piątek, 25 lipca 2014

23-25.07, Chełmno, czyli odrobina Gotyku na koniec tułaczki

Po ośmiu dniach nad Bałtykiem nasz plan zakładał powrót do interioru i ostatki urlopu w postaci obcowania z historią. Można się więc domyślić, że była to moja inicjatywa, ponieważ reszta mojej rodziny ma zupełnie inne zainteresowania. Kusiło mnie by pojechać w kilka miejsc, które znajdują się na Europejskim Szlaku Gotyku Ceglanego. Tak w ogóle to chciałbym przejechać go w całości, ale to już zdecydowanie innym razem… Myślałem o zamku w Gniewie, albo tym w Bytowie. Słyszałem sporo dobrego o Grudziądzu, ale ostatecznie wybrałem wizytę w Chełmnie, gdzie zachowało się bardzo dużo zabudowy sprzed lat, a wojny i kataklizmy łaskawie obeszły się z jego tkanką. Reklamuje się ono w końcu jako miasto zabytków jak i … zakochanych.

Mimo tego chwytliwego sloganu, Chełmno nie znajduje się w obszarze zainteresowań przeciętnego turysty. Sama nazwa bywa myląca. W koncu, w pobliżu znajduje się Chełmża, a położony w zupełnie innej części Polski Chełm jest z pewnością bardziej rozpoznawalny. Miłośników Gotyku przyciąga raczej niedaleki Toruń. Zwolennicy większych miast i ich atmosfery wybierają zapewne Gdańsk, do którego też nie jest daleko z Chełmna. Ale niewiele osób decyduje się nadłożyć drogi, by trafić akurat tutaj. Zabytki Chełmna, choć unikalne, to nadal za mało, by odpowiednio zachęcić do odwiedzin. Sprawia to, że w mieście wyczuwalna jest atmosfera zapomnienia. Fronty kamienic od dawna nie widziały ekip remontowych (szczególnie tych z lat 90-tych, które tak ochoczo poprawiały stare elewacje za pomocą kartongipsu), więc miejski anturaż jest bardzo naturalny, a jego surowość i szarość dodatkowo uwypukla rozliczne gotyckie perełki rozrzucone dookoła. Współczesność odcisnęła oczywiście i tu swoje piętno. Znaleźć można chociażby Biedronkę zlokalizowaną przy jednej z najważniejszych uliczek prowadzących na renesansowy rynek. Są tutaj i inne “sieciowe” sklepy, a neony banków czy SKOK-ów kuszą tych wszystkich, którym nie starcza do pierwszego. Ale stare Chełmno pozostaje nadal w dobrej kondycji i nie zamierza się raczej zamienić w tandetne świecidełko dla turystów. Co mnie zresztą bardzo cieszy!



Ów klimat zapomnienia ma swoje zalety, ale również wady, szczególnie dla mieszkańców, którzy muszą tutaj w końcu pracować, żyć i jakoś sobie radzić. Pisząc wprost, jest tu raczej skromnie, by nie napisać wręcz, że jest po prostu biednie. Bezrobocie zapewne niebezpiecznie szybuje tu w górę, a najbliższe sensowne pensje czekają na odważnych i upartych w Toruniu czy też Bydgoszczy… Z punktu widzenia przygodnego gościa, miło jednak dowiedzieć się, że są w Polsce jeszcze takie miasta, które zachowały się tak dobrze i w których można znaleźć aż tak wiele śladów “Historii przez duże H”.



Chełmno posiada prawa miejskie od XIII wieku. Jego układ ubranistyczny wywodzi się wprost ze średniowiecza i przez stulecia nie uległ poważnym modyfikacjom. Stare Miasto stanowi zwartą jedność i posiada wiele zabytków,w tym aż siedem gotyckich kościołów - niektóre z nich są naprawdę wspaniałej urody. Całość jest otoczona, zachowanym prawie w całości, murem, którego długość ustępuje jedynie słynnemu, francuskiemu Carcassonne. Nic dziwnego więc,że spacery po Chełmnie należały do doświadczeń zdecydowanie przyjemnych, tym bardziej, że przez cały pobyt mieliśmy wrażenie, że jesteśmy tu jedynymi gośćmi.Było to oczywiście uczucie mylne, ale jakże przyjemne, szczególnie po wizycie we Władysławowie.





Jak przystało na średniowieczne miasteczko, centralnym punktem jest tu oczywiście Rynek na którym zlokalizowany jest Ratusz. Budynek pochodzi z XIII wieku, ale obecnie cieszy oczy przerobiony na renesansową modłę. Nie jest wielki, ale nic dziwnego, bo i samo Chełmno wielkie nigdy nie było. Za to, przyznać trzeba, że mimo swoich rozmiarów, bywa tutaj tak miejsko, jak i różnorodnie. Szczególnie gdy odbije się od “głównych” arterii Starego Miasta i zboczy się gdzieś w bok. Patrząc na kamienice widać, że mimo iż są zapuszczone, to nadal zaskakują zdobieniami, formami, stylami. Czuć, że miasto to powstawało przez wieki, a jego obecny kształt, mimo średniowiecznej formy, ukształtowało się przez setki lat istnienia. Są tu więc tak budynki bardziej nobliwe (bliżej Rynku), jak i takie, rzec by można, “wiejskie”, zazwyczaj parterowe, wciśnięte gdzieś pomiędzy wyższych sąsiadów.



Mając na uwadze rozmiary miasta (obecnie dwadzieścia tysięcy mieszkańców), zdziwić może tak liczba, jak i wygląd tutejszych świątyń. Kościoły są naprawdę duże i stanowią istotny punkt na mapie Europejskiego Szlaku Gotyku Ceglanego. Można sobie tylko wyobrazić jakie wrażenie robić musiały przed wiekami, gdy większość mieszkańców żyła w podłych, zapadłych norach, zaś Kościoły lśniły potęgą i wystawały ponad swoje otoczenie. Cóż, zadziwia mnie to za każdym razem gdy odwiedzam jakiekolwiek średniowieczne miasto. Ale czy ta pycha budowniczych to coś nam zupełnie obcego? Chyba nie. Tak jest widać najwyraźniej ułożony nasz świat. Dzisiaj zachwycamy się drapaczami chmur, które symbolizują potęgę nowego, uniwersalnego Bóstwa jakim jest pieniądz i pokornie żyjemy w cieniu tych świątyń kapitału.

Chełmno ujęło mnie także detalami, które podkreślają wielowiekową historię miasta. W jednym z Kościołów znajduje się na ten przykład kawałek czaszki Świętego Walentego. I to od kilkuset dobrych lat! Owa relikwia jest powodem dla którego miasto reklamuje się jako miejsce spotkań zakochanych. Tak swoją drogą, ciała świętych zazwyczaj rozdrapywane były na drobne kawałki, więc w Europie znaleźć można kilka(naście) świątyń, w której znajdziemy a to palec, a to piszczel, a to inny kawałek żebra należący do tego męczennika.

Inną ciekawostką są kule armatnie, które uważne oko wypatrzy w jednym z fragmentów miejskich umocowań. Pochodzą one jeszcze ze Szwedzkiego Potopu. Wyobraźnia podpowiada, że zostały wystrzelone i w ten sposób utkwiły pomiędzy cegłami, jednak rzeczywistość jest zdaje się nieco bardziej prozaiczna - są wmurowane na pamiątkę tych wydarzeń. Spacer dookoła murów jest zresztą doskonałym sposobem na poznanie Chełmna.

Z kolei, na jednej ze ścian Ratusza znajduje się niepozorny, metalowy pręt. Jest to tzw. pręt chełmiński, który był oficjalną miarą długości używanej w Państwie Zakonu Krzyżackiego, w granicach którego Chełmno oczywiście leżało. To kolejna i bynajmniej nie ostatnia drobna ciekawostka, która potwierdza, że Chełmno ma sporo do zaoferowania. W pewnym sensie, jest to taki "mały" Toruń. W przeciwieństwie jednak do swego sąsiada, miasteczko nadal czeka na odkrycie przez masową turystykę. Życzę tego mieszkańcom, z drugiej jednak strony, może być szkoda atmosfery jaka obecnie panuje w miasteczku - więc jeżeli ktoś chce ją poczuć, polecam wyjazd możliwie jak najszybciej. Ja również z chęcią przyjdadę tu ponownie.

***

W piątkowy poranek spakowaliśmy się, pożegnaliśmy z gospodarzami miłego przybytku w którym spaliśmy (w całym mieście są zdaje się w sumie dwa hotele - i oba należą do tych samych właścicieli) i ruszyliśmy do domu. W ten sposób zakończyliśmy nasze wielkie, polskie wakacje. Dwa tygodnie w drodze. Ponad tysiąc przejechanych kilometrów, poznanych pięć nowych miast i mnóstwo nowych, nieznanych emocji. Po tygodniach ciężkiej pracy, nocowania w biurze, porannych wyjazdach na dwanaście godzin z dala od domu, najbardziej cieszyłem się tego prozaicznego faktu, że przez kilkanaście dni mogłem ciągle przebywać z własnym dzieckiem. Brutalny jest ten świat, ale co zrobić.
Muszę przyznać, że wspominam ten wyjazd z dużym sentymentem i, o zgrozo!, już teraz planuję powtórzyć go w przyszłym roku. Oczywiście, wybierajac zupełnie inną trasę i inne punkty. I naturalnie omijając z daleka miejsca takie jak Władysławowo. Na szczęście, nie jest to trudne, bo jak pokazuje przykład Chełmna chociażby, jest w Polsce nadal wiele miejsc, które czekają na odkrycie i w których można ciekawie spędzić czas.

czwartek, 24 lipca 2014

20-23.07, Władysławowo, czyli Jądro Ciemnoty

Planując te podróż założyłem, że po czterech dniach w jednym miejscu, szczególnie tak spokojnym jak Piaski, będziemy na pewno chcieli jechać gdzieś indziej, by pobyć dla odmiany bliżej “cywilizacji”. No cóż, myliłem się. Gdybyśmy bowiem mogli, to byśmy się wcale nie ruszali z tego jakże przyjemnego miejsca i to mimo, iż panowała tam nuda, a największym wydarzeniem były jak już wspomniałem, wieczorne spacery rodziny lokalnych dzików. Niestety, czekało na nas już kolejne miejsce, a ja szybko zdałem sobie sprawę, że niekoniecznie będzie nam się tam podobać. Zapomniałem po prostu jak wygląda NAPRAWDĘ Bałtyk latem. Krótka wizyta w Krynicy Morskiej za to mi to szybko uzmysłowiła - te tłumy, ta bazarowa atmosfera przytłoczyła mnie i zniechęciła do podobnych miejsc. A niestety, zmierzaliśmy dalej do istnego Jądra Ciemności (a może raczej - Ciemnoty) Bałtyku, czyli do Władysławowa. Na sam dźwięk tej nazwy, wyskakiwała mi gęsia skórka, a nieliczne włosy stawać zaczęły dęba.

Wydawało mi się, że kiedyś byłem w popularnym “Władku”. Ale chyba tylko wydawało się. W studenckich czasach bywałem nad morzem, sęk w tym, że nic z tych wyjazdów nie pamiętam. Nie pamiętam bowiem ani kiedy tam byłem, ani gdzie, a tylko częściowo z kim. Zupełna demencja. Tu chciałoby się zarechotać i dopowiedzieć, że “tak to już bywało w studenckich czasach, gdy wódka i piwo lały się strumieniami”, gdyby nie to, że ja akurat zawsze byłem porządny i od alkoholu, w nadmiernych ilościach, stroniłem nawet wtedy. Może jakbym dokopał się do zdjęć to wiedziałbym więcej, problem (kolejny) polega jednak na tym, że żadnych nie posiadam… Przypomina mi się od razu anegdotka bodajże o Joe Cockerze, który w latach 70-tych tak mocno imprezował i nadużywał wszystkiego co niezdrowe, że przyznawał potem, że nie kojarzy co robił przez całą dekadę. Co więcej, w latach 80-tych, po powrocie z odwyku ze zdziwieniem odkrył na półce kilka płyt swojego autorstwa, o których nie wiedział, że je stworzył. Nie wiem czy to prawda czy też coś mi się pomieszało. Ale ja mam podobnie - wiem, że bywałem nad Bałtykiem dobrą dekadę temu, ale niczego więcej już pewien nie jestem.

Byłem, nie byłem, to nie ma znaczenia. Nawet gdybym się tu urodził, i tak pewnie nie byłbym w stanie poznać Władysławowa. Od momentu wjazdu do tego miasta miałem ochotę nacisnąć pedał gazu i uciec gdzieś dalej. Nie było na to jednak szans. Ulice były zapchane. Podobnie jak chodniki. Ta niewielka mieścina nagle gościła dziesiątki tysięcy turystów, a kolejne dziesiątki tysięcy sklepów, wyszynków, straganów i stoisk starały się wyssać z ich portfeli kolejne złotówki. Gofry, kebaby, pizze, lody kręcone i na patyku, wata cukrowa, kurczaki na rożnie, piwo, piwko, piwerko. Do tego ubrania - slipy wiszące bezwstydnie na widoku, podróbki okularów przeciwsłonecznych, “markowe” ubrania znanych projektantów jakich jak słynny Le Big Star. Oferta była ogromna. Dawno nie widziałem takiego Armageddonu i takiego nagromadzenia tandety w jednym miejscu. Na szczycie tego wszystkiego znajduje się bez wątpienia Hotel Pekin. Nawet chciałem w nim wykupić noclegi, ale w ostatniej chwili zdecydowałem się, że będzie to zbyt gruby żart. Pekin wygląda tak jak brzmi - jest to budynek zaprojektowany na zlecenie kogoś kto BARDZO chciał mieć hotel w stylu chińskim, więc architekt BARDZO dokładnie podszedł do spełniania tej prośby i upchał w tej bryle dosłownie wszystko co tylko znalazł jako inspirację.

Władysławowo całe oblebione było szyldami reklamowymi, kolorowymi, paskudnymi i natarczywymi. To miejsce wręcz gwałciło oczy i robiło to za każdym razem gdy tylko wzrok uciekał na boki. Miasta i jego tkanki praktycznie nie było widać zza tego zalewu bezguścia. Zabytki? Żadnych. To nie jest dobre miejsce dla miłośników jakiejkolwiek architektury. Zadekowaliśmy się więc w naszym hotelu (tym razem o jakości znacznie niższej niż poprzednik z Piasków - chociaż o różnicy stanowili głównie ludzie, bo miejsce samo w sobie było całkiem dostojne) i przez cztery dni, nieśmiało i bez przekonania, próbowaliśmy udawać, że wypoczywamy. Korzystaliśmy z naszego przybytku, np. leżąc na trawie w cieniu i ciesząc się spokojnym otoczeniem, o które było na zewnątrz bardzo trudno.

Całe te wypoczywanie nie było proste. Prozaiczne spacery po mieście były udręką. Wizyta w kawiarni niemal zawsze oznaczała przekrzykiwanie kakofonii szczekaczek, które reklamowały np. przejażdżki na koniu (5 minut za 10 złotych!). Trudno nam było znaleźć ustronne i ciche zakątki. Jednym z wyjątków był ośrodek sportowy w Cetniewie, gdzie można było usiąść w cieniu i mieć chwilę dla siebie. Przychodziliśmy tam więc często.

Innym miejscem, które polubiliśmy był Port Rybacki. Jeśli wierzyć źródłom oficjalnym, jest to zresztą największy port rybacki na całym Bałtyku. Spracowane kutry dzieliły co prawda redy ze statkami dla turystów, ale bez większego problemu można tam było poczuć klimat morskiej przygody, w czym pomagał z pewnością drażniący nozdrza rybi odór.






Na plaży pojawialiśmy się tylko wieczorami. Nie wiedzieć czemu, robiło się tam pustawo w okolicach 17-tej, kiedy opaleni na brąz dresiarze z obowiązkowymi tribalami na bicepsach oraz ich “larwy”, czyli kobiety vel “dupy”, opuszczali swe posterunki. Zamiast nich na piasku nieśmiało pojawiali się inni - zamyśleni pracownicy umysłowi, rodziny z dziećmi, emeryci, renciści… Wszyscy spacerowali wzdłuż wody, zupełnie jakby dopiero co zostali dopuszczeni do tego przywileju. Wieczorami było tam nawet miło, tym bardziej, że plaża ta należy do naprawdę urodziwych.



W ciągu dnia zaś… Cóż, spróbowaliśmy raz. O raz za dużo. Gdy tylko zobaczyłem ten tłum od razu chciałem uciekać. Ludzie dosłownie siedzieli sobie na głowie, ale najciekawsze jest to, że nikomu to chyba nie przeszkadzało. Widać, niektórzy lubią taką bliskość. Ja nie byłbym w stanie wytrzymać w tym tłumie minuty. Inni zaś prażyli się tak od rana do wspomnianej 17-tej, kiedy to wypadało się przebrać i pójść na dyskotekę. Kiedy my patrzyliśmy się na to ze zdziwieniem, ktoś inny za naszymi plecami, widząc to samo co my, zakrzyknął radośnie “jak tu fajnie”. Co pokazuje dobitnie, że nasz punkt widzenia na świat, życie i jego problemy jest spojrzeniem stosunkowo rzadko spotykanym, można by rzecz, że niszowym.

To z kolei doprowadziło mnie do innej refleksji. Dla większości odwiedzających, Władysławowo wcale nie jest straszne, prostokate, głośne i tandetne. Ono jest wspaniałe, żywe, kolorowe, optymistyczne i pełne dobrej energii. W codziennym życiu zapewne wielu osobom tego właśnie brakuje, a Władysławowo doskonale uzupełnia tę lukę. W końcu od tego są wakacje, by się przenieść do lepszej rzeczywistości. Gdy sobie to uzmysłowiłem, spojrzałem na to miasto inaczej i postanowiłem, że przestanę się pastwić. W końcu, w ten sposób mogę urazić czyjeś marzenia, których we Władysławowie unosi się w powietrzu istne mrowie...

niedziela, 20 lipca 2014

16-20.07, Na krańcu Polski

Nie da się ukryć, iż ten urlop, skromny przecież i niewinny, wyzwalał we mnie zaskakująco dużo emocji. Więcej nawet niż niejedna daleka podróż. Zastanawiałem się - o co chodzi? Podróżowaliśmy przecież po „zwykłej” Polsce. Co prawda, odwiedzaliśmy jej mniej znane zakątki, ale nadal były one swojskie, nasze, często dosyć szare i smutne, napisać by można wręcz, że cebulą nam pachniało niczym we własnym domu. A nie wiedzieć czemu, ruszając dalej w drogę odczuwałem dziką radość i ciekawość, zupełnie niewspółmierną do tego co nas czekało. W rzeczywistości opuszczaliśmy przecież „tylko” Frombork i jechaliśmy przed siebie dalej, do malutkiej wioski zlokalizowanej na Mierzei Wiślanej, która to wioska posiada wiele nazw i nikt do końca nie wie jak się ona tak naprawdę nazywa.

Dookoła Zalewu zmierzaliśmy bowiem do Piasków, nazywanych niegdyś Nową Karczmą, a czasem nadal Krynicą Morską, ponieważ w praktyce jest to dalekie przedmieście owej “letniej stolicy Polski”, jak nazywają ją specjaliści od turystyki masowej. Niezależnie od nazwy, z całą pewnością był to prawdziwy koniec naszego kraju. Droga prowadziła bowiem do Piasków i nigdzie indziej. Dalej bowiem była już tylko granica z Rosją, a asfalt (pełen dziur zresztą, jak na koniec świata przystało) dosłownie urywał się kilka kilometrów przed nią, zamieniając się w gęsty, nieprzyjazny las...

(Po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że całe to moje podniecenie to efekt tego, że ten urlop przeżywaliśmy w zupełnie innej skali niż zazwyczaj. Do tej pory poznawaliśmy świat patrząc na niego z dużej perspektywy – jechaliśmy od miasta do miasta, od jednej dużej atrakcji do kolejnej. Mieliśmy świadomość, że skupiamy się na najważniejszych rzeczach i świadomie rezygnujemy z tułaczki po mniej utartych szlakach. Tym razem patrzyliśmy na mapę w naprawdę dużym powiększeniu – poznawaliśmy jej malutkie punkciki, które normalnie byśmy minęli, nie zawracając sobie nimi głowy. Zamiast zwiedzania, pojawiła się więc owa tułaczka właśnie. A przynajmniej, taką mam tezę).

Na kilka dni pożegnaliśmy zabytki i gotyk, by podelektować się Bałtykiem w Lecie. Piaski nadawały się do tego idealnie. Było to miejsce zapomniane przez Boga, cywilizację i na szczęście, przez dzikie hordy turystów. Gości było wielu, owszem, ale dominował specyficzny typ człowieczy, jakże bliski memu sercu – ludzie, którzy szukali ciszy i znajdując ją, byli w stanie owe znalezisko poszanować i nie naruszać jego praw. Miłośnicy tandety i dyskotekowych rytmów zatrzymywali się kilka kilometrów wcześniej w Krynicy. Pojechaliśmy tam pewnego dnia i wytrzymaliśmy ledwie kilka godzin. Upał, tłum, hałas, natłok szyldów reklamowych i stoisk oferujących wszelką możliwą do wyobrażenia tandetę, było to dla nas bolesne niczym dobrze wyprowadzony lewy sierpowy. Z ulgą wróciliśmy do Piasków, gdzie panował spokój, a na dwóch uliczkach z których składa się owe wsioło, nie działo się zupełnie nic.


Dość napisać, że największą atrakcją okolicy była... rodzina dzików. Spotykaliśmy ją dosyć często, najczęściej wieczorami gdy wataha wychodziła do ludzi, nic nie robiąc sobie z rosnącej grupki gapiów. Warchlaki biegały dookoła pod czujnym okiem matki ku radości gawiedzi.


Poza tym, w Piaskach położony jest mały, ale uroczy w swej skromności port, gdzie cumują łódki. Przychodziliśmy tam popatrzeć się na wody Zalewu. Na drugim brzegu widać było Katedrę we Fromborku – w prostej drodze to tylko kilka kilometrów. Tak swoją drogą akwen ten, chociaż niewielki, kryje w sobie wiele tajemnic. W jego płytkich wodach kryją się jeszcze rozliczne “pamiątki” po Drugiej Wojnie Światowej, a szczególnie po dramatycznej, zimowej ucieczce niemieckiej ludności. Być może łagodne brzegi zarośnięte tatarakiem prezentują się idyllicznie, ale w mule kilka metrów poniżej znajdują się nie tylko resztki uzbrojenia, ale również dobytek ludzki wraz ze szczątkami tych nieszczęśników, którym nie udało się pokonać skutego Zalewu owej mroźnej zimy roku 1945…



Piaski nadal opierały się komercjalizacji, która nad polskim morzem przybrała przecież groteskową formę kiczu nad kiczami. Jest tam kilka restauracji - od tych naprawdę dobrych do typowych jadalni, gdzie “Pan Kucharz” codziennie ubija sto kotletów dla wygłodzonych letników, a “zupę dnia” może Ci nalać do menażki. Są tam dwa sklepy, tak małe i nieporadne, że popołudniami nie można już było w nich kupić ani grama chleba, ponieważ “pieczywa zabrakło” (do dzisiaj pamiętam smutną minę turysty ze Śląska, który to słysząc powiedział do swojej córki - “to jak my teraz zjemy maczankę?”). Całości dopełniało małe stoisko z wędzonymi rybami, którego zresztą byliśmy stałymi klientami. Poranne śniadania smakowały wybornie, tym bardziej, że ryby pochodziły prosto od rybaków, którzy niemalże na naszych oczach łowili je w wodach Bałtyku.

Piaski położone są od strony Zalewu. Niestety, a może stety, gęsto porośnięte wybrzeże jest chronione i nie ma do niego praktycznie żadnego dostępu. Za to nad bałtycką plażę był kawałek drogi, aczkolwiek przyjemnej bo wiodącej przez ładny, dziki las. Na plaży tej spędzaliśmy co nieco czasu, ale bez przesady, ponieważ nasza córka szybko się nudziła, a słońce mocno grzało. Gabriela wykazywała jednak duże zafascynowanie tak samą wodą, jak i piaskiem. Patrząc na jej radosną minę, nie miałem wątpliwości, że pewne cechy odziedziczyć musiała po mnie, ot chociażby, owe irracjonalne u szczura lądowego, uwielbienie dla widoku morskiego bezkresu.



Tutaj również panował spokój. Ludzi dookoła było w “sam raz”. Wystarczyło przejść kawałek, by być niemalże samemu (co zresztą niektóre pary wykorzystywały na różne niemoralne sposoby!). Co więcej, nawet będąc pośród ludzi, muszę przyznać, że nie denerwowali mnie oni zbytnio, co zdarza się przecież bardzo rzadko. Tak jak pisałem, do Piasków trafiają specyficzni turyści i niech tak już może zostanie. Oprócz słońca i wody, największą atrakcją był moment gdy do brzegu przybijał kuter ze świeżym połowem. Można było kupić ryby prosto z pokładu. Resztę zabierał wysłużony gazik, który potem dostarczał towar do wspomnianego już sklepu z wędzonymi rybami.


Spaliśmy w naprawdę fajnym miejscu. Hotel nazywał się “Four Winds”, był nowy i chociaż kosztował krocie, to każda złotówka była w pełni uzasadnionym wydatkiem. Powinniśmy co prawda nocować “na kwaterze”, bo tak od zawsze robi się nad Bałtykiem, tyle że ja od dawna mam do nich ogromną awersję (w młodości zawsze bowiem trafiałem na gospodarzy, którzy mieli o wszystko pretensje i najlepiej byłoby gdybyśmy płacili i nic w zamian nie żądali). Zresztą, szukając wolnych pokoi na kilkanaście dni przed wyjazdem, nie znalazłem już praktycznie nic. “Four Winds” oferowało jeszcze wolne miejsca zapewne dlatego, że było wyraźnie droższe niż cała reszta. Hotel był naprawdę miły. Widać było, że właściciele się starają. Na moją wyobraźnie dobrze działała zaś wizja owego miejsca, zlokalizowanego na prawdziwym krańcu Polski. Odpoczywaliśmy, dużo czytaliśmy (cała nasza trójka, choć niektórzy do góry nogami!), chodziliśmy na spacery i wydawaliśmy ciężko zarobione pieniądze na drobne przyjemności, typu kawa spożywana na tarasie małej kawiarenki. Myślę sobie, że z chęcią bym jeszcze do Piasków wrócił, bo te cztery dni lenistwa zapamiętaliśmy wspólnie jako chyba najfajniejszy moment tych wakacji. Wróciłbym tu zarówno w lato, jak i o innej porze roku, co zawsze jest symptomem tego, że wspominam to miejsce dobrze.

środa, 16 lipca 2014

14-16.07, Frauenburg


Po trzech dniach spakowaliśmy się i ruszyliśmy przed siebie. Do celu wiodła nas wirtualna ścieżka wyrysowana przez GPS. Gdyby urządzenia elektroniczne posiadały duszę i charakter, w tym przypadku mielibyśmy do czynienia z nieporadnym, ale sympatycznym niezgułą, który rozliczne pomyłki rozbraja uśmiechem, a przede wszystkim, gadulstwem. Mimo aktualnych map, co jakiś czas mój GPS szaleje i sugeruje mi, iż powinienem skręcić w ulicę jednokierunkową (i jechać nią dalej „pod prąd”), tudzież, zamiast pruć prosto, daje mi do zrozumienia, że bliżej będzie, gdy zacznę kluczyć dookoła. Podobnie było i tym razem. Z Malborka uciekliśmy jeszcze „po Bożemu”, drogą prostą i jedynie słuszną. Potem skręciliśmy jednak w drogę ekspresową – tak pustą i pachnącą świeżością, że dopóki nie zobaczyłem innego samochodu, byłem przekonany, że wjechaliśmy w miejsce jeszcze nieoddane do użytku. Potem zaś wjechaliśmy w leśne, nieutwardzone dróżki, które kręciły serpentynami, prowadząc nas przez pola, zagajniki i rzadkie, malutkie wsioła składające się z kilku chałup. Poczuliśmy, że jesteśmy na prawdziwych wakacjach! A po jakimś czasie, brudni od kurzu, ale zachwyceni widokami, wjechaliśmy do Fromborka.

Frombork – cóż to za piękna, tłusta nazwa. Budzi od razu różne skojarzenia, przynajmniej u mnie. Gdyby tylko zmienić ostatnią jego literkę, byłoby to chociażby idealne imię dla wojownika rodem z sagi o Wikingach, który macha mieczem, ścina głowy wrogów i spija wino z czaszek pokonanych. Mógłby to być również szalony kompan samego Thorgala... A może ponosi mnie fantazja... W rzeczywistości nazwa to pochodna niemieckiego Frauenburg, czyli „Gród Pani”. Chodzi oczywiście o Najświętszą Marię Pannę, która jest patronką tutejszej Katedry. To jej powstanie dało początek miastu. Frombork to łącznie kilkaset lat burzliwej historii, dominacji raz polskiej, raz niemieckiej. Dzisiaj, miasteczko jest senne i spokojne. Liczy sobie nieco ponad cztery tysiące mieszkańców i jak przystało na „rubieże”, bezrobocie przekracza tu niestety krajowe normy.


W sezonie Frombork żyje zapewne w dużej części z turystyki. Ale podobnie jak w Malborku, nie przyjeżdża się tu raczej na dłużej niż kilka godzin, góra jedną noc. Oferta hotelowa jest więc dosyć skromna. Oficjalnie, w całej gminie są trzy obiekty noclegowe.


Jednym z nich jest Hotel Kopernik (zdominowany przez autokarowe wycieczki z Niemiec), drugi zaś to „Hotelik”, w którym spaliśmy my. Za niewielką kwotę dostaliśmy do dyspozycji nie pokój, a... całe mieszkanie. Od samego początku czuliśmy się w tym miasteczku jakbyśmy cofnęli się o kilkanaście lat i nasze lokum dodatkowo wzmacniało to uczucie. Było skromne, ale schludne, a wystrój przypominał nam stare dobre czasy i typowe, „babcine” mieszkania z początku lat 90-tych: masywne fotele, zapadające się kanapy, stoliki z haftowanymi serwetami, a do tego, kuchnia z plastikowymi blatami, okna zasłonięte firankami i ciężkimi zasłonami. Gdy puściliśmy nasze pacholęcie na podłogę, po chwili miało ono czarne ubranko. Panie sprzątające się nie popisały, Ania poszła więc na skargę do recepcji. Po pewnym czasie ktoś zapukał do naszych drzwi i zaczął się tłumaczyć. A nam zrobiło się bardzo głupio (no dobrze, MNIE zrobiło się głupio). W sumie więc lokum można polecić – bo personel się naprawdę stara i widać, że każdemu tam zależy na kliencie. A to nie zdarza się znowu tak często… Na dole przybytku mieścił się z kolei zakład fryzjerski, z którego wydobywały się zapachy kojarzące mi się z latami przełomu i damami o blond-trwałych, lwich czuprynach. Zupełnie jakbym przeniósł się do roku 1991.

Chociaż położony jest na krańcu wszelkich tras, Frombork cieszy się pewną, skromną, acz istniejącą popularnością pośród gości. Turyści, chociaż część z nich wydawała mi się zabłąkana, nie są tu gatunkiem nieznanym. Powód jest prosty i oczywisty. Na świecie to niewielkie miasteczko znane jest oczywiście z powodu Mikołaja Kopernika. Obok Torunia czy Olsztyna jest to, więc punkt, który spina klamrą wyprawy tropem słynnego astronoma. To tutaj ów, należałoby napisać, prawdziwy Człowiek Renesansu, napisał swoją najsłynniejszą pracę, tutaj też spędził połowę życia, pracując w baszcie położonej wewnątrz zabudowań Katedry. Stąd obserwował niebo, coraz to bardziej utwierdzając się w swoim rewolucyjnym przekonaniu, że to jednak nie ziemia stanowi ośrodek, wokół którego tańczą planety i gwiazdy. Kopernik już za swojego życia cieszył się estymą i uznaniem. Wchodził w naukowe polemiki z uczonymi z całej Europy, a jego dzieła, jak chociażby mniej znana praca o polityce monetarnej (poświęcona m.in. do dziś aktualnej obserwacji, iż gorszy pieniądz wypiera z obiegu lepszy), komentowana była w całym ówczesnym świecie, oczywiście pośród tych, którzy byli w stanie czytać i nie spędzali swego żywota na taplaniu się w błocie. Frombork pamięta swego najsłynniejszego obywatela – u stóp potężnej warowni, która dominuje nad zabudowaniami, położony jest jego masywny pomnik na cokole, a jego imieniem nazwane jest chyba wszystko, co tylko się dało (na czele z najlepszym w okolicy … sklepem rybnym).

Najcenniejszym zabytkiem Fromborka jest właśnie związane tak mocno z Kopernikiem, Wzgórze Katedralne. Jego zabudowania, mylone są notorycznie z zamkiem. Tymczasem, mimo grubych murów i funkcji warownych, jest to nadal miejsce kultu religijnego. Położone jest na wzniesieniu, dumnie góruje nad miastem, sprawiając, że panuje w nim unikalna atmosfera. Jakby ją wytłumaczyć? Hm… Wielka historia miesza się tu ze słodką, acz ubogą prowincjonalnością, a letni klimat wyziera z każdego kąta. Poczułem się tutaj jak na prawdziwych wakacjach. Na takich wakacjach, których nigdy do tej pory nie miałem, a mieć zawsze chciałem.





W rzeczywistości, tak jak w każdym małym miasteczku w naszym kraju, nie żyje się tu łatwo. Co można tu bowiem robić? Młodzież już dawno wyjechała, a jeżeli nie, to krąży po okolicach w swoich wysłużonych Passatach (z obowiązkowym silnikiem TDI), a wieczorem popija piwo Specjal. Ludzie w wieku produkcyjnym są szczęśliwi, jeżeli mają jakąkolwiek pracę. Starsi ludzie przesiadują zaś na małym rynku. Otaczają go ocalałe fronty kamieniczek – nieliczne pozostałości starego Fromborka sprzed wojny. I budynki i ludzie są poniekąd sobie obcy nawet po tylu latach. Po 1945 roku to miejsce było jedną, wielką ruiną. Dotychczasowi mieszkańcy uciekli przed Armią Sowiecką na zachód. Z czasem ich miejsce zajęli repatrianci zza Buga. Dzisiaj siedzą w cieniu post-niemieckich kamieniczek i na skraju swoich długich żyć, wspominają zapewne ojczyznę swej młodości, której nie widzieli od dekad i której najpewniej nie zobaczą już nigdy. Wyrwani z korzeniami, w mieście, które najpierw zgwałcono, a potem, okaleczone, wydano za mąż za wiecznie pijaną i chamską Polskę Ludową.

Fromborski rynek, a raczej ryneczek, mimo swojej szpetoty zdobył moje serce. Zadziała tu widać ta sama zasada, gdy naszym oczom ukazuje się brzydki i szczerbaty psiak. A nam robi się go po prostu żal, więc wiedzeni poczuciem przyzwoitości, zachwycamy się jego skapcaniałą mordką. W centralnym miejscu miasteczka jest więc „to coś”. Coś, co sprawia, że można by określić go Polską w skali mikro. Bruk jest krzywy, ale stoi na nim fontanna. Mała, brzydka i przypominająca bardziej basenik niż cokolwiek innego. Ale jest. Woda ciurka z niej cienkim strumyczkiem, mącąc powierzchnię sadzawki. Ale ciurka. Jest więc skromnie, ale nadal dumnie. No i bez sensu, bo komu potrzebna tak naprawdę fontanna, a już szczególnie, taka jak ta? Tuż obok tymczasem świeci pustkami masywny gotycki Kościół, który po wojnie … przerobiono na kotłownię, a dzisiaj pozwolono mu niszczeć. Pochodzi on z XIV wieku!

Jeden z budynków na samym rynku mieścił niegdyś kino Fregata. Dzisiaj jest ono zamknięte, a budynek wygląda jakby jeszcze nie podjął decyzji czy ma stać się ruiną czy może czekać aż przejmie go w swoje władanie jakaś restauracja nastawiona na turystów. Pomyśleć, że obecnie najbliższe czynne kino znajduje się zapewne w Elblągu. A kiedyś, mieszkańcy tego spokojnego miasteczka mogli wieczorem wybrać się zobaczyć „W samo południe”, albo inne „Rio Bravo”. A po seansie, jak Bóg przykazał, upić się tanim piwem pod budką, albo rozpić pół litra w domu. Obecnie, pozostało im już tylko to drugie...

Rynek byłby zapewne znacznie smutniejszym miejscem, gdyby nie to, że to właśnie tuż obok znajduje się Biedronka. Oraz sklep monopolowy. To one stanowią prawdziwy ośrodek miasteczka i to od nich promienieje energia oraz życie. Nawet my, przybysze z daleka i na chwilę, regularnie odwiedzaliśmy ten pierwszy przybytek, kupując coś do picia i coś na ząb. Wnętrze tego dyskontu przypomniało mi czasy, gdy w Warszawie „Biedronki” wyglądały jak składy tandety dla biedoty. Brudne, zapchane alejki, lepiąca się podłoga, przebrane, zepsute warzywa oraz owoce. Tanio, taniej, najtaniej. Szkoda, że „takie coś” zabija polski drobny handel, a kontakt z klientem ogranicza się do zdawkowego „osiem pięćdziesiąt, poproszę”.

Frombork to także woda. A dokładnie pisząc, Zalew Wiślany. Znajduje się tutaj betonowa, acz sympatyczna marina dla jachtów. Obok niej rośnie tatarak, a z daleka widać drugi brzeg. Woda, co mnie niepomiernie zdziwiło, miała piękny, zdrowy kolor. Wieczorami czy też porankami, mieniła się ona ferią barw. Często tam więc przychodziliśmy, bo nasza pociechę, podobnie jak nas, uspokajał ów widok. Patrzyliśmy się na jachty i zastanawialiśmy się skąd są oraz dokąd płyną ich załogi. Nie muszę zapewne dodawać, że pierwszy raz widziałem na własne oczy Zalew Wiślany i bardzo mi się ten widok spodobał. Ale równie pięknie prezentowało się Wzgórze Katedralne - z łódkami na pierwszym planie, mogłoby posłużyć za ilustrację książki zatytułowanej “Magiczne miejsca w Polsce o których nie masz pojęcia”.




Z tutejszego portu odpływają raz na jakiś czas promy do Krynicy Morskiej. Legenda miejska głosi, że można stąd dopłynąć do Rosji, która jest “tuż, tuż”. Statki rankiem przywożą zastępy wczasowiczów. Zmęczeni monotonią panująca po drugiej stronie akwenu, wędrują przez kilka godzin po uliczkach, zasiadają w rozlicznych barach i smażalniach, by popołudniem wrócić do siebie, do tej słodkiej, tandetnej i plastikowej nudy pachnącej opalenizną. Gdyby nie te rejsy, Frombork byłby jeszcze bardziej pusty za dnia. Rankiem czy wieczorem byliśmy często zupełnie sami. W ciągu dnia zaś rzadkie tłumy wcale nam nie przeszkadzały, bo szybko rozłaziły się gdzieś po okolicy. Komunikacja z całą resztą kraju jest tutaj naprawdę problemem, a dotarcie na miejsce, sporym wyzwaniem. Połączenia autokarowe są sporadyczne i zapewne koszmarnie niewygodne (zagraniczne przewodniki sugerują zaś, ze są one atrakcją samą w sobie). Linia kolejowa łączyła niegdyś miasteczko z pobliskim Braniewem, ale od 2006 roku jest nieczynna. A szkoda, bo budynek dworca, chociaż zaniedbany, jest ciekawym przykładem modernistycznej architektury inspirowanej samym Kopernikiem. Szkoda, że transport kolejowy tak mocno podupadł...


Podczas tego urlopu przypomniało mi się kilka rzeczy z przeszłości. Chociażby taka, że byłem kiedyś harcerzem. I, co gorsze, należałem do Związku Harcerzy Polskich, czyli „komuchów”. Mój romans z tą sektą trwał krótko, ale był dosyć intensywny. Nie podobał mi się pseudo-wojskowy dryl i nie czułem się komfortowo paradując w przykrótkich spodenkach. Ale zdobyłem kilka „sprawności”, pomogłem dwóm babciom przejść przez jezdnię i byłem na jednym letnim obozie, gdzie specjalizowałem się w inżynierii latryn. Frombork zaś to miejsce, gdzie każdy były harcerz przez chwilę może poczuć się dumny ze swojej przeszłości spędzonej w zielonkawym mundurku. To tutaj w latach 1966-1973 prowadzona była akcja „Frombork 1001”. Co lato, tysiące ochotników z całego kraju, przyjeżdżało do Fromborka i pomagało odbudować miasto z gruzów. Wojna go nie oszczędziła, a komunistyczne władze nie za bardzo miały czas i środki, by przywrócić je do jakiegokolwiek stanu normalności. Więc ludzie żyli tu bez szkoły, szpitala, bez wygód i do pewnego czasu, bez szans na jakąkolwiek zmianę tej sytuacji. W związku ze zbliżającą się rocznicą urodzin Kopernika, trzeba było ten stan rzeczy zmienić. Postanowiono więc wykorzystać młodych, naiwnych harcerzy, szczególnie, że wielu spośród nich uczyło się w szkołach zawodowych, stanowili więc najtańszą, bo darmową siłę roboczą. A do tego, siłę roboczą jeszcze niezmanierowaną, no i najważniejsze, nierozpitą. Przesadą byłoby napisanie, że praca ta przywróciła Fromborkowi jego dawny blask. Co najwyżej, pomogła uprzątnąć rumowisko. A na pewno sprawiła, że żyło się tutaj trochę lepiej. Mam dylemat jak oceniać tę akcję. Z jednej strony, była to typowa komunistyczna akcja pokazowa, nastawiona na cel propagandowy. W akcji brał przecież udział nawet… Tytus de Zoo.

W 1971 roku to miejsce odwiedził nawet Pan Samochodzik w książce “Pan Samochodzik i Zagadki Fromborka”. Została po tym pamiątkowa tablica, która pokazuje wszystkie okoliczne miejsca w niej wymienione.

Z drugiej strony, dla młodzieży była to też po prostu dobra zabawa i połączenie przyjemnego z pożytecznym, a dzisiejszy Frombork pamięta tych wszystkich, którzy poświęcili swój czas i energię na jego rewitalizację. W centrum miasteczka znajduje się plac noszący imię całej akcji, a kilka tysięcy osób posiada honorowe jego obywatelstwo.

Przez dwa dni spacerowaliśmy i odpoczywaliśmy. Jedliśmy syte posiłki w nielicznych knajpkach, siadaliśmy na coś do picia czy też ciastko. Pogoda nam sprzyjała - niebo było błękitne, a temperatura oscylowała wokół idealnej. Chociaż cały opis jest dosyć surowy i brutalny dla małomiasteczkowych realiów Fromborka, prawda jest taka, że byłem oczarowany tym miejscem i jego atmosferą. Dokładnie tego potrzebowałem - potrzebowałem relaksu, ciszy i bezwładnej normalności. Nawet Gabrysia we Fromborku była jeszcze nader łaskawa i pozwalała nam się nacieszyć urlopem. I chociaż jest to kolejne miasteczko “na chwilę”, z niemałym żalem je opuszczaliśmy.Z chęcią bym do niego wrócił, ot chociażby zimą, by ujrzeć je w zupełnie innym anturażu.