niedziela, 8 stycznia 2012

08/09.01, Dlaczego nie lubimy Mediolanu

Wracamy do Mediolanu z niechęcią. Z równie dużą niechęcią przychodzi mi opisywanie tego dnia. Stolica Lombardii to z pewnością wspaniałe miasto, tyle, że nie do końca skrojone na nasze potrzeby. Zdecydowanie bardziej wolimy brudnawe portowe zaułki Genoi czy Neapolu i stawiamy je ponad wysmakowane pasaże handlowe, pełne eleganckich butików z cenami poza naszym zasięgiem. A właśnie taki jest Mediolan – wysmakowany, snobistyczny i drogi. A przynajmniej, tak się nam wydaje.

Zostawiamy nasze bagaże w tym samym hotelu co poprzednio (aż żal ściska pewne części ciała, gdy sobie przypominam ile za niego płacimy) i ruszamy przed siebie. Gdzieniegdzie miasto przypomina czasami Manhattan. Oczywiście, te brzydsze i mniej monumentalne okolice. Wieżowce pną się do góry z iście amerykańskim rozmachem, co sprawia, że czasami zapominamy, że nadal jesteśmy we Włoszech, gdzie zabytek co do zasady stoi na zabytku. W Mediolanie zachowały się jedynie drobne resztki starej zabudowy, a wojenna pożoga wyżarła antyczne serce metropolii na zawsze. W jej miejsce powstało miasto nowoczesne, betonowe, szklane, ale jednocześnie szare, rozproszone i obrzydliwie bezpłciowe.


Im bliżej właściwego centrum, tym dookoła nas coraz więcej ostentacyjnego luksusu. W końcu skręcamy w niepozorną uliczkę i trafiamy do świata ze snów rosyjskich nowobogackich - Quadrilatero d'Oro. A tam, sklep na sklepie, butik na butiku. Nazwy większości z nich niewiele mi mówią, ale nawet ja czuję, że mamy do czynienia z czymś więcej niż jedynie sprzedażą ubrań. Te sklepy oferują coś jeszcze – dają status, poważanie, kuszą iluzją przynależności do innego, w domyśle lepszego świata. Zerkamy na wystawy i wnętrza po których dostojnie spacerują tłumy kupujących. Czuję wtedy jakbym patrzył przez magiczne lustro i widział na co dzień nieodstępny mym oczom, inny świat. Trudno uwierzyć, że media trąbią o kryzysie ekonomicznym, podczas gdy my przeciskamy się w sporym tłumie osobników, którym nie robi różnicy czy wyszywane cekinami dżinsy kosztują euro dwieście czy może dwa tysiące. Watahy stoją nawet w karnych kolejkach, czekając na wejście do tego czy innego miejsca, którego przed motłochem takim jak my, bronią elegancko ubrani ochroniarze.


Z rzadka słyszymy włoski, dominuje oczywiście pięknie dźwięczący w uszach rosyjski. Naszych wschodnich braci w Mediolanie tego weekendu było istne mnóstwo. Obładowani zakupami, z portfelami wypchanymi kartami oraz żywą gotówką. Błogosławieństwo okolicznego biznesu! Tylko te twarze. Twarze nowobogackich nie zmieniają się tak łatwo. A już rosyjskich w szczególności. Musi minąć wiele pokoleń zanim pieniądze i luksus przezwyciężą geny. Jak ktoś urodził się prostakiem, to niezależnie co na siebie nałoży, nadal będzie wyglądał jak elegancko ubrany, ale jednak nadal człowiek o mało skomplikowanym życiu umysłowym. I to nieprawda, że Mediolan jest pozbawiony klimatu. To jest właśnie atmosfera godna tego miasta – nalana, rozpasła, gnuśna, tandetna i złotozębna. Kochająca przyjemności, na równi z niechęcią do efektywnej pracy. Mediolan jest jak żona piłkarza – wiecznie na zakupach!

W końcu dotarliśmy pod Duomo, czyli najbardziej znany zabytek miasta generalnie ich pozbawionego. Katedra robi wrażenie swoimi rozmiarami, zarówno od zewnątrz jak i od środka. Chwila kontemplacji wewnątrz była jednym z przyjemniejszych doświadczeń owego dnia.



Wybawieniem od tłoku miała być dzielnica Navigli, do której dotarliśmy niespiesznym spacerem, po drodze poznając spokojniejsze i wcale miłe zakątki. Na miejscu okazało się, że magia tej nazwy jest chwilowo nieaktualna. Po obu stronach kanału miało buzować życie, ale nie buzowało tam zupełnie nic. Knajpki były zamknięte na cztery spusty, po ulicach gnał wiatr pachnący pobliskimi górami. Mimo wszystko, spędziliśmy tam nieco czasu, nabierając energii przed nieuchronnym powrotem do szaleństwa wieczornego Mediolanu i cywilizacji „białego człowieka”, zakochanego w zakupach i zakupami chcącego podkreślić swój poziom.



***
Zupełnie jak rok temu (i dwa!), chwilę po starcie przekraczamy linię demarkacyjną, która dzieli nasz kontynent. Kawałek za Alpami kończy się sielska, słoneczna pogoda, a zaczyna się głęboka pokrywa chmur, zwiastująca chłód, słotę i deszcze przynajmniej przez kilka najbliższych miesięcy...

sobota, 7 stycznia 2012

07.01, Refleksje o kawie i La Dolce Vita

Po wygrzebaniu się z hotelowych pieleszy, raźnym krokiem zmierzamy w okolice portu. Bez trudu znajdujemy miłą knajpkę (tak naprawdę to obskurną, ale tanią i autentyczną aż do przesady). Za w sumie niewielką kwotę spożywamy panini na ciepło, popijamy kawą i rozkoszujemy się tą krótką chwilą, gdy nasze życia pulsują w rytmie la dolce vita, a nie kolejnych rat kredytów i nerwowego zerkania na stan konta bankowego. Uwielbiam ową południową „kulturę kawiarnianą”, która w Polsce jest niestety w powijakach i przypomina sztuczny przerzut przylepiony na siłę do niepasującej siermiężnej całości. Mamy oczywiście „swoje” Starbucksy i różne jego mutacje, ale kto tam tak naprawdę przychodzi? Studenci i bananowa młodzież, bo przecież nie emeryci i renciści. O ile w centrum Warszawy kawiarnia stoi na kawiarni, o tyle ledwie dwa kilometry dalej, żeby się napić małej czarnej muszę iść do kuchni i sam ją sobie zrobić (w szklance oczywiście!). A tak chciałbym wpaść do osiedlowej knajpki, usiąść tam gdzie zawsze i bez słowa dostać po chwili parujący kubek...Taka to ta nasza kultura kawowa, sztuczna i napompowana, a w rzeczywistości ograniczająca się do nielicznych odszczepieńców.



Tymczasem we Włoszech każdy ma swój bar, gdzie codziennie wpada na poranne cappuccino, czy popołudniowe espresso. Przy kontuarach są i dziadkowie i młodzież, a nawet, niespodzianka, kobiety oraz emigranci. Każdy ze sobą rozmawia, każdy zna każdego i nawet jeżeli nie zawsze życie układa się dobrze, to na chwilę chociaż można zapomnieć o troskach i podyskutować o calcio albo bunga bunga (oczywiście, bardzo głośno). No i najważniejsze. Kawa kosztuje czasem okolice jednego euro i stać na nią nawet nas. W takich chwilach człowiek cieszy się życiem, smakując każdy jego moment.


Znowuż kręcimy się długimi godzinami po Starówce i dostrzegamy kolejne różnice pomiędzy Genuą, a Neapolem. Ot chociażby, ruch kołowy. Na południu co chwila mijały nas rozpędzone skuterki, które nic nie robiły sobie z faktu, że uliczki są wąskie i kręte. Tymczasem tutaj pojazdy te okupują głównie parkingi i nowoczesną część miasta.


Po Centro Storico spacerujemy więc bez asysty ich brzęczących silniczków i emocji wywołanych pytaniem „potrąci nas, czy nie potrąci”. Gdzieś pomiędzy starym, a nowym znajduje się Casa di Colombo, czyli odrestaurowany dom, w którym wedle podań, narodził się Krzysztof Kolumb. Budynek nie należy do szczególnie imponujących i szczerze napisawszy, gdyby nie uważne zerkanie dookoła, zapewne przeszlibyśmy obok niezainteresowani. W środku znajduje się małe muzeum, ale nie skorzystaliśmy z tej okazji, tym bardziej, że przecież każdy Polak wie, że Kolumb był naszym rodakiem i narodził się nie w Genui, a pod Radomiem.




Niby trudno się zgubić w tym mieście, gdzie azymut wyznacza powiew morskiej bryzy, ale nam się udało. Tak się zagłębiliśmy w labirynt przejść i kiszek, że wylądowaliśmy daleko od celu naszej wędrówki. Może to i dobrze, bo mieliśmy okazję zetknąć się z nader fotogeniczną okolicą, gdzie blask wieżowców i plątanina ulicznych serpentyn konkuruje z pomnikami przeszłości. Genua, podobnie jak całe niemal Włochy, cierpi na odwieczny problem związany z faktem, że zabytki są wszędzie i jest ich za dużo. Kamiennym wiaduktem przeszliśmy w kierunku ogromnego kościoła i dopiero po dłuższej chwili zorientowaliśmy się gdzie w ogóle jesteśmy.




Należy poświecić chociaż kilka zdań nowoczesnej części miasta. Przy czym słowo „nowoczesna” oznacza przełom XIX i XX wieku, gdzie budowano kamienice masywne, o kubaturze potężnej i przepastnej. Dookoła głównej arterii miasta, Via XX Settembre, jest ich pełno. Pod ich arkadami wrze handlowe życie o niemal każdej porze dnia (bo w nocy to jednak było spokojnie i pusto). Nie wiem gdzie ten włoski kryzys jest, ale w Genui nikt o nim jeszcze nie słyszał. Autochtoni w tysiącach napadali na sklepy, gdzie zostawiali grube zwitki banknotów, wychodząc w zamian z dziesiątkami toreb pełnymi ubrań. W godzinach szczytu, przejście tą ulicą było istną mordęgą. Trudno było zrobić jeden krok nie wpadając na kogoś, albo nie czując czyichś zakupów obijających nogi. Harmider i chaos Via XX Settembre szybko mnie męczyły, sprawiając, że niemal biegłem w kierunku cichszego Centro Storico, aczkolwiek Ania zerkała na sklepowe witryny z rozmarzeniem, jak to kobieta na widok słowa „przecena” (kobiety są w stanie rozpoznać je w każdym języku świata, już to sprawdziłem i udowodniłem niejeden raz!).







Wieczorna pora ukazuje nieco inne oblicze tego miasta. Po pierwsze, wszędzie robi się pusto i spokojnie. Jest niby sobota, ale o godzinie 20-tej część knajp zamyka swoje podwoje. Klientów nie ma. Może wydali już wszystko na buty i bluzki? Na szczęście nasza upatrzona restauracja była jeszcze otwarta i mieliśmy okazję przewertować bogate menu, spożywając posiłek atrakcyjny cenowo oraz kalorycznie. Wracaliśmy do hotelu już uliczkami ciemnymi i niepokojąco czasem wyludnionymi. Niechcący nawet, weszliśmy w ten kwartał miasta, który radzi się omijać z daleka. Zapuszczone domostwa są siedzibą różnorakich emigrantów. Pod drzwiami trwały więc rodzinne spotkania, dzieci biegały po trotuarach, a dorośli patrzyli się na nas z mieszanią zdziwienia i niechęci. Trudno jednak uwierzyć, że może tu być niebezpiecznie, chociażby z tego względu, że część mieszkańców jest tu nielegalnie i ostatnią rzeczą, którą by chcieli jest wizyta patrolu policji.

piątek, 6 stycznia 2012

06.01, Miasto Kolumba Krzysztofa

Rankiem Mediolan pozostał tak pusty jakim był wczorajszej nocy. Nieco się tym zdziwiliśmy, ale w końcu był szósty stycznia, Święto Trzech Króli i pomyśleliśmy, że u nas tego dnia zapewne inaczej to nie wyglądało. Szybkim krokiem zawędrowaliśmy z powrotem w objęcia Dworca Głównego, który tylko po polsku brzmi jak obszczany przez bezdomnych barak. Po włosku jego nazwa od razu uruchamia klapki w głowie odpowiedzialne za przygodę, romantyzm i chęć podążania gdzie sięga horyzont – Stazione di Milano Centrale!







Budynek został oddany do użytku w 1931 roku i z daleka przypomina, że powstał w czasach kiedy w architekturze dominowały monumentalne koncepcje łączące tradycje Imperium Romanum z rozmachem faszyzmu. Wnętrza są przepastne, schody ogromne, sufit ginie dziesiątki metrów nad głowami przechodniów. Ściany zdobią różnorakie płaskorzeźby i można by się tam poczuć nieco zagubionym i niepewnym, gdyby nie to, że nowoczesność swoim krzykliwym obliczem nieco łagodzi ogólne wrażenie. Pod arkadami rozstawiły się rozliczne stanowiska oferujące lokalne frykasy (z cenami, które wpędziły mnie w trwająca po dziś dzień depresję). Wędliny, sery, owoce i oliwki przykuły naszą uwagę na dłuższy moment. Wspomnieliśmy jedynie nasze hotelowe śniadanie składające się z sucharków i dżemu, po czym ruszyliśmy w stronę przygody.
Rok temu chwaliłem włoskie koleje i nic się w tej materii nie zmieniło. Pociąg do Genui stał na właściwym peronie, kupione wcześniej miejsca były wolne i czekały na nas, a odjazd i przyjazd były dokładne co do minuty. Trenitalia, zapewne wzorem Alitalii, jest przedsięwzięciem przynoszącym od swojego powstania same straty, ale trzeba przyznać, że powiększaliśmy deficyt tego kraju w warunkach wygodnych. Jedyną wadą było towarzystwo w przedziale, a raczej ta jego część, która niechybnie pochodziła z terenów byłego NRD. Ostatnio moja niechęć do naszych zachodnich sąsiadów wzrasta i końca tego nie widać, ale wyjątkowo, dają mi ku temu okazję. Brzydka kobieta (chociaż pewności co do płci nie mam, bo pod nosem kwitł jej wąs godny Wałęsy w kwiecie wieku) w towarzystwie roztytego dżentelmena, zerkała na naszą dwójkę z jawną wrogością i obrzydzeniem, co dziwiło nas o tyle, że założyliśmy nasze najlepsze ubrania, wykąpaliśmy się i wypachniliśmy co by godnie reprezentować Polskę zagranicą... Ale słowiańskiej duszy perfumami nie oszukasz, jak mawia popularne w Chociebużu przysłowie ludowe.

Po półtorej godziny czekała nas wysiadka w Genui. Tym samym pierwszy raz w życiu meldujemy się w mieście, w którym narodził się Krzysztof Kolumb. Pomnik go upamiętniający jest zresztą pierwszym widokiem na który podróżny natrafia po wyjściu z dworca. Wita nas piękna, słoneczna pogoda i powietrze ciepłe, chociaż i we Włoszech mają teraz przecież zimę. Szczęściarze!

Wsiadamy do metra. Tak, tak, Genua posiada własną kolej podziemną. Różne już widziałem na całym świecie. Ładne, nijakie i paskudne. I duże, i małe. Ale to genueńskie należy do tych naprawdę mikroskopijnych. Łącznie ma sześć stacji i podczas kilku przejażdżek byliśmy praktycznie jedynymi jego użytkownikami. Perony nie są położone głęboko pod ziemią, a całość sprawia wrażenie przyjemne i bezpieczne. Jak to czasem bywa (chyba głównie we Włoszech) i tutaj gra głośna muzyka, która niemal rani uszy swoim natężeniem. Z drugiej strony, bez jej asysty, byłoby zupełnie cicho... Najważniejsze, że w kilka chwil metro dostarcza nas w okolice Piazza Ferrari, gdzie kilka kroków dzieli nas od naszego lokum.

„Szwajcarskie meble”, tak należałoby przetłumaczyć jego nazwę. Przy niej tkwi dumnie jedna gwiazdka, ale standard jest nieporównywalny z tym co widzieliśmy wcześniej. Jest bardzo przyjemnie, czysto, miło, a pokojowe oświetlenie rzuca pięknej barwy poświatę na wszystko dookoła. Po nocy spędzonej w klimacie prosektorium doceniamy to niezwykle i Genua praktycznie od początku bardzo nam przypadła do gustu. Właścicielem przybytku okazał się bardzo miły, nieco przygarbiony pan, który witał i żegnał nas serdecznym uśmiechem. Widząc moją strapioną minę, gdy wypełniałem karty meldunkowe, powiedział jedynie zrezygnowanym głosem co sądzi o tutejszej biurokracji, a ja jedynie przytaknąłem znacząco głową.

Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę genueńskiego Centro Storico, czyli starówki. Na mapie ta część aglomeracji przypominała sieć utkaną gęsto przez pająka. A może raczej historię? Większość uliczek nie posiadała nawet własnych nazw, a kierunki niektórych skręcały w zupełnie niezrozumiałych kierunkach. Szybko nam się to wszystko spodobało. Ten ponury, nieco szary i zacieniony klimat od razu przywołał wspomnienia z Neapolu. Do tego stopnia, że podczas całego pobytu w Genui łapałem się na tym, że jestem tam, a nie tu (amazońskim Indianom ta koncepcja by się zapewne spodobała). Brak jedynie owej patyny brudu, stert śmieci czy nadpalonego samochodu porzuconego gdzieś w zakątku, gdzie nie zagląda żaden przechodzień. Wychodzi na to, że raz – Neapol jest zupełnie wyjątkowy, a dwa, że Genua to jednak północ Włoch, a jak wiadomo, na Półwyspie Apenińskim, to północ pracuje, gdy południe leni się i gnije w smrodzie. Łaziliśmy po tej plątaninie z przyjemnością, szczególnie na początku, gdy co chwila się gubiliśmy i wędrowaliśmy zupełnie po omacku.




Chcąc nie chcąc, prędzej czy później zawsze wychodzi się w tym samym miejscu, czyli na nadbrzeże. Zew morza wzywa! Ponoć jeszcze dekadę temu były to okolice nader nieprzyjemne i niezbyt bezpieczne, ale po owym łotrzykowskim wizerunku pozostały już głównie wspomnienia oraz … rekwizyty, głównie lekko nadpsute budynki pokryte patyną czasu i zmęczenia. Po okolicach kręci się lokalna ludność murzyńska (przepraszam, afroitaliańska). Także tutaj napotykamy na znajomy obrazek, czyli dziesiątki mężczyzn, którzy stoją nad torebkami rozłożonymi na prześcieradle w oczekiwaniu na kolejną klientkę chcącą nabyć podróbkę Dolce & Gabany. Inną atrakcją jest galeon zacumowany przy brzegu, przyozdobiony na dziobie wielkimi rzeźbami Neptuna oraz bliżej nam nieznanego cherubinka.






Jednak życie nadbrzeża toczy się głównie w tzw. Porto Antico. Kilka lat temu przeszedł on sporą renowację, na miejscu powstała miła promenada, wianuszek restauracji, reda na jachty i kilka innych kolorowych świecidełek. Szczególnie łódki wzbudzały w nas zaciekawienie. Było ich całe zatrzęsienie, począwszy od małych łupinek, poprzez wodne odpowiedniki M2, kończąc na ogromnych jednostkach z załogą liczoną w dziesiątkach osób. Zaszkliło mi się nieco oko, albowiem posiadanie własnego lokum na wodzie to jedno z moich cichych, niewypowiedzianych marzeń, które każdego dnia karze mi wstawać rano do pracy. Może kiedyś, kto wie?






Zanim wieczorem do hotelu wygnał nas ziąb (po ciepłym dniu spadek temperatury odczuwaliśmy wyjątkowo dotkliwie), pokręciliśmy się jeszcze po okolicach ciesząc się wolnym dniem i tym, że znowu jesteśmy w tym pięknym kraju, gdzie byle espresso i kawałek pizzy smakują jak ambrozja...