmy nigdy do środka.


Przez cały pobyt nie miałem co robić, więc dumałem nad owym gospodarczym cudem jaki stał się udziałem Uniejowa. Z jednej strony - dzięki “wodom”, dostał on szansę dla wybicie się z marazmu, typowego dla prowincji środkowej Polski. W Termach pracę znalazło zapewne sporo osób, kolejne ożyją z turystów, którzy przyjeżdżają tu się wykąpać, inni z kolei wynajmują pokoje, gotują, parzą kawę i tak pewnie wszystko się “jakoś kręci”. Z drugiej strony, budynek Term postawiono niedaleko Zamku, szpecąc jedyny urodziwy landszaft w tym mieście i mam wrażenie, że w ten sposób dano przyzwolenie na kolejne tego typu praktyki. Pościg za pieniądzem z turystów sprawił, że w Uniejowie zrobiło się czasem śmiesznie, a czasem jednak strasznie. Wyrosły reklamy, szyldy, banery, budki i wszelka komercja niskiego sortu. Jako zwolennik “wolnego rynku” powinienem piać z zachwytu, oto przecież rodzi się gospodarcza inicjatywa, ale mój zmysł estetyczny cierpiał tak bardzo, że nie byłem w stanie wykrzesać z siebie jakiegokolwiek entuzjazmu do tego zjawiska. Mimo wszystko, pięknem architektury nie napełni się żołądków, więc Termy wykonują dobrą robotę. Szkoda jedynie, że to wszystko odbywa się z tak małym poszanowaniem dla otoczenia, które niedość, że nie jest piękne, to jeszcze się je dodatkowo kaleczy.



Wyrodnym “dzieckiem” Term był również nasz hotel. Reprezentował on sobą wszystko to, czego nie znoszę (i przypomniał to, co doceniam w tego typu przybytkach, a czego mu z kolei brakowało). Był snobistyczny, oderwany od swojego otoczenia, wyniosły i zbyt drogi jak na oferowany standard. Nie mogłem się nadziwić jak ktoś mógł postawić taki budynek w takim miejscu. Albo w sumie, po pobycie w Uniejowie, już się przestałem nad tym zastanawiać. Widać ktoś mógł postawić, to sobie postawił i po co drążyć temat? Lokalizacja nad Wartą ma potencjał, ale na sąsiednich działkach znajdowały się zwyczajne domy jednorodzinne, takie sprzed lat, o szarych elewacjach, które sugerują pochodzenie z głębokiego PRL-u. Czułem się tam niestosownie, zupełnie jakbym chodził po cudzych podwórkach i oglądał cudze wyprane gacie suszące się na sznurku - a jest to uczucie, którego nieznoszę i jeżeli przesadzam, to doprawdy nieznacznie. Jakby tego było mało, podczas naszego pobytu w hotelu odbywało się szkolenie dla jakiejś firmy z branży mięsnej. Podczas przerw mogliśmy więc wysłuchać fascynujących rozmów i poznać ową odległą nam na codzień branżę. Zapamiętałem pewną panią, która przez telefon rozmawiała na temat realizacji zlecenia, przekonując osobę po drugiej stronie słuchawki, że "jeżeli jest potrzeba, można utuczyć te jebane świniaki, ale wtedy mięso będzie w chuj obrośnięte tłuszczem, a więc - niskiej jakości". Człowiek uczy się całe życie.

Kiedy wyjrzało słońce, moja percepcja tego miasteczka uległa niewielkiej poprawie. Nie na tyle dużej jednak, by uznać, że do Uniejowa warto będzie jeszcze wrócić. Nie znaczy to jednak, że źle się tam bawiliśmy. Wręcz odwrotnie. To były fajne dni i z chęcią bym je powtórzył, ale już w innym otoczeniu. Byliśmy np. w ZOO w Borysewie. To prywatna placówka, zresztą niezwykle dobrze zorganizowana i przemyślana. Trafiliśmy akurat na dzień otwarcia sezonu, pooglądaliśmy zwierzęta (z których większość miała wybiegi zdecydowanie większe od "państwowych" placówek tego typu) i mogliśmy odhaczyć kolejne ZOO, które razem z dziećmi "zaliczyliśmy".


W tym całym jeżdżeniu po Polsce chodzi o to, by poznawać. Dobre i złe. Gdyby nie takie miejsca jak to, nie byłbym w stanie docenić tych, które zasługują na zachwyt i do których chce się wracać. Więc jako tło i kontrast, ten cały Uniejów okazał się bardzo przydatny i spełnił swoją pokrętną rolę do tego stopnia, że nie mogłem się już doczekać kolejnego wyjazdu.