piątek, 6 stycznia 2012

06.01, Miasto Kolumba Krzysztofa

Rankiem Mediolan pozostał tak pusty jakim był wczorajszej nocy. Nieco się tym zdziwiliśmy, ale w końcu był szósty stycznia, Święto Trzech Króli i pomyśleliśmy, że u nas tego dnia zapewne inaczej to nie wyglądało. Szybkim krokiem zawędrowaliśmy z powrotem w objęcia Dworca Głównego, który tylko po polsku brzmi jak obszczany przez bezdomnych barak. Po włosku jego nazwa od razu uruchamia klapki w głowie odpowiedzialne za przygodę, romantyzm i chęć podążania gdzie sięga horyzont – Stazione di Milano Centrale!







Budynek został oddany do użytku w 1931 roku i z daleka przypomina, że powstał w czasach kiedy w architekturze dominowały monumentalne koncepcje łączące tradycje Imperium Romanum z rozmachem faszyzmu. Wnętrza są przepastne, schody ogromne, sufit ginie dziesiątki metrów nad głowami przechodniów. Ściany zdobią różnorakie płaskorzeźby i można by się tam poczuć nieco zagubionym i niepewnym, gdyby nie to, że nowoczesność swoim krzykliwym obliczem nieco łagodzi ogólne wrażenie. Pod arkadami rozstawiły się rozliczne stanowiska oferujące lokalne frykasy (z cenami, które wpędziły mnie w trwająca po dziś dzień depresję). Wędliny, sery, owoce i oliwki przykuły naszą uwagę na dłuższy moment. Wspomnieliśmy jedynie nasze hotelowe śniadanie składające się z sucharków i dżemu, po czym ruszyliśmy w stronę przygody.
Rok temu chwaliłem włoskie koleje i nic się w tej materii nie zmieniło. Pociąg do Genui stał na właściwym peronie, kupione wcześniej miejsca były wolne i czekały na nas, a odjazd i przyjazd były dokładne co do minuty. Trenitalia, zapewne wzorem Alitalii, jest przedsięwzięciem przynoszącym od swojego powstania same straty, ale trzeba przyznać, że powiększaliśmy deficyt tego kraju w warunkach wygodnych. Jedyną wadą było towarzystwo w przedziale, a raczej ta jego część, która niechybnie pochodziła z terenów byłego NRD. Ostatnio moja niechęć do naszych zachodnich sąsiadów wzrasta i końca tego nie widać, ale wyjątkowo, dają mi ku temu okazję. Brzydka kobieta (chociaż pewności co do płci nie mam, bo pod nosem kwitł jej wąs godny Wałęsy w kwiecie wieku) w towarzystwie roztytego dżentelmena, zerkała na naszą dwójkę z jawną wrogością i obrzydzeniem, co dziwiło nas o tyle, że założyliśmy nasze najlepsze ubrania, wykąpaliśmy się i wypachniliśmy co by godnie reprezentować Polskę zagranicą... Ale słowiańskiej duszy perfumami nie oszukasz, jak mawia popularne w Chociebużu przysłowie ludowe.

Po półtorej godziny czekała nas wysiadka w Genui. Tym samym pierwszy raz w życiu meldujemy się w mieście, w którym narodził się Krzysztof Kolumb. Pomnik go upamiętniający jest zresztą pierwszym widokiem na który podróżny natrafia po wyjściu z dworca. Wita nas piękna, słoneczna pogoda i powietrze ciepłe, chociaż i we Włoszech mają teraz przecież zimę. Szczęściarze!

Wsiadamy do metra. Tak, tak, Genua posiada własną kolej podziemną. Różne już widziałem na całym świecie. Ładne, nijakie i paskudne. I duże, i małe. Ale to genueńskie należy do tych naprawdę mikroskopijnych. Łącznie ma sześć stacji i podczas kilku przejażdżek byliśmy praktycznie jedynymi jego użytkownikami. Perony nie są położone głęboko pod ziemią, a całość sprawia wrażenie przyjemne i bezpieczne. Jak to czasem bywa (chyba głównie we Włoszech) i tutaj gra głośna muzyka, która niemal rani uszy swoim natężeniem. Z drugiej strony, bez jej asysty, byłoby zupełnie cicho... Najważniejsze, że w kilka chwil metro dostarcza nas w okolice Piazza Ferrari, gdzie kilka kroków dzieli nas od naszego lokum.

„Szwajcarskie meble”, tak należałoby przetłumaczyć jego nazwę. Przy niej tkwi dumnie jedna gwiazdka, ale standard jest nieporównywalny z tym co widzieliśmy wcześniej. Jest bardzo przyjemnie, czysto, miło, a pokojowe oświetlenie rzuca pięknej barwy poświatę na wszystko dookoła. Po nocy spędzonej w klimacie prosektorium doceniamy to niezwykle i Genua praktycznie od początku bardzo nam przypadła do gustu. Właścicielem przybytku okazał się bardzo miły, nieco przygarbiony pan, który witał i żegnał nas serdecznym uśmiechem. Widząc moją strapioną minę, gdy wypełniałem karty meldunkowe, powiedział jedynie zrezygnowanym głosem co sądzi o tutejszej biurokracji, a ja jedynie przytaknąłem znacząco głową.

Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę genueńskiego Centro Storico, czyli starówki. Na mapie ta część aglomeracji przypominała sieć utkaną gęsto przez pająka. A może raczej historię? Większość uliczek nie posiadała nawet własnych nazw, a kierunki niektórych skręcały w zupełnie niezrozumiałych kierunkach. Szybko nam się to wszystko spodobało. Ten ponury, nieco szary i zacieniony klimat od razu przywołał wspomnienia z Neapolu. Do tego stopnia, że podczas całego pobytu w Genui łapałem się na tym, że jestem tam, a nie tu (amazońskim Indianom ta koncepcja by się zapewne spodobała). Brak jedynie owej patyny brudu, stert śmieci czy nadpalonego samochodu porzuconego gdzieś w zakątku, gdzie nie zagląda żaden przechodzień. Wychodzi na to, że raz – Neapol jest zupełnie wyjątkowy, a dwa, że Genua to jednak północ Włoch, a jak wiadomo, na Półwyspie Apenińskim, to północ pracuje, gdy południe leni się i gnije w smrodzie. Łaziliśmy po tej plątaninie z przyjemnością, szczególnie na początku, gdy co chwila się gubiliśmy i wędrowaliśmy zupełnie po omacku.




Chcąc nie chcąc, prędzej czy później zawsze wychodzi się w tym samym miejscu, czyli na nadbrzeże. Zew morza wzywa! Ponoć jeszcze dekadę temu były to okolice nader nieprzyjemne i niezbyt bezpieczne, ale po owym łotrzykowskim wizerunku pozostały już głównie wspomnienia oraz … rekwizyty, głównie lekko nadpsute budynki pokryte patyną czasu i zmęczenia. Po okolicach kręci się lokalna ludność murzyńska (przepraszam, afroitaliańska). Także tutaj napotykamy na znajomy obrazek, czyli dziesiątki mężczyzn, którzy stoją nad torebkami rozłożonymi na prześcieradle w oczekiwaniu na kolejną klientkę chcącą nabyć podróbkę Dolce & Gabany. Inną atrakcją jest galeon zacumowany przy brzegu, przyozdobiony na dziobie wielkimi rzeźbami Neptuna oraz bliżej nam nieznanego cherubinka.






Jednak życie nadbrzeża toczy się głównie w tzw. Porto Antico. Kilka lat temu przeszedł on sporą renowację, na miejscu powstała miła promenada, wianuszek restauracji, reda na jachty i kilka innych kolorowych świecidełek. Szczególnie łódki wzbudzały w nas zaciekawienie. Było ich całe zatrzęsienie, począwszy od małych łupinek, poprzez wodne odpowiedniki M2, kończąc na ogromnych jednostkach z załogą liczoną w dziesiątkach osób. Zaszkliło mi się nieco oko, albowiem posiadanie własnego lokum na wodzie to jedno z moich cichych, niewypowiedzianych marzeń, które każdego dnia karze mi wstawać rano do pracy. Może kiedyś, kto wie?






Zanim wieczorem do hotelu wygnał nas ziąb (po ciepłym dniu spadek temperatury odczuwaliśmy wyjątkowo dotkliwie), pokręciliśmy się jeszcze po okolicach ciesząc się wolnym dniem i tym, że znowu jesteśmy w tym pięknym kraju, gdzie byle espresso i kawałek pizzy smakują jak ambrozja...