piątek, 8 kwietnia 2011

08.04, Druga szansa

Byłem ciekaw jak zmieni się moja percepcja tego miasta po dwóch tygodniach w Kolumbii. Wyjeżdżałem z Bogoty z pewną ulgą. Wracam z zauważalną niechęcią. Poprzedni kontakt był krótki i powierzchowny. W porównaniu do tego co widziałem później, stolica urzekła mnie najmniej. A może nie urzekła wcale?

To oczywiście miasto, w którym na pewno można się zakochać. Jest żywe i energiczne. Podnosi się z popiołów niczym feniks. Dzielnie walczy z przeciwnościami losu. Ludzie lubią takie miasta. Nadal z problemami, ale i świetlistą przyszłością przed sobą. Pełno tu rozrywek i każdy znajdzie coś dla siebie. Miłośnicy nocnego życia mogą przez miesiąc szwędać się od baru do baru w Zona Rosa i na pewno poczują się zadowoleni. Smakosze muzeów i sztuki mają do dyspozycji cały wachlarz różnorakich ośrodków, z których można nie wychodzić przez długie dni. Zwolennicy leniwego delektowania się poranną kawą i atmosferą Starego Miasta, mogą na stałe przeprowadzić się do La Candelaria. Studenci? Bogota to „Ateny Ameryki Południowej”, ze względu na mnogość uniwersytetów i uczelni wszelakiej maści. Miłośnicy wojskowości? Kto wie, jak będziesz miał szczęście, może któryś z żołnierzy użyje przy Tobie broni, albo desperacki oddział partyzantów dokona szturmu na jakiś obiekt. I tak dalej i tak dalej. Cały wachlarz możliwości, ale jakoś nic mi tu nie pasuje. Staram się jak mogę ale coś się z Bogotą polubić nie możemy.

Poranna wysiadka na Avenida Jimenez i znowu to samo. Małe deja vu w mojej głowie. Dookoła chaos. Uliczni sprzedawcy wszystkiego namawiają do kupna a to kosza na śmiecie, a to czekoladek, losów na loterię, szamponów i setek innych drobiazgów. Tłok niesamowity i w powietrzu aż iskrzy od napięcia wytwarzanego pomiędzy niewidzialnymi złodziejami, a ich potencjalnymi ofiarami. Tu i tam na chodniku zalega a to narkoman, żebrak czy bezdomny. Twarze ludzi napięte i groźne. Co raz taksuje mnie wzrokiem kolejny konus o śniadej cerze i nadmiarze testosteronu. Ale w większości, nikt nie zwraca na mnie uwagi. Idę krokiem szybkim, pewnym, zmierzającym do celu i pełnym złości, jak to zawsze poleca się w takich miejscach. Czasami nie jest to łatwe, bo lokalni mieszkańcy mają dziwną tendencję do stania na środku przejścia, blokowania ruchu i tamowania przepływu ciżby ludzkiej. W tej atmosferze zaczynam robić się coraz bardziej zły na otoczenie, co jest niechybnym znakiem, że pora już może wracać do domu (z drugiej strony, owa rosnąca agresja może być mechanizmem obronnym przed smutkiem, że pora opuszczać owe, jakże egzotyczne, miejsce).

La Candelaria w piątek ma zupełnie inne oblicze niż w weekendy. Nic dziwnego, dzielnica jest bowiem, jak wspominałem, siedzibą wielu szkół wyższych. Na uliczkach sporo więc studentów i „bananowej” młodzieży.


Ubiorem czy stylem nie różnią się chyba niczym od swoich „cywilizowanych” kolegów z innych państw. Mam okazję bezwstydnie popatrzeć na piękniejszą część żaków. A jest na co.

Z antropologicznego punktu widzenia wypada coś w końcu wspomnieć o kolumbijkach. Pierwszego dnia, pamiętam to jak dziś, byłem ich urodą wręcz zdegustowany. Teraz już wiem, że był to błąd pomiaru. Na samym początku człowiek zwraca uwagę na to co nowe, obce i wcześniej niespotykane. W moim przypadku więc, rzeczą normalną było to, że wzrok zawieszałem na kobietach o urodzie klasycznie indiańskiej. U nas bowiem Indian, a już na pewno Indianek, wiele nie ma. Krępa budowa ciała, niski wzrost, prawie zawsze tendencja do tycia, szeroka twarz, dziwnie ciosane nosy, różne odcienie lekko brązowej skóry, ciemne oczy ledwo widoczne zza chomiczych policzków. To przykuwało moją uwagę, podczas gdy dookoła pełno było i jest prawdziwej urody. Obserwacja jest o tyle przyjemna, gdyż prawie zawsze wybitne piękno idzie w parze z wymieszaniem ras. To dobra zabawa, patrzeć i zastanawiać się – jaka krew płynie w żyłach tej akurat latynoskiej piękności? Lekka, leciutka domieszka indiańskiej krwi i silnie zarysowana dominacja „białego” genotypu to niemal gwarancja ideału. Ale z kolumbijskimi kobietami jest jak z owocami. W tym ciepłym klimacie dojrzewają szybko, są soczyste i apetyczne. Ale minie chwila i zaczynają usychać, zapadać się w sobie. Jednak Polska, pod tym względem, klimat ma idealny...

Ach, złośliwcy mówią, że kolumbijki wydają więcej na operacje plastyczne niż czołówka aktorska Hollywood. Nawet jeżeli to prawda, to nie zmienia to ogólnego wrażenia.

Trafiam oczywiście na Plac Bolivara, gdzie we względnej samotności (jak na to miejsce) można podelektować się widokiem na Katedrę.


Obok stoi zaś gmach Pałacu Sprawiedliwości, który jest swoistym symbolem przemocy trawiącej ten kraj od dekad. W 1985 roku grupa partyzantów wkroczyła do środka, biorąc sędziów Sądu Najwyższego za zakładników. W akcji ich odbicia zginęło około stu osób, w tym bodaj jedenastu sędziów. To wszystko działo się w samym centrum stolicy kraju.


Tak było kiedyś. Teraz jest inaczej, chociaż... rok temu grupa partyzantów wkroczyła na skwer uniwersytecki „przypominając” studentom na kogo wypada głosować w zbliżających się wyborach. Wybuchła bomba, nikt na szczęście nie zginął... Nie powinna więc dziwić silna ochrona policji i wojska dookoła. Dzielnica jest strzeżona i inwigilowana. Popołudniem nad moją głową niejeden raz przeleciał wojskowy helikopter, a psy do szukania materiałów wybuchowych miały nader pracowity dzień...


Postanawiam pójść do muzeum. Znak, że zaczyna się robić nudno. Wybór padł na Museo del Oro, czyli wielki zbiór złota z czasów indiańskich. Nowoczesny gmach jest położony na obrzeżu „biznesowego centrum” Bogoty. To oznacza, że ludzi na ulicach jest więcej, urocze kolonialne zabudowania znikają na rzecz surowej architektury z okresu „powojennego” i robi się z każdym krokiem mniej przyjemnie.


Liczba leżących na chodnikach osób zaczyna przyrastać w szybkim tempie, co jest znakiem, że się zbliżamy do celu. Jest dziwnie, chociaż w tłumie ludzi pełno tu biznesmenów. W ciżbie co chwila miga a to elegancki garnitur, a to wesoło podrygująca w rytm kroków, aktówka. Trwają gorączkowe rozmowy telefoniczne, samochody jeżdżą, jakoś to życie się toczy i wygląda czasem zupełnie zwyczajnie... Tak czy owak, dzielnica zdecydowanie nie jest wizytówką Bogoty. Na małym skwerku przed muzeum roznosi się odór uryny, a na moich oczach starszy pan wesoło sika na oczach przechodniów. Co kto lubi, pełna wolność.


Samo muzeum jest naprawdę imponujące. Poszwędałem się po nim myślę, że ponad godzinę, po czym zmyłem się z poczuciem winy. Nie obejrzałem wszystkiego do końca. Nie dałem rady. Niemniej, eksponatów dużo i szczególnie kobietom zapewne niejeden raz zaświęcą się oczy z pożądania. Zadziwia dbałość o detale, pomysłowość i praca jaką musiano włożyć w tworzenie tak pięknych i skomplikowanych przedmiotów. I to tak prostymi metodami.


Jedną z atrakcji jest małe „show” w specjalnym pokoju. Wchodzimy tam w kilka osób, dookoła ciemno, za nami zamykają się drzwi. Z głośników dobywa się monotonny śpiew szamana, ściany mienią się różnymi barwami odsłaniając setki złotych amuletów dookoła. Można poczuć się dziwnie.

Ja za to czuję się przede wszystkim zmęczony. Pogoda w Bogocie „taka sobie”, kilka razy wyszło słońce, ale dominuje jednak zachmurzone niebo. Jest góra dwadzieścia stopni. Jednak te kilka słonecznych momentów wystarczyło, bym znowu spiekł się na czerwono. W końcu, jesteśmy w górach, ponad dwa i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Jednym ze sloganów reklamowych miasta jest hasło, że stąd bliżej do nieba. Niewątpliwie.

Powrót do „domu” Transmilenio był małym koszmarem. Gdybyście kiedyś planowali wracać w dzień powszedni w godzinach popołudniowego szczytu, zastanówcie się dwa razy. Ledwo, ledwo udało mi się wejść i wysiąść na prawidłowym przystanku, a przepychając się przez autobus z pewnością narobiłem sobie wielu wrogów. Kolumbijczycy to nieodgadnieni ludzie. Część osób siedzi na podłodze, a największy tłok panuje przy wejściach. Owi „strażnicy” dbają o to, by nikt więcej już nie wsiadł, ale także – by nikt nie wysiadł. Mi się jakoś udało.

Wieczorem jeszcze mały spacer po rozbawionej Zona Rosa, kolacja w knajpie w której jadłem za pierwszym razem i ostatni pełny dzień w Kolumbii dobiegł końca. Jutro wieczorem powrót do domu. Zaczytuję się w książce, a jakże, podróżniczej. Tym razem o wyspach Pacyfiku i groźnej Papua-Nowej Gwinei. Z takimi lekturami nie można przestać myśleć o wyjazdach...