Szczecin, Bydgoszcz, Rzeszów, Kielce, Wrocław. Co łączy te duże i poważane ośrodki miejskie? Zapewne wiele rzeczy, w tym jedna związana ze mną. A raczej, niezwiązana, ponieważ w żadnym z tych miejsc nigdy nie byłem. Trochę wstyd. Nigdy się jakoś nie składało żeby tam pojechać. Taki Szczecin jest po prostu za daleko. Wśród kibiców piłkarskich jest nawet takie powiedzenie - nieważne ile zaliczyłeś meczów wyjazdowych. Ważne ile zaliczyłeś “szczecinów”. Rzeszów, Kielce, Bydgoszcz nie kojarzą się z miastami, które warto odwiedzić. Zapewne niesłusznie, ale z drugiej strony, takie opinie słyszałem od ich mieszkańców, a zakładam, że autochtoni zawsze wiedzą najlepiej.
A co z Wrocławiem? Do niedawna i to miasto było odcięte od “cywilizacji białego człowieka”, czyli od Warszawy. Dojazd był taki średni. Aż do dnia kiedy oddano ostatni element ekspresówki, dzięki której wydarzył się cud. Wrocław nagle przybliżył się do mnie na odległość trzech godzin jazdy samochodem. Niewiele myśląc, postanowiłem to wykorzystać i udać się tam na mały rekonesans. Szczególnie, że przecież Dolny Śląsk kocham miłością szaloną, spodziewać się więc można było, że i jego stolicę będę darzył podobnym afektem. Co, uprzedzając fakty, oczywiście się wydarzyło.
***
Wrocław to ponoć najbardziej europejskie z naszych miast. I wiele rzeczy, dużych, ale i drobnych zdaje się to potwierdzać. Chociażby ceny noclegów. Ostatecznie wylądowaliśmy z Gabrielą w smutnym nieco Scandicu, za który zapłaciliśmy irracjonalną kwotę - biorąc pod uwagę jego standard, a raczej, to, co ze standardu pozostało i nie zdążyło się wytrzeć albo zepsuć. Początki romansu z Wrocławiem były więc umiarkowane. Ale wystarczył pierwszy spacer, by zrozumieć, że jest to miasto wyjątkowe...

… chociażby dlatego, że jest w nim pełno krasnoludków. Historia ich związku z Wrocławiem jest długa. Zaczęło się, jak zazwyczaj to bywa, od miejskich legend. Z czasem, w latach 80-tych w mieście pojawiła się Pomarańczowa Alternatywa, czyli mieszanka happeningu i opozycji, której reprezentanci przebierali się za krasnoludki właśnie. Krasnoludki uciekające przed pałkami ZOMO i MO - to musiał być niecodzienny, irracjonalny widok, ale i symbol zbliżającego się upadku systemu.

Wrocław przyjaźni się ze skrzatami więc od dawna. Pewnego dnia ktoś wpadł na pomysł, by zrobić z nich swoistą atrakcję turystyczną. Ktoś, a dokładnie lokalny artysta, niejaki Tomasz Moczek. Szanuję i podziwiam za pomysł. Miało to miejsce w 2005 roku, a potem dosyć szybko, krasnoludki zaczęły żyć własnym życiem, stały się zjawiskiem społecznym. Obecnie znaleźć można ich coś koło trzech setek, ale liczba ta nieustannie rośnie, ponieważ krasnoludkowy biznes opiera się o wolnorynkowe zasady. “Swojego” może bowiem postawić sobie na swojej posiadłości każdy kto chce. Korzystają z tego szczególnie właściciele knajp i innych miejsc, którym zależy na przyciąganiu uwagi klientów. Dzięki temu, każdy krasnal jest wyjątkowy - ma swoje imię, profesję i stara się nawiązywać do otoczenia w jakim rezyduje. Są więc takie, które czytają książkę, jest lekarz, jak również mój prywatny ulubieniec, który próbuje przechylić wielką butelkę wina. Niektóre są proste do znalezienia, a inne nieco pochowane w zaułkach, co zdaje się, że jedynie dodatkowo mobilizuje turystów, szczególnie tych z Azji. Przez kilka dni ciągle widzieliśmy ich jak łazili po Starym Mieście i jego okolicach z oczami wpatrzonymi w bramy, chodniki i schodki. I chyba się przy tym świetnie bawili, podobnie zresztą jak my.

Lokalna ludność stara się im pomóc jak może. Przechodząc obok krasnoludka Tynkarza słyszałem jak pewien jegomość próbował wytłumaczyć czym się ów zajmuje: “układa kafelki, verstehen Sie?”.

Ja zrozumiałem, ale Państwo Japończycy jedynie tępo uśmiechali się, kiwając głową w niemej próbie porozumienia międzykulturowego.
***
Przyjechaliśmy do Wrocławia dla krasnoludków. Gabriela były nimi zafascynowana. Wielką frajdę sprawiało jej znajdowanie coraz to nowych. Ja zaś byłem szczęśliwy, bo mogłem popatrzeć się na miasto, poodychać nim i ogólnie rzecz ujmując, podumać.

Współczesny Wrocław zachował zadziwiająco dużo ze swojej historycznej tkanki. Szczególnie biorąc pod uwagę zniszczenia wojenne. Festung Breslau było ostatnim miastem III Rzeszy, które skapitulowało, za co musiało zapłacić surową karę. Mimo to, po wojnie, podjęto trud jego odbudowy. Przypominają o tym lokalne władze, które w wielu miejscach ustawiły robiące wrażenie wystawy zdjęć, pokazujących morze ruin jakie zastała polska administracja w 1945 roku. Skala przedsięwzięcia, nie ma co do tego wątpliwości, była iście tytaniczna i moim skromnym zdaniem, dobrze jest o tym nieustannie, acz dyskretnie, przypominać. Prace trwały całymi dekadami. Wystarczy sięgnąć do jakiegokolwiek albumu z lat PRL, by zobaczyć, że przez lata, Wrocław był istnym mariażem remontów, budów i rekonstrukcji, połączonych z chaosem oraz bylejakością. Na szczęście, współcześnie jest to miasto piękne, nawet w jesiennej aurze, która ma w zwyczaju uwypuklać brzydotę i maskować to, co ładne (oczywiście, kilkaset metrów od turystycznego traktu spotkać można biedę i pamiętające wojnę ruiny, ale nie psujmy sobie nastroju).

Wrocław jest wielkomiejski, pełen zaułków, monumentalnej zabudowy i śmiałych na swoje czasy, rozwiązań. Liczba zabytków jest tak duża, że nie ma sensu ich wszystkich wymieniać. Ale spróbować zawsze można. Wspaniałe jest więc całe Stare Miasto, które pochwalić się może ratuszem, plejadą gotyckich kościołów oraz nader urodziwymi, połączonymi ze sobą kamieniczkami, które nazwano “Jaś i Małgosia”. Iście magiczny jest Ostrów Tumski ze swoją archikatedrą i brukowanymi uliczkami. Ale nie wiem czy nie najbardziej lubiłem wałęsać się po okolicach uniwersyteckich, szczególnie, że oprócz architektury, było tam dużo knajpek i innych miejsc, które zachęcały do postoju. Można by tak długo wymieniać. Przez kilka dni zaglądałem w różne miejsca i co chwila odkrywałem coś nowego, ciekawego, godnego zapamiętania, albo chociaż uwiecznienia na fotografii.

Jednocześnie jednak, jest ten cały Wrocław ludzki w swojej skali. Dużo w nim zieleni, parków, wolnej, acz zaplanowanej przestrzeni. W teutońskim stylu, żyje on również w symbiozie z okoliczną wodą. O czym świadczy imponująca liczba wszelkich przepraw, mostów i kładek, które łączą miejskie wyspy w jeden organizm. Spacery wzdłuż Odry należały do szczególnie przyjemnych i bezstresowych doświadczeń. Pomyślałem, że to kolejne miasto, w którym mógłbym ewentualnie zamieszkać. Ewentualnie!
***
Ostatniego dnia zaczęło padać. A my odwiedziliśmy ZOO. Kolejne na naszej liście. Nie najlepsze, więc Opole może spać spokojnie. Ale całkiem niezłe i nowoczesne, ale również nieco rozlazłe, co jest dla mnie, ojca kilkulatka jednak pewną wadą. Podobało nam się Oceanarium, ale Gabriela, w swoim stylu, najwięcej czasu spędziła w otoczeniu plastikowych pingwinów, każąc sobie robić kolejne zdjęcia.

Kilka dni z krnąbrną prawie-trzylatką dało mi nieco w kość. Obiady zawsze były wyzwaniem, na szczęście, obok hotelu znajdowała się dość tania restauracja, której oferta odpowiadała Gabrieli. Często też wpadaliśmy na coś słodkiego i kawę, szczególnie, że ludzi nie było dużo, a szeroka oferta Wrocławia kusiła, by z niej korzystać, jednocześnie dając wytchnąć od pogody. Niestety, jesień w Polsce to wyzwanie dla podróżujących z dziećmi, ale tego roku, postanowiliśmy sobie nic z tego nie robić i nie dać za wygraną.

A sam Wrocław? Uznałem, że ledwie, ledwie go liznąłem i na pewno warto będzie do niego przyjechać jeszcze raz. Najlepiej już pełnym składem i wtedy, gdy będzie można go podziwiać w asyście słońca oraz błękitu.