sobota, 31 grudnia 2016

Podsumowanie roku 2016

Co to był za rok! No podróżniczo, na pewno dziwny. Dopiero pod jego koniec zorientowałem się, że ANI RAZU nie wsiadłem na pokład samolotu. Nie opuściłem ANI RAZU granic naszego pięknego kraju. A najlepsze jest to, że wcale tego nie żałowałem. Odkrywałem sobie Polskę, kawałek po kawałku. Bawiło mnie to jak niewiele o niej wiem, jak wiele ma do zaoferowania i jak wiele jej atrakcji jest skrzętnie poukrywanych przed ciekawskimi. Co szczególnie dotyczy pasa “Ziem Odzyskanych”, dla mnie, niezmiernie fascynujących, ale jednocześnie, mających nadal problem z własną tożsamością i dziedzictwem, które nie jest nasze i z którym, co widać, często nadal nie wiemy co zrobić. Ale to już temat na inne opowiadanie.

W minionym roku, udało się:

Pojechać ponownie do Torunia. Tym razem samemu z Gabrielą, co było wyzwaniem. Samo miasto nadaje się zresztą do takich eskapad idealnie, a za każdym razem, gdy sobie o nim przypominam, rośnie we mnie ochota, by pojechać tam ponownie…


Potem, już w komplecie pojechaliśmy do Uniejowa. W którym jest piękny Zamek, do tego, ciepłe źródła, ale poza tym, nie ma nic, no może, poza smogiem, bylejakością i przyciężkim klimatem, do którego raczej mi wcale nie tęskno. Największą zaletą Uniejowa jest to, że nie jest to do niego daleko.


Majówkę spędziliśmy na Mazurach. Najpierw w okolicach Rynu, a potem na przedmieściach Giżycka. Pogoda dopisywała, podobnie jak humory. Udało mi się zobaczyć Wilczy Szaniec. Czego chcieć więcej?


Potem przyszła pora na nasze kolejne, wielkie Tour de Pologne. Które to zmarniało przez pracę, ale z perspektywy czasu, trzeba przyznać, że był to fajny, różnorodny wyjazd. Z którego zapamiętam wiele fajnych chwil, na czele z Łagowem, który chwycił mnie za serce.


Po wakacjach pojechaliśmy z Gabrielą do Opola. To chyba największe oczarowanie tego roku. Miasto, o którym niewiele słychać, okazało się miejscem godnym zachwytu. Zabytki, architektura, kompaktowość, sporo atrakcji skrojonych na dziecięce potrzeby. Warto tam będzie wrócić.


Jeszcze w sierpniu sprawdziliśmy jak sprawy mają się w Janowie Podlaskim. Stadnina jak stadnina, moim zdaniem, nic specjalnego, przynajmniej dla turysty takiego jak ja. Okolica przyjemna, ale znowuż, bez specjalnego szału. Wrócimy tam, ale nieprędko.


We wrześniu pojechaliśmy ponownie do Orłowa. Idealne miejsce do tego, by pożegnać ciepłe miesiące. Jak już pisałem wiele razy, nie wiem co takiego jest w tym Orłowie, ale zdecydowanie, jest to miejsce, w którym mógłbym ewentualnie zamieszkać.


Potem samotnie z Gabrielą odwiedziliśmy krasnale we Wrocławiu. Fajny weekend, świetnie miasto, które zrobiło na mnie spore wrażenie swoim rozmachem. A to ponoć ja mieszkam w stolicy tego kraju…


Odwiedziliśmy też Gniew. Na jedną noc, jesienią, co chyba jednak nie było dobrym pomysłem. Chociaż z chęcią bym ten cały Gniew zobaczył ponownie, najlepiej w innej aurze, bo jesienna słota wyraźnie mu nie służyła.


Przed Świętami pojechaliśmy do Zakopanego. Nie powinienem się do tego przyznawać, ale Zimowa Stolica Tandety spodobała mi się, może dlatego, że większość naszego pobytu spędziliśmy w specyficznym okresie roku, jeszcze przed sezonem. Tak czy owak, był to mój debiut w tym miejscu i to debiut na tyle udany, że nie wykluczam rychłego tam powrotu.


W sumie wyszło aż dziesięć wyjazdów - niemało, biorąc pod uwagę chociażby to, że urlop nie jest z gumy, a w pracy działo się dużo rzeczy. Było fajnie, ale nie miałem wątpliwości, że może być jeszcze fajniej i ciekawiej.

niedziela, 18 grudnia 2016

15-18.12, 50 twarzy Zakopanego

Budzimy się przed siódmą. No bo jest przecież urlop, święta tuż tuż i po co tak w ogóle spać dłużej. W domu to jest udręka, ale poza domem, takie poranne pobudki mają nawet swój urok. A przynajmniej, tak sobie to zawsze powtarzamy.

Pierwszy spacer po Zakopanem odbywamy w śnieżno-błotnej brei. Kółka wózków nam grzęzną, samochody chlapią, a wszystko dookoła jest spowite ni to mgłą, ni to wyziewem z okolicznych kominów. Musimy przejść kawałek do Krupówek. Na nich dajemy się naciąć okolicznemu “Panu Misiu”, z którym robimy sobie zdjęcie za 10 zł. Potem jednak robi się lepiej. Bo raz, że ludzi jest nadal niewielu, mamy więc dla siebie sporo miejsca, a dwa, że trafiamy do miłego lokalu na coś do picia i jedzenia. I od razu robi się przyjemniej. Zawsze powtarzam, że jesteśmy prości. Jak się nas napoi, nakarmi i pozwoli skorzystać z toalety, to zawsze nam lepiej.

Zakopane nawet mi się podoba. Trochę wstyd pisać, bo przecież jest to nie tylko Zimowa Stolica Polski, ale i Stolica Wszelkiej Tandety. Ale trzeba też przyznać, że okoliczni górale dbają o swoją małą ojczyznę. Lubią dudki, ale nie za wszelką cenę. To ich chyba różni od mieszkańców takiej chociażby Krynicy Morskiej, o których kiedyś pisałem, że zamienili swoje miasto w cyrk. A w Zakopanem jest jednak inaczej. Architektura trzyma spójny poziom, nowe budynki najczęściej uzupełniają starszą zabudowę, a nie stoją do niej w krzykliwej kontrze. Jest oczywiście jarmarcznie, bo Polak lubi jarmark, ale wszystko wydawało się jakieś takie stonowane. Może to “wina” ludzi, a dokładniej, wspomnianego ich braku. Mieliśmy bowiem szczęście przyjechać tuż przed sezonem i czerpać profity z tzw. premii pierwszeństwa.


***

Następnego dnia przywitał nas niezwykle rzadki widok w zimowej Polsce: idealnie błękitne niebo. Do tego, świeży, biały śnieg zalegający na ulicach, no i te widoki dookoła. Nagle zrobiło się nie tylko pięknie, ale i monumentalnie. Co prawda, Ania wspominała o tym, że z Zakopanego widać masyw Tatr, ale dopiero teraz, mogłem zobaczyć to na własne oczy.


Można by rzecz - tego dnia, mieliśmy do czynienia z prawdziwym spektaklem natury, szczególnie, że ta przyzwyczaiła nas już do tego, że przez kilka miesięcy w roku dominuje, wyprana z jakichkolwiek kolorów, szaruga. Trochę szkoda, bo zima potrafi być urocza...

Postaraliśmy się to wykorzystać. Główną atrakcją dnia był długi spacer pod Wielką Krokiew. Wędrowaliśmy przez miasto, przeszliśmy przez Krupówki, minęliśmy uroczą dzielnicę jednorodzinnych domków, kilka razy zakopaliśmy się wózkami w śniegu, tu i tam, przyprószył nas śnieg spadający z drzew. Dawno żadna tak prozaiczna czynność nie okazała się tak relaksująca jak te kilka godzin, szczególnie, że dzieci spały jak susły, a my mieliśmy okazję co nieco odpocząć.


Sama Krokiew też zrobiła na mnie wrażenie. Przywołała serię wspomnień. Niedzielne obiady, schabowy i mizeria robione przez babcię, no i obowiązkowo transmisja z Zakopanego w telewizji. Co by nie pisać, Puchar Świata rozgrywany w tym miejscu to od dekad święto skoków narciarskich. I przez wiele lat, był i nadal jest to obowiązkowy element każdej zimy. Miło było zobaczyć to miejsce na własne oczy i przekonać się, że na żywo jest co najmniej tak samo duże jak wydawało się przed ekranem.

To był fajny dzień, problem w tym, że po powrocie do domu czułem, że moje ubrania przesiąknięte są smrodem, zupełnie jakbym nie był na świeżym powietrzu, a spędził upojną noc w gęstym dymie papierosowym…

***

Kolejnego dnia zrobiło się już bardziej pochmurno. Nie chciało mi się wsiadać do samochodu i przebijać przez zakopiańskie korki, więc i ten dzień spędziliśmy w mieście. Podróżowanie z dziećmi nie pozostawia zresztą zbyt wiele wyboru, bo trzeba pójść na spacer, trzeba zjeść obiad i nagle się okazuje, wierzcie lub nie, że w ten właśnie sposób, mija cały dzień. Tak właśnie było i tym razem. Ani się zorientowałem, a było po nim.

Z rzeczy godnych odnotowania, udaliśmy się na rekonesans ulicy Kościelisko. Znajduje się tam chociażby słynny cmentarz, tzw. Cmentarz na Pęksowym Brzyzku, którego znanym landmarkiem jest drewniany kościółek.

Dookoła jest wiele pięknych, drewnianych domów reprezentujących tzw. Styl Zakopiański. W niemal każdym można było wynająć pokoje. Co nie dziwi, bo widoki dookoła, pomimo dosyć hałaśliwej drogi, były spektakularne i warte wszelakich dudków.


***

Czy to był leniwy wyjazd? Owszem. Taki właśnie miał zresztą być. Rozliczne spacery przetykaliśmy prozaicznymi zakupami czy postojami w lokalnych knajpach. Z każdym dniem przybywało jednak ludzi. O ile na początku mieliśmy Krupówki “dla siebie”, pod koniec pobytu szliśmy już w tłumie innych turystów. I trochę tęskniliśmy do tych chwil, kiedy było luźniej.

Ostatniego dnia zaczął padać śnieg. Mieliśmy więc wszystko to, o czym mogliśmy marzyć jadąc do Zakopanego. Zima w pełnej krasie i swojej najpiękniejszej wersji. A do tego, zbliżały się Święta, a ja przez cały rok byłem grzeczny i liczyłem na to, że Święty Mikołaj o tym nie zapomni.

środa, 14 grudnia 2016

14.12, Sadat odkrywa smog w drodze do Zakopanego

Ostatnim akordem podróży Anno Domini 2016 był przedświąteczny wyjazd do Zakopanego. Tym razem w komplecie, na dłużej i na spokojnie. Dla mnie osobiście było to też odhaczenie jednego z bardziej wstydliwych braków, jakim jest brak znajomości Zimowej Stolicy Polski. Wstyd się przyznać, ale przez te ponad 35 lat życia nigdy nie udało mi się tam dotrzeć. Byłem trochę nawet ciekaw jakie to Zakopane jest. Oczywiście, miałem jakieś wyobrażenie, bo przecież każdy Polak zna z telewizji Krupówki czy Wielką Krokiew. Spodziewałem się więc tłoku, tandety, smogu i ludzi w narciarskich kombinezonach. Miałem jednak nadzieję i na to, że w Zakopanem poczujemy klimat prawdziwej zimy. I w sumie, dostałem czego się spodziewałem, aczkolwiek w trochę innych proporcjach niż zakładałem.

Już sama podróż na miejsce była przygodą. Oraz znojem. Jechaliśmy Gierkówką, w sumie był to mój pierwszy raz z tą, historyczną przecież, trasą. Dosłownie kilka tygodni wcześniej obchodziła ona swoje czterdzieste urodziny, oddano ją bowiem do użytku w październiku 1976 roku. Zadziwiało mnie na niej wszystko. Na przykład, kolizyjne skrzyżowania. Albo to, że przejeżdża ona przez środek Częstochowy, co zawsze kończy się dzikim, bezsensownych rozmiarów korkiem. Smuciło mnie także to, że w przeciwieństwie do “nowoczesnych” tras ekspresowych, nieszczęsna Gierkówka przecina tereny brzydkie. Nie wiadomo co było pierwsze - czy ta okolica zawsze była taka nieurodziwa, czy to dopiero sąsiedztwo trasy dodało im wątpliwej urody.

Gierkówka również śmierdziała. Śmierdziała! Cuchnęła wręcz dziko. Była spowita smogiem, którego jęzory zwisały nad jezdnią, okalały zabudowania, falowały nad nami. Widziałem to na własne oczy. Po pewnym czasie czułem, że wszystko w samochodzie jest przesiąknięte tą wonią. A było to ledwie preludium do tego co czekało na nas w Zakopanem. Do niedawna, jak przystało na prawicowego oszołoma, bagatelizowałem problem smogu, uważając, że jest to spisek międzynarodowych sił wymierzony w naszą, napędzaną rodzimym węglem gospodarkę. Z czasem jednak pewne obszary w mózgu zaczęły mi się uaktywniać, a poglądy co nieco ewoluować. Również w tej kwestii. Zaczęło się chyba od reportażu Michała Olszewskiego, dziennikarza Gazety Wiewiórczej, który na początku XXI wieku, jako pierwszy, zwrócił uwagę na to, że węgielny odór, którym oddychamy zazwyczaj zimą, to nie powietrze, a trucizna. Wtedy go wyśmiano. Musiało minąć wiele lat, by problem ten przestał być bagatelizowany i wszedł na publiczną agendę. No i teraz, jadąc Gierkówką, czułem, że jest to problem i to problem poważny, bo uderzający w każdego z nas. Mnie, moje dzieci i moją żonę również, chociaż ona należała jeszcze do tych osób, które nic nie czuły i dla których “tak właśnie przecież zawsze pachnie zima”.

Dotarliśmy na miejsce późnym wieczorem. Po ponad sześciu godzinach drogi, miałem wszystkiego dosyć, ale nie mogłem pójść spać. Gapiłem się w okno i byłem ciekaw pierwszego spaceru po tym nowym dla mnie miejscu.

sobota, 19 listopada 2016

18-19.11, Dzień Pełen Gniewu i Kwidzyna

Listopad w Polsce to nie jest dobry miesiąc na podróżowanie. W listopadzie wszystko jest bowiem do bani. Pogoda robi się fatalna, dzień krótki, człowiekowi się przestaje chcieć, a w pracy zazwyczaj jest co robić i ciężko tak po prostu urwać się nawet na dzień czy dwa. A skoro tak, postanowiłem, że wyjedziemy na dosłownie jedną noc. Do towarzystwa zabrałem ze sobą Gabrielę i do tego, mojego brata, żeby mieć z kim wypić piwo wieczorem w hotelu. Sprytne, muszę to przyznać.

Za cel obrałem sobie Gniew. Którego od dawna byłem ciekaw. Jest tam oczywiście Krzyżacki Zamek, a do tego, samo miasteczko jest ładne, kompaktowe i posiada pewien urok. A przynajmniej, tak słyszałem. Wydawało mi się też, że nie jest to daleko, okazało się jednak, że jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy. Znowu dałem się oszukać mapie. Gdy dotarliśmy na miejsce było już ciemno, pozostało nam więc się rozpakować do pokoju, zejść do hotelowej restauracji na kolację, pośmiać się z Gaby i z Gabą, a na koniec, skoczyć do pobliskiego sklepu po piwa. Gniew po zmroku wyglądał raczej zniechęcająco. Podobnie jak okolica naszego luksusowego przybytku, który przypominał wyspę rzuconą w morze bylejakości pachnącej węglem i wilgocią. Widoki zza okna wyglądały tak, że faktycznie wyjazd gdziekolwiek w listopadzie wydawał się bardzo głupim pomysłem. Za to kupno piwa wydawało się nagle bardzo mądrym posunięciem.


***

Zamek w Gniewie to jedna z blisko sześćdziesięciu pozostałości po Zakonie Krzyżackim na naszych ziemiach. Pod względem monumentalności czy popularności nie ma oczywiście porównania do Malborka, ale w swojej kategorii jest to zabytek wyjątkowy. Zadziwiające, że w ogóle dotrwał do naszych czasów. Podobnie jak wiele innych pozostałości po Zakonie, i jego losy były ściśle skorelowane z tym, że przez wieki nie traktowano go jako zabytku o większej wartości historycznej. Pełnił więc wiele funkcji, łącznie z byciem spichlerzem, a i zapewne lazaretem oraz więzieniem, ponieważ niemal każdy Krzyżacki Zamek kiedyś nimi był, chociaż przez kilka lat. Zamek w Gniewie przeżył również własną śmierć, i to niejeden raz. Ostatni w latach 20-tych XX wieku, kiedy się częściowo spalił. Prace renowacyjne dopiero stosunkowo niedawno przywróciły mu dawny kształt.



Obecnie jest to własność firmy Polmlek. Panowie właściciele to znani miłośnicy historii, uczestniczą nawet w corocznej inscenizacji bitwy pod Grunwaldem. Zamek kupili za około 14 milionów złotych, a pewnie drugie tyle zainwestowali w remont. Miło, że zamienili kompleks nie tylko w hotel (który mieści się w okolicznych zabudowaniach), ale i sprawili, że sam Zamek żyje i jest otwarty dla różnej maści gości, niekoniecznie tylko tych z zasobnymi portfelami. Tego dnia nie było tego widać, w końcu listopad to kilkadziesiąt dni po sezonie. Ale generalnie, obu panom należą się słowa uznania, szczególnie, że sam hotel i wystrój sugeruje, że nie posiadają zbyt wysublimowanego gustu. Czytając o ich sukcesie, a takowy z pewnością osiągnęli, trudno nie odnieść wrażenia, że mieli dużo szczęścia, albo raczej, szczęścia z domieszką czegoś jeszcze. Jak to sami często powtarzają pytani o swoje początki - “najpierw coś kupili, a potem to jakoś poszło”. Nie wnikam.
Wracając do rzeczy ciekawszych niż Polmlek. Kiedy wyszliśmy na poranny spacer, nie mogłem się nadziwić jak ładny i wymiarowy jest Zamek. Nawet tonąc w jesiennym błocie, na tle szarego, wypranego nieba, robił wrażenie. Niestety, wnętrza były jeszcze nieczynne, więc pokręciliśmy się trochę w jego okolicy, daliśmy się przewiać, ja z kolei upuściłem mój obiektyw warty dwie średnie krajowe w błoto, po czym ruszyliśmy zobaczyć w świetle dziennym, położone u stóp Zamku miasteczko.

Gniew jeszcze spał. A może wcale nie spał, tylko był jaki jest naprawdę - niewyraźny, pusty, cichy. Oraz całkiem ładny, szkoda tylko, że również niestety trochę zaniedbany, co jesienna aura z typową dla siebie brutalnością jeszcze dodatkowo podkreślała. Moją uwagę zwróciło to, że miasteczko i jego zabudowania wyglądały jakby nagle się urywały. Boczne uliczki zdawały się balansować pomiędzy cywilizacją, a pustką dookoła. Przedziwny to był widok.

Dotarliśmy na rynek, gdzie miałem nadzieję znaleźć jakąś kawiarnię z dobrą, aromatyczną kawą, wygodnymi siedzeniami, ciekawymi albumami fotograficznymi do przejrzenia i widokiem na pobliskie zabytki. No, cóż, nie tym razem. W zamian, popatrzyliśmy na smutne witryny lokalnych sklepików, zerknęliśmy fachowym okiem na rozkopy oraz zostawiony na weekend ciężki sprzęt i wróciliśmy do hotelu. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy do domu.



Ale mieliśmy plan, by po drodze coś jeszcze zobaczyć. Musieliśmy niestety minąć ruiny zamku w Radzyniu Chełmińskim, bo Gabriela akurat zasnęła, a sen dziecka to przecież rzecz święta. Szkoda, bo jest to akurat miejsce dla mnie szczególne. Ten zabytek “grał” przecież w ekranizacji Pana Samochodzika! Może innym razem się uda.

Zajechaliśmy w zamian do Kwidzyna, miasta, które słynie ze swojego monumentalnego zabytku, czyli Zamku Kapituły Pomezańskiej. Popatrzyliśmy, podumaliśmy, ja powymądrzałem się w temacie niuansów jego architektonicznych rozwiązań i ze świadomością, że czeka nas sporo czasu w trasie, wsiedliśmy i pojechaliśmy do domu.


niedziela, 9 października 2016

07-09.10, Krasnale wrocławskie

Szczecin, Bydgoszcz, Rzeszów, Kielce, Wrocław. Co łączy te duże i poważane ośrodki miejskie? Zapewne wiele rzeczy, w tym jedna związana ze mną. A raczej, niezwiązana, ponieważ w żadnym z tych miejsc nigdy nie byłem. Trochę wstyd. Nigdy się jakoś nie składało żeby tam pojechać. Taki Szczecin jest po prostu za daleko. Wśród kibiców piłkarskich jest nawet takie powiedzenie - nieważne ile zaliczyłeś meczów wyjazdowych. Ważne ile zaliczyłeś “szczecinów”. Rzeszów, Kielce, Bydgoszcz nie kojarzą się z miastami, które warto odwiedzić. Zapewne niesłusznie, ale z drugiej strony, takie opinie słyszałem od ich mieszkańców, a zakładam, że autochtoni zawsze wiedzą najlepiej.

A co z Wrocławiem? Do niedawna i to miasto było odcięte od “cywilizacji białego człowieka”, czyli od Warszawy. Dojazd był taki średni. Aż do dnia kiedy oddano ostatni element ekspresówki, dzięki której wydarzył się cud. Wrocław nagle przybliżył się do mnie na odległość trzech godzin jazdy samochodem. Niewiele myśląc, postanowiłem to wykorzystać i udać się tam na mały rekonesans. Szczególnie, że przecież Dolny Śląsk kocham miłością szaloną, spodziewać się więc można było, że i jego stolicę będę darzył podobnym afektem. Co, uprzedzając fakty, oczywiście się wydarzyło.

***

Wrocław to ponoć najbardziej europejskie z naszych miast. I wiele rzeczy, dużych, ale i drobnych zdaje się to potwierdzać. Chociażby ceny noclegów. Ostatecznie wylądowaliśmy z Gabrielą w smutnym nieco Scandicu, za który zapłaciliśmy irracjonalną kwotę - biorąc pod uwagę jego standard, a raczej, to, co ze standardu pozostało i nie zdążyło się wytrzeć albo zepsuć. Początki romansu z Wrocławiem były więc umiarkowane. Ale wystarczył pierwszy spacer, by zrozumieć, że jest to miasto wyjątkowe...

… chociażby dlatego, że jest w nim pełno krasnoludków. Historia ich związku z Wrocławiem jest długa. Zaczęło się, jak zazwyczaj to bywa, od miejskich legend. Z czasem, w latach 80-tych w mieście pojawiła się Pomarańczowa Alternatywa, czyli mieszanka happeningu i opozycji, której reprezentanci przebierali się za krasnoludki właśnie. Krasnoludki uciekające przed pałkami ZOMO i MO - to musiał być niecodzienny, irracjonalny widok, ale i symbol zbliżającego się upadku systemu.

Wrocław przyjaźni się ze skrzatami więc od dawna. Pewnego dnia ktoś wpadł na pomysł, by zrobić z nich swoistą atrakcję turystyczną. Ktoś, a dokładnie lokalny artysta, niejaki Tomasz Moczek. Szanuję i podziwiam za pomysł. Miało to miejsce w 2005 roku, a potem dosyć szybko, krasnoludki zaczęły żyć własnym życiem, stały się zjawiskiem społecznym. Obecnie znaleźć można ich coś koło trzech setek, ale liczba ta nieustannie rośnie, ponieważ krasnoludkowy biznes opiera się o wolnorynkowe zasady. “Swojego” może bowiem postawić sobie na swojej posiadłości każdy kto chce. Korzystają z tego szczególnie właściciele knajp i innych miejsc, którym zależy na przyciąganiu uwagi klientów. Dzięki temu, każdy krasnal jest wyjątkowy - ma swoje imię, profesję i stara się nawiązywać do otoczenia w jakim rezyduje. Są więc takie, które czytają książkę, jest lekarz, jak również mój prywatny ulubieniec, który próbuje przechylić wielką butelkę wina. Niektóre są proste do znalezienia, a inne nieco pochowane w zaułkach, co zdaje się, że jedynie dodatkowo mobilizuje turystów, szczególnie tych z Azji. Przez kilka dni ciągle widzieliśmy ich jak łazili po Starym Mieście i jego okolicach z oczami wpatrzonymi w bramy, chodniki i schodki. I chyba się przy tym świetnie bawili, podobnie zresztą jak my.

Lokalna ludność stara się im pomóc jak może. Przechodząc obok krasnoludka Tynkarza słyszałem jak pewien jegomość próbował wytłumaczyć czym się ów zajmuje: “układa kafelki, verstehen Sie?”.

Ja zrozumiałem, ale Państwo Japończycy jedynie tępo uśmiechali się, kiwając głową w niemej próbie porozumienia międzykulturowego.

***

Przyjechaliśmy do Wrocławia dla krasnoludków. Gabriela były nimi zafascynowana. Wielką frajdę sprawiało jej znajdowanie coraz to nowych. Ja zaś byłem szczęśliwy, bo mogłem popatrzeć się na miasto, poodychać nim i ogólnie rzecz ujmując, podumać.

Współczesny Wrocław zachował zadziwiająco dużo ze swojej historycznej tkanki. Szczególnie biorąc pod uwagę zniszczenia wojenne. Festung Breslau było ostatnim miastem III Rzeszy, które skapitulowało, za co musiało zapłacić surową karę. Mimo to, po wojnie, podjęto trud jego odbudowy. Przypominają o tym lokalne władze, które w wielu miejscach ustawiły robiące wrażenie wystawy zdjęć, pokazujących morze ruin jakie zastała polska administracja w 1945 roku. Skala przedsięwzięcia, nie ma co do tego wątpliwości, była iście tytaniczna i moim skromnym zdaniem, dobrze jest o tym nieustannie, acz dyskretnie, przypominać. Prace trwały całymi dekadami. Wystarczy sięgnąć do jakiegokolwiek albumu z lat PRL, by zobaczyć, że przez lata, Wrocław był istnym mariażem remontów, budów i rekonstrukcji, połączonych z chaosem oraz bylejakością. Na szczęście, współcześnie jest to miasto piękne, nawet w jesiennej aurze, która ma w zwyczaju uwypuklać brzydotę i maskować to, co ładne (oczywiście, kilkaset metrów od turystycznego traktu spotkać można biedę i pamiętające wojnę ruiny, ale nie psujmy sobie nastroju).

Wrocław jest wielkomiejski, pełen zaułków, monumentalnej zabudowy i śmiałych na swoje czasy, rozwiązań. Liczba zabytków jest tak duża, że nie ma sensu ich wszystkich wymieniać. Ale spróbować zawsze można. Wspaniałe jest więc całe Stare Miasto, które pochwalić się może ratuszem, plejadą gotyckich kościołów oraz nader urodziwymi, połączonymi ze sobą kamieniczkami, które nazwano “Jaś i Małgosia”. Iście magiczny jest Ostrów Tumski ze swoją archikatedrą i brukowanymi uliczkami. Ale nie wiem czy nie najbardziej lubiłem wałęsać się po okolicach uniwersyteckich, szczególnie, że oprócz architektury, było tam dużo knajpek i innych miejsc, które zachęcały do postoju. Można by tak długo wymieniać. Przez kilka dni zaglądałem w różne miejsca i co chwila odkrywałem coś nowego, ciekawego, godnego zapamiętania, albo chociaż uwiecznienia na fotografii.

Jednocześnie jednak, jest ten cały Wrocław ludzki w swojej skali. Dużo w nim zieleni, parków, wolnej, acz zaplanowanej przestrzeni. W teutońskim stylu, żyje on również w symbiozie z okoliczną wodą. O czym świadczy imponująca liczba wszelkich przepraw, mostów i kładek, które łączą miejskie wyspy w jeden organizm. Spacery wzdłuż Odry należały do szczególnie przyjemnych i bezstresowych doświadczeń. Pomyślałem, że to kolejne miasto, w którym mógłbym ewentualnie zamieszkać. Ewentualnie!


***

Ostatniego dnia zaczęło padać. A my odwiedziliśmy ZOO. Kolejne na naszej liście. Nie najlepsze, więc Opole może spać spokojnie. Ale całkiem niezłe i nowoczesne, ale również nieco rozlazłe, co jest dla mnie, ojca kilkulatka jednak pewną wadą. Podobało nam się Oceanarium, ale Gabriela, w swoim stylu, najwięcej czasu spędziła w otoczeniu plastikowych pingwinów, każąc sobie robić kolejne zdjęcia.

Kilka dni z krnąbrną prawie-trzylatką dało mi nieco w kość. Obiady zawsze były wyzwaniem, na szczęście, obok hotelu znajdowała się dość tania restauracja, której oferta odpowiadała Gabrieli. Często też wpadaliśmy na coś słodkiego i kawę, szczególnie, że ludzi nie było dużo, a szeroka oferta Wrocławia kusiła, by z niej korzystać, jednocześnie dając wytchnąć od pogody. Niestety, jesień w Polsce to wyzwanie dla podróżujących z dziećmi, ale tego roku, postanowiliśmy sobie nic z tego nie robić i nie dać za wygraną.

A sam Wrocław? Uznałem, że ledwie, ledwie go liznąłem i na pewno warto będzie do niego przyjechać jeszcze raz. Najlepiej już pełnym składem i wtedy, gdy będzie można go podziwiać w asyście słońca oraz błękitu.

środa, 21 września 2016

17-21.09, Żoliborz nad Bałtykiem

Najważniejsza w tym całym podróżowaniu jest wymówka. Bez wymówek nie ma bowiem decyzji. A bez decyzji, siedzi się w domu. Tego się nauczyłem przez te wszystkie lata. Pierwszą i najważniejsza wymówką jest zawsze praca. Czasami dzieje się w niej tyle, że bez jakiegoś weekendowego wyjazdu majaczącego na horyzoncie, mógłbym zwariować i stracić sens w tym wszystkim. A tak, wtedy, gdy robi się ciężko, zawsze mam świadomość, że jeszcze trochę i zacznę robić to, co lubię najbardziej. Czyli spakuję rzeczy i gdzieś pojadę.

Poprzednio wyjechaliśmy żeby celebrować fakt, że nasza starsza córka ukończyła żłobek. Teraz pojechaliśmy znowu w Polskę, żeby przed początkiem sezonu jesiennych zachorowań, zapewnić dzieciom porcję jodu. Wymówka! Wybraliśmy się nad Bałtyk. A konkretnie, wróciliśmy do miejsca, które bardzo polubiliśmy, czyli do Gdynii Orłowo.

Długo zastanawiałem się nad tym dlaczego Orłowo tak bardzo przypadło mi do gustu, że chce tam wracać. To w sumie dzielnica mieszkalna, o zabudowie jednorodzinnej. Do tego, poza dworem w Kolibkach, praktycznie pozbawiona zabytków. Orłowo jest (jeszcze) stosunkowo mało znane, więc nie ma w nim nigdy tłumów. Co się może zmienić, bo ma piękne widoki na morze i wiele tras spacerowych, na czele z molo, które niewiele ustępuje urodzie temu w pobliskim Sopocie. Cała nadzieja w tym, że jest tam spokojnie, a nawet, nieco leniwie. Idealne miejsce na spacery z dziećmi. Przynajmniej od czasów, kiedy lokalna dyskoteka, słynny Maxim, zamknęła swoje podwoje. To o tej tancbudzie śpiewał niegdyś Lady Pank. To w niej zagadkę “strzału na dancingu” rozwiązywał porucznik Borewicz. O miejscu krążyły legendy. Krążą nadal, ale opowiadają je coraz bardziej już leciwi dawni goście przybytku. Ponoć, działo się tam wiele. Obecnie, ruiny Maxima straszą i nie pasują do coraz to bardziej wymuskanego otoczenia. Kwestią czasu jest chyba to, kiedy znikną zupełnie.

Ale to wszystko nie tłumaczyło nadal mojego głębokiego afektu. Dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie, że Orłowo przypomina mój ukochany Żoliborz. Po którym, gdy tylko mam sposobność, zawsze lubię się powałęsać. Ukułem nawet stwierdzenie, że jest to po prostu “Żoliborz nad Bałtykiem”. Obie dzielnice mają faktycznie wiele wspólnego. Willową zabudowę, zarówno sprzed wojny, jak i bardziej współczesną. Dyskretny urok burżuazji. Sporą nadreprezentację osób starszych. Kilka świetnych restauracji, na czele z “Tłustą Kaczką” i “Mariaszkiem”. A nawet, to, że i tu i tu spotkać na ulicy można fajne, starsze samochody. Skąd się biorą na Żoliborzu - nie wiem, ale w Orłowie to często jeszcze pozostałości po tzw. imporcie marynarskim. Po przecież jest to dzielnica ludzi morza, tak cała zresztą Gdynia, która w dobie PRL-u była naszym oknem na świat.



Oknem przez które marynarze nie tylko oglądali to, o czym zwykli śmiertelnicy mogli co najwyżej pomarzyć, ale też przez które przerzucali kontrabandę. Orłowo, a dokładniej jego część obok rzeczki Kacza, nazywane bywa czasami “Zegarkowem”. Jak się można domyśleć, niekoniecznie od tego, że mieszkali tam zegarmistrzowie, a od tego, że można tam było kupić zegarki. Które to marynarze sprowadzali w dużych ilościach.

Pachnie więc to całe Orłowo w różny sposób, każdorazowo, sposób przyjemny dla moich nozdrzy. Nazywam tą woń “zapachem Pewexu” i nawet kiedy piszę te słowa, zaczynam odczuwać chęć, by tam znowu przyjechać.


***

Przez kilka dni wiedliśmy w Orłowie życie “letników po sezonie”. Dni mijały na leniwej kontemplacji życia. Rano wychodziłem na zakupy spożywcze. Czasami zahaczałem trasą o morze, żeby posłuchać jego szumu. Było tam wtedy zupełnie pusto. Jedliśmy wspólne, niespieszne śniadanie. Szliśmy na spacer. Dzieci bawiły się na placu zabaw obok molo. Ja mogłem sobie kupić kawę w przydrożnym trucku. Największym wyzwaniem była decyzja, gdzie i co zjeść obiad. Wieczorem otwieraliśmy wino, a ja wracałem do pracy. No tak, jak zawsze, i do Orłowa wziąłem ze sobą prezentację do napisania. Nawet jednak to nie zmieniło percepcji, że jest to miejsce wyjątkowe, do którego z chęcią będziemy wracali w miarę możliwości.