sobota, 31 grudnia 2016

Podsumowanie roku 2016

Co to był za rok! No podróżniczo, na pewno dziwny. Dopiero pod jego koniec zorientowałem się, że ANI RAZU nie wsiadłem na pokład samolotu. Nie opuściłem ANI RAZU granic naszego pięknego kraju. A najlepsze jest to, że wcale tego nie żałowałem. Odkrywałem sobie Polskę, kawałek po kawałku. Bawiło mnie to jak niewiele o niej wiem, jak wiele ma do zaoferowania i jak wiele jej atrakcji jest skrzętnie poukrywanych przed ciekawskimi. Co szczególnie dotyczy pasa “Ziem Odzyskanych”, dla mnie, niezmiernie fascynujących, ale jednocześnie, mających nadal problem z własną tożsamością i dziedzictwem, które nie jest nasze i z którym, co widać, często nadal nie wiemy co zrobić. Ale to już temat na inne opowiadanie.

W minionym roku, udało się:

Pojechać ponownie do Torunia. Tym razem samemu z Gabrielą, co było wyzwaniem. Samo miasto nadaje się zresztą do takich eskapad idealnie, a za każdym razem, gdy sobie o nim przypominam, rośnie we mnie ochota, by pojechać tam ponownie…


Potem, już w komplecie pojechaliśmy do Uniejowa. W którym jest piękny Zamek, do tego, ciepłe źródła, ale poza tym, nie ma nic, no może, poza smogiem, bylejakością i przyciężkim klimatem, do którego raczej mi wcale nie tęskno. Największą zaletą Uniejowa jest to, że nie jest to do niego daleko.


Majówkę spędziliśmy na Mazurach. Najpierw w okolicach Rynu, a potem na przedmieściach Giżycka. Pogoda dopisywała, podobnie jak humory. Udało mi się zobaczyć Wilczy Szaniec. Czego chcieć więcej?


Potem przyszła pora na nasze kolejne, wielkie Tour de Pologne. Które to zmarniało przez pracę, ale z perspektywy czasu, trzeba przyznać, że był to fajny, różnorodny wyjazd. Z którego zapamiętam wiele fajnych chwil, na czele z Łagowem, który chwycił mnie za serce.


Po wakacjach pojechaliśmy z Gabrielą do Opola. To chyba największe oczarowanie tego roku. Miasto, o którym niewiele słychać, okazało się miejscem godnym zachwytu. Zabytki, architektura, kompaktowość, sporo atrakcji skrojonych na dziecięce potrzeby. Warto tam będzie wrócić.


Jeszcze w sierpniu sprawdziliśmy jak sprawy mają się w Janowie Podlaskim. Stadnina jak stadnina, moim zdaniem, nic specjalnego, przynajmniej dla turysty takiego jak ja. Okolica przyjemna, ale znowuż, bez specjalnego szału. Wrócimy tam, ale nieprędko.


We wrześniu pojechaliśmy ponownie do Orłowa. Idealne miejsce do tego, by pożegnać ciepłe miesiące. Jak już pisałem wiele razy, nie wiem co takiego jest w tym Orłowie, ale zdecydowanie, jest to miejsce, w którym mógłbym ewentualnie zamieszkać.


Potem samotnie z Gabrielą odwiedziliśmy krasnale we Wrocławiu. Fajny weekend, świetnie miasto, które zrobiło na mnie spore wrażenie swoim rozmachem. A to ponoć ja mieszkam w stolicy tego kraju…


Odwiedziliśmy też Gniew. Na jedną noc, jesienią, co chyba jednak nie było dobrym pomysłem. Chociaż z chęcią bym ten cały Gniew zobaczył ponownie, najlepiej w innej aurze, bo jesienna słota wyraźnie mu nie służyła.


Przed Świętami pojechaliśmy do Zakopanego. Nie powinienem się do tego przyznawać, ale Zimowa Stolica Tandety spodobała mi się, może dlatego, że większość naszego pobytu spędziliśmy w specyficznym okresie roku, jeszcze przed sezonem. Tak czy owak, był to mój debiut w tym miejscu i to debiut na tyle udany, że nie wykluczam rychłego tam powrotu.


W sumie wyszło aż dziesięć wyjazdów - niemało, biorąc pod uwagę chociażby to, że urlop nie jest z gumy, a w pracy działo się dużo rzeczy. Było fajnie, ale nie miałem wątpliwości, że może być jeszcze fajniej i ciekawiej.