poniedziałek, 14 marca 2016

12-14.03, Gotyk, Toruń, Destrukcja

Pod koniec stycznia nasza rodzina powiększyła się o kolejną małą istotę, a nasz domowy budżet o dodatkowe 500 złotych miesięcznie. Oznaczało to sporo zmian, które dotknąć musiały oczywiście również prozaicznej materii jaką są podróże małe i duże. Przez pierwsze tygodnie siedzieliśmy raczej w domu, co zresztą miało swoje zalety - miałem kilkanaście dni urlopu, dużo czasu spędzałem ze starszą córką, chodziliśmy na wielogodzinne spacery. Udało mi się dzięki temu zobaczyć wiele zakątków rodzimej Warszawy, w tym i takie miejsca, w których nie byłem od dekad. Wiele z tych “wypraw” miało bardzo melancholijny wymiar, szczególnie, że wszystko działo się w lutym, miesiącu, który uważam, że w naszym klimacie, jest okresem wyjątkowo smutnym i pasującym do wszelakich podróży w przeszłość. Na początku marca wziąłem zaś Gabrielę i we dwójkę pojechaliśmy na nasz pierwszy, wspólny, samotny wyjazd. Zaczęliśmy spokojnie, bo od dobrze znanego Torunia. Spakowaliśmy walizkę i ruszyliśmy przed siebie.

Zatrzymaliśmy się w hotelu “1231”, który prywatnie nadal uważam za miejsce bliskie doskonałości. Moja Ania zawsze się temu dziwi, ale powody mojej fascynacji są proste. Po pierwsze, jest to hotel świetnie położony, bo tuż obok ruin dawnego Zamku Krzyżackiego. W minutę można z niego dotrzeć do serca Starego Miasta, w tyle samo zaś można do niego wrócić, co w przypadku podróżowania z małym dzieckiem, bywa zbawienne. Po drugie, jest to hotel, który nie podkreśla swojego splendoru i unika, jakże częstego w Polsce, przepychu na pokaz. Przez to wielu osobom może wydawać się nieco staroświecki, co dla mnie jest zdecydowanie zaletą. Acha, obsługa hotelu na recepcji, ilekroć do niego się wchodzi, zawsze grzecznie wstaje z miejsc. To też rzadko spotykany już zwyczaj, było mi trochę zresztą głupio z tego powodu, bo jako młody ojciec będący po raz pierwszy sam z dzieckiem, często wracałem do pokoju po kilka razy, zmuszając w ten sposób miłe panie do wstawania i siadania w krótkich odstępach czasowych. Za co je przepraszam. Tyle tej darmowej reklamy.

Lubię wracać do Torunia. I to pomimo tego, że znam go już dosyć dobrze i zrobiłem zdjęcie każdemu pewnie zaułkowi Starego Miasta, który na to zasługiwał. Oczywiście, znam go pobieżnie. Nie byłem w środku Ratusza. Nie odwiedziłem Muzeum Piernika. Nie byłem w Planetarium i tak można jeszcze długo wymieniać. Można napisać, że odkrywam go powoli, w swoim własnym tempie.



Toruń ma dla mnie wiele przymiotów, które decydują o jego atrakcyjności. Jest jednym z nielicznych miejsc w Polsce, gdzie naprawdę można poczuć ducha przeszłości. Jego zabudowa jest zwarta, wiekowa i monumentalna. Gdzieniegdzie brzydka i zniszczona, ale przede wszystkim, autentyczna. Wprawne oko zauważy, że budynki nie są powojennymi rekonstrukcjami, tylko efektem nacierania na siebie różnych wpływów, epok, stylów ale i katastrof wszelkiej maści. Chociażby w XIX wieku, w okresie, kiedy podupadłe przez ostatnie lata miasto zaczęło się odradzać i na nowo zaludniać, zniszczono wiele kamienic, dobudowując do nich kolejne kondygnacje i pozbawiając je barokowych, zdobnych szczytów i wykwintnej sztukaterii.

Jest też Toruń miastem, gdzie nawet w złą pogodę jest co robić. Pełno w nim restauracji, barów, kawiarni i innych, wielkomiejskich atrakcji. Owa symbioza komercyjnej, wygodnickiej współczesności i romantycznej przeszłości wyszła tu bardzo dobrze, a w jej kontemplacji wcale nie przeszkadza kieszonkowy rozmiar “historycznej” części śródmieścia. Teren Starego i Nowego Miasta można spacerem przejść wzdłuż w pewnie mniej niż kwadrans. Tylko po co? Magia Torunia polega właśnie na tym, że każda uliczka kusi, by w nią skręcić, zobaczyć co jest za rogiem. I to nawet wtedy, gdy doskonale się wie co jest za rogiem.



Rzadko, bo rzadko, ale zapuszczaliśmy się nieco dalej, np. na Przedmieście Bydgoskie, gdzie mieści się Ogród Zoobotaniczny. Nasz plan to odwiedzenie wszystkich tego typu placówek w Polsce. Nie mogliśmy więc nie zobaczyć tego w Toruniu. Nie jest to miejsce duże, trudno je również nazwać pełnoprawnym ZOO. W sumie jest to miejski park, w którym umieszczono trochę mniej “wymagających” zwierząt. Ale dwulatce się tam podobało, a to najważniejsze. Najbardziej - podobał się plastikowy kangur, któremu Gabriela, po namowach, weszła “do torby”, a potem nie mogła z niej wyjść. Kupa śmiechu!

Wyjazd z dwulatką był sporym sprawdzianem dla mojej cierpliwości. Tylko raz naprawdę się dałem ponieść nerwom - gdy w nobliwej restauracji Gabriela położyła się na podłodze, zresztą, ku radości innych gości, bo wszystko odbywało się w asyście jej szalonego śmiechu. Poza tym, dni spędzone w Toruniu były naprawdę pomyślne i pełne pozytywnych wydarzeń. Sporo było biegania, zabawy, poważnych rozmów na różne tematy oraz głębokich spojrzeń w oczy w rytm “Never tear us apart” INXS. Obyło się bez płaczu i innych dramatów. W dzienniczku zapisałem sobie znamienne słowa - “To dziwne, ale naprawdę odpocząłem. Wyjazd w tej formie należy powtarzać regularnie”. Tak naprawdę, wcale tak nie napisałem - a szkoda, bo powinienem.