Ostatnim akordem podróży Anno Domini 2016 był przedświąteczny wyjazd do Zakopanego. Tym razem w komplecie, na dłużej i na spokojnie. Dla mnie osobiście było to też odhaczenie jednego z bardziej wstydliwych braków, jakim jest brak znajomości Zimowej Stolicy Polski. Wstyd się przyznać, ale przez te ponad 35 lat życia nigdy nie udało mi się tam dotrzeć. Byłem trochę nawet ciekaw jakie to Zakopane jest. Oczywiście, miałem jakieś wyobrażenie, bo przecież każdy Polak zna z telewizji Krupówki czy Wielką Krokiew. Spodziewałem się więc tłoku, tandety, smogu i ludzi w narciarskich kombinezonach. Miałem jednak nadzieję i na to, że w Zakopanem poczujemy klimat prawdziwej zimy. I w sumie, dostałem czego się spodziewałem, aczkolwiek w trochę innych proporcjach niż zakładałem.
Już sama podróż na miejsce była przygodą. Oraz znojem. Jechaliśmy Gierkówką, w sumie był to mój pierwszy raz z tą, historyczną przecież, trasą. Dosłownie kilka tygodni wcześniej obchodziła ona swoje czterdzieste urodziny, oddano ją bowiem do użytku w październiku 1976 roku. Zadziwiało mnie na niej wszystko. Na przykład, kolizyjne skrzyżowania. Albo to, że przejeżdża ona przez środek Częstochowy, co zawsze kończy się dzikim, bezsensownych rozmiarów korkiem. Smuciło mnie także to, że w przeciwieństwie do “nowoczesnych” tras ekspresowych, nieszczęsna Gierkówka przecina tereny brzydkie. Nie wiadomo co było pierwsze - czy ta okolica zawsze była taka nieurodziwa, czy to dopiero sąsiedztwo trasy dodało im wątpliwej urody.
Gierkówka również śmierdziała. Śmierdziała! Cuchnęła wręcz dziko. Była spowita smogiem, którego jęzory zwisały nad jezdnią, okalały zabudowania, falowały nad nami. Widziałem to na własne oczy. Po pewnym czasie czułem, że wszystko w samochodzie jest przesiąknięte tą wonią. A było to ledwie preludium do tego co czekało na nas w Zakopanem. Do niedawna, jak przystało na prawicowego oszołoma, bagatelizowałem problem smogu, uważając, że jest to spisek międzynarodowych sił wymierzony w naszą, napędzaną rodzimym węglem gospodarkę. Z czasem jednak pewne obszary w mózgu zaczęły mi się uaktywniać, a poglądy co nieco ewoluować. Również w tej kwestii. Zaczęło się chyba od reportażu Michała Olszewskiego, dziennikarza Gazety Wiewiórczej, który na początku XXI wieku, jako pierwszy, zwrócił uwagę na to, że węgielny odór, którym oddychamy zazwyczaj zimą, to nie powietrze, a trucizna. Wtedy go wyśmiano. Musiało minąć wiele lat, by problem ten przestał być bagatelizowany i wszedł na publiczną agendę. No i teraz, jadąc Gierkówką, czułem, że jest to problem i to problem poważny, bo uderzający w każdego z nas. Mnie, moje dzieci i moją żonę również, chociaż ona należała jeszcze do tych osób, które nic nie czuły i dla których “tak właśnie przecież zawsze pachnie zima”.
Dotarliśmy na miejsce późnym wieczorem. Po ponad sześciu godzinach drogi, miałem wszystkiego dosyć, ale nie mogłem pójść spać. Gapiłem się w okno i byłem ciekaw pierwszego spaceru po tym nowym dla mnie miejscu.
