wtorek, 19 kwietnia 2011

Kolumbia - słowem podsumowania

Jak trudno podsumować taki wyjazd. Bo podobało się wszystko. Miłe było tak rozczarowanie, że jednak jest bezpiecznie, jak i dreszczyk emocji gdy wydawało się, że jednak (może) niekoniecznie. Ciekawe były zarówno duże aglomeracje, jak i małe miasteczka czy wioski. Piękne były widoki, pejzaże i panoramy. Wspaniała była przyroda, z którą można było obcować w całkowitej ciszy i samotności.

Samotność to słowo klucz. Od niej wypada zacząć. Kolumbia bowiem to ciągle kraj, którego masowa turystyka nie zniszczyła. Spotka się innych gringos, naturalnie. Jednak jeżeli ja, na mocno „klasycznej” trasie widziałem ich tak niewielu, to co musi na nas czekać w miejscach rzadko uczęszczanych? Pustka. Albo pustka i guerilla...

Backackerów nieco jest, ale nigdy nie miałem uczucia, że jest nas za dużo. Do tego stopnia, że do samego końca, na widok białej twarzy, cieszyłem się a nie smuciłem. Dokładnie odwrotnie niż w Azji. Tu się innych turystów szuka wzrokiem, tam ich unika, żeby choć na chwilę poczuć egzotykę. Przesadzam oczywiście, ale chodzi o skalę zjawiska. Może na wybrzeżu Morza Karaibskiego jest inaczej. Nie wiem, nie byłem.

Bezpieczeństwo. Każde pytanie o ten kraj zaczyna się od tej samej formułki – a czy tam jest bezpiecznie? Oficjalna odpowiedź brzmi: Kolumbia przeszła wspaniałą zmianę i transformację. Z kraju ogarniętego przestępczością, rządzonego przez partyzantkę i kartele narkotykowe, stała się państwem prawa i sprawiedliwości. Były prezydent, Alvaro Uribe wykonał wspaniałą pracę, zapoczątkowaną przez swoich poprzedników. Zepchnął partyzantów w otchłań dżungli i zminimalizował zagrożenie jakie rodzili dla całego kraju oraz obywateli. Wieloletni burmistrz Bogoty, szalony Antanas Mockus, także zasługuje na wzmiankę. Potomek litewskich emigrantów uporządkował stolicę, która po raz pierwszy od lat, stała się miejscem gdzie się żyje, a nie o życie walczy. To wszystko prawda.
Ale jest też drugie oblicze. Kolumbia jest ogromna i nadal większość kraju to miejsca, gdzie istnieje zagrożenie guerillą. Produkcja kokainy trwa w najlepsze, mimo że od lat z pomocą USA zwalcza się ten proceder. Nie oszukujmy się – dopóki na białym proszku będzie można zarabiać z takim przebiciem, chętni do podjęcia tego ryzyka zawsze się znajdą. Miasta takie jak Bogota czy Medellin są niby bezpieczne, ale zaraz pojawia się litania miejsc, których należy unikać. Najważniejsze to słuchać tego co mówią lokalni mieszkańcy. Oni wiedzą lepiej co można, a czego nie. Lepiej od przewodnika Lonely Planet, to na pewno... Wiele osób twierdzi, że mamy do czynienia z sinusoidą – po zdławieniu La Violencia, przestępczość obecnie odbija się od dna i znowu szybuje do góry. Oczywiście, daleko jej do dawnych poziomów, ale wzrost zagrożenia w porównaniu do sytuacji sprzed kilku lat, jest dostrzegalny gołym okiem.
Żeby nic się nie stało, wypada się po prostu pilnować. To nie jest beztroska Azja Południowo-Wschodnia gdzie wolno wszystko. Tu trzeba znać swoje miejsce w szyku. Przytomność umysłu zapewnia spokojny urlop. Trzeba mieć naprawdę sporo pecha żeby wpędzić się w kłopoty. Ja mam wrażenie, że problemy nieco za mną chodziły, ale na szczęście nie zdążyły mnie dogonić...

Jedzenie i picie. To chyba nie jest raj dla kulinarnych smakoszy. Wegetarianom wystarczą owoce – pyszne, soczyste i zupełnie inne od tego co znamy z półek sklepowych. Dopiero w takim kraju można się przekonać jaką to tandetę nam wciskają pod nazwą pomarańczy, bananów czy mandarynek. Miłośnicy mięsa poczują się szczęśliwi. Tych w Kolumbii dostatek. Steki, żeberka, kurczaki, filety, ryby, wołowina, jagnięcina i tak dalej i tak dalej. Wszystko wysmażone, smaczne i aptetyczne. Znowu można się zadumać, bo smak zupełnie nie przypomina gumowych wytworów, którymi napychamy się każdego dnia w Polsce. Tyle że wszystko jest pozbawione przypraw, wymyślnych sosów, dodatków i szaleństwa. Mięso to mięso. Można je co najwyżej posolić. Podobno, mawia się, że Kolumbijczyk nie zje dania, w którym wyczuje jakąkolwiek przyprawę i chyba jestem w stanie w to uwierzyć...

Ceny. Różnie bywa. Noclegi generalnie tanie nie są. Do Azji im daleko. Pod względem jakości również. Nigdy nie spałem w tak dziwnych miejscach. Kosztowały niemało, a oferowany w zamian standard urągał wielu normom. Za podobne kwoty w Tajlandii czy w Wietnamie można było mieszkać o kilka klas wyżej. Ale to poniekąd efekt tego, że Kolumbia to nadal nieco „terra incognita”. Im więcej turystów, tym będzie taniej i ładniej. Tylko czy lepiej?
Jedzenie drogie nie jest, o ile znajdzie się odpowiednią knajpę. Menu przed wejściem to w Kolumbii nieznane rozwiązanie. Żeby się przekonać co i jak, trzeba więc najczęsciej wejść, usiąść, poczekać na kelnera. A wtedy wiadomo, trudniej się wycofać. Bywało, że syty obiad jadłem za jakieś 12 zł. Bywało, że za 30 zł. Myślę, że to tak jak w Polsce.

Co warto, a czego nie. Robię się stary. Najbardziej pokochałem miałe miasteczka, na czele z Villa de Leyva. Wiadomo, że jak zobaczy się ich za dużo, to kolejne będą już robić mniejsze wrażenie, jednak to wyżej plus Barichara to na pewno zestaw obowiązkowy. Kolumbia to piękna przyroda i warto poświęcić czas na jej poznanie. Wyprawa do Guane oraz trekking po Valle de Cocora to chyba najprzyjemniejsze momenty całego wyjazdu. Gdybym miał coś zmieniać, zrezygnowałbym z Medellin i Bogoty. Pierwsze jest fajne jako odpoczynek i szczypta cywilizacji, ale samotnie szybko się nudzi. Stolica zaś – o niej napisałem wiele złego. Nie do końca zasłużenie, ale jeden dzień może wystarczyć, by zobaczyć to co ważne i nie tracić czasu na tego molocha.

Czy chciałbym wrócić? Jasne. To wielki kraj i można się zastanawiać ile terenów czeka jeszcze na odkrycie – gdy znikną z nich partyzanci, kartele i codzienna przestępczość. Póki co jednak, Kolumbia to nadal kraj dla łowców przygód, obcowanie z którym zapewnia jeszcze dreszcze emocji. Warto zdecydowanie.

sobota, 9 kwietnia 2011

09.04/10.04, Ostatni dzień i do domu

Początek każdego urlopu to zawsze wulkan energii. Wstaje się rano, by zobaczyć jak najwięcej, by jak najdłużej chłonąć obce otoczenie dookoła. Ma się siłę i ochotę, by wejść w każdy kąt, zajrzeć wszędzie. Nic nie jest straszne, a zmęczenie nie istnieje.

Na koniec urlopu zawsze jednak pojawia się leń. Ten znany mi z Polski i codziennego życia. Organizm przyzwyczaja się do nowej strefy czasowej, pobudka o świcie już nie wydaje się być tak doskonałym pomysłem. Nie zawsze chce się już robić zdjęcia, a wizja odpoczynku w jakiejś knajpie nagle staje się kuszącą alternatywą wobec „bezsensownego” szwędania się.

W Kolumbii ów paskudny leń objawił się dopiero ostatniego dnia – bardzo dobry wynik, śmiem twierdzić.

Nad miastem góruje piękne wzniesienie Montserrate, z którego rozciąga się ponoć wspaniała panorama na stolicę Kolumbii. Miałem tam się wybrać ostatniego dnia, ale zrezygnowałem. Wczesnym rankiem wszystkie autobusy jadące w kierunku La Candelaria były zapchane daleko poza granice mojej tolerancji. Kilka przepuściłem, wsiadłem do kolejnego, a po przejechaniu jednego przystanku... wysiadłem postanawiając, że ten ostatni dzień spędze jednak w okolicy Zona Rosa, blisko hotelu i wszelakiej „rozrywki”. Transmilenio to wspaniały wynalazek, ale po kilku przejażdżkach w latynoskim ścisku, nie miałem już coś ochoty na kolejną taką wyprawę.

W sumie, zrobiłem dobrze, bo nie minęła chwila, gdy ze stalowych chmur zaczął padać deszcz. Pogoda nie sprzyjała, a widok ze szczytu zapewne nie byłby specjalnie magiczny w takich okolicznościach. Może innym razem, kto wie.

Tak swoją drogą, Montserrate przedstawiane jest w dosyć upiornych barwach jako jedno z bardziej niebezpiecznych miejsc w całym mieście. To też z pewnością miało wpływ na to, że tak łatwo się poddałem.

Ostatni dzień poświęciłem więc na spacery po okolicach mojego hotelu. Na sam początek, wybrałem się na śniadanie. W Kolumbii jadałem je sporadycznie, a w sumie szkoda. Lokalna ludność lubuje się bowiem w daniach z jajek. Jeżeli ktoś, tak jak ja, kocha jajecznicę, jest to miejsce dla niego. Wariantów jest do wyboru, do koloru. Posiłek był smaczny i sycący. Znad kubka gorącej kawy obserwowałem jak za oknem leje deszcz, przed którym próbowali się ukryć spacerujący po ulicy przechodnie...

Potem przyszła pora na zakupy. W sumie, robiłem je w dwóch falach. Za pierwszym razem, plecak wypchał mi się różnościami, kilka godzin później, powtórzyłem ten manewr. Nie byłem pewien czy wszystko mi się zmieści do bagażu. A zachowałem się jak Polak zagranicą w latach 80-tych. Kupiłem (i przywiozłem do kraju) nawet tamtejsze banany do smażenia oraz zielone pomarańcze, które są po prostu przepyszne. Do tego alkohol (wszystko niestety do rozdania), kilka słodyczy i innych drobnostek. Nie powstrzymałem się nawet przed zakupem kawy, chociaż z tego co mówią wszyscy, najlepsza coffee colombiana jest eksportowana. Do nabycia w każdym markecie w ojczyźnie...

Sama Zona Rosa to miłe miejsce. Miłe, chociaż jednak bezpłciowe. Brak tu zabytków i szalonej atmosfery Ameryki Południowej.

Można spokojnie pochodzić po uliczkach, wejść do jednego czy drugiego parku, ale na dobrą sprawę, można przecież obejść się bez tego typu „atrakcji”. Największą zaletą dzielnicy jest, jak już pisałem, nagromadzenie barów, restauracji i sklepów wszelakiej maści. Tutejsza klasa średnia ma gdzie wydawać swoje pesos. W weekendy, szczególnie wieczorami, pełno to ludzi. Centra handlowe nawiedzają watahy, obładowane torbami, z portfelami wypchanymi kartami kredytowymi. Atmosfera miejsca nie różni się wtedy od podobnych zagłębi zlokalizowanych na całym świecie.




Spakowany opuszczam hotel. Z pewną nutką nostalgii, bo Kolumbia to wspaniałe miejsce. Ale dominuje chyba jednak radość, że po dwóch tygodniach zobaczę Anię.

Jak na samym początku pochwaliłem taksówkarzy, tak i muszę ich chwalić dalej. Jadąc na lotnisko źle usłyszałem kwotę należności i dałem o 10.000 pesos więcej. Gdzie indziej nikt nie miałby chyba skrupułów, by takiego frajera jak mnie naciągnąć na dodatkowy „napiwek”. Banknot sam się wciskał mu w ręce... W Bogocie jednak kierowca jeszcze raz, tym razem wyraźniej, powiedział mi cenę i oddał niepotrzebny mu naddatek. Złoto nie ludzie!

Ponad 10 godzin w samolocie minęło tym razem szybko i nawet się nie zorientowałem kiedy moja podróż do Kolumbii dobiegła do końca. We Frankfurcie spotykam znajomych – świat jest jednak mały. Wracamy do Polski wspólnie, a ja mam okazję nieco porozmawiać po polsku. Po dwóch tygodniach! Na Okęciu już czekała Ania, zapowiadając, że nigdy więcej nie puści mnie samego na tak długo...Może i ma rację, chociaż ja wiem, że moje zamiłowanie do „wycieczek” trudno będzie mi wyplenić...

piątek, 8 kwietnia 2011

08.04, Druga szansa

Byłem ciekaw jak zmieni się moja percepcja tego miasta po dwóch tygodniach w Kolumbii. Wyjeżdżałem z Bogoty z pewną ulgą. Wracam z zauważalną niechęcią. Poprzedni kontakt był krótki i powierzchowny. W porównaniu do tego co widziałem później, stolica urzekła mnie najmniej. A może nie urzekła wcale?

To oczywiście miasto, w którym na pewno można się zakochać. Jest żywe i energiczne. Podnosi się z popiołów niczym feniks. Dzielnie walczy z przeciwnościami losu. Ludzie lubią takie miasta. Nadal z problemami, ale i świetlistą przyszłością przed sobą. Pełno tu rozrywek i każdy znajdzie coś dla siebie. Miłośnicy nocnego życia mogą przez miesiąc szwędać się od baru do baru w Zona Rosa i na pewno poczują się zadowoleni. Smakosze muzeów i sztuki mają do dyspozycji cały wachlarz różnorakich ośrodków, z których można nie wychodzić przez długie dni. Zwolennicy leniwego delektowania się poranną kawą i atmosferą Starego Miasta, mogą na stałe przeprowadzić się do La Candelaria. Studenci? Bogota to „Ateny Ameryki Południowej”, ze względu na mnogość uniwersytetów i uczelni wszelakiej maści. Miłośnicy wojskowości? Kto wie, jak będziesz miał szczęście, może któryś z żołnierzy użyje przy Tobie broni, albo desperacki oddział partyzantów dokona szturmu na jakiś obiekt. I tak dalej i tak dalej. Cały wachlarz możliwości, ale jakoś nic mi tu nie pasuje. Staram się jak mogę ale coś się z Bogotą polubić nie możemy.

Poranna wysiadka na Avenida Jimenez i znowu to samo. Małe deja vu w mojej głowie. Dookoła chaos. Uliczni sprzedawcy wszystkiego namawiają do kupna a to kosza na śmiecie, a to czekoladek, losów na loterię, szamponów i setek innych drobiazgów. Tłok niesamowity i w powietrzu aż iskrzy od napięcia wytwarzanego pomiędzy niewidzialnymi złodziejami, a ich potencjalnymi ofiarami. Tu i tam na chodniku zalega a to narkoman, żebrak czy bezdomny. Twarze ludzi napięte i groźne. Co raz taksuje mnie wzrokiem kolejny konus o śniadej cerze i nadmiarze testosteronu. Ale w większości, nikt nie zwraca na mnie uwagi. Idę krokiem szybkim, pewnym, zmierzającym do celu i pełnym złości, jak to zawsze poleca się w takich miejscach. Czasami nie jest to łatwe, bo lokalni mieszkańcy mają dziwną tendencję do stania na środku przejścia, blokowania ruchu i tamowania przepływu ciżby ludzkiej. W tej atmosferze zaczynam robić się coraz bardziej zły na otoczenie, co jest niechybnym znakiem, że pora już może wracać do domu (z drugiej strony, owa rosnąca agresja może być mechanizmem obronnym przed smutkiem, że pora opuszczać owe, jakże egzotyczne, miejsce).

La Candelaria w piątek ma zupełnie inne oblicze niż w weekendy. Nic dziwnego, dzielnica jest bowiem, jak wspominałem, siedzibą wielu szkół wyższych. Na uliczkach sporo więc studentów i „bananowej” młodzieży.


Ubiorem czy stylem nie różnią się chyba niczym od swoich „cywilizowanych” kolegów z innych państw. Mam okazję bezwstydnie popatrzeć na piękniejszą część żaków. A jest na co.

Z antropologicznego punktu widzenia wypada coś w końcu wspomnieć o kolumbijkach. Pierwszego dnia, pamiętam to jak dziś, byłem ich urodą wręcz zdegustowany. Teraz już wiem, że był to błąd pomiaru. Na samym początku człowiek zwraca uwagę na to co nowe, obce i wcześniej niespotykane. W moim przypadku więc, rzeczą normalną było to, że wzrok zawieszałem na kobietach o urodzie klasycznie indiańskiej. U nas bowiem Indian, a już na pewno Indianek, wiele nie ma. Krępa budowa ciała, niski wzrost, prawie zawsze tendencja do tycia, szeroka twarz, dziwnie ciosane nosy, różne odcienie lekko brązowej skóry, ciemne oczy ledwo widoczne zza chomiczych policzków. To przykuwało moją uwagę, podczas gdy dookoła pełno było i jest prawdziwej urody. Obserwacja jest o tyle przyjemna, gdyż prawie zawsze wybitne piękno idzie w parze z wymieszaniem ras. To dobra zabawa, patrzeć i zastanawiać się – jaka krew płynie w żyłach tej akurat latynoskiej piękności? Lekka, leciutka domieszka indiańskiej krwi i silnie zarysowana dominacja „białego” genotypu to niemal gwarancja ideału. Ale z kolumbijskimi kobietami jest jak z owocami. W tym ciepłym klimacie dojrzewają szybko, są soczyste i apetyczne. Ale minie chwila i zaczynają usychać, zapadać się w sobie. Jednak Polska, pod tym względem, klimat ma idealny...

Ach, złośliwcy mówią, że kolumbijki wydają więcej na operacje plastyczne niż czołówka aktorska Hollywood. Nawet jeżeli to prawda, to nie zmienia to ogólnego wrażenia.

Trafiam oczywiście na Plac Bolivara, gdzie we względnej samotności (jak na to miejsce) można podelektować się widokiem na Katedrę.


Obok stoi zaś gmach Pałacu Sprawiedliwości, który jest swoistym symbolem przemocy trawiącej ten kraj od dekad. W 1985 roku grupa partyzantów wkroczyła do środka, biorąc sędziów Sądu Najwyższego za zakładników. W akcji ich odbicia zginęło około stu osób, w tym bodaj jedenastu sędziów. To wszystko działo się w samym centrum stolicy kraju.


Tak było kiedyś. Teraz jest inaczej, chociaż... rok temu grupa partyzantów wkroczyła na skwer uniwersytecki „przypominając” studentom na kogo wypada głosować w zbliżających się wyborach. Wybuchła bomba, nikt na szczęście nie zginął... Nie powinna więc dziwić silna ochrona policji i wojska dookoła. Dzielnica jest strzeżona i inwigilowana. Popołudniem nad moją głową niejeden raz przeleciał wojskowy helikopter, a psy do szukania materiałów wybuchowych miały nader pracowity dzień...


Postanawiam pójść do muzeum. Znak, że zaczyna się robić nudno. Wybór padł na Museo del Oro, czyli wielki zbiór złota z czasów indiańskich. Nowoczesny gmach jest położony na obrzeżu „biznesowego centrum” Bogoty. To oznacza, że ludzi na ulicach jest więcej, urocze kolonialne zabudowania znikają na rzecz surowej architektury z okresu „powojennego” i robi się z każdym krokiem mniej przyjemnie.


Liczba leżących na chodnikach osób zaczyna przyrastać w szybkim tempie, co jest znakiem, że się zbliżamy do celu. Jest dziwnie, chociaż w tłumie ludzi pełno tu biznesmenów. W ciżbie co chwila miga a to elegancki garnitur, a to wesoło podrygująca w rytm kroków, aktówka. Trwają gorączkowe rozmowy telefoniczne, samochody jeżdżą, jakoś to życie się toczy i wygląda czasem zupełnie zwyczajnie... Tak czy owak, dzielnica zdecydowanie nie jest wizytówką Bogoty. Na małym skwerku przed muzeum roznosi się odór uryny, a na moich oczach starszy pan wesoło sika na oczach przechodniów. Co kto lubi, pełna wolność.


Samo muzeum jest naprawdę imponujące. Poszwędałem się po nim myślę, że ponad godzinę, po czym zmyłem się z poczuciem winy. Nie obejrzałem wszystkiego do końca. Nie dałem rady. Niemniej, eksponatów dużo i szczególnie kobietom zapewne niejeden raz zaświęcą się oczy z pożądania. Zadziwia dbałość o detale, pomysłowość i praca jaką musiano włożyć w tworzenie tak pięknych i skomplikowanych przedmiotów. I to tak prostymi metodami.


Jedną z atrakcji jest małe „show” w specjalnym pokoju. Wchodzimy tam w kilka osób, dookoła ciemno, za nami zamykają się drzwi. Z głośników dobywa się monotonny śpiew szamana, ściany mienią się różnymi barwami odsłaniając setki złotych amuletów dookoła. Można poczuć się dziwnie.

Ja za to czuję się przede wszystkim zmęczony. Pogoda w Bogocie „taka sobie”, kilka razy wyszło słońce, ale dominuje jednak zachmurzone niebo. Jest góra dwadzieścia stopni. Jednak te kilka słonecznych momentów wystarczyło, bym znowu spiekł się na czerwono. W końcu, jesteśmy w górach, ponad dwa i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Jednym ze sloganów reklamowych miasta jest hasło, że stąd bliżej do nieba. Niewątpliwie.

Powrót do „domu” Transmilenio był małym koszmarem. Gdybyście kiedyś planowali wracać w dzień powszedni w godzinach popołudniowego szczytu, zastanówcie się dwa razy. Ledwo, ledwo udało mi się wejść i wysiąść na prawidłowym przystanku, a przepychając się przez autobus z pewnością narobiłem sobie wielu wrogów. Kolumbijczycy to nieodgadnieni ludzie. Część osób siedzi na podłodze, a największy tłok panuje przy wejściach. Owi „strażnicy” dbają o to, by nikt więcej już nie wsiadł, ale także – by nikt nie wysiadł. Mi się jakoś udało.

Wieczorem jeszcze mały spacer po rozbawionej Zona Rosa, kolacja w knajpie w której jadłem za pierwszym razem i ostatni pełny dzień w Kolumbii dobiegł końca. Jutro wieczorem powrót do domu. Zaczytuję się w książce, a jakże, podróżniczej. Tym razem o wyspach Pacyfiku i groźnej Papua-Nowej Gwinei. Z takimi lekturami nie można przestać myśleć o wyjazdach...

czwartek, 7 kwietnia 2011

07.04, Niechętnie wracam do Bogoty

Tego dnia miałem teoretycznie pomysł na wycieczkę do którejś z pobliskich plantacji kawy, ale szybko mi ta koncepcja wyparowała z głowy. Czułem w nogach wczorajszą przeprawę i miałem nieposkromioną ochotę na spędzenie ostatnich godzin w Salento na beztroskim leniuchowaniu, spacerowaniu i zaglądaniu we wszelkie kąty.


Dwukrotnie wdrapałem się na punkt widokowy, z którego długo w samotności podziwiałem panoramę okolicy. Nie dalej jak miesiąc z okładem temu narzekałem na stromizny w Tbilisi, ale tu jest pod tym względem jeszcze ciekawiej. Widoki rekompensują zadyszkę i pot na czole.






Kiedy już pożegnałem się z majestatem przyrody, okoliczny pies postanowił odprowadzić mnie na rynek. Szedł za mną uparcie, czasem gdzieś znikał, albo warknął na innego zwierzaka, ale po chwili miałem już go znowu koło nogi.


Salento jest naprawdę malutkie. Po tych kilku dniach wie się już wszystko o miasteczku. W tych samych miejscach, każdego dnia, siedzą ci sami dziadkowie, ubrani w kapelusze i trzymający laski w dłoniach.





Te same psy leżą przed drzwiami swoich domostw. Lokalny bar ze stołem bilardowym przyciąga o tej samej godzinie tych samych graczy „co zawsze”. Na rynku w tym samym miejscu stoją ci sami sprzedawcy, oferujący niezmiennie pięknie pokrojone owoce ułożone w plastikowym kubeczku. Wszystko ma tu swój niespieszny rytm, wybijający codziennie taką samą melodię życia. Można się w takim miejscu zakochać... Można się rozmarzyć i oczami pragnień widzieć siebie żyjącego w tym miejscu, zajmującego się codziennością, nie zaś ułudami i pogonią za cieniem szczęścia. To jest bowiem właśnie tutaj, w takich niepozornych dziurach zapomnianych przez wielki świat. Raz, dwa, trzy i wracamy do rzeczywistości.

Wieczorami Salento nieco się zmienia. Na placu pojawia się więcej wojska (w ciągu dnia też go nie brakuje), a na uliczki wylega młodzież szkolna. Nie wiem co dokładnie robią, ale dzień w dzień biegają, ćwiczą, a hala sportowa do późnego wieczora rozbrzmiewa krzykami, grą na bębnach i zaciętą rywalizacją.

Obiad jem w tym samym miejscu co pierwszego dnia. To jedyna knajpa jaką spotkałem w Kolumbii, która ma angielskojęzyczną wersję menu. Tym razem postanawiam spróbować lokalnej specjalności, czyli pstrąga.

Szczegóły przyrządzenia są dla mnie tajemnicą nawet po angielsku, ale myślę, że było warto. Po pewnej chwili na moim stole pojawia się wielka miska obłożona folią aliminową, a w niej „pływa” ryba w białym sosie. Całość nie tylko jest gorąca, ale jeszcze się gotuje (i robi to jeszcze przez długi czas podczas konsumpcji). Wielkim miłośnikiem ryb nie jestem, ale smakowało. Dookoła Salento jest ponoć dużo stawów, gdzie hoduje się pstrągi. Będąc w tej okolicy nie wypadało nie spróbować.

Spędzam jeszcze nieco czasu na rynku, bo łapie mnie tu popołudniowy deszcz. Pogoda w tym mieście jest wyjątkowo niestabilna. Jednego dnia można tu przeżyć wszystko, od słońca do mżawki, kończąc na prawdziwie tropikalnej ulewie. Po jednym z takich pryszniców, zrobiło się naprawdę chłodno, lodowato nawet. Wystarczy jednak zjechać nieco w dół, do pobliskiej Armenii by znowu wyszło słońce, a duszne powietrze zatkało płuca. Jak to w górach – co dolina to inny mikroklimat, inni ludzie, inny świat.


Lotnisko w Armenii to chyba chluba miasta i powód do dumy jego mieszkańców. Miasto, spośród trzech największych ośrodków Zona Cafeteria jest najbrzydsze i najmniej ciekawe. Zawsze nieco z boku, zawsze jako „to trzecie”. Dekadę temu okolice nawiedziło trzęsienie ziemi, zostawiając dodatkowo bruzdę szpecącą wątpliwą urodę Armenii. Może do Pereiry ciągle im daleko, ale dzięki lotnisku czują się może chociaż na równi z Manizales. Budynek jest niewielki i w środku nie dzieje się prawie nic. Dziennie jest tu kilka połączeń, w większości do Bogoty. Gdzieś w przyszłości ma to być lotnisko międzynarodowe, ale póki co, jedynym tego świadectwem jest słowo „international” wplecione w nazwę.


Nie mógłbym polecić kolumbijskich linii lotniczych nawet wrogowi. Lot do stolicy jest opóźniony o prawie dwie godziny. Coś nie mam szczęścia. Na moje trzy połączenia węwnętrzne, dwa były mocno nie o czasie, a jeden samolot poleciał beze mnie. Gdybym wiedział, że tak będzie (i gdybym wiedział, że tutejsza komunikacja autokarowa jest na tak dobrym poziomie), to wybrałbym drogę lądową. Co prawda, to osiem godzin bitej jazdy po serpentynach, ale lepsze to niż czekanie aż samolot linii lotniczych Aires łaskawie jednak przyleci. W końcu jednak przybył i zabrał nas do celu, czyli stolicy. Po drodze o mało się nie rozpadł. Stary Dash cały się trząsł, a nierytmiczny hałas silników skutecznie utrzymywał mnie w stanie niepewności. Kolumbijskie linie lotnicze - i wszystko jasne!

I znowu w Bogocie. Można by powiedzieć, że niemalże jak w domu. Tylko czy można w ten sposób określić tego paskudnego molocha jakim jest stolica Kolumbii? Tak czy owak, ponownie witam w progi hostelu do którego zawitałem dwa tygodnie temu. Miłe uczucie. Tysiące kilometrów od domu, a człowiek wie co robić, wie gdzie jest i jest w stanie nawet wskazać drogę taksówkarzowi. Jako że moje przybycie jest małą niespodzianką dla właścicieli (słodkie gapy), dostaję „w nagrodę” luksusowy pokój na jedną noc. Mimo zmęczenia już zaczynam być smutny, bo widok Bogoty zza okna przypomina mi niezmiennie, że za chwilę koniec tej podróży. Dom, praca i problemy czekają niecierpliwie...

środa, 6 kwietnia 2011

06.04, Valle de Cocora

Valle de Cocora to jeden z punktów obowiązkowych wizyty w Kolumbii. Mówi się o dolinie, że w tym kraju pełnym wspaniałych widoków, ona jest właśnie najpiękniejsza. Efektowny slogan reklamowy. A do tego, prawdziwy!

Gdybym w Polsce wstawał tak wcześnie i był tak energiczny rankiem, moje życie wyglądałoby inaczej. Strach pomyśleć, kim mógłbym zostać, gdybym miał tyle energii… Tutaj budzę się już o szóstej, punkt siódma jem skromne śniadanie, popijam kawą i pół godziny potem jestem w dżipie jadącym z rynku w Salento do Cocory. Siedzę z przodu, wciśnięty między kierowcę, latynoskiego pasażera i placki, które są wiezione w bliżej mi nieznanym celu. Za mną, „na pace” łącznie czwórka gringos i kilku lokalnych pasażerów, którzy stoją na schodkach. Oj, w Europie by to nie przeszło. Tutaj – jak najbardziej, w końcu najważniejsze to dojechać. Ale i Kolumbia ma pewne zasady. Kierowca przed rozpoczęciem podróży dmucha w „balonik”, zapewne by sprawdzić co robił wczorajszym wieczorem.

Po drodze przebija się opona. Wymiana poszła sprawnie, więc pewnie nie jest to coś wyjątkowego. Krótka chwila jazdy na nowym ogumieniu i jesteśmy na miejscu.




Jeszcze w hotelu, przed wyjściem, właściciele oferują mi wypożyczenie gumiaków. Ponoć się przydają, bo na trasie po Valle de Cocora i okolicach jest dużo błota. Czasem nawet po kolana, a ostatnio sporo padało. Przymierzam obuwie ale zostaje przy swoim. Z moją twarzą parobka rolnego, gdybym do tego jeszcze założył gumofilce, wyglądałbym bardziej żałośnie niż zazwyczaj. Jak się okazuje – dobrze zdecydowałem i nie o mój wygląd tu się rozchodzi, bo butami genów się i tak nie oszuka.

Trasa po Valle de Cocora to naprawdę trekking przez duże TR. Łącznie to jakieś dwanaście kilometrów.



Pierwszy etap to straszne błoto, strumyczki, kamienie i coraz bardziej pod górę. Na początku idziemy wszyscy gringos blisko siebie, ale długo to nie trwa. Wybijam do przodu i już na czele pozostaję do końca. Pozostali znikają mi szybko z pola widzenia.





Reszta towarzystwa tempo ma dosyć ospałe, godne niemieckich emerytów na wycieczce. W jego skład wchodzą amerykańska para (on gbur jak ja, ona wesoła i rozgadana), komunizujący Włoch (nie mówiący oczywiście ani słowa po angielsku) i Ekwadorczyk, który był w Warszawie i ją polubił. Ten ostatni to człowiek-duch. Szybko zniknął gdzieś z tyłu, a potem, z daleka widziałem go na szczycie góry. Gdy tam dotarłem już go nie było... Smaczku sprawie dodaje fakt, że szlak przemierzał w klapkach…



Przez całą trasę miałem to co lubię, czyli spokój i ciszę. Spotkaliśmy się z resztą towarzystwa dopiero na końcu. Samotność dobrze działała na mój umysł, szedłem więc rześko, nucąc pod nosem szlagiery, których normalnie bym się wstydził. Tu i tam zrobiłem zdjęcie albo nagrałem kolejny głupi filmik, w którym wcielałem się w rolę prowadzącego program podróżniczy. To chyba nie jest jednak moje powołanie.




Bardzo szybko spociłem się jak ta świnia. Tym razem, zmęczenie było wyjątkowe. Jak nigdy, nie żadne ex-aquero z gdzieś, kiedyś. Kilka razy myślałem, że dostanę zawału, ale szedłem pod górę nader dzielnie, chłonąc piękno otoczenia zza zaparowanych okularów. Wypociłem z siebie kilka kilogramów i mnóstwo złej energii. Po wszystkim czułem się wspaniale, jak nowonarodzony.

Po drodze, oprócz błota, była także rwąca rzeka, czy raczej potok. Nad wodą było kilka mostków, które trzeba było pokonać, gdyż trasa wiodła raz jednym brzegiem, raz drugim.

Mostek to złe słowo – takowy był jeden. Wyjęty jakby żywcem z Indiany Jonesa, chociaż wysokość nad kipielą jakby jednak mniejsza. Dziury w deskach jednak były, a i całość się mocno chwiała na boki.

Pozostałe przeprawy składały się z pniów drzew rzuconych w poprzek. Niektóre były nawet szerokie, ale zdarzały się i takie gdzie naprawdę miałem serce w przełyku.




Z nerwów nie oddychałem, bo wszystko było mokre od wody i śliskie. Każdy ruch mógł przybliżyć do celu, ale i sprowadzić mnie na dół. Zupełnie zapomniałem o moim lęku wysokości i jakoś sobie poradziłem, z czego jestem nawet względnie dumny. W gumiakach nie dałbym rady...

Podejście robiło się coraz bardziej strome i strome. W końcu wchodziłem na najprawdziwszą górę – 2860 metrów n.p.m, czyli tak wysoko to ja jeszcze nie byłem.
Zanim jednak tam dotrę, robię skok w bok i wspinam się do przytułku. Przytułku, bo restauracją tego miejsca przecież nie nazwę. Miało być 800 metrów od szlaku i może było, ale pod górę, więc to jakby inna skala wysiłku. Na szczycie starsza pani czeka na turystów i oferuje im a to kawę, a to wodę. Ja zamawiam specjalność zakładu, czyli gorącą czekoladę z serem. Ser jest chyba kozi, albo owczy, słony i bardzo smaczny. Napój stawia mnie na nogi. Chwilę jeszcze odpoczywam, zerkam na ptaki stołujące się w karmnikach i wracam na właściwy szlak. Po drodze mijam się z resztą gringos, którzy też idą się napić.




Podejście na szczyt od punktu do którego wróciłem, miało mieć długość około kilometra. Niby niewiele, ale prawie ducha wyzionąłem. Było stromo, bardzo stromo. Może Jerzy Kukuczka by taką trasę wyśmiał, ale ja patrzyłem na nią swoją miarą. Miarą człowieka, który większość czasu spędza przykuty do biurka i komputera. Radość z wejścia na górę była ogromna. Jeszcze tylko wpis do księgi podsuniętej mi przez strażnika i można rozpocząć drugi, łatwy etap wędrówki – zejście do tytułowej Valle de Cocora.





Jako że jestem na szczycie, dookoła rozpościera się mgła. A może raczej chmura. Zza mleka ledwo, ledwo widać zarysy palm. Jest dodatkowo bardzo chłodno i zaczynam nieco marznąć, co jest o tyle nieprzyjemne, że jestem cały mokry ze zmęczenia. Jednak im bardziej w dół, tym lepiej. Robi się cieplej, a mgła ustępuje odsłaniając Cud Natury pode mną.



Dolina jest piękna i fotogeniczna. Mami mnie różnymi odcieniami zielonego, odsłania swoje atrybuty niczym wytrawna striptizerka. Dookoła, na zboczach coraz więcej pięknych i wysokich palm woskowych (bo tak się chyba tłumaczy na nasze „wax palm”).





To narodowe drzewo Kolumbii i chyba najwyższe na świecie palmy. Osiągają ponoć do 60 metrów i widzę co najmniej kilka, które zbliżają się do tej granicy. Gdzieś na dole można znaleźć pasące się krowy i pojedyńcze domostwa.

Valle de Cocora zdecydowanie warto zobaczyć. Wydawało mi się, że po tylu dniach obcowania z kolumbijskim pejzażem, uodpornię się na jego urodę i przestanę kwękać na widok każdej doliny czy góry. Nic bardziej mylnego.



Tym milej, że dookoła tej przyrody byłem sam jeden. To wiele mówi o kolumbijskie turystyce. Nawet takie miejsca, najpopularniejsze, są zupełnie niezadeptane. Cała wyprawa, która zajęła jakieś 5-6 godzin przypominała mi klasykę filmową z dzieciństwa. „Miłość, szmaragd i krokodyl” jak żywcem wyjęty, odgrywany na moich oczach, ze mną w roli głównej... A przynajmniej, niektóre jego sceny.

To jeszcze film z czasów kiedy Kolumbia była naprawdę krajem wyłącznie dla poszukiwaczy przygód. Sporo się tu zmieniło, jednak nie aż tak dużo jak przekonują niektórzy…






Wracamy znowu wypchanym dżipem. Przy okazji rozmawiam z damską połową amerykańskiej pary (druga połowa siedzi cicho i czasem coś tylko burknie). Odkrywam jeden z sekretów świata. Zawsze mnie zastanawiało, skąd ludzie mają czas i pieniądze, by włóczyć się po świecie miesiącami. Oni są w trasie od kilkunastu tygodni. Dziewczyna wyjaśnia mi swoją sytuację z rozbrajającą szczerością – są oboje bez pracy, ale mają dużo pieniędzy. Oboje się śmieją. Amerykański sen i jego reprezentanci. Ot i cała tajemnica. Rzucam tylko, że szczęściarze z nich i już zastanawiam się jak to będzie w poniedziałek zameldować się w pracy po dwóch tygodniach relaksu...

W hotelu zerkam na moje buty i postanawiam, że to koniec ich współpracy ze mną. Są mokre i cuchną. Są brudne od błota. Chyba im już starczy.



Cóż to był za związek. Ile rzeczy te buty widziały! Kupiłem je gdzieś w wakacje 2008 roku, przed pierwszym poważnym wyjazdem do Tajlandii. Zaraz po ich nabyciu, zostawiłem je niechcący pod stolikiem w restauracji, ale gdy wróciłem – ciągle na mnie czekały. Ciekawe co sobie myślały gdy je brałem do ręki w sklepie. Kolejny frajer, który będzie we mnie chodził po Bieszczadach? Chyba się nie spodziewały tego co nastąpiło potem. Jeszcze pierwszego dnia w Bangkoku nabyły swoją immamentną cechę, czyli lekki odór zgnilizny. Złapał nas wtedy tropikalny deszcz i po Khao San musiałem brodzić w wodzie niemal po kolana. Ale mimo wszystko, służyły mi wiernie jak żadne inne. Gdzieśmy to razem nie byli z butami. Tajlandia dwa razy, Wietnam, USA, Trynidad i Tobago, Uzbekistan, nie licząc już europejskich wypadów. Kolumbia to ich ostatnia misja. Zadanie wykonane – dziękuję.

Napisałem to, zerknąłem na nie jeszcze raz. Oczka na sznurówki przybrały smutny wyraz. Zdają się mówić – „rozumiemy Cię i też dziękujemy”. Dziękujemy za porę deszczową w Tajlandii, dziękujemy za pot Bangkoku, kurz Sangre Grande, splendor Piątej Alei, upał Chiwy, wodospady Erawan, strach Port-of-Spain czy Bogoty, dziękujemy za brukowane uliczki Villa de Leyva i wiele innych. Niech nowe też Ci służą tak jak my.

Po czym, ze łzą w oku, wystawiłem je na balkon. Niech się suszą, bo wracają ze mną do domu. Do naszego domu. Przyjaciół się nie zostawia, nawet jeżeli śmierdzą jak nigdy wcześniej.