poniedziałek, 30 listopada 2015

25-30.11, Sopot po sezonie

Kiedy poznawałem moją obecną małżonkę ująłem ją ponoć tym, że opowiadając o planach podróżniczych, stwierdziłem, że najbardziej w życiu chciałbym kiedyś pojechać nad Bałtyk po sezonie i zobaczyć typowo wakacyjny resort bez tłumów i całej tandety, która latem jest tam wszechobecna. Była to (i jest!) szczera prawda, chociaż wtedy mogła brzmieć nieco fałszywie. Jesienią 2009 roku akurat wróciłem z Trynidadu i Tobago, po drodze wpadając do Nowego Jorku, zresztą, po raz drugi w przeciągu ledwie kilku miesięcy, ale nie miałem czasu żyć tymi wspomnieniami, bo szykowałem się z kolei na podróż do Stambułu. Prowadziłem więc DOSYĆ urozmaicone życie, które z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się wręcz nierealne i do którego, z całym szacunkiem, wizyta w takim Władysławowie umiarkowanie by pasowała.


Po siedmiu latach… Cóż, trochę się zmieniło i gdy tylko Ania przypomniała mi wspomniane wyżej słowa, doszedłem do wniosku, że to wspaniały pomysł i idealny czas, by je zrealizować. Po poszukiwaniach stanęło na tym, że pojechaliśmy na niemalże tydzień do Sopotu. Bardzo chciałem zadekować się w jakiejś mniejszej mieścinie, ale wygrał pragmatyzm - Sopot oferował bowiem względny spokój i ciszę, ale jednocześnie również mnóstwo restauracji i wiele innych rozrywek. A jako, że mieszkamy niby w stolicy, ale jednak, w takiej dzielnicy, w której atrakcją jest kebab i sezonowo otwierana budka z salmonellą w formie lodów włoskich, to jednak trochę ich też łaknęliśmy. Atrakcji znaczy się.

***

Wakacyjna, nadmorska miejscowość turystyczna po sezonie to idealny temat na film, książkę, albo przynajmniej - serię sentymentalnych zdjęć do albumu obrazującego melancholijne podróże w czasie i przestrzeni. W lecie nad morzem jest rubasznie, głośno i w większości przypadków, paskudnie. Piszę to na podstawie wizyty we Władysławowie, którą wspominam do dzisiaj jako traumę i rozczarowanie. Zawsze mnie jednak ciekawiło to jak takie miasteczko wygląda, wtedy, gdy znikają ostatni letnicy, zamykają się budki, a właściciele turystycznych biznesów znikają w domach, zajęci liczeniem zarobionych pieniędzy. Nadmorskie resorty wiodą w końcu podwójne życie. Mają dwie twarze, z czego, większość z nas, zna tylko jedną z nich. A co z drugą?




Sopot to co prawda dużo większy kaliber niż wspomniane już Władysławowo, ale i to miasto rządzi się prawami typowymi dla miejscowości turystycznych. W lecie nigdy bym się nie odważył tam pojechać, już sobie wyobrażam te tłumy na Monciaku i na miejskich plażach. Zresztą, nie trzeba sobie nic wyobrażać, bo w sezonie media karmią nas obrazkami z Sopotu właśnie. Chociaż nigdy tam nie byłem, już po pierwszym spacerze poczułem się jakbym wrócił na “stare śmieci”. Tak jest w wakacje, ale pod koniec listopada i w Sopocie było pusto. No, pustawo, bo w okolicy weekendu trochę się zagęściło, nie na tyle jednak, by poczuć się z tym dyskomfortowo. Naprawdę czuliśmy, że mamy całe miasto dla siebie. W każdej restauracji do której poszliśmy, byliśmy praktycznie jedynymi gośćmi (często - naprawdę jedynymi). Na molo nigdy nie było tłumów, na plaży najczęściej nikogo. Cisza i spokój. Można było odpocząć i poobcować z miastem, poznając jego architekturę, smaczki, przeszłość oraz podumać nad przyszłością.


To z pewnością jedno z najpiękniejszych miast na polskim wybrzeżu. Czuć w nim nadal klimat przedwojennego, pruskiego “kurhausu”, głównie dzięki temu, że zachowało się w nim dużo zabudowy z czasów, gdy ówczesny Zoppot nazywano “Monte Carlo północy” - oprócz bowiem funkcji kuracyjnej, było to również miasto kasyn i rozrywek, w którym kończyła się niejedna rodzinna fortuna. To również zasługa tego, że w czasach PRL, ówczesna władza obchodziła się z Sopotem łagodnie, być może dlatego, że wierchuszka PZPR sama lubiła tam wypoczywać. Od 1961 roku w Operze Leśnej odbywa się przecież Międzynarodowy Festiwal Piosenki, niegdyś - było to prawdziwe “okno na świat” i takie właśnie mam pierwsze skojarzenie z tym miastem. Do dzisiaj jest w nim międzynarodowo i trochę snobistycznie, ale co do zasady, jest to snobizm w Polsce rzadko spotykany, bo stylowy i wyważony. W sumie tylko dwa budynki zaprzeczają tej teorii. Pierwszym z nich jest Hotel Sheraton, położony tuż obok dostojnego Grand Hotelu. Takie sąsiedztwo tylko uwypukla jego brzydotę. Drugim jest słynny “Krzywy Domek” na Monciaku. To obowiązkowe tło dla zdjęcia każdego szanującego się turysty. Powstał jako wariacja na temat wiedeńskiego Hundertwasserhaus, ale sporo mu brakuje do oryginału.



Okolice “Monciaka” i Placu Zdrojowego są nie tylko bardzo reprezentacyjne ale też pełne różnej maści atrakcji, na które, jak już wspomniałem, byliśmy wyjątkowo łasi. Nasze spacery regularnie więc przerywaliśmy posiedzeniami w sklepach, kawiarniach i różnych jadłodajniach. Pierwszego dnia dla przykładu poszliśmy do gruzińskiej knajpki, w której zatęskniłem za moim kompanem Grzegorzem, z którym jeszcze niedawno zajadaliśmy się chinkali w Tbilisi. Innego dnia, wpadliśmy do “Śliwki”, potem byliśmy w “Morskiej” (drogo, porcje małe, nic dziwnego, że byliśmy tam sami), potem w knajpie z BBQ, naleśnikarni… Wiem, że to małostkowe, ale te kilka dni było dla mnie oderwaniem od pracy, a dla mojej Ani - odpoczynkiem od bycia mamą na wyłączność przez okrągłą dobę. Więc korzystaliśmy z tego, mając świadomość, że za chwilę wszystko wróci do normy. Kulinarnie Sopot dawał radę, większość miejsc była otwarta, więc wybór był spory, a poziom - w sumie wysoki. Podobnie jak niestety ceny. Zanotowałem w pamięci, że na Monciaku nadal stali “naganiacze”, których rola poza sezonem jest chyba jeszcze ważniejsza niż w trakcie. Na szczęście, nie byli zbyt namolni.


Każdego dnia spędzaliśmy długie godziny na dworzu. Gabriela szalała, a potem wyczerpana udawała się na drzemkę, a my mieliśmy możliwość złapania chwili oddechu. Aura może nam nie sprzyjała, ale w sumie, nie było źle, bo padało i wiało mało, tudzież wcale. Jak się robiło nam za zimno, to wchodziliśmy gdzieś na kawę czy herbatę. Stałem się miłośnikiem piernikowej latte. Wiem, wiem, strasznie płytkie, ale ten wyjazd składał się właśnie z takich małych, prozaicznych radości, których na codzień po prostu brak.

Najczęściej kręciliśmy się po okolicach plaży. Tras spacerowych w Sopocie nie brakuje. To też mi się spodobało w tym mieście. Wydaje się być dobrze dopasowane do potrzeb typowej rodziny z małym dzieckiem. Mieszkaliśmy niedaleko Monciaka, wszędzie mieliśmy blisko, a jednocześnie, gdy chcieliśmy pójść na długi spacer, to mieliśmy sporo różnych możliwości. W to mi graj. Podczas wędrówek często mijaliśmy “chiński hotel”, czyli Zhong Hua Hotel. Mieści się on w drewnianym budynku dawnych łazienek i oprócz oryginalnej architektury, wyróżnia się on swoim położeniem - jest tuż przy plaży. Z chęcią bym kiedyś do niego przyjechał, niestety, słyszałem, że wysokie ceny nie idą w parze ze standardem. A szkoda.

Trochę się zdziwiłem tym jak spokojny był Bałtyk. Spodziewałem się, że będą na nim bałwany, fale, tymczasem, przez cały pobyt, morze było ciche i nie szumiało wcale. Jego stalowa barwa mieszała się na horyzoncie z niebem, z czasem, zlewając się w jedną całość. Molo pokryte było szronem. Chodziliśmy po nim wte i wewte. Dobrze, że wejście było za darmo, podobno w sezonie się za to płaci. W ten sposób, oszczędziliśmy pewnie sporo pieniędzy. Piasek na plaży był z kolei twardy jak skała, co pozwoliło po nim spacerować, tyle, że zagrożenie pojawiało się z zupełnie nieoczekiwanej strony. Atakowały nas bowiem łabędzie, wpędzając Gabrielę (i mnie również) w dziką panikę.




Myślę sobie, że dokładnie tego oczekiwałem od resortu nadmorskiego poza sezonem. Sopot ujął mnie od strony z jakiej nie jest znany - ciszą i spokojem. Przez kilka dni odpoczęliśmy, pojedliśmy i pobyliśmy razem. Udało mi się przeczytać książkę (wspominam o tym, bo to spore wydarzenie w życiu młodego rodzica). Był to również nasz ostatni wyjazd “tylko” w trójkę i mieliśmy świadomość, że jest to pożegnanie pewnej formuły urlopowej, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić.